wtorek, 29 listopada 2011

Powrót in vitro, czyli zamrożony problem

Sprawa in vitro wróci do Sejmu, i to szybko (...) Skoro nie mamy w Polsce ustawy, która by te procedury regulowała, ewentualne finansowanie inicjatyw lokalnych będzie się odbywało na zupełnie dowolnych zasadach. Na ten aspekt sprawy powinni zwrócić uwagę politycy prawicowi oraz środowiska chrześcijańskie: im również powinno bardzo zależeć na jak najszybszym uchwaleniu ustawy o in vitro.

Czytaj więcej w artykule: Konrad Sawicki, Zamrożony problem, "Tygodnik Powszechny" 49/2011.

sobota, 19 listopada 2011

Grób Cortázara

¿ENCONTRARIO A LA MAGA? - ktoś mazakiem napisał na paryskim grobie Julio Cortázara. Każdy prawdziwy miłośnik "Gry w klasy", nawet nie znając hiszpańskiego, szybko domyśli się, że jest to cytat z pierwszego zdania powieści. Zofia Chądzyńska przetłumaczyła to zdanie tak: "Czy udałoby mi się spotkać Magę?"

Cmentarz Montparnasse to niezwykła nekropolia. Obok Cortázara pochowani tu są m.in.: Charles Baudelaire, Simone de Beauvoir, Samuel Beckett, Emil Cioran, Eugène Ionesco, Guy de Maupassant, Ludwik Mierosławski, Man Ray, Jean-Paul Sartre, Susan Sontag. Gdy słynny Montmartre stał się dzielnicą zbyt drogą, wielu przedstawicieli paryskiej cyganerii osiedliło się właśnie w dzielnicy Montparnasse. I stąd tak liczne przedstawicielstwo artystyczne na miejscowym cmentarzu. 

W 1984 roku w Paryżu zmarł Julio Cortázar, genialny pisarz Argentyński. Zostawił po sobie kilka świetnych książek, z "Grą w klasy" na czele. Maga to bohaterka tej niezwykłej opowieści. Jedną z jej cech charakterystycznych było gromadzenie rożnych dziwnych przedmiotów, przywiązanie do rzeczy, które przeciętnemu człowiekowi do niczego nie są potrzebne: suchych liści, kamyków, skasowanych biletów itp. 

Wiedziałem o tym wszystkim zanim tej jesieni odwiedziłem Cmentarz Montparnasse. Jednak widok grobu Cortázara i tak mnie zaskoczył. 
Najpierw ten namazany napis nad imieniem i nazwiskiem zmarłego. "Czy udałoby mi się spotkać Magę?" A potem ten rozgardiasz, wręcz bałagan na płycie nagrobka. Po chwili zrozumiałem. Przywołanie słynnej bohaterki "Gry w klasy" oraz ta kupa śmieci niewiadomego pochodzenia świetnie tu współgrają, a fan prozy Argentyńczyka czuje ten sam klimat, co w jego książkach. Ten grób po prostu żyje swoim odrębnym życiem.

Kasztany, uschnięte kwiaty, skrawki materiałów, świstki papieru, skasowane bilety z paryskiego metra, jakieś zdjęcia, kamienie, naklejki, dziesiątki napisów i cytatów, muszelki... A tuż obok świeże kwiaty w doniczkach i dopiero co wypalony znicz. Ludzie tu przychodzą, przywołują pamięć pisarza i jego bohaterów, czasem pomilczą, a czasem zostawią jakąś pamiątkę. Jestem pewien, że Cortázar jest z tego powodu szczęśliwy.

czwartek, 17 listopada 2011

Fotoreportaż z manifestacji Oburzonych

Gdy w ubiegłym roku Stéphane Hessel pisał swój manifest zatytułowany „Indignez Vous!” (Oburzajcie się!), z pewnością w najśmielszych snach nie przewidywał, że duchowi spadkobiercy zawartych w tej książeczce idei tak szybko i na taką skalę ruszą do boju. A już na pewno nie przyszło mu do głowy, że jest możliwa akcja okupacyjna, którą jego rodacy zorganizują w paryskiej dzielnicy biznesowej La Défense.

Pomyślałem o manifeście tego 94-letniego Francuza 8 listopada tego roku, gdy spacerując po La Défense, natknąłem się na głośny protest tzw. Oburzonych. Poczytałem sobie ich hasła wypisane na kartonach i aż w głowie mi się zakręciło od bogactwa tej literatury kartonowej. Oto kilka przykładów.

Co znaczy oburzać się? Szanować człowieka i naturę. Działać i wspólnie interweniować. Ale także odnaleźć na no nowo (zapewne utracone) uśmiech i miłość. A więc oburzanie się to więcej człowieczeństwa i więcej miłości...

"Jestem tutaj, ponieważ gdy patrzę przed siebie, nie widzę nic..." - mówi kolejne hasło francuskich manifestantów z La Défense. Ten dramatyczny slogan tłumaczy, dlaczego przynajmniej niektórzy z kilkudziesięciu protestujących zdobyli się na niebagatelny bądź co bądź wysiłek tkwienia w deszczowy dzień pod gołym niebem (od 3 nocy i 4 dni, jak informuje inny kartonowy napis). 

Oburzeni pragną więc "Tworzyć przyszłość", jak głosi następny slogan. Nie chcą czekać aż działać zaczną przywódcy państw i nasi reprezentanci w parlamentach. Pragną brać sprawy w swoje ręce i dlatego manifestują - w Hiszpanii, USA, Polsce, Francji...

Wygląda jednak na to, że brakuje im cnoty cierpliwości. "Chcemy wszystkiego i chcemy tego teraz" - wołają młodzi manifestanci. Ale za to nie są egoistami. "Szczęście dla wszystkich" - mówi następne hasło.


A z następnego sloganu nie są chyba zadowoleni nadawcy telewizyjni.


"Wyłączcie telewizor. Spójrzcie przez okno" - wołają (nie bez racji) francuscy Oburzeni. Jak widać bogactwo tematyczne ich poglądów i postulatów jest bardzo szerokie. Z tego co wiem, do dziś okupują fragment centralnego placu La Défense.

środa, 2 listopada 2011

O miłości

"Miłość nie polega na dokonywaniu rzeczy nadzwyczajnych i bohaterskich, ale na spełnianiu rzeczy zwykłych z czułością."
/Jean Vanier/

wtorek, 25 października 2011

Część życia

"Śmierć nie jest przeciwieństwem życia a jego częścią (...) Żyjąc, jednocześnie pielęgnujemy w sobie śmierć. Lecz jest to tylko jedna z prawd, jakie musimy poznać (...) żadna prawda nie może uleczyć smutku po stracie ukochanej osoby. Nie może go uleczyć żadna prawda, żadna uczciwość, żadna siła, żadna dobroć. Przeżywszy ten smutek w pełni, możemy się jedynie czegoś z niego nauczyć, lecz to, czego się nauczymy, wcale nam się nie przyda, kiedy nadejdzie następny, niemożliwy do przewidzenia smutek."
/Haruki Murakami, Norwegian Wood/

niedziela, 23 października 2011

Kilka refleksji o biografii Miłosza

Prawie tysiącstronicowy tom „Miłosz. Biografia” Andrzeja Franaszka przytłacza. Objętością, wyobrażeniem o potężnej pracy, jaką autor musiał wykonać i przede wszystkim samym Miłoszem. Bo z tych kilku setek stron wynurza się prawdziwy gigant, który mimo fantastycznej roboty Franaszka absolutnie nie mieści się w tej „cegle”. Miłosz wystaje z niej, nie daje się w pełni uchwycić i zamknąć w równej, kształtnej i pięknie wydanej w Znaku książce. Nieprzystający – taki był przez całe długie życie i taki pozostanie na zawsze.

Ten przytłaczający ogrom sprawia, że trudno ważyć się na regularną recenzję. Z drugiej strony bogactwo myśli i emocji, jaki powoduje lektura biografii poety nie pozwala przejść nad tą pozycją do porządku dziennego, niejako przymuszając czytelnika do słownych czy też pisemnych form ekspresji. Taki właśnie niech będzie i ten tekst – zbiorem dość luźnych refleksji.

Myśląc o życiu Miłosza, przypomina mi się to, co mówi się często o rosyjskiej duszy: że wszystkiego w niej jest w nadmiarze. Jeśli talent, to ogromny. Jeśli cierpienie, to potężne. Jeśli sukces, to światowy. Jeśli witalność, to niewyczerpana. Jeśli eros, to przekraczający granice małżeńskiej wspólnoty. Ale też jeśli małżeństwo, to do śmierci. Można by tak kontynuować tę wyliczankę długimi wierszami. Dość powiedzieć, że historia jego rodziny, miejsce urodzenia, lata spędzone na terenie lub obrzeżach rosyjskiego imperium z pewnością zaciążyły nad kształtem jego duszy.

Bo niewątpliwie dusza Miłosza nie była Polska. Chłodny i precyzyjny intelekt – również nie. To samo i z ciałem, wszak urodził się na Litwie. Co zatem sprawiło, że stał się najbardziej znanym na świecie polskim poetą? Tylko i wyłącznie polski język, którym jego rodzina posługiwała się od XVI wieku i który miał okazję zdradzić wielokrotnie. Nigdy tego nie uczynił, a polszczyźnie poświęcił piękny wiersz „Moja wierna mowo”.

Jaka jest cena, którą trzeba zapłacić za wybitność? Czy im większy geniusz, tym większa tego cena? W rozdziale o wiele mówiącym tytule „Hiob” Franaszek przywołuje jeden z listów Miłosza do ks. Józefa Sadzika, zaprzyjaźnionego pallotyna. Pisze ten list w roku 1979, kiedy jego szanse na literackiego Nobla są coraz większe. Ale również w roku, w którym bardzo cierpi z powodu poważnej choroby młodszego syna, Piotrusia. W tych okolicznościach zwierza się księdzu ze swoich „handlowych” modlitw: niech Nobel go ominie, byle w zamian wyzdrowiał syn. Co autor biografii puentuje: „Ktokolwiek nad nimi słuchał tej modlitwy, ludzkie życzenie spełniło się na odwrót”.

Miłosz w swoim życiu bardzo wiele wycierpiał. Ale jednocześnie doświadczył mnóstwa okruchów szczęścia. Te przychodziły do niego przez coraz większe sukcesy literackie i przede wszystkim poprzez spotykane na swej drodze kobiety. Do nich bez wątpienia miał szczęście. Andrzej Franaszek nie stroni od poruszania wątków romansowych, zdrad małżeńskich, kolejnych kobiecych fascynacji. Pisze o tym jednak po pierwsze w bardzo delikatny sposób, a po drugie potrafi mądrze naświetlić tło każdej z tych historii. Nie wchodząc w tym wszystkim z butami w ludzką intymność i stroniąc maksymalnie od wypowiadania swych ocen. Miłosne historie Miłosza pokazuje biograf w kontekście tej idei, która dla poety jest zawsze najważniejsza – powołania i służbie poezji. Dlatego przywoływanie pięknych wierszy, które powstały z inspiracji jakiegoś romansu czy prawdziwej miłości nie razi nachalnym zestawieniem typu: jest cena, jest nagroda, a raczej ukazuje złożoność osobowości poety.

Z jakąż goryczą czyta się ostatnie rozdziały biografii, w których – jeśli chcemy by biografia była rzetelna – niestety musiały pojawić się oskarżenia i oszczerstwa rzucane na Miłosza przez współczesnych gorliwych „patriotów”. Główne oskarżenie – antypolskość. Biorąc pod uwagę skomplikowaną konstrukcję noblisty – o której wspominam choćby tu powyżej pisząc, że jego dusza, pochodzenie, umysł i ciało nie były z gruntu polskie – oraz jego emigracyjną historię i pamiętając też jego alergiczną podejrzliwość wobec tego, co sam nazywa anima naturaliter endeciana, nie ma co się dziwić, że wypowiadał negatywne sądy o Polakach. Prawdą jest, że Miłosz bardzo był zawiedziony, obserwując po 1989 roku jak w Polakach odradza się duch nacjonalizmu. Okazało się, że to, co tak silnie mu doskwierało w Polsce międzywojennej, przetrwało samą wojnę oraz czas komunizmu, chowając się między innymi za tzw. moczaryzmem i ponownie rozkwitło w wolnej ojczyźnie.

Inne oskarżenie – podczas kłótni, do jakiej doszło w 1968 roku pomiędzy Miłoszem a Zbigniewem Herbertem, kalifornijski profesor miał jakoby wyrazić życzenie, by Polska stała się kolejną republiką Związku Sowieckiego. Jak na podstawie zeznań świadków tego zajścia dowodzi Franaszek, takie słowa z ust noblisty nigdy nie padły, a Herbert z niezrozumiałych przyczyn musiał to sam wymyślić. Swoją drogą biograf przypomina, że autor „Pana Cogito” w korespondencji z autorem „Ocalenia” Polskę określa mianem zarazy i choroby wenerycznej, czego jakoś polscy nacjonaliści mu nie wypominają.

Reasumując – pomyje wylewane do dziś na Czesława Miłosza są bezpodstawne, a jego krytycyzm wobec polskości może być dla wielu bolesny, ale całkowicie mieści się w granicach uprawnionej debaty o naszym kraju i jego mieszkańcach.

Miłosz był bardzo pracowitym i zdyscyplinowanym człowiekiem. Warto pamiętać, że przez długie lata utrzymywał czteroosobową rodzinę. We Francji w latach 50-tych żyli bardzo skromnie, a ojciec rodziny zarabiał na życie różnego rodzaju pisaniem. Jerzy Giedroyc podziwiał go za tę pracowitość i znając dobrze emigracyjną sytuację polskich literatów, mówił otwarcie, że jedynym człowiekiem, któremu udaje się godnie żyć z pisania jest Czesław Miłosz. Choć nie omieszka dodać, że okupuje to potężnym wysiłkiem. Gdy uzyska stabilne zatrudnienie na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, co zapewni rodzinie dobre życie, narzuci sobie regularny rytm dnia, styl życia i pracy, którego nie porzuci już prawie do końca życia. Wczesna pobudka, spacer i poranne pisanie. Potem wyjazd na kampus uniwersytecki, a wieczorem lektury. Do tego regularne, przynajmniej dwa razy w tygodniu, pływanie na basenie. Dba o siebie, chce dobrze wyglądać, wszak jest przystojny i będzie się kobietom podobał aż do późnej starości.

Gdy spoglądamy na przedstawiony w biografii pisarski dorobek noblisty i mamy w pamięci fakt, że Miłosz przez większość życia pracował zawodowo inaczej niż pisaniem (radio, biblioteka, ambasada, uniwersytet), czytelnika ogarnia podziw wobec wielkości tego dzieła. 17 tomów poetyckich, 2 powieści, 21 książek eseistycznych, kilka ułożonych antologii poezji, monumentalna praca o 20-leciu międzywojennym, do tego sporo przekładów wierszy i utworów prozatorskich, ponad sto artykułów oraz mnóstwo wykładów i wystąpień publicznych – to nawet na 93-letnie życie człowieka bardzo dużo. Dodajmy też, że we wszystkich swoich wytworach literackich Miłosz zawsze utrzymywał wysoki poziom, poniżej którego nie schodził. Jeżeli trafiał mu się tom mniej oryginalny, to nigdy słaby, a jego gorsza ocena wynikała raczej z wybitności poprzednich lub późniejszych dokonań.

/Andrzej Franaszek, Miłosz. Biografia, SIW Znak, Kraków 2011/

środa, 5 października 2011

Psalm nad urwiskiem


Jaka była cudna pogoda w sobotę! Obudziłam się z myślą, że muszę, koniecznie muszę powędrować na spacer. Jak to dobrze, że mieszkamy w takim miejscu - wystarczy oddalić się tylko kawałek i wkracza się w nadwiślańską strefę ciszy i spokoju. Wędrowaliśmy chwilę nad rzekę, a ja co i rusz zachwycałam się tym co widzę - pierwszymi śladami jesieni. Przez ostatnie tygodnie, przez wszystkie myśli o Mamie nie potrafiłam się uważnie rozglądać. Teraz po raz pierwszy, w czasie tego spaceru, poczułam, że jeszcze mam w sobie radość życia - nie zniknęła. Patrzyłam na świat i czułam ogromne szczęście, że tu jestem. Coś aż ściskało mnie w środku z tej odkrytej radości. Usiedliśmy na skraju wiślanego urwiska, by się w ciszy pomodlić. Ciepłe słońce świeciło mi w twarz, włosy co jakiś czas targał mi lekki jesienny wiatr, piękna, spokojnie płynąca woda - jakże kojąca. Moje wnętrze śpiewało sobie urywki z Psalmu 103, który został mi dany przez dobrego księdza jako lekarstwo na smutną duszę:

Błogosław, duszo moja, Pana, i nie zapominaj o wszystkich Jego dobrodziejstwach!
On odpuszcza wszystkie twoje winy, On leczy wszystkie twe niemoce,
On życie twoje wybawia od zguby, On wieńczy cię łaską i zmiłowaniem,
On twoje dni nasyca dobrami (...)Miłosierny jest Pan i łaskawy, nieskory do gniewu i bardzo łagodny (...)
Nie postępuje z nami według naszych grzechów ani według win naszych nam nie odpłaca (...)

Wie On, z czego jesteśmy utworzeni, pamięta, że jesteśmy prochem. Dni człowieka są jak trawa; kwitnie jak kwiat na polu.
ledwie muśnie go wiatr, a już go nie ma, i miejsce, gdzie był, już go nie poznaje. (...)

Błogosławcie Pana, wszystkie Jego dzieła,
na każdym miejscu Jego panowania: błogosław, duszo moja, Pana!

Chyba lekarstwo zaczyna działać, daje mi spokój.

Po tym przystanku na brzegu powędrowaliśmy dalej. Mój Ukochany towarzysz musiał mnie powstrzymywać przed nieustannym robieniem zdjęć. A ja po prostu nie mogłam przestać się zachwycać. Uzmysłowiłam sobie ze zdziwieniem, że tym samym podziwiam piękno przemijania przyrody. Umierania. Jednocześnie radując się myślą, że przecież za trochę będzie się rodziła na nowo.
Więcej zdjęć szaleńczo napstrykanych możecie zobaczyć tutaj.

piątek, 23 września 2011

Miesiąc tęsknoty

Chwilę temu na zegarze pojawiła się godzina 23.23. Minął dokładnie miesiąc bez Mamy. Nie byłam w stanie nic napisać. Żadne słowa nie pasowały mi by przerwać panującą ciszę. Już miesiąc? Przecież to było przed chwilą. Gdy zamknę powieki mam przed oczami Jej piękną, spokojną twarz po tym jak odeszła. Czuję nieustannie Jej obecność, nie potrafię oswoić się z tym, że jej tutaj już nie ma. W ciągu dnia często myślę, żeby do niej zadzwonić. Nie potrafię nawet tak po prostu skasować jej numeru telefonu, który już przecież nie istnieje. Sprzątanie kwiatów na grobie? Czy to prawda, że tam pod tą grubą płytą, w drewnianej trumnie jest Ona? Jutro mamy zamiar zacząć porządkować Jej rzeczy. Tyle zostaje - masa przedmiotów, ubrań, drobiazgów, które w tym innym życiu nie są już do niczego potrzebne. Pamiętam jak dosłownie kilka dni przed Jej śmiercią rozmawiałyśmy o tym co zostanie. "Kiedy odejdę, będziecie mieli dużo zajęcia, nie zdążyłam wszystkiego uporządkować, zostawię was z bałaganem... Będziecie się ze mnie śmiali jak zobaczycie różne moje skarby. Tyle rzeczy kupowałam jak głupia. Na przykład takie ubrania - bluzki jeszcze z metkami, zupełnie nie noszone. Nie wiem po co je kupiłam, bo nigdy ich już nie założę... Podzielcie się tym, weźcie sobie w prezencie to co jest na Was dobre, proszę. Dla małej Basi znajdziecie w szufladzie całą masę prezentów na przyszłość, kupowałam z taką radością - przekażesz jej to od Babci w prezencie, jak podrośnie dobrze?". Patrzyła na mnie i obie miałyśmy łzy płynące po policzkach. Przytuliłam ją skuloną na brzegu łóżka i głaskałam po głowie mówiąc: "Dobrze Mamuś". Dzisiaj zastanawiam się czy damy radę zajmować się tymi porządkami bez łez? Przy moim łóżku leży zielony szal pachnący Mamą, szal który zabrałam z domu rodziców kilka dni po pogrzebie. Przytulam do niego twarz - Mamo jesteś tuż obok, prawda? Pewna bliska mi osoba zastanawiała się czy Ukochani zmarli mogą czytać nasze blogi? Czytają. Wierzę, że Mama na pewno jest na bieżąco. Cieszy się z każdej wystukanej przez nas literki przerywającej pustkę, smutek i ból. Wiem, że chce byśmy wrócili do nowego życia, w którym jej fizycznie nie ma, choć jak mówiła tamtego dnia gdy rozmawiałyśmy o porządkach: "Myszeczko, ja też będę za Wami bardzo tęskniła".Tęskni. Jest.

środa, 24 sierpnia 2011

Odeszłaś

Wtorek, 23 sierpnia, godzina 23.23. Przeszłaś Mamo na drugą stronę, cicho - jednym westchnieniem.

Byliśmy przy Tobie, cały czas. Było tak jak chciałaś, tak jak prosiłaś: odeszłaś w domu. Mieliśmy czuwać przy Tobie, bo od rana czułaś się coraz gorzej, coraz bardziej zbliżałaś się do tajemnej granicy między światami. Po całym dniu spędzonym z Tobą poczułam wewnętrzny głos, że mam zostać na noc i czuwać razem z Tatą. Zmieniliśmy Ci opatrunki, dałaś jeszcze radę dojść do toalety, potem ciągle szepcąc jak mantrę słowa wyrwane z różnych modlitw dałaś się ułożyć na swoim dużym łóżku w sypialni, na samym środku. Choć od rana walczyłaś nerwowo i żadna pozycja nie mogła Ci dać komfortu. Tata przytulił się do Twojego lewego boku, wziął Cię za rękę, zgasił światło. Mówił: "Zaśniemy sobie dzisiaj razem Kochana? A wiesz jak będzie fajnie - dzisiaj nasza Córeczka która, jak była mała zwykle leżała w środku, będzie z Twojej drugiej strony, tak to się pozmieniało".

Ja przyszłam do pokoju niedługo potem, w ciemnościach ulokowałam się na łóżku z Twojej prawej strony, w ciemności pogłaskałam Cię po włosach. Równy oddech śpiącego Taty, lekko świszczący Twój. Wszystko w porządku. Nagłe ciche westchnięcie. Przeciągły syk tlenu wydobywającego się z rurki. Spadła Ci z nosa? Szukam włącznika światła, nie mogę znaleźć. Ciągle syczy w ciemnościach, w desperacji świecę telefonem - rurka pod szyją, próbuję ją zakładać. Spojrzałam w Twoje oczy - nieruchome. "Tato! Tato! Odeszła???". Wprawny ruch i światło. Patrzymy na Ciebie, dotykamy. Serce ucichło, oddechu... nie ma. Patrzymy na siebie. Zatroskany szept Taty: "Odeszła Kochana". Zamknięcie powiek. Krzyżyk na czole. Pocałunek.

Przeszłaś TAM Mamo, udało Cię się, cichutko. Patrzymy na Ciebie. Twoja twarz, której połowa przez ostatnie dni zmieniła się okrutnie przez opuchliznę nagle w cudowny sposób wypiękniała, wyszlachetniała i tchnęła niezwykłym, anielskim wprost spokojem. Ukojona. Bez bólu i cierpienia, którego miałaś przez ostatnie tygodnie pod dostatkiem. Jaka jesteś piękna! Nie mogliśmy się napatrzeć. Ale już Cię tu nie ma. Krążysz gdzieś i patrzysz na nas z góry. A my pochyleni nad Tobą. Kapiące, słone łzy.
.........

Odbyłam z Tobą tę ostatnią drogę. Tylko tak mogłam Ci oddać czułość i miłość, którą mnie obdarzyłaś i których mnie nauczyłaś.
Wiem, że jesteś teraz ze mną cały czas. Słyszę co jakiś czas w uszach Twój głos "Myszeczko, nie płacz"...
Te ostatnie dni, Twoje ostatnie dni, w których brałam udział - to była lekcja życia i umierania, kolejne etapy, Twoje pożegnania, złość, wreszcie wyciszenie. Mogłam Cię trzymać za rękę, głaskać po policzku, być. To był czas trudny, ale zarazem niezwykły. To był dar. Jesteś TAM szczęśliwa, zdrowa, biegasz po niebiańskich łąkach. Proszę, daj mi tej radości, bo tu w TYM świecie, jakiś rozdział we mnie się zamknął i czuję przez to ogromną pustkę i ból. Pomożesz?

poniedziałek, 22 sierpnia 2011

Kościelne wyspy skarbów

Jan Turnau w tekście "Kościół robi sobie gębę" ("Gazeta Świąteczna" 6-7 sierpnia) wpadł w zastawioną przez siebie pułapkę. Publicysta przytacza dwie diagnozy polskiego Kościoła. Pierwsza mówi, że jest źle, więc konieczne są śmiałe zmiany, a druga, że "jest świetnie". Autor sprzyja naturalnie tej pierwszej diagnozie, a wyznawców drugiej utożsamia z obrońcami Radia Maryja. Wedle autora tekstu to przede wszystkim większość polskich biskupów. Ponoć hierarchowie nie widzą żadnych problemów w Kościele, więc uważają, że zmiany nie są potrzebne. Czy rzeczywiście tak jest?

sobota, 20 sierpnia 2011

Deklaracja przezroczystości

"Bardzo dobrze, że nam je zabrali. Majątki nie są nam potrzebne. Dzięki temu możemy skupić się na pracy duszpasterskiej". Nie są to słowa księdza-radykała, który zbyt łatwo przyjmuje do wiadomości komunistyczną konfiskatę dóbr kościelnych. To wypowiedź kard. Stefana Wyszyńskiego przytoczona przez Ewę K. Czaczkowską w biografii Prymasa Tysiąclecia.

Z jednej strony, wytaczane przez parafie, diecezje czy zakony procesy, których celem jest odzyskanie utraconych dóbr, zawsze niosą za sobą ryzyko utraty wiarygodności Kościoła jako stronnika ubogich. Z drugiej strony, Kościół posiada bezdyskusyjne prawo do zwrotu bezprawnie zabranych w czasach PRL terenów i budynków lub do pieniężnego ekwiwalentu. Co w tej sytuacji robić: odstąpić od roszczeń, godząc się w ten sposób na nikczemność komunistycznych grabieży? Dochodzić bezwzględnie swoich praw przed sądami, nie zważając na wspomniane wyżej ryzyko?
Czytaj więcej w 'Tygodniku Powszechnym" 33/2011

środa, 17 sierpnia 2011

Do Mamy - z życzeniami spokojnego snu

Mamusiu, dzisiaj nam mówiłaś, że wiesz iż umierasz, czujesz to... Codziennie patrzysz na swoje odmawiające coraz szybciej posłuszeństwa ciało, patrząc w lustro z zadumą zerkasz na kobietę w lustrze, na swoje odbicie. To ja? Kręcisz głową i zamykasz oczy. Może to wcale nie jest prawda? Może to, że kolejni lekarze powiedzieli, że nic już nie mogą zrobić, nie zatrzymają już tego potwora co zagarnia Cię od środka, to był zły sen? Cierpisz całkowicie świadomie - a my nie możemy w niczym Ci pomóc, w niczym ulżyć poza naszą milczącą obecnością, bezradnym trwaniem i patrzeniem w Twoje coraz bardziej gasnące oczy. To tak strasznie boli. Dzisiaj powiedziałaś, że nie chcesz byśmy wzywali karetkę, jeżeli coś się będzie działo, że chcesz umrzeć w domu. Wyszeptałaś - jestem już tak strasznie zmęczona. Kocham Was. Powiedziałam Ci, że ja też Cię kocham ogromniasto, że jesteś najlepszą, najbardziej dzielną Mamą na świecie. Mogę to teraz tu wykrzyczeć! JESTEŚ NAJDZIELNIEJSZA I NAJKOCHAŃSZA!!! Ale czy zdążę się nauczyć jeszcze od Ciebie tej Twojej siły? Jest pewnie jeszcze tyle pytań, które mogę i chciałabym Ci zadać. W obliczu rozmów o Twoim odchodzeniu - czuję całkowitą pustkę. Tak, już wiem w której szafce są jakie dokumenty, zapamiętałam tą nakrapianą teczkę. Tata też już został przez Ciebie dzisiaj poinstruowany. Martwisz się o nas nieustannie. To co masz teraz w głowie jest dla mnie niepojęte. Mówiłaś, że się boisz tak samo jak my. Mamo nie pomogę Ci przejść na tą drugą stronę. Podobno idzie się tunelem w stronę ciepłego światła z uczuciem błogiego spokoju- tą drogę będziesz musiała pokonać sama.Wiemy to. Ale może jeszcze nie teraz? Może jeszcze Pan Bóg da Ci chwilę czasu? Życzę Ci dzisiaj dobrego, spokojnego snu, bez strachu. Do jutra!

wtorek, 16 sierpnia 2011

Matka Boska Zielna

W tym roku postanowiłam nie przegapić ludowej tradycji. W słoneczne południe 15 sierpnia powędrowałam na krótki spacer po okolicznych polach, by w towarzystwie ścigających mnie komarów oraz psa włóczęgi stworzyć bukiet, no może raczej bukiecik kwiatów i ziół.
Uczczenie Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny nazywane w polskiej tradycji Świętem Matki Boskiej Zielnej jest najstarszym świętem maryjnym w chrześcijańskim kalendarzu liturgicznym, a jego upowszechnienie sięga VIII wieku. Jednym z elementów tej uroczystości stało się oddawanie hołdu Maryi wraz z poświęceniem na Jej cześć leczniczych ziół, kwiatów, owoców i kłosów zbóż.

W ludowej tradycji poświęcone bukiety i wieńce zabierano do domów i wieszano w izbach obok świętego obrazu, w doborowym sąsiedztwie palmy wielkanocnej, tak by wspólnymi siłami ochraniały dom i jego mieszkańców swoją cudowną, leczniczą mocą. Miały chronić przed niebezpieczeństwami żywiołów tego świata, przed chorobami i nieszczęściami.

Kapłan, błogosławiąc zioła, prosi Boga: "Zachowaj je od zniszczenia, aby wzrastały, radowały oczy, przynosiły jak najobfitszy plon i mogły służyć zdrowiu ludzi i zwierząt. A gdy będziemy schodzić z tego świata, niechaj nas, niosących pełne naręcza dobrych uczynków, przedstawi Tobie Najświętsza Dziewica Wniebowzięta, najdoskonalszy owoc ziemi, abyśmy zasłużyli na przyjęcie do wiecznego szczęścia"

Ksiądz Tischner mówił o święcie Matki Boskiej Zielnej, że "to święto przede wszystkim piękne. Ono prowokuje ludzi, aby byli piękni". I ja czułam się piękna, uśmiechałam się do siebie zrywając kwiaty, a mój kolorowy bukiet coraz silniej pachniał miętą.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Auschwitz-Birkenau

"Kto nie pamięta historii, skazany jest na jej ponowne przeżycie" - słowa amerykańskiego filozofa i pisarza pochodzenia hiszpańskiego Georga Santayany (1863-1952) umieszczone zostały na tablicy w Muzeum Auschwitz. Tablica ta znajduje się na wprost wejścia, w jednym z budynków, od których zaczyna się milcząca wędrówka śladami przeszłości. Słowa te poruszyły mnie i utwierdziły w przekonaniu, które już miałam od dawna. Dlatego zdecydowałam się tu powrócić i być, słuchać i płakać w duchu nad niewyobrażalnym okrucieństwem i bezsensem tej wojennej maszyny, nad niewytłumaczalnymi absurdami, nielogicznością tego co tu się działo. Tylko tak mogę oddać cześć tym wszystkim, którzy tu byli, którzy tu zostali zamordowani. Moja obecność, pamięć, modlitwa.

Nie tak dawno dowiedziałam się, że trafił tu do Auschwitz w jednym z pierwszych transportów z Warszawy brat mojego dziadka. Dostał numer 3058. Szłam wysypaną żwirem aleją między barakami, stałam na dawnym placu apelowym myśląc, że kiedyś na tych apelach w pasiaku musiał stać on. Obezwładniające. Brak słów. Rodzina dostała list z informacją, że zmarł tu na tyfus w 1942 r. Ale czy to prawda? Czy dostał od Boga szansę innej śmierci niż Ci pozostali, którzy z nim tu w tym czasie byli?

czwartek, 14 lipca 2011

Dwa sny

Miałem sen, a nawet dwa. Jeden ziemski, mocno związany z tym, co się dzieje tu i teraz, a drugi z tych niesamowitych, metafizycznych.

Sen 1. Śniła mi się mama Hania. Była piękna, szeroko uśmiechnięta, radosna. I leciutko sobie po ziemi biegała truchcikiem, co ewidentnie sprawiało jej wielką frajdę. W zestawieniu z jej aktualną szpitalno – chorobową kondycją ten sen wydaje się być jakąś projekcją pragnień śniącego. A może czymś innym?

Sen 2. Następnej nocy we śnie znalazłem się w kościele. Chyba to był kościół św. Wawrzyńca w Sochaczewie, czyli świątynia mojego dzieciństwa. Wysoko pod sufitem tego kościoła, na ścianie za ołtarzem, wisiał obraz Jezusa. O dziwo ten obraz żył, Jezus był tu prawdziwą, żyjącą i poruszającą się postacią. Niespodziewanie zostałem jakby porwany z posadzki świątyni i począłem się unosić w kierunku tego obrazu. Czułem, że wznoszę się bardzo, bardzo wysoko, o wiele wyżej niż wysokość do sufitu (ten jakoś zniknął…) i że za chwilę, gdy tylko spojrzę w dół na ziemię, doświadczę tego nieprzyjemnego skurczu podbrzusza, który towarzyszy lękowi wysokości lub zbyt szybkiemu spadaniu w dół. Ale im wyżej jestem, tym bliżej mi do obrazu. W końcu tajemnicza siła, która porwała mnie w górę ustawia mnie tuż obok Jezusa i obraca, bym spojrzał w dół – tak, jak patrzy sam Jezus. I wtedy mam to nie dające się opisać uczucie: przemieszanie wspomnianego ścisku w dołku z ogromną radością bycia obok Jezusa. Lęk stopniowo maleje, ogarnia mnie radość i patrzę w dół. A pode mną cała ziemia. Koniec.

środa, 13 lipca 2011

Słowa

"Nie ma spotkania z osobą bez słowa. Jeśli między mną a drugim człowiekiem rodzi się bliska relacja, to dzieje się to zawsze przez otwarcie i szczerą rozmowę. To dzięki niej wzajemne poznanie staje się coraz głębsze. Jeśli rozmawiamy z kimś tylko o pogodzie, to chociaż byśmy spędzili ze sobą dużo czasu, niewiele z tego wyniknie" /ks. Krzysztof Wons SDS/.

piątek, 1 lipca 2011

Oburzajcie się!

Stéphane Hessel (93-letni Francuz, lewicowiec) w słynnej prawie na całą Europę książeczce - manifeście zatytułowanym „Indignez Vous!” (oburzajcie się) nawołuje młodych ludzi do oburzenia, czy wręcz do buntu. Pisze, że najgorszą z możliwych postaw jest obojętność, notoryczne powtarzanie, że i tak nic nie można zrobić, nic nie da się zmienić. Obojętność – według Hessela – sprawia, że tracimy jeden z fundamentalnych elementów, który buduje nasze człowieczeństwo – siłę oburzania się właśnie.

Dodaje tu jednak ważną rzecz. Oburzenie nie może być postawą przybieraną dla samego oburzania się, nie może być sztuką dla sztuki. Naturalną konsekwencją oburzenia musi być zaangażowanie w jakąś, choćby małą, sprawę.

Czytając ten fragment książeczki Hessela, pomyślałem o dwóch sprawach. Najpierw przypomniało mi się, że starożytni filozofowie źródła wszelkiej myśli i nauki upatrywali w ludzkim zdziwieniu. To właśnie nieustanne zadziwianie się człowiekiem, światem, całą rzeczywistością popychało myślicieli i badaczy do nowych koncepcji, odkryć, badań. I zarysowało mi się tu takie zestawienie: tak jak zdziwienie jest motorem rozwoju myśli ludzkiej, tak oburzenie może być kołem napędowym ludzkiego zaangażowania społecznego.

Pomyślałem też, że my, Polacy, bardzo pięknie potrafimy się oburzać. Jesteśmy w tym naprawdę dobrzy. Ale niestety z naszego oburzania rzadko rodzi się społeczne zaangażowanie. Raczej wieczne malkontenctwo i narzekanie. Czyli kisimy się w tym naszym oburzeniu aż ciśnienie rośnie. A to jest o tyle niebezpieczne, że każdy szarlatan czy inny populista, który w jakiś sprytny sposób będzie potrafił to wielkie polskie oburzenie skanalizować, trafi na bardzo podatny grunt i z łatwością wejdzie do Sejmu…

czwartek, 30 czerwca 2011

Sto lat Miłosza


Dziś mija 100 lat od dnia urodzin Czesława Miłosza. Od kilku tygodni czytam jego monumentalną biografię i nie mogę się nadziwić, ile bogactwa a jednocześnie sprzeczności mieściło się w tym niezwykłym człowieku. Do jak wielkiego zła a jednocześnie do jak ogromnego piękna był zdolny. Te szerokie przestrzenie obecne są również na kartach jego książek. I na to stulecie, niejako w hołdzie wielkiemu poecie, niech zabrzmi kilka wersów z cyklu zatytułowanego "Świat (poema naiwne)". Warto dodać, że te wersy Miłosz pisał w 1943 roku, w okupowanej Warszawie.

SŁOŃCE

Barwy ze słońca są. A ono nie ma
Żadnej osobnej barwy, bo ma wszystkie.
I cała ziemia jest niby poemat,
A słońce nad nią przedstawia artystę.

Kto chce malować świat w barwnej postaci,
niechaj nie patrzy nigdy prosto w słońce.
Bo pamięć rzeczy, które widział, straci,
Łzy tylko w oczach zostaną piekące.

Niechaj przyklęknie, twarz ku trawie schyli
I patrzy w promień od ziemi odbity.
Tam znajdzie wszystko, cośmy porzucili:
Gwiazdy i róże i zmierzchy i świty.

sobota, 25 czerwca 2011

Drzwi


"Drzwi symbolizują miejsce przejścia
między dwoma stanami,
między dwoma światami,
między znanym i nieznanym,
między światłem , a ciemnością...”

/J. Chavalier, A. Gheerbrant, Dictionaire des symboles/

Drzwi popadającego w ruinę domu w Czerwińsku nad Wisłą.
Zatrzymały moje spojrzenie - przyciągnęły niezwykłym kolorem i formą świadczącymi o ich dawnej świetności. Pobudziły moją wyobraźnię. Ile osób przechodziło przez ich próg? Ile dłoni chwytało za klamkę? Ilu wydarzeń z życia ludzi mieszkających w tym domu były świadkami? Ilu uśmiechów i radości? Orszaków weselnych, narodzin dzieci? Ilu łez i jakich rozpaczy? Ilu śmierci? Ilu trumien wynoszonych przez próg? Ile razy tymi drzwiami w złości trzaśnięto? Ile razy zaryglowane dawały domownikom poczucie bezpieczeństwa?
Drzwi dzielą przestrzeń w jakiej żyjemy według opozycji: swój – obcy, znany – nieznany, bezpieczny – niebezpieczny, nasz (obszar uznany za święty) – teren „innych” (uznany za dziki i budzący grozę). W tradycyjnej kulturze ludowej jakże prawdziwe wydaje się stwierdzenie przypomniane przez Zbigniewa Benedyktowicza: „wejść i wyjść- oto skrót losu człowieczego”.

czwartek, 16 czerwca 2011

Przyjaśń

Niedawno natknęłam się w jednej z gazet na wywiad z filozofem Cezarym Wodzińskim. Powiedział w nim, iż uważa, że słowo przyjaźń powinno się zastąpić lepszym, według niego, bardziej przychylnym, poufałym i łagodnym słowem przyjaśń. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta: słowo przyjaśń nie ma w sobie egoistycznej cząstki "jaźń", a tym samym sugestii, że źródłem przyjaźni jest moje "ja". "Ja", które może łaskawie zaprosić kogoś do siebie, na swoich warunkach i dla zaspokojenia egoistycznych potrzeb. A w przyjaźni nie ma na to miejsca.

Gdy spojrzy się na to w ten sposób, to o ile piękniej brzmi słowo przyjaśń, odarte z egoizmu i jakby trafniej określające to, co nazywamy przyjaźnią przez "ź"! Bo przecież przyjaźń zakłada, że "ja" ustępuje - że się wycofuje z gry, zawstydzone swoją potrzebą bycia na pierwszym planie, wolą dominacji. Stoi sobie z boku i co najwyżej przygląda się zdziwione. Przyjaźń nie rozgrywa się między "ja" czy "ty", lecz "pomiędzy", które powstaje wtedy, gdy oba "ja" rezygnują ze swoich egoistycznych pretensji i ustępują sobie miejsca. Przyjaźń potrzebuje paradoksalnie dystansu - dystansu, który zbliża. Jakby między "ja" i "ty", które oddają się przyjaźni, wkraczał ktoś trzeci, który nas, przyjaciół przekracza, jest czymś więcej niż my, przewyższa prostą sumę "ja" i "ty".

Życzę zatem wszystkim przyjaźni będących przyjaśniami!