poniedziałek, 23 sierpnia 2021

Dziesięć lat

Jechaliśmy dzisiaj do Ciebie Mamo w deszczu. Założyliśmy sobie, że Cię odwiedzimy, choć na moment. Dziesięć lat od Twojego ostatniego spojrzenia, ostatniego dotyku, ostatniego słowa, ostatniego oddechu.

Niebo płakało dzisiaj prawie od samego rana. Przyszliśmy do Ciebie próbując wymijać coraz większe kałuże tworzące się na cmentarnych alejkach, jak jeziora, do których wpadały tysiące kropel ozdabiając je małymi banieczkami. K. prowadził wózek, do którego prosto z samochodu wskoczyła Emilka stanowczo odmawiając zakładania kaloszy - choć myśleliśmy, że co jak co, ale akurat brodzenie w kałużach jest dla niej zawsze upragnioną zabawą. Widziałaś Mamo, jej twarzyczkę wystawioną przez małe okienko przezroczystego wózkowego pokrowca? Siedziała sobie opatulona w przeciwdeszczowe warstwy, zerkała na mokry świat z bezpiecznej, suchej “karety”, uśmiechała się filuternie i mówiła co trochę: Tato, szybciej! albo O! z górki na pazurki.

Zapaliliśmy znicz kryjąc się pod parasolem. Emilka mówiła: Mamo, uważaj żebyś się nie oparzyłaś! Byliśmy z Tobą wśród tych wszystkich kropli coraz silniej padającego deszczu, spadających z tarmoszonych wiatrem drzew, małych zielonych żołędzi, pustych cmentarnych alei i ciepłych łez płynących po moim policzku pomieszanych ze skapującymi mi z kaptura zimnymi kroplami lecącymi prosto z nieba. Gdy zbieraliśmy się z powrotem Emilka powiedziała: Pa! Pa! Babciu! wychylając głowę przez swoje okienko. Słyszałaś?

Rozmawiamy sobie z Emilką o Tobie. Twoja wnuczka zadaje różne pytania, układa sobie wszystko w małej głowie:

Mamo, a Babcia Hania umarnęła? A my też umarniemy? Bo każdy jest mały, potem duży, a potem umarnie. I tak w kółko?

Mamo, a Babcia Ciebie urodziła, a Ty mnie?

Mamo, patrzę codziennie na naszą prawie już trzyletnią Emilkę - i często dostrzegam w niej Ciebie. Zdarzyło mi się, że miałam takie abstrakcyjne wrażenie, iż przytulam Ciebie - tylko taką malutką. Gdy Emilka śpi - i na nią spojrzę, to często widzę Ciebie i Twoją twarz - taką świetlistą, piękną i spokojną - jak dziesięć lat temu - chwilę po tym jak o 23.23 odetchnęłaś po raz ostatni.







niedziela, 14 marca 2021

Pełno słów

Nagle zaległa cisza. Szykuję obiad, kroję warzywa do zupy, odchodzę więc od deski i zerkam zza naszej otwartej kuchni na pokój. Niezły mamy w tym naszym salonie harmider. Emilka najczęściej bawi się właśnie tutaj, w naszej obecności, z nami tuż obok. Na podłodze leżą więc jej zabawki: zaczynając od ulubionych przytulanek zwanych “kolegami”, których gromada, powiększa się co trochę - do owieczki, myszki i kotka dołączyły ostatnio jeszcze duży misio w kolorze koralowym, mały biały miso i urocza gąsienica z kwiatkiem tulipana w łapkach - po plastikowe klocki, koszyk z kasztanami, czy zestaw lekarski z obowiązkowym małym notesem i długopisem (bo przecież: “ja piszem receptę”). Szukam sprawczyni tej nagłej ciszy. Jest. Na kanapie ułożyła właśnie górkę książek i gramoli się, by wygodnie sobie usiąść oparta o zieloną poduszkę tuż obok nich. Wiem co będzie dalej. Ale to nic. Mogę patrzeć na to co teraz nastąpi bez końca. Ten widok mnie nieustannie wzrusza, rozczula i zachwyca. Zatem bezkarnie i dyskretnie podglądam go sobie zza załomka ściany w międzyczasie spokojnie krojąc dalej i uśmiechając się pod nosem.

Dalej jest tak:

Gdy Emilka już umości się na kanapie, z zaplecionymi po turecku nogami, bierze w dwie swoje małe rączki pierwszą z książeczek, które leżą po jej prawej stronie. I powoli, kartka po kartce zaczyna je oglądać. Zatrzymuje się na niektórych stronach dłużej, uważnie się im przygląda, wodzi palcem po rysunkach, odwraca kolejne kartki. Jest skupiona i poważna. Gdy widzę ją w takich chwilach wydaje mi się, aż za bardzo dorosła - jakby miała więcej niż te swoje 2 lata i 4 miesiące. Mała dziewczynka pochyla się nad książkami. Gdy skończy oglądać pierwszą, przekłada ją na lewą stronę obok siebie i do rąk bierze kolejną lekturę ze swojej “górki”. I wszystko się powtarza. Studiuje każdą kolejną kartkę. Gdy wszystkie książeczki znajdą się po drugiej stronie kończy swoje zajęcie, wraca do naszego świata i schodzi z kanapy.

Słyszę tupot małych stup. Emilka przybiega do mnie do kuchni, łapie mnie za nogę i się przytula. Pochylam się w jej stronę, patrzymy na siebie. Widzę te jej piękne niebieskie oczy, ozdobione długimi rzęsami, które patrzą na mnie z nadzieją. I słyszę: “Poczytasz mi, Mamusiu? No choć!” I ciągnie mnie za nogę, a potem wyciąga do mnie swoją małą, ciepłą dłoń i powtarza “No choć!”. Dotyka mnie ta prośba i to zaproszenie. Porzucam gotowanie. Wszystko poczeka. Łapię jej rączkę. Łapię tę naszą chwilę, która nie wróci już więcej, nie będziemy już nigdy takie same jak teraz. Emilka zaczyna mnie ciągnąć i biegnie w stronę kanapy, a ja za nią. Siadamy razem. Ona przytulona do mojego boku, otaczam ją ramieniem. “Co wybrałaś do czytania?” - pytam. “Basię na nartach” - pada szybka, konkretna odpowiedź - “ona podoba mi się, wiesz?”.

Zatrzymuje się czas. Zaczynam czytać, a od zawsze bardzo, bardzo lubię czytać dzieciom. Płyną słowa, pełno słów pięknie ułożonych w zdania. Mam masę frajdy z tej lektury. Odkrywam w sobie trochę jakichś ukrytych aktorskich talentów, bawię się intonacją, barwą głosu. Wpadamy razem w tę historię. Zerkam kątem oka na Emilkę: zapatrzona na kolejne strony, skupiona, powtarza niektóre słowa, dopytuje, chłonie. Koniec opowieści. “Mamusiu, jeszcze chcę…” - słyszę. Dzisiaj obiad znowu będzie trochę poźniej, ale jak mówi często Emilka “To nic”.



niedziela, 7 lutego 2021

Zimowy spacer


Styczniowy, niedzielny poranek z lekkim mrozem, błękitnym niebem i świeżą porcją śniegu. Idealny czas na sanki. W zeszłym roku, gdy Emilka mogła bardziej świadomie spotkać się oko w oko z białym puchem - śnieg popadał tylko jeden dzień. Duże białe płatki, które osiadły na trawie i ulicach zniknęły wtedy po kilku godzinach. Teraz jest raj. W książeczkach, piosenkach i zajęciach w żłobku - teoretyczny temat zimy mamy już rozpracowany. Czas na praktykę.

Nasz sąsiad podarował nam dobre sanki, na których jeździły ze dwadzieścia lat temu jego córki. Teraz nasza dziewczynka ubrana w kombinezon usiadła na nich z ogromną radością i swoimi małymi rączkami odzianymi w granatowe ciepłe rękawiczki z uroczymi misiami chwyciła się deseczek sankowego siedziska.

Ciągnij, Tato! Szybciej! - pokrzykuje ze śmiechem. 

Zachwycam się nieustannie, że tak blisko domu mamy takie wspaniałe nadwiślańskie tereny do spacerów. Można czmychnąć tak jak teraz i w ciągu kilku minut znaleźć się w białej krainie. Wąska pokryta śniegiem ścieżka prowadząca nad Wisłę, okolona białymi od śniegu krzewami i drzewami jak tunelem. A do tego lekki mróz, błękit nieba nad głową, promienie słońca i chrzęst śniegu pod butami. Czysta biel. Spokój i radość. Ależ jest pięknie!

K. ciągnie Emilkę, ja podbiegam za nimi ścieżką. Słyszę: Będzie po kolei! Mamo, teraz Ty! K. zatrzymuje się, Emila schodzi z sanek i patrzy na mnie z radością w oczach, gdy siadam na sanki. Startujemy! - mówię. K. zaczyna ciągnąć, a ja czuję na swoich plecach małe rączki, które popychają mnie do przodu. - Ja pomagam - mówi Emilka bardzo poważnym tonem i kilkanaście kroków później dodaje: Tato! Teraz ty! K. niewiele się zastanawiając siada na sanki, a ja z Emilką łapiemy sznurek i ciągniemy go kilka metrów po białej ścieżce. Emilkowy śmiech rozbrzmiewa na ścieżce, a zerkam z uśmiechem na jej buzię i zaróżowione od mrozu policzki. Jest pełną radością. 

Kiedy ostatni raz jechałam na sankach? Dzięki Emilce udaje nam się obudzić ciągle drzemiące w nas dzieci. To one bawią się z nią codziennie.

Teraz ja idem sama - zarządza po swojemu. 

Podbiega sama po śniegu przed nami. Patrzę na tę małą ponaddwuletnią już dziewczynkę, maszerującą dziarsko do przodu. Podbiega co trochę. Schyla się i rękawiczkami zagarnia śnieg, któremu uważnie się przygląda. Otrzepuje je i biegnie dalej: Tato! Ja za rękę - prosi i wyciąga swoją małą rączkę, w puchatej rękawiczce, którą K. otula swoją dużą dłonią. Idą przede mną. Tata i Córka. Wzruszają mnie. Tyle czułości i miłości widzę codziennie między nimi. Obserwuję często z boku ufne spojrzenia Emilki patrzącej na K. i opowiadającej mu z wielkim zaangażowaniem o różnych sprawach, o wszystkim, co tylko przyjdzie jej do głowy i co coraz lepiej potrafi już wypowiedzieć.

Emilka zatrzymuje się i znowu siada na sankach. Trzyma się mocno. Śnieg skrzypi. K. ciągnie za sznurek i biegnie, podbiegam i ja. Słońce, błękit, biel. Emilka patrzy przed siebie z radością, zerka na płozy sanek i coraz głośniej zaczyna śpiewać: Hu hu ha, hu hu ha nasza zima zła! A my jej się nie boimy, dalej śnieżkiem w plecy zimy, niech pamiątkę ma! 

Robimy przystanek na pięknie oświetlonej zimowym słońcem polanie. Pełnej wystających kikutów uschniętych nawłoci, których pióropusze ozdobione są śniegowymi czapkami, a te spadają przy choćby delikatnym ich dotknięciu. Mała postać w różowym kombinezonie rusza przed siebie, przedziera się, idzie, brnie w śniegu za kostki, dotyka gałązek, śmieje się patrząc jak spada z nich śnieg. Rozgląda się ciekawie, bada świat w swoim dziecięcym skupieniu i zafascynowaniu. Nie przeszkadzamy jej. Jesteśmy tuż obok. Stoimy z K. przytuleni w tym zimowym pięknym południowym słońcu. Tyle mam w sobie wdzięczności. Tyle radości. Tyle nieustannego zadziwienia, że zostaliśmy rodzicami i ta mała Dziewczynka to nasza córka.
 

Emilka wypatrzyła jakąś białą, nienaruszoną połać śniegu i kładzie się by już całkiem profesjonalnie ze śmiechem zrobić sama orzełka-aniołka. Ja dołączam do niej. Leżymy tak obie na śniegu przez krótką chwilę patrząc w błękit nieba nad nami. Gdy odwrócimy na bok głowy, możemy złapać swoje radosne spojrzenia. Zostawiamy więc na polanie dwa odciśnięte w śniegu ślady: mały i duży.

Ruszamy znowu na sankach. Emila siedzi i znowu pokrzykuje: Szybko! Szybko!, a my z K. na zmianę biegniemy i ciągniemy tę małą panienkę. 

Na ostatniej prostej przed domem. Emilka nagle mówi: Ja na brzuchu. Gramoli się, odwraca i za chwilę jedzie na sankach leżąc na brzuchu, cichutko patrzy w bok na mijane krzewy, na śnieg na drodze. Idę obok niej i patrzę jak robi się coraz bardziej cicha, a jej powieki robią się coraz cięższe. Pstryk. Śpi. Upojona bielą.



niedziela, 31 stycznia 2021

Tato, Ciebie kocham. Tak napisałam

„Tato, Ciebie kocham. Tak napisałam” – powiedziała mi dziś Emilka, rysując długopisem na kartce jakiś niezrozumiały (dla dorosłych) szlaczek. Zrobiło mi się potwornie ciepło w sercu, ponieważ pierwszy raz coś takiego popłynęło z jej ust. 

Ci z Was, którzy mają dzieci zapewne znają to uczucie. Słyszeliście pewnie potem te słowa wielokrotnie, może nawet często do przesady. Może i mi kiedyś się „osłuchają”. Ale dziś, z kronikarskiego obowiązku też, lecz głównie ze wzruszenia, notuję te wypowiedziane sylaby pieczołowicie, każdą oddzielnie i myślę sobie o nich. Jasne, że w przyszłości będą między nami trudne chwile a może i więcej niż tylko chwile. Biorę to pod uwagę. 

Dziś jednak myślę przede wszystkim o tym, że wraz z przyjściem Emilki na świat otworzyła się zupełnie nowa, od zera stworzona przestrzeń miłości. I dalej idę tym tropem. Czy to ja – my z Hanią – tę przestrzeń uruchomiliśmy? Czy to nasza małżeńska, jakże bardzo ułomna, miłość miała taką moc, by ex nihilo powołać do życia tak czystą przestrzeń miłości. I – o, nieba! – przestrzeń miłości, która będzie trwała już wiecznie (jak wierzymy)? Nie, nie sądzę byśmy byli do tego zdolni. Tu jest coś więcej. Tu jest Miłość przez ogromne eM. 
Chwilę potem Emilka skierowała się do Hani. Nie użyła już tych samych słów. Zrobiła coś, co jeszcze bardziej nas zdumiało. 
- A to jest eM jak Mama – powiedziała.
I nasza mała dziewczynka – dwa lata i trzy miesiące – narysowała owo M, które i Wy możecie teraz zobaczyć na załączonym zdjęciu. Niezgrabne, nieidealne, na poplamionej kartce papieru ale prawdziwe i jakże pięknie obrazujące ich jedyną w swoim rodzaju relację Matki z Córką. 
Nigdy przecież nie uczyliśmy się pisania literek. Owszem, mamy książeczkę z literami i Emilka ją bardzo lubi. 
- Zobacz, Tato, to jest Twoja literka – woła ostatnio do mnie, wskazując na K.
Gdy pytam, która literka jest Hani, nie pokazuje wcale na H, tylko właśnie na M, eM jak Mama jest ważniejsze od imienia. Relacja z mamą jest najważniejsza. I dobrze. Tak powinno być. Jestem przekonany, że Emilkowej miłości nam nie zabraknie.


środa, 13 stycznia 2021

A czasem po prostu sobie milczymy

Nie ma na razie mrozów, więc nie rezygnujemy z frajdy wracania ze żłobka rowerem. Śnieg nam nie przeszkadza, a wręcz umila 4-kilometrową wycieczkę. Emilka wybrała dziś w piekarni duże kruche ciastko zbożowe z żurawinami. Jadła spokojnie i była wyjątkowo – jak na nią – cicho. Właściwie nic nie mówiła, nie komentowała, nie opowiadała, jak to ma w zwyczaju. Pomyślałem nawet, że może coś jest nie tak i zatrzymałem się. Patrzę na nią, ale ona na mnie nie za bardzo patrzy. Zamyślona, poważna, skupiona na czymś wewnętrznym jakby. Zrobiłem zdjęcie, ale nie odda tego, co chcę przekazać.
- Emilko, jesteś smutna? Coś się stało? – wypytuję, lecz nie odpowiada. Pomyślałem więc, że zaśpiewamy „Zima, zima, zima, pada, pada śnieg”, jak poprzednio, gdy jechaliśmy po śniegu. Nawet zacząłem, ale zaraz słyszę jej spokojny głos:
- Nie śpiewaj, tato.
I dalej ma tę zamyśloną minę. Taką zbyt dorosłą, jak na te jej 2 lata i niecałe 3 miesiące. Jechaliśmy więc dziś do domu w milczeniu. To są te chwile, kiedy coś ukłuje w sercu, coś cię przeszyje myślą, że owszem, to twoja córka, z twojej krwi, ale jej istnienie jest tak bardzo już teraz odrębne, może nawet odległe. Jej wewnętrzny świat to są nieznane mi kompletnie kosmosy. I więcej – tak właśnie ma być. Nie, nie było mi smutno z tego powodu. Chcę jej dobra, więc chcę, żeby miała swój odrębny, bogaty wewnętrzny świat. Będę obok i to wystarczy.
Milczeliśmy, zatopieni w swoich wewnętrznych kosmosach, patrzyliśmy na kojącą biel śniegu. I to było dobre.


czwartek, 31 grudnia 2020

Koniec roku

Koniec tego roku uczciliśmy wspólną wycieczką rowerową. Aktywnie i rodzinnie – choć tylko w trójkę, a chciałoby się przecież ten czas spędzać w większym gronie bliskich osób. Zrobiliśmy Emilce niespodziankę i pierwszy raz przyjechaliśmy po nią rowerami do żłobka we dwoje (najczęściej odbieram ją ja sam rowerem lub od czasu do czasu Hania samochodem). Radocha była wielka! Emilka pokazywała Hani, którędy zwykle jeździmy i co po drodze oglądamy.

- To jest nasza trasa, wiesz? – tłumaczyła mamie, cała dumna. 
Naturalnie musieliśmy zajrzeć do lokalnej małej piekarni, jak zawsze. Emilka regularnie kupuje tam bułkę z ziarnami lub rodzynkami i ciasteczko. 
- A dziś przyjechałam z mamą! – zakomunikowała znajomej pani w piekarni od razu po wejściu. To są miłe sytuacje. „Pani blondynka” – jak Emilka ją nazywa, żeby odróżnić od drugiej pani z piekarni o czarnych włosach – ucieszyła się wyraźnie i powiedziała Emilce, że chętnie pozna mamę. Potem sympatycznie życzyliśmy sobie wszystkiego dobrego w Nowym Roku. 
Jechaliśmy potem we trójkę – zatrzymując się tradycyjnie przy krzyżu z Jezusem, który ma gołe stopy – Emilka pokrzykiwała swoje „juhu!”, „jedziemy!” oraz „szybko!”, tłumaczyła Hani, że teraz jedziemy po „drodze z dziurkami” i dlatego tak trzęsie, a potem będzie nasza kładka, na którą wjeżdża się ślimakiem itp. 
Nie było w tym wszystkim niczego nadzwyczajnego. Nawet aura niezbyt była sympatyczna. A jednak dobrze tak nam było i szczęśliwie, ciepło w sercach. 
Właśnie tego, drodzy Przyjaciele i Znajomi, życzymy Wam na Nowy Rok 2021. Tego uczucia ciepła w sercu, tej rodzinnej bliskości i radosnej aktywności choćby tylko na własnej ulicy! Wszystkiego dobrego!



czwartek, 24 grudnia 2020

O czułości

Odkąd Emilka jest z nami, inaczej patrzę na Boże Narodzenie. Pojawiły się nowe pytania i wyobrażenia. Na przykład taki obraz, na którym to Józef odbiera poród Jezusa. A jeśli nawet nie odbiera, to jest przy Maryi i trzyma ją za rękę, głaszcze po zmęczonej głowie. Gdy rodziła się Emilka i kawałek jej główki pokazał się już na tym świecie – a Hania miała kilka sekund oddechu – położna zachęciła mnie, bym dotknął delikatnie maluszka. Tak zrobiłem. Ten moment chyba najbardziej zapamiętałem z tej długiej nocy. Pierwsze nasze spotkanie, pierwszy dotyk innego niż mama człowieka, pierwszy na tym świecie gest czułości. O tym teraz dla mnie są święta Bożego Narodzenia: o czułości.

Tego Wam, drodzy znajomi i przyjaciele, wraz z Hanią najserdeczniej życzymy. Byście potrafili czułość z siebie rodzić, hojnie rozdawać i czułość od bliskich przyjmować.
A to zdjęcie – zrobione w styczniu 2019 roku – jest moim ulubionym „tatusiowym” obrazem czułego bycia obok siebie, dla siebie nawzajem. Hania pięknie uchwyciła tu coś nieuchwytnego.



poniedziałek, 14 grudnia 2020

Biblia dla dzieci

„Pokaż mi Abrahama!” – zawołała Emilka któregoś dnia.A wszystko stąd, że w ostatnich tygodniach lubi oglądać swoją pierwszą „Biblię” w obrazkach (same rysunki, żadnego tekstu). Ogląda sama lub siadamy razem i opowiadam jej w sporych skrótach niektóre historie biblijne. 
- Że Bóg stworzył świat – ja. - I góry – dodaje Emilka, bo pamięta, o czym rozmawialiśmy wędrując wspólnie po bieszczadzkich połoninach pod koniec października. 
- Że Bóg jest naszym przyjacielem – ja. – I zrobił taką tęczę – słusznie dodaje Emilka w tym kontekście. 
- Że w raju mieszkali Adam i Ewa – ja. – I chodzili na golasa – zauważa moja dwulatka. 
No i lubi też historię o tym, jak do Abrahama przyszło trzech gości, a on ich zaprosił na obiad. - I jedli pod drzewem – ja. – Jak my – dodaje Emilka, bo faktycznie latem w naszym ogródku regularnie jadaliśmy w cieniu naszego dębu. 
Natomiast kilka dni temu przeszliśmy na „wyższy” poziom i Emilka teraz zainteresowała się „Biblią” dla dzieci z obrazkami i krótkimi tekstami. Tekstów właściwie jeszcze nie czytamy w całości, tylko jakieś zdanie, natomiast rysunki jej się podobają i pobudzają jej wyobraźnię. Przykładowo dziś zatrzymała się na tej załączonej ilustracji z Jezusem i dziećmi.
- Oni robią kółko graniaste – opowiada mi Emilka, nawiązując do swoich zabaw ze żłobka i słowo „graniaste” mówiąc bardzo po swojemu lecz jednak zrozumiale. – I potem robią bęc. I Pan Jezus też robił bęc…
Tego jakoś nie potrafię skomentować, opowiadam więc jej trochę o tym, że Jezus lubił dzieci, że na pewno się z nimi bawił i że nawet dorośli powinni zawsze być trochę jak dzieci.
- I jest mama kaczka i małe kaczuszki – nagle pokazuje Emilka, chyba nie zważając zbytnio na moje opowieści. 
Próbuję wtedy wrócić do głównego tematu i przyznaję, że trochę się zapędziłem, powiedziałem coś o królestwie niebieskim – zdążyłem nawet poczuć lekką dumę, że z córką tak sobie fajnie „teologicznie” rozmawiamy – kiedy to Emilka przerywa i wyraźnie wzburzona pyta:
- A gdzie tata kaczka?

wtorek, 8 grudnia 2020

Przystanek przy krzyżu

Emilka nadal chętnie jeździ ze mną rowerem, więc nie przejmujemy się zbytnio zimnem i małym śniegiem (dziś). Ubieramy się tylko adekwatnie i wracamy ze żłobka do domu różnymi ścieżkami, opowiadając sobie świat. Obowiązkowym punktem naszych wycieczek jest wizyta w lokalnej małej piekarni (to temat na inną opowiastkę). A po drodze zatrzymujemy się dwa, trzy razy, najchętniej w punktach jakoś charakterystycznych, żeby coś poopowiadać, napić się wody (mamy specjalny termos) i zagryźć bułką z piekarni.

Dziś zatrzymaliśmy się przy wysokim przydrożnym krzyżu z wyrazistą postacią Chrystusa, który jest zadbany i ładnie oświetlony (jeździmy po zmroku). Emilka patrzy i opowiada, jak to ma w zwyczaju:
- Jest krzyż, flaga, świeczka i takie światełka (zna wszystko, bo bywamy tu dość często).
Potem zadziera głowę do góry i dodaje:
- I Jezus.
Widzę, że wpatruje się w ukrzyżowanego, cierpiącego Jezusa z przejęciem na twarzy. I zastanawiam się, czy to już jest ten czas, gdy dziecko pyta „dlaczego”, „co mu się stało” czy „kto go tam zawiesił”? Już zaczynam się szykować do jakichś sensownych odpowiedzi, gdy Emilka kwituje:
- Ma gołe stópki.
I tu tak zwana kurtyna, która przykrywa moje tak zwane mądrości a odsłania praktyczną mądrość dziecka.

niedziela, 23 sierpnia 2020

Dziewięć lat

Gdy zamykam oczy, pod powiekami przenoszę się, Mamo, w ten nasz ostatni wspólny wieczór 9 lat temu. Tak bardzo cierpiałaś, traciłaś siły, patrzyłam na Twoje pokiereszowane, umęczone ciało, na niesprawną, spuchniętą rękę z sączącymi się kropelkami limfy, na krwawiące co jakiś czas rany, na skórę na plecach, szyi i ramionach, która twardniała i stawała się jak przetykany gęsto fioletem pancerz nie dający się w żaden sposób rozmasować... Moje opuszki palców pamiętają jeszcze tę okrutną, zimną twardość - nie potrafiłam przynieść Ci ulgi rozmasowywaniem tych miejsc. 

Towarzyszenie Ci w odchodzeniu, słuchanie Twoich coraz cięższych oddechów, poprawianie tlenowej rurki. Choć byliśmy z Tatą wtedy z Tobą, i tak wszystko co było przed Tobą i co wiązało się z tajemniczą materią umierania, musiałaś przejść samotnie. Minęła przed chwilą godzina 23.23. Dziewięć lat temu o tej porze ostatni raz zabiło Ci serce…

Ciemność, którą znajduję pod powiekami, rozświecają obrazy, migawki tamtego dnia i wieczoru. Momentami widzę nas: Ciebie, Tatę i mnie w waszej sypialni z góry, z boku, jakbym towarzyszyła misterium Twojego odchodzenia jako niemy widz gdzieś z zaświatów. Dziewięć lat poukładało w mojej głowie te wszystkie wspomnienia, utuliło troszkę tamtą rozpacz matczynego, fizycznego osierocenia, sprawiło, że spod zamkniętych powiek kapią mi pojedyncze łzy, a nie gorące, słone strużki jak bywało wcześniej.

Nie mogę mieć dłużej zamkniętych oczu. Mogę sobie na to pozwolić tylko w ciszy nocy, gdy za ścianą w swoim pokoju śpi już od kilku godzin prawie dwuletnia Emilka. W ciągu dnia, przy niej, oczy muszą być szeroko otwarte. Gotowe do nieustannego oglądania i opowiadania świata.

Przyjechaliśmy dzisiaj do Ciebie Mamo we trójkę. Słyszałaś jak Emilka powtarzała cicho Babcia Hania? Tłumaczyliśmy jej, że jest Babcia Jadzia i Dziadek Zdzisio, jest Dziadek Jurek i jesteś... byłaś Ty. Najlepsza Babcia Świata, po której ma swoje drugie imię. Widziałaś jak urosła od ostatniego naszego spotkania? Biegła w stronę Twojego grobu w kolorowej, letniej sukience. Mała postać na środku cmentarnej alei zacienionej wysokimi drzewami. Biegła przed siebie - całą sobą: stawiając małe kroczki i machając na wszystkie strony rękami. Powiew życia, ufności i niczym nieskrępowanej radości w tym cichym mieście otoczonym murem. 

Potem pomagała zapalać znicze, towarzyszyła mi w układaniu kwiatów w wazonie. A co to? - to pytanie słyszymy coraz częściej. Przed nami jeszcze opowieści o odchodzeniu i pytanie, które kiedyś padnie na pewno: a dlaczego nie ma z nami Babci Hani?.

Tak bardzo tęsknię do tego, by Cię przytulić. Tak - ja Ciebie, bo tak to zaczęło wyglądać, gdy przerosłam Cię o głowę. Wtulałam nos w Twoje pachnące włosy i obejmowałam Cię ramionami, a Ty swoimi oplatalaś mnie w pasie. Stałyśmy sobie tak lekko się kołysząc.

Kołyszę Cię w myślach i głaszczę po policzku małą Emilkę, którą przed chwilą obudził jakiś zły sen. - Mamusiu - wołała. Jaka to odpowiedzialność być dla niej lekarstwem na wszystko zło poznawanego świata. Mama. Mamusia. Słucham tych słów mówionych już nie raz, tak wzruszająco przez Emilkę. To do mnie? Przecież to ja chwilę temu tak mówiłam do Ciebie.... Czuwaj nad nami dalej z tych niebiańskich łąk. Proszę Cię. 
 
 

piątek, 1 maja 2020

Pierwszomajowa Dana

Pięć lat temu, 1 maja również wypadał w piątek. Dzień zaczął się szarością i deszczem. Dostałam rano telefon z hospicjum, żebyśmy szybko przyjeżdżali, gdyż Dana gaśnie z minuty na minutę. Dzień wcześniej późnym wieczorem rozstawałam się z nią, coraz ciężej oddychającą, coraz bledszą, coraz częściej zamykającą oczy i zapadającą w przedłużające się letargowe drzemki. Wyszeptała mi z trudnem, że nie ma już siły…

Jechaliśmy wtedy z K. do hospicjum na Krakowskim Przedmieściu, w którym była, z łomoczącymi sercami, modląc się o siłę i odwagę do towarzyszenia Danie… Zdążyliśmy. Pięć lat temu trzymałam za rękę odchodzącą Danę (opisałam to wtedy TUTAJ). Moją 77 letnią ciocię (jej mama i mój dziadek byli rodzeństwem), do której nigdy przez całe moje życie nie powiedziałam Ciociu. Zawsze była “Daną”. A ja od małego czułam się bardzo dumna, że mogę tak dorośle się do niej zwracać.

Dzisiaj znowu 1 maja wypada w piątek, a ja od rana zdumiewam się, że nie ma jej z nami już 5 lat. Spacerowałam dzisiaj w naszej okolicy ze śpiącą w wózku małą E., otoczona szalonym śpiewem ptaków, soczystą zielenią i słońcem i myślałam o Danie i o tamtym dniu. Czułam zapach deszczu na bruku, po którym w tamten piątek szliśmy szybkim krokiem, by zdążyć… Widziałam jej nieprzytomną twarz, przypomniałam sobie chłód jej ręki i czerwone krople krwi wsiąkające w prześcieradło. A potem mignęła mi w głowie Ona już spokojna, rozświetlona gdy przeszła już na tamtą stronę.

Zostaliśmy, by dopilnować wszystkich pośmiertnych formalności. Dana przez ostatnie kilka lat swojego życia wszystko ułożyła niemal perfekcyjnie. Cały plan tego co będzie, gdy jej stan znacznie się pogorszy. Rozdysponowanie spraw i rzeczy. Na kilka dni przed swoim odejściem, gdy już była w hospicjum, podyktowała mi wszystkie osoby, które mam zawiadomić o jej śmierci. Dała wszystkie niezbędne wskazówki. 

Szłam dzisiaj pchając wózek i myślami wracałam do tego czasu sprzed pięciu lat. Momentu, gdy po kilku godzinach wyszliśmy z K. z hospicjum prosto na wysychające po deszczu Krakowskie Przedmieście pełne gwaru i ludzi. Milczeliśmy, trzymaliśmy się za ręce i szybkim krokiem szliśmy przed siebie. Jak się odnaleźć tu, w tym tętniącym życiem świecie, gdy przed momentem spotkaliśmy się ze śmiercią? Dana była i nagle jej nie ma. Jej ciało zabrane zostało chwilę temu przez dom pogrzebowy... 

Pamiętam, że rabaty pełne kolorowych, kwitnących tulipanów przy Muzeum Narodowym falowały mi w oczach i rozmazywały przez łzy. Byłam niby tu, ale jednocześnie gdzieś indziej, w jakimś “międzyświecie”, z którego muszę wrócić do życia.

Dano Kochana! Ale byś się cieszyła z tego, że jest na świecie nasza mała E. 

Dzisiaj wyjęłam album ze zdjęciami, który mi dałaś, który kiedyś razem układałyśmy i opisywałyśmy siedząc u Ciebie i pijąc herbatę. Wzięłam do ręki notes, w którym zanotowałam sobie różne Twoje rodzinne opowieści o przeszłości, których dalszym opisywaniem miałam się zająć. Iloma naleśnikami mnie nakarmiłaś, ile pysznych serników i szarlotek napiekłaś, a niektóre z nich robiłyśmy razem. Tak bardzo lubiłam do Ciebie wpadać.

Rozmawiałyśmy zawsze prawdziwie i szczerze, choć nigdy nie starczyło mi odwagi, by pytać Cię o  Twoje miłości i dlaczego nigdy nie założyłaś rodziny... 

Zaplanowałaś sprytnie, że możemy spełnić Twoje jedno marzenie i pojechać z Tobą na weekend do Katowic w odwiedziny do Twojej najlepszej przyjaciółki. Poznałaś nas ze sobą, bo już wtedy planowałaś byśmy po Twoim odejściu to my dwie razem mogły wszystko zorganizować jak trzeba i by nam było raźniej, bo się już osobiście znamy. I wiesz, przez te 5 lat odkąd Ciebie tu nie ma - cały czas staramy się mieć ze sobą łączność. 

A dzisiaj po takiej ogromnej ciszy i przerwie w pisaniu odezwałam się tutaj na Zarysowniku - właśnie dzięki Tobie i kotłującym się w głowie wspomnieniom. Dziękuję Ci za nasz dzisiejszy spacer. Byłaś tak blisko.


piątek, 23 sierpnia 2019

Osiem lat

Od samego rana dzisiaj odliczam. Osiem lat od ostatniego pożegnania z Mamą. Obracam w myślach te słowa. Osiem lat. To dużo i mało jednocześnie. Osiem lat wypełnionych po brzegi naszą codziennością, intensywnych, rozpędzonych, oswajających na różne sposoby Jej fizyczną nieobecność tuż obok, szukających radości w życiu i czerpiących z niego garściami, lata ogromnej wdzięczności. Lata mające chwile, w których migotał ból, że Jej nie ma, że powinna tu być z nami, że tak bardzo Jej brakuje…

Jednak dzisiaj jestem tego już pewna, że to ból oswojony i przepracowany, choć w tych pojedynczych momentach swojej obecności i panoszenia się ściska w środku i piecze pod powiekami uwalniając gorące kulki łez.

Osiem lat bez Mamy, która dziesięć miesięcy temu została Babcią Emilki. 

Byłyśmy dzisiaj u Niej razem z Emilką w rocznicowych odwiedzinach. Piątek, środek dnia, piękna sierpniowa pogoda, słońce, błękit nieba. Wędrowałyśmy do Niej spacerem szeroką cienistą i pustą cmentarną aleją. Co jakiś czas sprytne jasne promienie przedzierały się przez liście drzew i świeciły nam prosto w twarz. Obydwie z Emilką marszczyłyśmy nosy, a ja poprawiałam parasolkę przyczepioną do jej wózka, bo mimo, iż tam była aby chronić ją przed takimi promieniami, miałam wrażenie, że te figlarnie bawią się z nami i co chwilę zaczepiają nas z innej strony.

Emilka ciekawie rozglądała się dookoła, gadając po swojemu. Wielkie niebieskie oczy chłoną świat zachłannie i intensywnie. Przyglądają mu się z różnych stron. Uwielbiam patrzeć na to jej skupienie. Zaczepiała mnie spojrzeniem, a gdy do niej zaczynałam się uśmiechać obdarzała mnie radosnym, dziecięcym śmiechem. Niósł się ten śmiech we wszystkie strony cmentarza. Dźwięki życia rozlewające się pomiędzy rzędy mijanych grobów.

Gdy dotarłyśmy na miejsce, wyjęłam ją z wózka. Ponieważ kilkanaście dni temu postawiła swoje pierwsze, samodzielne kroki bez trzymanki, to dłuższa jazda w tym czterokołowym wehikule, czy spacer w nosidle nie są już dla niej wielką atrakcją. Chce stać, gramolić się, poznawać nowe przestrzenie, całą sobą wyrywa się do świata. Zrobiła więc od razu kilka kroczków i oparła się o grób. Badała paluszkami jego fakturę, dotykała ciekawie leżącej na nim wiązanki kwiatów. Bez chwili wahania wykonała kilka sprawnych ruchów i usiadła sobie jakby nigdy nic na nagrobnej płycie - jakby zupełnie naturalnie wgramoliła się na babcine kolana...

Przyszłyśmy do Ciebie Mamo, Babciu Emilki.

Nie potarmosisz Wnuczki po jej rosnącej czuprynie, nie spojrzysz czule w te jej błękitne oczy, nie złapie Cię swoją malutką rączką za nos, by pokazać, że go masz. Ty mogłabyś klęczeć na trawie, a ona stawiałaby te swoje kolejne jeszcze chybotliwe kroczki, by na końcu ze śmiechem wpaść w Twoje ramiona…

Właśnie takie nagłe przebiegające przez głowę myśli kłują i bolą… Marzenia, których nie ma jak spełnić. Pragnienia nie do zrealizowania.

Przytrzymuję Emilkę majstrującą przy dopiero co wyjętych z torby i przyniesionych przez nas zniczach, które postawiłam na brzegu grobu, by je zapalić. Zafascynowana jest brzęczącymi metalowymi pokrywkami, które mają po bokach dziurki. Be błe błe błe błe gada coraz głośniej wydymając zabawnie dolną wargę. 

Pojawiasz się, Mamo. Widzę Cię czasami, przez moment, gdy spojrzę na Emilkę. To takie przebłyski Ciebie. Jesteś w niektórych jej minach, spojrzeniach, ruchach głową, w tym jak wygląda, gdy spokojnie śpi. Takie iskierki obecności, które zachwycają. 


wtorek, 30 kwietnia 2019

Jej zachwyt na szlaku

Spowijająca wszystko mgła i deszcz. Mimo to postawiliśmy z K. nasze pierwsze długomajówkowe kroki na górskim szlaku. Tęskniłam. Poczułam pod butami chrzęst drobnych kamyków, patrzyłam na mokre, obsypane białymi kwiatkami owocowe drzewa rosnące tuż przy drodze. Odetchnęłam pełną piersią, czując wilgotny zapach ziemi, drzew i mokrej w ostatnich dniach wiosny. Widziałam znak szlaku wymalowany na korze sosny, wzruszyło mnie tych kilka warstw olejnej farby wskazującej drogę, której mamy się trzymać - dróżki pnącej się delikatnie w górę. Znowu byłam pewna - tak jak niemal co roku. Taka wędrówką to jest moje miejsce. Czas ustawiający wszystko w dobrej perspektywie.

Idę jak najbardziej ostrożnie i uważnie. Tym razem nie mam na plecach ciężkiego plecaka. Z przodu, w wygodnym nosidle niosę Emilkę. Jesteśmy do siebie zwrócone przodem, blisko, bezpiecznie złączone ciałami. Gdy skłaniam nieco głowę widzę błękitną czapeczkę w kwiatuszki, widzę malutką główkę i głównie profil twarzy tego naszego półrocznego malucha, która obraca się raz w lewą raz w prawą stronę. Ma rumiane od chłodu policzki, a jej błękitne oczy bardzo uważnie i w ogromnym skupieniu patrzą przed siebie. Rozgląda się ciekawie. Uwielbiam widzieć ten jej czysty zachwyt poznawania świata, który przez większość drogi aż odbiera jej mowę. W ciszy chłonie otaczającą ją nową rzeczywistość. A w oczach ma fascynację, zadziwienie i zachwyt.

Opowiadam jej świat. Zatrzymuję się przy małych pączkujących bukowych liściach, pokazuję ogromne krople deszczu wiszące na sosnowych igłach, dotykam jej nosa mokrą kitką modrzewia, opowiadam o dźwiękach deszczu padającego nam na parasol, o zielonej pelerynie K., o trelach ptaków, o kałużach, o mgle i o stokrotkach w trawie.

I w tej naszej wędrówce są takie momenty, gdy czuję na sobie jej spojrzenie. Spoglądam wtedy w dół i natrafiam na jej zadartą, odchyloną lekko do tyłu główkę i na parę cudownie błękitnych oczu patrzących prosto na mnie z bezgraniczną radością. Gdy spotykamy się wzrokiem na jej twarzy pojawia się ten jeden z najpiękniejszych uśmiechów, w którym widać dwa małe zęby, które wyrosły jej już na dole. Ona cała jest wtedy radością, którą niosę. Posyłam jej uśmiech i całuję czule w czoło. A ona wraca dalej do wytężonej obserwacji świata.

Idziemy dalej spokojnie. A ja widzę, że coraz bardziej zamykają się jej oczy. Otwiera je z coraz większym trudem. W końcu się poddaje. Zasypia z głową przytuloną do mojej piersi. Dziecko drogi i szlaków. Dokładnie rok temu, o tej porze miała zaledwie kilka centymetrów i była schowaną we mnie cudowną tajemnicą. Kołysałam ją wtedy swoimi krokami w czasie górskich wędrówek. Czy mogła się nimi nasączyć?

czwartek, 28 lutego 2019

Spacerując inaczej

Ubrana w miękki, lekki i ciepły pudroworóżowy kombinezon, w granatowej czapce w zielone paseczki pasującej do koloru jej błękitnych oczu, włożona do wózkowego śpiworka, ułożona wygodnie w swoim czterokołowym wehikule rusza ze mną w podróż spacerową. Najczęściej przez krótką chwilę się denerwuje, jakby chciała mnie pospieszyć, by czym prędzej jechać. Gdy tylko ruszamy zaczyna się uspokajać.

Śmiejemy się z K., że to dziecko drogi, dziecko wędrowców i włóczykijów, które rytm kołysania kroków czy podróży samochodem ma we krwi. Tyle kilometrów już przecież z nami przemierzyła w zeszłym roku, gdy jeszcze czekaliśmy na nią po tej stronie. Dziesiątki, setki tysięcy kroków: w czasie zimowej wyprawy do Paryża, majówki w górach, wakacji nad morzem i niezliczonych spacerów po Warszawie. 

Popycham wózek. Zaczynamy się przemieszczać. Pierwsze minuty jazdy to z dnia na dzień coraz większa ciekawość świata. Patrzę zafascynowana na jej pyzatą, małą buzię, na głowę, która coraz częściej i intensywniej obraca się w prawo i w lewo, śledzę jej niebieskie oczy spoglądające w różne strony i śledzące wzrokiem widoczne z perspektywy wózka skrawki świata. Gdy nasze oczy nagle się spotkają najczęściej otrzymuję w prezencie jej piękny, radosny, rozczulający uśmiech.

Jedziemy kolejne minuty w ciepłym świetle jeszcze zimowego słońca, albo w chłodzie szarego dnia. Koła pluskają w kałużach, chrzęszczą na śniegu, albo mlaskają po błotnistej drodze. Nad głową czysty błękit, pogoń obłoków lub wszystko obleczone w jasno-szarą powłokę nie dającą nadziei na promienie słońca. Przez 4 miesiące jej życia, spacerując niemal codziennie poznałyśmy już bogactwo aury. 

Przyglądam się jej oczom. Co widzą i jak widzą to co dookoła? Zatrzymuję się na chwilę, przykucam i zadzieram głowę tak, by choć trochę poczuć jej “wózkową” perspektywę. Nad głową nieustannie przesuwają się skomplikowane kształty rysujących się na tle nieba bezlistnych gałęzi. Bajeczne esy floresy, plątaniny cienkich i grubych kresek, gdzieniegdzie przyozdobione kulistymi kształtami jemioł. Może być też nieco zieleni sosnowych igieł, ciągnące się jakby w nieskończoność druty, wiszące między słupami, mogą być czubki wysokich murowanych ogrodzeń czy drewnianych albo metalowych płotów, skrawki czerwonych dachówek na dachach odcinające się od tła nieba. Ale w naszej okolicy najwięcej nad jej małą głową będzie drzew, różnokształtnych gałęzi, które przez to, że widziane tylko we fragmencie wyglądają jak abstrakcyjne, kontrastowe malowidła.

Widzę, że powoli, powoli opadają jej powieki. Ukołysana jazdą, lekko potrząsana na nierównościach drogi. Ogarnięta przyjemną błogością, ciepłem śpiworka, uśpiona ruchomymi obrazami przesuwającymi się nad jej głową. Zasypia cichutko.

Pcham wózek, spoglądam na tę istotę, którą wiozę przed sobą. Poprawiam jej czapkę, bo gdy kilka razy pokręci głową przez sen - ta spada jej na oczy. Idę. Jest środek dnia. Niespiesznie wędruję chłonąc to, co wokoło. Nasze codzienne spacery uczą mnie uważności i niespieszności. To momenty, w których przez godzinę lub dwie wszystkie inne sprawy odłożone są na bok. Jestem tutaj, z nią, na tym świecie, który mam jej pokazywać, przez który mam ją prowadzić. Jest Ona i jest jeszcze moja gonitwa myśli do kompletu.

Patrzę na Emilkę w wózku z rozczuleniem, często przez gorące łzy napływające mi do oczu. Przez krótką chwilę wszystko mi przez nie faluje, a świat wokoło traci wyraźne kontury. Potem słone krople uciekają mi w dół po policzkach, coraz zimniejsze, bo chłodzone wiatrem. Czuję, że jest jakaś cząstka mnie, która nie przyjęła jeszcze do końca do wiadomości tego, że to wszystko co się dzieje jest prawdą, że jestem mamą, urodziłam tą małą dziewczyneczkę, którą wiozę przed sobą w wózku, że jest środek dnia, a ja nie jestem wcale rozpędzona w pracowym wirze, bo jest to czas specjalny i jedyny w swoim rodzaju. Czas, którego nie da się powtórzyć. Nigdy. Spaceruję i przepełnia mnie ogromna, rozpierająca wdzięczność za nasze dwa Życia.


czwartek, 31 stycznia 2019

Razem

Czternaście tygodni przeżytych intensywnie. Tak innych od wszystkiego, co działo się do tej pory w naszym spokojnie poukładanym życiu. Od 21 października 2018 roku każdy kolejny, nowy dzień naznaczony jest bowiem niezwykłą obecnością Małej Istoty.

Cały zakończony - wydawałby się, że chwilę temu - rok pełen był odliczania. Był bogatą kolekcją kolejnych dni i tygodni, przeżytych i zapakowanych do szufladki ważnych i jedynych w swoim rodzaju wspomnień. Od połowy lutego i momentu, gdy upewniałam się o przeczuwanym cudzie stworzenia dziejącym się we mnie i gdy na teście ciążowym pokazały się dwie kreski, przez pierwsze usg, na którym widziałam na ekranie malutki kształt, a w nim pulsujący z zawrotną prędkością mały punkcik - serce nowego człowieka, aż po narodziny tej naszej dziewczyneczki i momentu, gdy po raz pierwszy ją zobaczyłam i dotknęłam. Niezwykły, bogaty i bardzo piękny rok 2018. Gdy o nim myślę, ściska mnie w środku ze wzruszenia, gdyż tyloma pięknymi chwilami i intensywnymi uczuciami zostałam obdarowana. 

Było spokojne odliczanie kolejnych tygodni ciąży, czekanie na narodziny, a teraz jest liczenie dni i tygodni, które już na tym świecie, po tej ziemskiej stronie brzucha spędza z nami Emilka. A te coraz płynniej zaczynają przechodzić w miesiące.

Gdy wróciliśmy ze szpitala, weszliśmy do mieszkania, postawiliśmy na podłodze nosidełko z Małą. Spojrzeliśmy na siebie z K. z bezradnością w oczach i zadaliśmy niemal jednocześnie to samo pytanie: “No dobrze, jesteśmy w domu. I co teraz?”. Od czego zacząć wspólne życie? Skąd wiedzieć, co i jak robić? Tysiąc pytań, wątpliwości i niewiadomych. Jak to wszystko ogarnąć, jak się nie bać, nie wybiegać za bardzo w przyszłość. Jak nauczyć się nawzajem siebie z tym Maleństwem, które jest z nami od ledwie kilku dni?

Wiedzieliśmy, że wszystko się zmieni. Zawirował nam cały nasz dotychczasowy spokojny i uporządkowany świat, który od tylu lat tworzyliśmy tylko we dwoje. A teraz Jej obecność, samo to, że jest - spowodowała rewolucję. Daliśmy się jej porwać. Robiliśmy wszystko, by dać jej się prowadzić w tych pierwszych tygodniach wytyczanych rytmem Jej potrzeb: snu, jedzenia, przewijania. Uczyliśmy i uczymy się nadal je wspólnie odczytywać. Odnajdywać drzemiący gdzieś w nas rodzicielski instynkt.

Dziwny stan. Przemiana życia. Teraz ona - Emilka jest w jego centrum. Istotą każdego dnia jest bycie z Nią i dla Niej. Uważność. Obdarowywanie dotykiem, czułością, obecnością i tak potrzebnym jej spokojem, dającym poczucie bezpieczeństwa o każdej porze dnia i nocy. Myśl, że ta mała dziewczynka jest boskim Darem, który do nas trafił, talentem, którym mamy się zaopiekować pomaga przemeblować nasz świat i ułożyć go z radością od nowa - już we trójkę.


środa, 30 stycznia 2019

Niebieskoocy

Rozmawiał z Nią gdy była jeszcze we mnie. Dotykał swoją ciepłą dłonią mój brzuch w miejscach, gdzie co jakiś czas, szczególnie gdy leżeliśmy już w łóżku wieczorem, wybrzuszały się różne małe kształty. Zgadywaliśmy wtedy, co to może być za część ciała, którą wypycha nasza Dziewczyneczka fikając jakieś energiczne koziołki. Gdy położył na takiej “górce” swoją dłoń, ta najczęściej chowała się by wyskoczyć za moment w innym miejscu, albo rosła jeszcze bardziej w górę. Piękne uczucie. Przybliżał wtedy usta do mojego brzucha i mówił do Niej kilka słów. Czekałam na te chwile przed snem. Myśl, że bawimy się właśnie w chowanego z jakąś małą, tajemniczą jeszcze istotą, która nas słyszy i czuje, i której rodzicami jesteśmy, była dla mnie zawsze poruszająca. Dotykaliśmy niezwykłej tajemnicy małego Życia. 

Od trzech miesięcy już jest. Narodzona. Rosnąca i zmieniająca się każdego dnia. Emilka.

Mam przed oczami kilka obrazów. Uwielbiam na nich patrzeć. Tata i Córka.

*
Jego męska dłoń głaszcząca z tak ogromną, czułą delikatnością jej małą główkę, kilka chwil po tym, gdy się urodziła i leżała na mojej piesi. Wzruszenie pierwszego spotkania.

*
Gdy On bierze Ją w ramiona, Ona zawsze bezbłędnie wyczuwa Jego spokój. Wtula głowę w zagłębienie Jego szyi. Policzek opiera na ramieniu. Wycisza się. Zamyka oczy. Bezpieczna przystań męskiego ramienia, które bez problemu unosi kolejne kilogramy jej małego ciała. Oddaje mu się cała pod opiekę z cichutkim uroczym westchnięciem. Usypia.

*
Dwie pary pięknych niebieskich oczu, okolonych długimi rzęsami. Wpatrzone w siebie. 
W Jego oczach tyle czułości i miłości, w Jej - ogromnej ufności, ciekawości i czystej radości. On leży na plecach, a Ona na jego brzuchu, podparta na przedramionach, z małymi piąstkami pod brodą. On do Niej mówi i się do niej śmieje od ucha do ucha. Ona patrzy na niego otwierając niebieskie oczy w coraz większym zadziwieniu. Marszczy śmiesznie czoło jakby w zafrasowaniu, lekko przechyla głowę raz w jedną, raz w drugą stronę zupełnie jakby chciała mieć pewność, że dobrze widzi i słyszy tego dużego człowieka, które twarz ma przed sobą. W jej spojrzeniu zapalają się małe iskierki uśmiechu. Dziecięcego uśmiechu tak czystego i prawdziwego. W ciągu ułamku sekundy promienieje. Cała jest uśmiechem. Obserwuje go. I tak trwają w tym pięknym zapatrzeniu.



*
Przyłapałam ich na wspólnej porannej drzemce. Leżeli na łóżku zwróceni twarzami do siebie. Mały Okruszek i dorosły On. Jej malutka główka na wysokości Jego głowy. Jej małe rączki bezwładnie rozrzucone na pościeli. Tak spokojnie, równo oddychali. Nagle Ona uchyliła lekko oczy, pod długimi rzęsami zrobiły się małe, wąskie szapareczki, delikatnie kręciła przez moment głową. Walczyła z całych sił z ciężko opadającymi powiekami, wyrwana ze snu i nieprzytomna jeszcze. Natrafia tym spojrzeniem na Niego śpiącego tuż obok. Patrzyła w Jego stronę przez kilka chwil. Przestała się kręcić. Znieruchomiała. Rozpoznała go. Uspokojona zamknęła z powrotem oczy. Jestem pewna, że widziałam błąkający się na jej twarzy delikatny uśmiech.




Tata i Córka. Tak piękne patrzeć na to, jak Ona oplatana jest czule przez Jego Miłość.

sobota, 19 stycznia 2019

Trzy włóczykije

Wymknęliśmy się na troszeczkę w stronę szumiącego morskiego bezkresu. Włączyły się nam włóczykije. Od prawie trzech miesięcy jest z nami jeszcze jeden malutki włóczykij 😄 Z czterokołowym wehikułem Emilki gramolimy się więc w górę i w dół. Zamarznięta plaża, pierzaste chmury, łomoczące o brzeg fale, wiatr, słońce i błękit nieba. Błękit, którego tak pełno jest też w jej coraz bardziej ciekawych świata oczach. Chcemy by nauczyła się oddychać pięknem.











poniedziałek, 31 grudnia 2018

Rumianek


Nasza mała Emilka ma już ponad dwa miesiące. To niesamowite jak szybko się zmienia: rośnie, przybywa jej pulchnego ciałka, wyrasta z pierwszych ubranek, w których tuż po urodzeniu niemal tonęła, robi się coraz bardziej zainteresowana światem i komunikatywna. 

Wszyscy radzili nam by cieszyć się tymi pierwszymi chwilami, zapamiętywać je jak się da najlepiej, bo mały człowiek się w rozwoju rozpędza, a to, w czym w tej chwili uczestniczymy, nigdy się już więcej nie powtórzy. Nie będzie drugiej szansy, by to wszystko dostrzec. Emilka tylko raz jeden będzie taka mała.

Jesteśmy więc uważni, wyruszyliśmy z Nią w niesamowitą podróż. Każdy dzień przynosi mi jakieś nowe zachwyty. Chwytam je ile tylko sił.

***
Pochylam się nad nią leżącą na macie. Dużo do niej mówię. Opowiadam jej nasz świat i to, co robię. Zadaję pytania. Emilka coraz uważniej mnie obserwuje. Zaczynamy patrzeć sobie prosto w oczy. Widzę swoje odbicie w jej coraz bardziej niebieskich oczach otoczonych długimi rzęsami. Skupiona na mojej twarzy, z ogromnym zainteresowaniem uważnie się przygląda i śledzi każdy mój najdrobniejszy ruch i minę, reaguje na intonację głosu.

W jej oczach widać wszystkie emocje. Jest ciekawość i skupienie. Jest zaskoczenie, zdziwienie czy przestrach - gdy jej oczy robią się tak okrągłe, że widać w nich znaki zapytania. Wreszcie jest radość. I ten cudowny moment uśmiechu z błyszczącymi iskierkami w oczach. Pełen uśmiech - tak szczery, w czystej postaci, świetlisty. Widzę w nim jej ufność. Bezgraniczną ufność tak trudną do opisania. Uśmiecham się do niej czule i ona odpowiada mi uśmiechem. Boskie piękno. Wzruszenie i rozczulenie. 


*** 
Mama mówiła mi, że budziła się zawsze na każdy wydany przez nas szmer i szelest. Czujny matczyny sen. Teraz już rozumiem. W nocy po prostu się budzę, gdy Emilka zaczyna się kręcić, posapywać i cicho mlaskać. Znajduję w sobie jakieś dodatkowe cudowne siły na takie pobudki i dostrzegam w nich dużo piękna.

Wyjmuję to małe, ale coraz cięższe ciało z kołyski. Jest taka ciepła i rozkoszna. Przeciąga się, choć ciągle ma zamknięte oczy. Siadam z nią wygodnie na łóżku, biorę w ramiona. Wtula się we mnie. I taka śpiąca z zamkniętymi oczami szuka mojej piersi. Robi to bezbłędnie. Przywiera i zaczyna ssać. Pije łapczywie, cicho posapuje, co jakiś czas zabawnie cmoknie. Słyszę przełykanie i wyobrażam sobie, że mleko płynące ze mnie wpada w studnię jej pustego brzuszka, wypełnią ją dając spokój i błogość.

Siedzimy sobie tak razem w ciemnościach nocy rozświetlonej tylko ciepłym światłem małych lampeczek zawieszonych przy oknie. Obok spokojnie i cicho śpi K. Jest 4 nad ranem. Takie niezwykłe, życiodajne zjednoczenie mamy, którą się stałam i córki.

W każdej takiej chwili zdumiewam się i zadziwiam, że to wszystko nie jest snem. Emilka przestaje ssać, jej główka lekko się odchyla. W delikatnym świetle lampek widzę, że broda i kąciki ust są wilgotne od mleka. Wiem, że ma w tej chwili ciepłe, rumiane policzki, których nie widać dobrze w półmroku - ale ma takie zawsze gdy jest najedzona. Dlatego dostała ode mnie przydomek Rumianek.

Mocno zasypia. Nasycona. Tulę ją do siebie taką bezwładną, ciepłą i pachnącą. Trzymam ją chwilę, całuję w główkę i delikatnie odkładam do kołyski, która stoi tuż obok naszego łóżka. Kołyska - rodzinna - pożyczona od mojej siostry. Spały w niej kolejno wszystkie dzieci. Była bezpiecznym schronieniem ich pierwszych snów. 

*** 
Na dobranoc śpiewam Emilce kilka kołysanek. Aaa kotki dwa i Idzie niebo ciemną nocą. Te zawsze śpiewała nam Mama. Była jeszcze jedna melodia - obecna w moim dzieciństwie zawsze niezależnie od pory roku - “Lulajże Jezuniu”. Gdy zamknę oczy, widzę jej postać siedzącą przy moim lub mojej siostry łóżku, pochylającą się na którąś z nas i cicho, delikatnie, pięknie śpiewającą.

Pamiętam czułość w jej głosie. Słyszę jakby przed chwilą “moja Perełko”, “Aniołeczku”, “świata Kwiateczku”.

Zaczęłam więc śpiewać i ja tę koledę-kołysankę choć głos mi się łamał. Z oczu popłynęły mi łzy i kilka z nich kapnęło na główkę Emilki. W głowie śpiewałam razem z Mamą. Nasze głosy się mieszały. Wiem, że gdyby tylko była z nami to śpiewałaby dla Emilki. Śpiewamy więc razem.

***
Trzymam w ramionach i kołyszę Maleństwo. Jest boskim darem, niezwykłym prezentem który dostaliśmy w tym roku i którym mamy się zaopiekować najlepiej jak tylko się da. Uświadomiłam sobie to jeszcze bardziej w to Boże Narodzenie. Trzymam na rękach cud utkany przez Boga. Jestem prawdziwą szczęściarą, że dane mi w nim uczestniczyć. Nie mogę się bać.



poniedziałek, 26 listopada 2018

Cud na rękach


Kiedyś zabrałam ją,  kierowana kłującym w sercu wzruszeniem - ciążowa sukienka mojej Mamy. Sukienka, którą trzymała przez ponad trzydzieści lat gdzieś na dnie szafy. Włożona pomiędzy jej dwuczęściowy kostium ze ślubu cywilnego, suknię ślubną i inne stare i już nienoszone ubrania, które jak widać miały dla niej wartość sentymentalną.

Porządki w szafie po odejściu Mamy wydobyły te skarby na światło dzienne. Szukałyśmy dla nich innego miejsca. Przygarnęłam z czułością tę sukienkę w kolorze musztardowo-rudym, z obszytymi materiałem guziczkami na mankietach, z lekko bufiastymi rękawami, wysokim stanem. Kto ją własnoręcznie uszył tego się nie dowiem, ale na pewno jest ręczną robotą.

Sukienka znalazła schronienie w mojej szafie. Leżała tam, a ja co jakiś czas natykając się na nią myślałam sobie o mojej Mamie, ubranej właśnie w nią, jej miękki materiał otulał brzuch, w którym mogłam się skrywać ja albo moja siostra. Dotykała i gładziła go dłonią przez ten materiał gdy czuła nasze ruchy czy kopnięcia. Ta myśl napełniała mnie ciepłem i czułością. Wiedziałam, że przymierzyć ją mogę tylko wtedy gdy sama będę miała zostać mamą i gdy we mnie mieszkać będzie Jej wnuczka.

Wydobyłam ją z czeluści szafy, uprasowałam i założyłam. Spełniłam takie małe marzenie. Prosiłam K. o zrobienie zdjęcia. Zdążyłam. Następnego dnia na świecie pojawiła się Emilka. 

***


Zaczęliśmy naszą życiową Przygodę. Przygodę, której na imię Emilia. Skoro Najwyższy zdecydował, że ma się pojawić w naszym życiu i została nam podarowana - podejmujemy to wyzwanie odkrywania nowego lądu - rodzicielstwa. Zawirował nam dotychczasowy, ułożony przez lata we dwoje świat i budujemy go na nowo we trójkę. Będzie bogatszy.

Gdy w szpitalu otworzyłam oczy po pierwszej, krótkiej, poporodowej drzemce zastanawiałam się gdzie ja w ogóle jestem. Dotknęło mnie poczucie jakiejś nierealności. Potem spojrzałam na mającą kilka godzin dziewczynkę otuloną kocykiem i ułożoną w małym wózeczku przysuniętym do mojego łóżka. Ona JEST. Realna, namacalna, istniejąca. To nie sen. To wszystko się wydarzyło… Wpatrywałam się w Nią długo. Cichutko śpiącą, taką maleńką, oddychającą tak delikatnie. 

Zdumienie i zdziwienie pomieszane z zachwytem. Bo jak pojąć, ot tak po prostu ten cud stworzenia? Że to Życie powstało z nas, schowane przez tyle czasu we mnie, całkowicie powiązane, odżywiane, rosnące, rozpychające się coraz bardziej, a w końcu urodzone. Mały Człowiek. Dar, którym mamy się odważnie zaopiekować i nauczyć go świata. Który ma w sobie części nas i naszej z K. miłości.

To moje zdumienie nie minęło do teraz. I słyszałam, że podobno może nie minąć nigdy. 

Siedzę na kanapie w naszym domowym azylu. Trzymam w ramionach malutką, kruchą istotę. Ciepłe drobne ciało mocno wtulone we mnie. Na półkach regału, na który zerkam stoją czarno-białe fotografie w ramkach. To kobiety z mojej rodziny - linia żeńska ze strony mojej Mamy. Portret praprababci Klementyny oraz zdjęcia ślubne prababci Emilii, babci Marysi i mojej Mamy. Te cztery generacje silnych kobiet, które już odeszły spoglądają na nas - dwa kolejne pokolenia do kompletu rodzinnej historii. Jesteśmy ze sobą powiązane genetyczną nicią, urodzone jedna z drugiej. To daje siłę.

Dotykam malutkich paluszków z mikroskopijnymi kształtnymi paznokciami, gładzę po główce i ciemnych, delikatnych włoskach, po rumianych policzkach. Cichy oddech wydobywa się z drobnych ust przetykany co jakiś czas zabawnym posapywaniem. Emilka zasnęła u mnie na rękach chwilę temu, rozgrzana po zachłannym jedzeniu, rozkoszna i rozczulająca. Delikatność i bezbronność w moich ramionach. Niewypowiedziane piękno mające tak niewiele dni. 


Tulę ją do siebie. Otaczam ramionami i czuję jakąś ogromną, nie dającą się opisać moc płynącą z tego naszego czułego połączenia.

Mogę tak siedzieć, siedzieć i patrzeć na Nią. Chłonąć Ją w nieustannym zadziwieniu cudem Życia. Nie spoglądać na zegarek. Czas na tej naszej kanapie i w tym zakątku pokoju nie istnieje. Za oknem robi się coraz bardziej szaro-buro i ciemno. Nas otula ciepłe światło sączące się z pokojowych lampek, cicha muzyka Chopina i miłość. 


niedziela, 4 listopada 2018

Przybycie


Fot. Piotr Czyżewski

Czekaliśmy na Nią cierpliwie, z radością i spokojem. Nie wybiegaliśmy w przyszłość. Cieszyliśmy się każdą chwilą tego czasu. Gadaliśmy do brzucha, w którym tak cudownie była przez tyle miesięcy ukryta i leżąc wieczorem w łóżku głaskaliśmy wystające nagle i nieoczekiwanie przez mój brzuch części jej ciągle tak tajemniczego dla nas ciała. Rozczulała nas mała stópka wędrująca w tą i z powrotem jak wewnętrzny, łaskoczący suwak w moim prawym boku, albo plecy czy pupa, które nagle wyrastały jak góra lodowa w oceanie mojego brzucha, by po kilku chwilach ponownie się zatopić i zniknąć. Ślady obecności, coraz realniejszej, coraz bardziej namacalnej. I właśnie ta nasza Mała Dziewczyneczka odważnie zdecydowała się pojawić na świecie sześć dni przed wyliczonym oficjalnie terminem.

W sobotę nad ranem obudziłam się czując ból inny niż do tej pory. Pierwsze powolne skurcze. Opasujące mnie, rosnące leniwie i trzymające mnie chwilę w swoim niezbyt miłym uścisku. Coś się zaczyna. Przygoda. Zajęliśmy się spokojnym porankiem domowym i krzątaniną. Bez panikowania, bez nerwów. Ale czułam z każdą godziną, że Życie, które było we mnie od tylu miesięcy zaczyna coraz bardziej stanowczo domagać się innego świata.

Razem z K. liczyliśmy skurcze, ich czas trwania i odstępy między nimi. Zadanie zespołowe, a Mąż sekundant najlepszy na świecie notujący wyniki naszej jedynej i niepowtarzalnej konkurencji. Późnym popołudniem zapadł w niej werdykt, że ruszamy do szpitala. Zdecydowani byliśmy od samego początku przechodzić przez ten jedyny w swoim rodzaju czas narodzin razem. Skoro obydwoje byliśmy niezbędni, by to Maleństwo mogło zaistnieć, wiedzieliśmy, że będziemy razem w czasie jego pojawiania się na świecie. Nasze wspólne, małżeńskie, miłosne zadanie - od początku do końca.

Podchodziłam do myśli o porodzie jako o czymś naturalnym, czymś co słuchając swojego ciała musi dać się wykonać, jest jedyną drogą do celu, jednym sposobem, by wydać to Życie na świat. Tajemnicze i niezwykłe misterium, które trzeba przejść. Tak niesamowicie wymyślone przez Stwórcę, że dosłownie każdy element tej porodowej drogi jest po coś, jeden napędza kolejny, jest ważny dla mnie i dla przychodzącego na świat dziecka. Wszystko jest fizjologicznie powiązane i zależne od siebie.

Przez kolejne godziny sobotniej nocy daliśmy się razem porwać tej tajemniczej machinie rodzenia. Czułam całą sobą, że wpadam w jakąś wyizolowaną ze świata, jedyną w swoim rodzaju jakby nieco abstrakcyjną przestrzeń, której jedynymi stałymi elementami są przyspieszające coraz bardziej, trwające dłużej i silniejsze skurcze - otwierające mnie na oddanie tego Nowego Życia światu. Ból, który był do wytrzymania i myśl, że jednocześnie on jest siłą i bez niego to wszystko co ma się stać nie będzie możliwe. Nie było przerażenia, nie było strachu. To był jakiś bezczas, rodzaj jakiegoś transu prowadzący coraz bliżej i bliżej celu. Chwilami miałam wrażenie, że to nie mnie i nie mojego ciała to wszystko dotyczy. Że to rodzenie się - dzieje się poza mną. Życie wyrywa się ze mnie samo, siłuje się i rozpycha.

Łagodzenie bólu ciepłym prysznicem, masażem pleców, siedzeniem na gumowej piłce. Ukochana Męska dłoń głaszcząca mnie po rozczochranej głowie, podająca wodę, czy ręcznik, dłoń, którą mogę ścisnąć z całych sił. Czułe usta całujące w czoło, w rękę, w szyję. Jego cichy szept przypominający o oddechu i dodający siły. Nie jestem sama. Jest On. Ukochany K. Jesteśmy tu razem. Towarzyszenie. Wspieranie. Trzymanie za rękę. Wspólnota. Bliskość. Cierpliwość. Czułość. Miłość. Piękny czas. Zbliżający. Śmiało mogę powiedzieć, że nie wyobrażam sobie samotnego przejścia przez to porodowe doświadczenie.



W niedzielę 21 października o 3.49 zawirował i od nowa rozpędził się nasz osobisty świat. Urodziła się Emilia Hanna. Ja wróciłam z tego dziwnego porodowego zawieszenia w jednej sekundzie - w chwili gdy tylko poczułam, iż stało się - nasze Małe Życie już TU jest. Wyszło ze mnie. Opuściło mnie. Jej pierwszy krzyk, a potem od razu seria kichnięć. Nasze pierwsze spojrzenia. Nasza Dziewczyneczka od razu kładziona jest na moim brzuchu i piersi. Otulona pieluszką, ręcznikiem, kocem. Taka ciepła, jeszcze mokra, przybyła prosto z wewnętrznego świata mojego ciała. Czuję ją. Obejmuję ją nieco niezdarnie i tulę do siebie. Całuję. Oto ona. Jest. Tajemnicza Wiercipięta. Krucha, malutka Emilka. K. przecina pępowinę. Odłączona. Zaczyna swoje życie - z nami. Razem zaczynamy naszą przygodę.

To prawda - to jest ten właśnie moment, w którym zapomina się o wszystkim innym. Nic nie jest ważne, unieważnia się wcześniejszy ból. Jest ogromna, przepełniająca radość i wzruszenie, że się udało, że dałyśmy radę, że oto tu i teraz doświadczamy cudu. Bo to wszystko w czym uczestniczyliśmy to właśnie cud.

Stało się. Zostaliśmy rodzicami.
….Jestem Mamą. Jestem MAMĄ. JESTEM MAMĄ!!!