Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 sierpnia 2023

12 lat

Pojechałam Cię dzisiaj odwiedzić, Mamo. Miałam spacer w pięknym, ciepłym świetle późnopopołudniowego słońca. Z zadartą głową patrzyłam na prześwitujące przez konary drzew lekko różowiejące niebo. Taki piękny masz widok nad swoim grobem od 12 już lat. Zachwycasz się? Ułożyłam dla Ciebie w wazonie róże, zapaliłam znicze. Pobyłam z Tobą - tu, wśród tej cmentarnej ciszy. Ciszy, ale jednak żyjącej - przerywanej szmerem liści, głosami ptaków czy skrzypieniem gałęzi. Widziałam wybujałe pióropusze żółtych nawłoci na jakimś opuszczonym grobie, całym obsypanym żółcią, a zaaferowane, czerwone kowale bezskrzydłe przemykały gromadami pod moimi nogami wędrując pomiędzy pomnikami.

Przeniosłam się myślami w czasie - pamiętam jak jechałam tego wieczora, 12 lat temu szybko po całym dniu z spędzonym z Tobą do siebie do domu, by zabrać jakieś swoje rzeczy i wrócić czym prędzej nocować z Tobą i Tata, bo wiedzieliśmy oboje, że było już z Tobą tak źle. Spieszyłam się by zdążyć.

Pamiętam, że jechałam słuchając i śpiewając słowa pięknej Pieśni o nadziei (z refrenem: ​​W swoim wielkim Miłosierdziu Bóg nas zrodził do nadziei, do wielkiej nadziei) i gorące łzy płynęły mi po policzkach.

Zdążyłam. Byłam z Tobą tamtego dnia do samego końca. Widziałam Twoją świetlistą, ukojoną twarz - dającą nadzieję.

Tego się trzymam, Mamo. Że jesteś - inaczej, ale jesteś. Choć tak bardzo mi Ciebie brakuje. 





niedziela, 23 sierpnia 2020

Dziewięć lat

Gdy zamykam oczy, pod powiekami przenoszę się, Mamo, w ten nasz ostatni wspólny wieczór 9 lat temu. Tak bardzo cierpiałaś, traciłaś siły, patrzyłam na Twoje pokiereszowane, umęczone ciało, na niesprawną, spuchniętą rękę z sączącymi się kropelkami limfy, na krwawiące co jakiś czas rany, na skórę na plecach, szyi i ramionach, która twardniała i stawała się jak przetykany gęsto fioletem pancerz nie dający się w żaden sposób rozmasować... Moje opuszki palców pamiętają jeszcze tę okrutną, zimną twardość - nie potrafiłam przynieść Ci ulgi rozmasowywaniem tych miejsc. 

Towarzyszenie Ci w odchodzeniu, słuchanie Twoich coraz cięższych oddechów, poprawianie tlenowej rurki. Choć byliśmy z Tatą wtedy z Tobą, i tak wszystko co było przed Tobą i co wiązało się z tajemniczą materią umierania, musiałaś przejść samotnie. Minęła przed chwilą godzina 23.23. Dziewięć lat temu o tej porze ostatni raz zabiło Ci serce…

Ciemność, którą znajduję pod powiekami, rozświecają obrazy, migawki tamtego dnia i wieczoru. Momentami widzę nas: Ciebie, Tatę i mnie w waszej sypialni z góry, z boku, jakbym towarzyszyła misterium Twojego odchodzenia jako niemy widz gdzieś z zaświatów. Dziewięć lat poukładało w mojej głowie te wszystkie wspomnienia, utuliło troszkę tamtą rozpacz matczynego, fizycznego osierocenia, sprawiło, że spod zamkniętych powiek kapią mi pojedyncze łzy, a nie gorące, słone strużki jak bywało wcześniej.

Nie mogę mieć dłużej zamkniętych oczu. Mogę sobie na to pozwolić tylko w ciszy nocy, gdy za ścianą w swoim pokoju śpi już od kilku godzin prawie dwuletnia Emilka. W ciągu dnia, przy niej, oczy muszą być szeroko otwarte. Gotowe do nieustannego oglądania i opowiadania świata.

Przyjechaliśmy dzisiaj do Ciebie Mamo we trójkę. Słyszałaś jak Emilka powtarzała cicho Babcia Hania? Tłumaczyliśmy jej, że jest Babcia Jadzia i Dziadek Zdzisio, jest Dziadek Jurek i jesteś... byłaś Ty. Najlepsza Babcia Świata, po której ma swoje drugie imię. Widziałaś jak urosła od ostatniego naszego spotkania? Biegła w stronę Twojego grobu w kolorowej, letniej sukience. Mała postać na środku cmentarnej alei zacienionej wysokimi drzewami. Biegła przed siebie - całą sobą: stawiając małe kroczki i machając na wszystkie strony rękami. Powiew życia, ufności i niczym nieskrępowanej radości w tym cichym mieście otoczonym murem. 

Potem pomagała zapalać znicze, towarzyszyła mi w układaniu kwiatów w wazonie. A co to? - to pytanie słyszymy coraz częściej. Przed nami jeszcze opowieści o odchodzeniu i pytanie, które kiedyś padnie na pewno: a dlaczego nie ma z nami Babci Hani?.

Tak bardzo tęsknię do tego, by Cię przytulić. Tak - ja Ciebie, bo tak to zaczęło wyglądać, gdy przerosłam Cię o głowę. Wtulałam nos w Twoje pachnące włosy i obejmowałam Cię ramionami, a Ty swoimi oplatalaś mnie w pasie. Stałyśmy sobie tak lekko się kołysząc.

Kołyszę Cię w myślach i głaszczę po policzku małą Emilkę, którą przed chwilą obudził jakiś zły sen. - Mamusiu - wołała. Jaka to odpowiedzialność być dla niej lekarstwem na wszystko zło poznawanego świata. Mama. Mamusia. Słucham tych słów mówionych już nie raz, tak wzruszająco przez Emilkę. To do mnie? Przecież to ja chwilę temu tak mówiłam do Ciebie.... Czuwaj nad nami dalej z tych niebiańskich łąk. Proszę Cię. 
 
 

piątek, 1 maja 2020

Pierwszomajowa Dana

Pięć lat temu, 1 maja również wypadał w piątek. Dzień zaczął się szarością i deszczem. Dostałam rano telefon z hospicjum, żebyśmy szybko przyjeżdżali, gdyż Dana gaśnie z minuty na minutę. Dzień wcześniej późnym wieczorem rozstawałam się z nią, coraz ciężej oddychającą, coraz bledszą, coraz częściej zamykającą oczy i zapadającą w przedłużające się letargowe drzemki. Wyszeptała mi z trudnem, że nie ma już siły…

Jechaliśmy wtedy z K. do hospicjum na Krakowskim Przedmieściu, w którym była, z łomoczącymi sercami, modląc się o siłę i odwagę do towarzyszenia Danie… Zdążyliśmy. Pięć lat temu trzymałam za rękę odchodzącą Danę (opisałam to wtedy TUTAJ). Moją 77 letnią ciocię (jej mama i mój dziadek byli rodzeństwem), do której nigdy przez całe moje życie nie powiedziałam Ciociu. Zawsze była “Daną”. A ja od małego czułam się bardzo dumna, że mogę tak dorośle się do niej zwracać.

Dzisiaj znowu 1 maja wypada w piątek, a ja od rana zdumiewam się, że nie ma jej z nami już 5 lat. Spacerowałam dzisiaj w naszej okolicy ze śpiącą w wózku małą E., otoczona szalonym śpiewem ptaków, soczystą zielenią i słońcem i myślałam o Danie i o tamtym dniu. Czułam zapach deszczu na bruku, po którym w tamten piątek szliśmy szybkim krokiem, by zdążyć… Widziałam jej nieprzytomną twarz, przypomniałam sobie chłód jej ręki i czerwone krople krwi wsiąkające w prześcieradło. A potem mignęła mi w głowie Ona już spokojna, rozświetlona gdy przeszła już na tamtą stronę.

Zostaliśmy, by dopilnować wszystkich pośmiertnych formalności. Dana przez ostatnie kilka lat swojego życia wszystko ułożyła niemal perfekcyjnie. Cały plan tego co będzie, gdy jej stan znacznie się pogorszy. Rozdysponowanie spraw i rzeczy. Na kilka dni przed swoim odejściem, gdy już była w hospicjum, podyktowała mi wszystkie osoby, które mam zawiadomić o jej śmierci. Dała wszystkie niezbędne wskazówki. 

Szłam dzisiaj pchając wózek i myślami wracałam do tego czasu sprzed pięciu lat. Momentu, gdy po kilku godzinach wyszliśmy z K. z hospicjum prosto na wysychające po deszczu Krakowskie Przedmieście pełne gwaru i ludzi. Milczeliśmy, trzymaliśmy się za ręce i szybkim krokiem szliśmy przed siebie. Jak się odnaleźć tu, w tym tętniącym życiem świecie, gdy przed momentem spotkaliśmy się ze śmiercią? Dana była i nagle jej nie ma. Jej ciało zabrane zostało chwilę temu przez dom pogrzebowy... 

Pamiętam, że rabaty pełne kolorowych, kwitnących tulipanów przy Muzeum Narodowym falowały mi w oczach i rozmazywały przez łzy. Byłam niby tu, ale jednocześnie gdzieś indziej, w jakimś “międzyświecie”, z którego muszę wrócić do życia.

Dano Kochana! Ale byś się cieszyła z tego, że jest na świecie nasza mała E. 

Dzisiaj wyjęłam album ze zdjęciami, który mi dałaś, który kiedyś razem układałyśmy i opisywałyśmy siedząc u Ciebie i pijąc herbatę. Wzięłam do ręki notes, w którym zanotowałam sobie różne Twoje rodzinne opowieści o przeszłości, których dalszym opisywaniem miałam się zająć. Iloma naleśnikami mnie nakarmiłaś, ile pysznych serników i szarlotek napiekłaś, a niektóre z nich robiłyśmy razem. Tak bardzo lubiłam do Ciebie wpadać.

Rozmawiałyśmy zawsze prawdziwie i szczerze, choć nigdy nie starczyło mi odwagi, by pytać Cię o  Twoje miłości i dlaczego nigdy nie założyłaś rodziny... 

Zaplanowałaś sprytnie, że możemy spełnić Twoje jedno marzenie i pojechać z Tobą na weekend do Katowic w odwiedziny do Twojej najlepszej przyjaciółki. Poznałaś nas ze sobą, bo już wtedy planowałaś byśmy po Twoim odejściu to my dwie razem mogły wszystko zorganizować jak trzeba i by nam było raźniej, bo się już osobiście znamy. I wiesz, przez te 5 lat odkąd Ciebie tu nie ma - cały czas staramy się mieć ze sobą łączność. 

A dzisiaj po takiej ogromnej ciszy i przerwie w pisaniu odezwałam się tutaj na Zarysowniku - właśnie dzięki Tobie i kotłującym się w głowie wspomnieniom. Dziękuję Ci za nasz dzisiejszy spacer. Byłaś tak blisko.


czwartek, 31 stycznia 2019

Razem

Czternaście tygodni przeżytych intensywnie. Tak innych od wszystkiego, co działo się do tej pory w naszym spokojnie poukładanym życiu. Od 21 października 2018 roku każdy kolejny, nowy dzień naznaczony jest bowiem niezwykłą obecnością Małej Istoty.

Cały zakończony - wydawałby się, że chwilę temu - rok pełen był odliczania. Był bogatą kolekcją kolejnych dni i tygodni, przeżytych i zapakowanych do szufladki ważnych i jedynych w swoim rodzaju wspomnień. Od połowy lutego i momentu, gdy upewniałam się o przeczuwanym cudzie stworzenia dziejącym się we mnie i gdy na teście ciążowym pokazały się dwie kreski, przez pierwsze usg, na którym widziałam na ekranie malutki kształt, a w nim pulsujący z zawrotną prędkością mały punkcik - serce nowego człowieka, aż po narodziny tej naszej dziewczyneczki i momentu, gdy po raz pierwszy ją zobaczyłam i dotknęłam. Niezwykły, bogaty i bardzo piękny rok 2018. Gdy o nim myślę, ściska mnie w środku ze wzruszenia, gdyż tyloma pięknymi chwilami i intensywnymi uczuciami zostałam obdarowana. 

Było spokojne odliczanie kolejnych tygodni ciąży, czekanie na narodziny, a teraz jest liczenie dni i tygodni, które już na tym świecie, po tej ziemskiej stronie brzucha spędza z nami Emilka. A te coraz płynniej zaczynają przechodzić w miesiące.

Gdy wróciliśmy ze szpitala, weszliśmy do mieszkania, postawiliśmy na podłodze nosidełko z Małą. Spojrzeliśmy na siebie z K. z bezradnością w oczach i zadaliśmy niemal jednocześnie to samo pytanie: “No dobrze, jesteśmy w domu. I co teraz?”. Od czego zacząć wspólne życie? Skąd wiedzieć, co i jak robić? Tysiąc pytań, wątpliwości i niewiadomych. Jak to wszystko ogarnąć, jak się nie bać, nie wybiegać za bardzo w przyszłość. Jak nauczyć się nawzajem siebie z tym Maleństwem, które jest z nami od ledwie kilku dni?

Wiedzieliśmy, że wszystko się zmieni. Zawirował nam cały nasz dotychczasowy spokojny i uporządkowany świat, który od tylu lat tworzyliśmy tylko we dwoje. A teraz Jej obecność, samo to, że jest - spowodowała rewolucję. Daliśmy się jej porwać. Robiliśmy wszystko, by dać jej się prowadzić w tych pierwszych tygodniach wytyczanych rytmem Jej potrzeb: snu, jedzenia, przewijania. Uczyliśmy i uczymy się nadal je wspólnie odczytywać. Odnajdywać drzemiący gdzieś w nas rodzicielski instynkt.

Dziwny stan. Przemiana życia. Teraz ona - Emilka jest w jego centrum. Istotą każdego dnia jest bycie z Nią i dla Niej. Uważność. Obdarowywanie dotykiem, czułością, obecnością i tak potrzebnym jej spokojem, dającym poczucie bezpieczeństwa o każdej porze dnia i nocy. Myśl, że ta mała dziewczynka jest boskim Darem, który do nas trafił, talentem, którym mamy się zaopiekować pomaga przemeblować nasz świat i ułożyć go z radością od nowa - już we trójkę.


środa, 30 stycznia 2019

Niebieskoocy

Rozmawiał z Nią gdy była jeszcze we mnie. Dotykał swoją ciepłą dłonią mój brzuch w miejscach, gdzie co jakiś czas, szczególnie gdy leżeliśmy już w łóżku wieczorem, wybrzuszały się różne małe kształty. Zgadywaliśmy wtedy, co to może być za część ciała, którą wypycha nasza Dziewczyneczka fikając jakieś energiczne koziołki. Gdy położył na takiej “górce” swoją dłoń, ta najczęściej chowała się by wyskoczyć za moment w innym miejscu, albo rosła jeszcze bardziej w górę. Piękne uczucie. Przybliżał wtedy usta do mojego brzucha i mówił do Niej kilka słów. Czekałam na te chwile przed snem. Myśl, że bawimy się właśnie w chowanego z jakąś małą, tajemniczą jeszcze istotą, która nas słyszy i czuje, i której rodzicami jesteśmy, była dla mnie zawsze poruszająca. Dotykaliśmy niezwykłej tajemnicy małego Życia. 

Od trzech miesięcy już jest. Narodzona. Rosnąca i zmieniająca się każdego dnia. Emilka.

Mam przed oczami kilka obrazów. Uwielbiam na nich patrzeć. Tata i Córka.

*
Jego męska dłoń głaszcząca z tak ogromną, czułą delikatnością jej małą główkę, kilka chwil po tym, gdy się urodziła i leżała na mojej piesi. Wzruszenie pierwszego spotkania.

*
Gdy On bierze Ją w ramiona, Ona zawsze bezbłędnie wyczuwa Jego spokój. Wtula głowę w zagłębienie Jego szyi. Policzek opiera na ramieniu. Wycisza się. Zamyka oczy. Bezpieczna przystań męskiego ramienia, które bez problemu unosi kolejne kilogramy jej małego ciała. Oddaje mu się cała pod opiekę z cichutkim uroczym westchnięciem. Usypia.

*
Dwie pary pięknych niebieskich oczu, okolonych długimi rzęsami. Wpatrzone w siebie. 
W Jego oczach tyle czułości i miłości, w Jej - ogromnej ufności, ciekawości i czystej radości. On leży na plecach, a Ona na jego brzuchu, podparta na przedramionach, z małymi piąstkami pod brodą. On do Niej mówi i się do niej śmieje od ucha do ucha. Ona patrzy na niego otwierając niebieskie oczy w coraz większym zadziwieniu. Marszczy śmiesznie czoło jakby w zafrasowaniu, lekko przechyla głowę raz w jedną, raz w drugą stronę zupełnie jakby chciała mieć pewność, że dobrze widzi i słyszy tego dużego człowieka, które twarz ma przed sobą. W jej spojrzeniu zapalają się małe iskierki uśmiechu. Dziecięcego uśmiechu tak czystego i prawdziwego. W ciągu ułamku sekundy promienieje. Cała jest uśmiechem. Obserwuje go. I tak trwają w tym pięknym zapatrzeniu.



*
Przyłapałam ich na wspólnej porannej drzemce. Leżeli na łóżku zwróceni twarzami do siebie. Mały Okruszek i dorosły On. Jej malutka główka na wysokości Jego głowy. Jej małe rączki bezwładnie rozrzucone na pościeli. Tak spokojnie, równo oddychali. Nagle Ona uchyliła lekko oczy, pod długimi rzęsami zrobiły się małe, wąskie szapareczki, delikatnie kręciła przez moment głową. Walczyła z całych sił z ciężko opadającymi powiekami, wyrwana ze snu i nieprzytomna jeszcze. Natrafia tym spojrzeniem na Niego śpiącego tuż obok. Patrzyła w Jego stronę przez kilka chwil. Przestała się kręcić. Znieruchomiała. Rozpoznała go. Uspokojona zamknęła z powrotem oczy. Jestem pewna, że widziałam błąkający się na jej twarzy delikatny uśmiech.




Tata i Córka. Tak piękne patrzeć na to, jak Ona oplatana jest czule przez Jego Miłość.

sobota, 26 maja 2018

Na Dzień Mamy

Byłam Jej drugim dzieckiem. Pierwsze - moja najstarsza siostra Ania umarła tydzień po urodzeniu. Urodziła się ciężko chora, nie dawano jej szans. Był kwiecień 1978 roku. Mama, która miała cesarskie cięcie, nawet jej nie zobaczyła, nie była na pogrzebie, nie widziała małej trumny grzebanej na cmentarzu i przysypywanej kopczykiem ziemi, nie odchodziła w kwietniowy, wiosenny dzień od grobu dziecka otoczonego ze wszystkich stron innymi małymi grobami. Grobu, po którym potem piął się we wszystkie strony wszędobylski rozchodnik. 

Nigdy nie opowiadała mi o swoich uczuciach z czasu tej straty. O bólu, łzach, pustce. Żałobie po dziewięciu miesiącach z Małym życiem w sobie. Mówiła, że pod koniec ciąży czuła, iż coś jest nie tak, swędziało ją okrutnie całe ciało. Szukała pomocy, ale czuła się ignorowana przez lekarzy, którzy nieustannie zwlekali. Młoda matka i jej pierwsze dziecko - mówili, że przesadza. Nie było rodzinnych porodów, nie było usg i dobrej diagnostyki. Była szpitalna samotność i pobyt w sali poporodowej wśród innych matek, które karmiły swoje nowonarodzone dzieci. Słuchała ich płaczu coraz bardziej będąc świadomą, że ona płaczu swojego wyczekanego Malucha nigdy nie usłyszy…

A potem czekała na mnie. Mówiła mi, że ten czas to radość przeplatana z ogromnym strachem, by nie powtórzyło się to co już przeszła. Bym była zdrowa, by wszystko było w porządku. To, że w dzieciństwie bywałam nieraz okropnym, małym nerwusem, czy nieśmiałym, niepewnym siebie strachliwcem zwalała na karb tych dziewięciu miesięcy czekania na moje urodzenie - we krwi krążył lęk, którego nijak nie mogła z siebie wypędzić. Ale jestem. Urodzona przez cesarskie cięcie. Zdrowa. Wyczekana. Ukochana. Obdarowana ogromną czułością i troską. Chroniona.

Trzymała mnie za rękę maleńką i nieco większą, prowadziła, uczyła świata. 

Były w niej lęk i nieśmiałość przeplecione z siłą i odwagą. Stawiała dzielnie czoło chorobie, cierpieniu, świadomości swojego nieuchronnego odchodzenia i pogarszającego się stanu zdrowia. Walczyła. 

Wiem, że tak bardzo czekała na to, bym powiedziała jej, że zostanie Babcią. Mówiła mi nie raz wzdychając cicho: Tak chciałabym dożyć tego byś była Mamą. A ja odpowiadałam jej patrząc w oczy z przekornym śmiechem, że muszę Ją przecież jeszcze trochę przy życiu potrzymać. Ten ludzki plan się jednak nie udał…. 

W mojej dłoni dotykającej rosnącego brzucha, w którym skrywa się Małe Życie - jest Jej czuły dotyk, którego mnie nauczyła. W moim spojrzeniu - miłość, którą mnie obdarzyła. 

Mamo, wiesz? Będę Mamą. Wspieraj mnie, proszę. 


niedziela, 29 kwietnia 2018

12 lat



Świętujemy dzisiaj z K. 12 wspólnych, małżeńskich lat. Spędzamy ten dzień razem na górskim szlaku. Tak nam się wymarzyło. Bo wędrówka jest wpisana w nasze bycie razem.

Pierwszy raz szliśmy razem na wędrówkę w góry w majówkę 2002 roku. Ja w jedynych skórzanych butach za kostkę, jakie miałam, w starej koszuli w kratkę mojego Taty i z pożyczonym porządnym plecakiem. On zaprawiony już w górskich włóczęgach, spec od planowania i czytania map. A ja po raz pierwszy spełniająca marzenie o takim marszu, zakochana i szczęśliwa.

Jechaliśmy nocnym pociągiem z Warszawy do Suchej Beskidzkiej. Pociągiem męczącym okrutnie, zwanym “rzeźnią”, który przed 6 rano docierał na miejsce. Wysiadaliśmy na pustym, dworcowym peronie i potem od razu marsz na szlak. K. chciał pokazać mi miejsca, którymi się zachwycał, do których wracał, gdyż były odskocznią od codzienności.

Kilkudniowa wędrówka z plecakami, z kolejnymi przystankami na noclegi w schroniskach. Śpiwory i wałówka w plecakach, uzupełniana w miarę możliwości po drodze - pasztet w puszce, żółty topiony ser w plasterkach i chleb. Była też najlepiej na świecie smakująca woda gasząca pragnienie, ogromne bąble na piętach i palcach, syczane cicho “ała” przeplatane zachwytami nad tym co nas zewsząd otacza, radość dotarcia do schroniska wypierająca zupełnie to, że była w nim tylko zimna woda, która przy zmęczeniu wydawać się zaczynała wcale nie taka lodowata.

Smak schroniskowej pomidorowej i długie, wieczorne gadanie przy kruchych herbatnikach i piwie, zanim całkiem padliśmy po całodziennym, intensywnym marszu. Góry otwierały nam dusze i wiązały je ze sobą coraz mocniej. K. śmieje się do dzisiaj, że to był taki test na żonę. Wędrowaliśmy dalej w prawie wszystkie kolejne majówki. 

Dzisiaj myślimy sobie, że zupełnie naturalna decyzja o ślubie 29 kwietnia, który dał nam możliwość wyruszenia w podróż poślubną (jakże by inaczej) na górską wędrówkę właśnie w czasie wiosennym i majówkowym to Boże błogosławieństwo. 

Dlatego dzisiaj znowu maszerujemy małżeńsko tym razem na szlaku w Beskidzie Sądeckim. Kolejne metry i kilometry do naszej wspólnej kolekcji. Dotykamy malutkich dopiero co narodzonych, zieloniutkich liści buków, które niezmiennie wzruszają nas nas swoją nieporadną delikatnością, zachwycamy się modrzewiowymi kitkami, omijamy błotniste koleiny pomagając sobie wzajemnie przejść tak by się nie poślizgnąć, wąchamy zapach rozgrzanych sosen, szeleszczą nam pod nogami pokłady zeszłorocznych liści rozpadających się w pył, chłoniemy słońce rozświetlające szlak i czekamy na przyjemne dotyki wiatru na szczycie i na to uczucie gdy będąc już tam zapomina się całkowicie o zmęczeniu i trudnym podejściu. Jest za przepełniający całe ciało zachwyt, radość i niezwykły wręcz wewnętrzny spokój. 

Jest jak w piosence “Ballada z gór” Starego Dobrego Małżeństwa, której słuchaliśmy w drodze w Beskidy:

"rosną skrzydła u ramion 

czas się w wieczność przemienia 

obłocznieją wszystkie ziemskie sprawy 

gdy zbliżamy się do szczytu po kamieniach

(...)

Rosną skrzydła u ramion 

rosną przepastne błękity 

życie pełne olśnień i zachwytów 

tyś wędrówką najwytrwalszą ku szczytom”

(piosenka SDM "Ballada z gór", sł. J. Baran)


Maszerujemy przed siebie, zachwyceni życiem, wdzięczni miłość nam daną i doświadczną, nieustannie zakochani. Zatrzymani w czasie. Szczęśliwi.

Jednak w tym roku jest inaczej niż zwykle, gdyż wędrujemy we trójkę.

Jest z nami Nowe, Malutkie jeszcze Życie, którego bicie serca już słyszeliśmy. Chcemy mu pokazać to piękno. Myślę o Nim stawiając kolejne kroki na szlaku. Wierzę, że czuje mój wędrówkowy zachwyt. Niech się nim karmi. 



poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wielkanocna podróż w czasie

Niedziela Wielkanocna w rodzinnym domu mojego Ukochanego K. płynęła nam wolno i leniwie. Myślę, że udało nam się skupić na tym, co najważniejsze - na byciu razem, na rozmowach, na niespieszności.

To, co tak lubię będąc w tym moim drugim domu, to rodzinne opowieści, historie prawdziwe, przywoływane tak łatwo dzięki Mamie J. , która tak naturalnie wydobywa je ze swojej pamięci. Tak pięknie uzupełniają jej genealogiczną pasję. Bo pamiętanie o przeszłości to nie tylko suche cyfry dat, ale właśnie to "coś” co te daty ożywi - przywołane wspomnienie jakieś sytuacji, kolory, zapachy, twarze i gesty.

Siedziałyśmy w jadalni, przy stole naprzeciwko siebie. Za oknami zrobiło się już ciemno. W pokoju obok przy zastawionym stole trwało jeszcze niespieszne świętowanie wielkanocnej niedzieli. Uciekłyśmy na chwilę, by zaszyć się z herbatą i kawałkiem ciasta tuż obok za ścianą. Pytanie przyszło do mnie nagle - jak wyglądały Wielkanoce w Trzcińcu pod Pułtuskiem - w rodzinnym domu Mamy J.? Co pamięta z czasu swojego dzieciństwa? 

Opowieść potoczyła się sama. Przeniosłyśmy się na chwilę w czasie - na sam początek lat 60 - by podejrzeć Wielkanoc w Trzcińcu. W historii opowiedzianej przez Mamę J. występują:
- Jej Tata Stanisław i Mama Kazimiera 
- Babcia Stasia - czyli matka Stanisława i teściowa Kazimiery, dużo później zwana Babcią Pra
- czwórka dzieci Stanisława i Kazimiery: 3 synów i jedna córka - Jadzia (czyli obecnie już dorosła Mama J.) - i to właśnie Ona zaprosiła mnie do świata wspomnień z czasu gdy miała 10-12 lat. 


***
Babcia Stasia, a potem Mama Kazia zawsze przed świętami sprzątały dom. Zasadą było to, że na Wielkanoc odmalowywana musi być obowiązkowo kuchnia, a także sień oraz przedpokój. Ta pierwsza szczególnie, gdyż z dnia na dzień jej ściany coraz bardziej szarzały od sadzy z kuchni węglowej. To było tak zwane “bielenie” ścian choć najczęściej było to dwukrotne ich malowanie na kolor błękitny, albo zielony. Dla ozdoby dodawany był biały szlaczek, który odbijało się na wałku. Oczywiście umyte musiały być wszystkie okna i poprane wszystkie firanki. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej świeżości. Zadaniem wszystkich dzieci było sprzątanie niemal na błysk podwórza, zagrabienie błotnistych wertepów po kołach wozów i zwierzęcych kopytach i wysypanie terenu piaskiem. Miało być pięknie i odświętnie. Nadchodził specjalny czas.

***
Koszyczek wielkanocny mieścił w sobie na pewno jajka farbowane w łupinach cebuli, których skorupki przybierały barwy od pomarańczowych lub ciemnobrązowych oraz barwione jęczmieniem, które stawały się soczyście zielone. Najczęściej do kościoła w Wielką Sobotę jechał wozem Tata Stanisław i któreś z czwórki dzieci. Oboje rodzice uczestniczyli w liturgii Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku. W Niedzielę Wielkanocą zawsze jeździło się na Rezurekcję. Tata miał ważną rolę - najpierw był jednym z czterech mężczyzn niosących w procesji drzewce baldachimu. Ale potem dostał zadanie ważniejsze, nobilitujące - wspomagał samego księdza - trzymając go w czasie procesji pod rękę, bo niesienie ciężkiej monstrancji z Najświętszym Sakramentem w czasie obowiązkowych trzech rund procesji rezurekcyjnej wokół kościoła w Przewodowie nie należało do łatwych. Świątecznie ubrany Stanisław, mąż i ojciec, szanowany trzciniecki gospodarz kroczył w takiej bliskości Świętości. Czuł się wyróżniony, a jego mała córka - dumna.

Wyjściowe ubrania nie przeszkadzały gospodarzom dopełnić tradycyjnego elementu świątecznego - rezurekcyjnego poranka, którym był wyścig wozów konnych spod kościoła do wsi. Do Trzcińca był to dystans 7 km. Który z gospodarzy dojedzie pierwszy, temu lepiej i szybciej obrodzi pszenica. Było się o co bić. 10 letnia Jadzia zapamiętała związane z tym emocje, obmyślanie gdzie lepiej stanąć pod kościołem, by mieć lepszy start w wyścigu. Miała przed oczami zaciętość woźniców stających na kozłach, zmagających konie batami, nawołujących się, te krzyki, piski i emocje. Szaleńczy pęd kończący się niekiedy wywrotkami i upadkami.

Tata Stanisław po tym, gdy wszyscy wrócili z rezurekcji odprowadzał konie do stajni, karmił je i poił, a one spocone i zmachane odpoczywały po tej gonitwie, w której chwilę wcześniej brały udział. On za to brał kropidło, do miseczki wlewał wodę święconą i ruszał przed siebie przemierzając całe obejście i święcąc wszystkie kąty. Stodoła otrzymywała święcone krople, by chroniły ją od piorunów, dom otrzymywał błogosławieństwo w postaci zrobionego kropidłem w powietrzu znaku krzyża. Zaglądał ze święconą wodą do obory, kurnika, stajni. Wszędzie tam gdzie toczyło się codzienne, pozaświąteczne życie - tymi prostymi gestami powierzał je Najwyższemu.


***
Mama Kazimiera i babcia Stanisława zajmowały się przygotowywaniem stołu. Zawsze przyobleczony był w biały, lniany, krochmalony obrus, który Mama Kazia własnoręcznie ozdabiała tzw. mereżką, czyli techniką haftu ażurowego, w którym rozdzielając nitki tkaniny tworzy się delikatne wzory. Stół zdobiły wierzbowe gałązki z baziami, bo tuż za płotem, nad małym stawem rosła duża wierzba - jej wiosenne bogactwo było pod ręką. Na tym pachnącym i sztywnym obrusie rozstawiano świąteczną zastawę. Talerze odświętne - choć może wcale nie takie eleganckie - nigdy nie używane na co dzień, wydobywane z kredensu tylko na specjalne okazje.

Wielkanocne śniadanie przechodzące w obiad to oczywiście jajka i duża ilość wędlin i mięs. Bo na święta zawsze zabijany był świniak. Tata Stanisław wędził szynki i boczki, mama Kazimiera - robiła swoją kiełbasę, kaszankę, pasztetową czy salceson. 

Był też prawdziwy, ostry chrzan (wykopany w ogródku), który z pełnym poświęceniem ścierała wcześniej Mama Kazia. Siadała sobie na stołeczku na podwórku, siadała z wiatrem, by ostry zapach kolejnych tartych korzeni chrzanu frunął w dal, na kolanach miała emaliowaną miskę, w ręku dzierżyła tarkę. Tarła w skupieniu.

Zawsze, tradycyjnie podawany był barszcz czerwony z zakiszonych buraków. Specjalność Mamy Kazimiery. Właśnie tak - nie biały żur, a czerwone buraki kopane chwilę wcześniej z kopca na polu. Buraczana mikstura stała sobie tydzień w cieple, umieszczona w kamiennym garnku, postawionym na blasze w rogu dużej cztero fajerkowej kuchni, bo właśnie tam było ciepło, a nie gorąco, czyli idealnie. Kisła się. Do barszczu wrzucało się wędzoną szynkę, skrawki boczku, kiełbasę, wiórki startego korzenia chrzan a całość podawało się z jajkami na twardo. Barszcz o winnym smaku, pachnący wędzonką. Dorosła już Jadzia niestety nie przejęła rodzinnego przepisu od swojej Mamy. Robi go nadal na Wielkanoc jej bratowa w Trzcińcu, którą jeśli to możliwe pięknie proszę o wzbogacenie tej opowieści:) 

Wielkanocnymi deserami były: sernik na kruchym cieście z charakterystyczną kratką z ciasta na wierzchu, babki drożdzowe oraz jabłecznik.

*** 
Do domu przychodziła rodzina i sąsiedzi, choć bardzo często sąsiedzi byli jednocześnie bliską lub nieco dalszą rodziną mieszkającą w tej samej wsi kilka domów dalej. Gwar, opowieści, śmiechy, dyskusje, wspólne wychodzenie na wiejską drogę bitą kamieniami, wzajemne odwiedzanie się, rozmowy, poczęstunki, wspólny czas, który często w drugi dzień świąt kończył się zabawą w remizie.


***
Z dużego pokoju dobiega gwar. Wróciłyśmy z podróży w czasie. Świętujemy dalej chwilę obecną, jednocześnie pielęgnując pamięć. To bogactwo. 

niedziela, 28 stycznia 2018

9 lat


Już 9 lat, odkąd odeszła. Babcia Marysia, Mama mojej Mamy. 27 stycznia wieczorem wszyscy byliśmy przy niej, w milczeniu i ze łzami w oczach patrząc jak leży na podłodze w salonie w mieszkaniu rodziców i robią Jej masaż serca. Lekarz z karetki pytał nas - czy reanimować dalej, bo “przecież Państwo są świadomi, że to jest już agonia”.

Pamiętam to pytanie rzucone do nas, które zawisło w gęstym od emocji powietrzu. Moja mama powiedziała łamiącym się głosem “tak, ratujcie ją”. Jak zdecydować samodzielnie, że w tej chwili ma być orzeczony koniec życia? Ciężar. Zabrali nieprzytomną Babcię do szpitala na OIOM. Czekaliśmy pod drzwiami. Kazali nam wrócić do domu. A z samego rana - telefon: Maria Zembrzuska zmarła o 22.50. Niewydolność krążenia. 87 letnie ciało do zabrania przez zakład pogrzebowy, rodzina może zgłosić się po torebkę z jej rzeczami i akt zgonu…

Wczoraj myślałam o niej. Wspomnienia pchają mnie zawsze do wydobycia starych zdjęć, które różnymi rodzinnymi drogami do mnie trafiły i zamieszkały ze mną pod jednym dachem. Lubię je trzymać w dłoniach i mieć świadomość, że niektóre z nich mają 80, 90 czy nawet 100 lat. Oglądane przez te lata przez tyle par oczu znanych i nieznanych, włożone do różnych albumów, cudem uratowane z wojennych koszmarów. Teraz bezpieczne - zamrożone na papierze migawki minionego życia.

Wczoraj wypatrywałam wśród nich takich, na których jest Babcia. Najstarsze chyba z maja 1924 roku - ma na nim niecałe 3 lata. Stoi u fotografa ze swoim starszym przyrodnim bratem i młodszą siostrą. Dziewczynki - maluchy w szaro-burych fartuszkach przed którymi jest całe życie, trzymane za rączki przez chłopaczka, którego zawzięta, poważna mina zatrzymana została w kadrze. 



Ile emocji, różnych życiowych doświadczeń, dramatycznych zdarzeń, uchwyconego w oczach szczęścia, które później przerodziło się w rozpacz? Dzieciństwo, czas nastoletniego dojrzewania naznaczone wojną, radość małżeństwa, narodziny trójki dzieci, nagła, tragiczna śmierć męża. I ona niespełna czterdziestolenia wdowa, która osiwiała w ciągu kilku dni. Wsparcie młodszej siostry oraz Mamy. Wiara dająca jej siłę. Śluby kolejnych dzieci, pierwsze wnuki, międzykontynentalne podróże między Polską a Kanadą (do której emigrowała dwójka jej dzieci), setki wysłanych listów pisanych równym pismem.

Niektórzy kojarzą ją zawsze pięknym uśmiechem i elegancją. Dla innych wsparciem były rozmowy z nią i długie listy kojące ból po stracie bliskiej osoby. W kilku sercach został duży żal, że wiele lat temu nie przyszła na cywilny ślub, ostentacyjnie twierdząc, że taki nie ma znaczenia, bo liczy się tylko ten kościelny. Ale im była starsza, tym jej stanowczość i pewność co do szafowania opiniami malała. Robiła się bardziej otwarta. 

Nie zapomnę jak wiele lat temu pomagała mi przygotowywać strój na sambowy występ, który wieńczył kurs tańca. Przyszywałyśmy kolorowe cekiny na czarnym staniku od bikini, a czarne frędzle na krótkich spodenkach. I miałyśmy w tym obydwie masę radości i śmiechu. Siedziałyśmy głowa przy głowie: moja ciemna i jej biało-siwa. Na wątpliwość mojej młodszej siostry: że chyba taka półnaga nie wystąpię w czymś takim na scenie - odpowiedziała bez wahania:  to jest przecież na specjalny występ i strój musi być. 

Gdy zamykam oczy, widzę jej siwe włosy okalające twarz, zaróżowione policzki, błysk w oczach i filuterny uśmiech. I słyszę jak mówi: To co, herbatka i coś słodkiego? Na deser przecież jest osobna przegródka w brzuchu.

niedziela, 21 stycznia 2018

Babcia i ja


Sklep mięsny, wyłożony białymi, kwadratowymi kafelkami, metalowe haki na ścianie za ladą na których wiszą słonina i pęta kiełbasy, ekspedientki w białych fartuchach i siatkowych czepkach na głowach jak władczynie obsługują klientów chcących zrealizować swoje kartki. Rzucili towar.

Przepisowe 200g, 300 g, 400 g mięsa ważone na dużej, błękitne sklepowej wadze z odważnikami, ceny wybijane ze stukotem w klawisze zwalistej kasy, błysk nożyczek wycinających małe kwadraciki z podawanych przez kupujących obowiązkowych kartek. Tłok w środku, duszno, zapach zawilgoconych jesionek, pokasływania, kolejka wysypująca się przez pomalowane olejną farbą, oszklone, skrzypiące sklepowe drzwi na zewnątrz. Ludzki wąż wijący się ciasno po chodniku wzdłuż ściany budynku, przylepiony do szklanych witryn. Wytrwali, czekający, nie mający wyboru, niecierpliwie przestępujący z nogi na nogę, zatroskani tym, czy starczy i dla nich, zirytowani tym, że wszystko tyle trwa. Jest początek lat osiemdziesiątych już po stanie wojennym, wilgotna jesień z przebłyskami słońca.

W tej kolejce stoi też sześćdziesięciodwuletnia kobieta z małą trzy i pół letnią wnuczką. Opowiada jej świat, trzyma za ręką, albo pozwala bawić się patyczkiem, zerka na nią jak maluje nim w kałuży tuż obok drzewa, rosnącego przy ulicy, trzy metry od kolejki.

Pod sklepem jest też inna kobieta ze spacerówką i mniejszym, chodzącym dzieckiem. Dzieciaki nawiązują nić porozumienia i zaczynają bawić się razem. Zbierają listki, szukają kamyczków i wrzucają je do kałuży i chodzą wokół drzewa.

Ta starsza kobieta to moja Babcia, a ten 3,5 letni maluch to ja.

Kolejka powoli posuwała się do przodu. 

Najpewniej było tak, że Babcia w tłocznym zamieszaniu, gdy weszła już ze mną do wnętrza sklepu, nie zauważyła zupełnie zajęta przez kilka minut upragnionymi zakupami, że ja wymknęłam się na dwór, by dalej bawić się pod drzewem z drugim dzieckiem. Odwróciła się pakując zakupy i nagle zobaczyła, że mnie nie ma przy niej.

Czarno przed oczami. Babcia z łomoczącym sercem, pulsującą głową, oblewana przez zimno-gorące paniczne poty. Wybiega przed sklep przepychając się przez stojących w drzwiach ludzi. Nie ma jej. Pod drzewem pusto. Co robić? Jak szukać? ZGUBIŁA DZIECKO. Pytała roztrzęsiona kolejnych ludzi w sklepowej kolejce, czy nie widzieli małej dziewczynki w biało-niebieskiej włóczkowej czapce wiązanej pod szyją, która tu przed chwilą z nią była, a w cześniej bawiła się przed sklepem i zniknęła gdy ona na kilka chwil zajęła się zakupami.

Ktoś powiedział, że widział dwójkę małych dzieci odchodzącą razem z panią ze spacerówką. A ona była chyba wcześniej tylko z jednym drepczącym maluchem, więc tym drugim mogłam być ja. Wskazali stronę, w którą poszła. Babcia biegła więc we wskazanym kierunku, biegła w rozpaczy, z tabunem najgorszych myśli w głowie. Jakaś nitka nadziei, jakiś ślad. Za kilka chwil mnie znajdzie. No przecież ta kobieta z wózkiem musi zobaczyć, że idzie z nią jakieś obce dziecko. Babcia potykała się o wystające krzywe płyty chodnikowe, a gorące łzy ciekły jej po policzkach. Bezradność totalna. Ale gdzie szukać? Kobiety z wózkiem i dziećmi - nie widać. To były najdłużej płynące minuty odmierzane sercem, które słyszała w środku głowy. Żarliwa modlitwa.

***

Mam w gdzieś w głowie jakieś mgliste wspomnienie, że idę chodnikiem trzymając się rączki wózka. Skręcamy do jakiejś ciemnej klatki, a potem wchodzimy do mieszkania, w którym jest kojec, a wokoło dużo zabawek i rozrzucone na podłodze drewniane klocki. Bawię się nimi. Wszystko jest jak sen. Nie czuję strachu, że nie ma nigdzie Babci. Potem film wspomnień się urywa.

***

Po latach, gdy Babcia wspominała mi, już dorosłej, to wydarzenie opowiadała o nim mniej więcej tak:

Nie umiem tego wytłumaczyć, ale gdy tak podbiegałam ogarnięta coraz większą rozpaczą i paniką, zupełnie nagle pojawiła się tuż przede mną nieznana mi zupełnie kobieta. Jakby wyrosła spod ziemi, zmaterializowała się obok mnie. Nie zapamiętałam ani jej twarzy ani ubrania. Po prostu była i miała na rękach Ciebie całą i żywą, spokojną. I bez słowa mi Cię oddała w ramiona. Przytuliłam Cię mocno, z tak ogromnej radości i wdzięczności. Musiałam wtedy na kilka sekund zamknąć oczy. Czułam ulgę, bo byłaś cała, bo ten koszmar zagubienia się kończył. Gdy je otworzyłam, chciałam tej Pani podziękować, zapytać: jak? gdzie?. Ale jej już nigdzie nie było. Zniknęła. Stałam na chodniku z Tobą na rękach i wokoło nas po horyzont nie było nikogo. A ona nie mogła przecież tak szybko odejść przez ten moment, kiedy Cię ściskałam. Ona przepadła. Czułam się skołowana, oszołomiona. Doświadczyłam cudu. Jestem pewna, że to był mój Anioł Stróż. On mi Cię przyniósł i oddał. Dlatego jesteś.

***

Babcia przez całe życie, aż do samego końca modliła się do swojego Anioła Stróża i prosiła go o obecność przy niej w codzienności. Myślę, że mieli specjalną relację. Wzywała go na przykład, zanim rozpoczęła szycie czegoś na maszynie, albo wymierzanie i krojenie materiału, zawsze zwracała się do niego w chwilach w których nie umiała sobie z czymś poradzić i czuła się w jakiś sposób bezradna. Mówiła, że zawsze pomagał. Mówiła, by pamiętać o tym, że każdy z nas ma swojego własnego Pomocnika. A ja jestem szczęściarą dodatkowo, bo spotkałam Babcię i jej Anioła Stróża.

środa, 27 grudnia 2017

Świątecznie

Świąteczne rodzinne spotkania zawsze są dla mnie niezmiennie powiązane z miłym dla ucha gwarem. Rozmowy, płynące w tle kolędy, muzyczne nuty łączące się ze szczękaniem talerzy i sztućców. Jest krzątanina między kuchnią, a pokojem, w którym siedzimy przy stole. Zerkanie na rozświetloną choinkę, zapach ciepłego kompotu z suszu i podgrzewanej kapusty z grzybami, czy obieranych ze skórki mandarynek. Jesteśmy razem, ze sobą, jedni bardziej milczący inni rozgadani. Znajdujemy równowagę w tym trwaniu razem. Wspólnota stołu, wspólnota przestrzeni.

Ile mamy szczęścia, że możemy tak się spotykać. Że się kochamy, szanujemy, lubimy, potrafimy ze sobą otwarcie rozmawiać, że przed świętami nie mamy nerwowych czy przykrych rozmów o tym kto z kim, u kogo spędzać będzie święta. Wszystko da się podzielić, zaplanować i wspólnie zorganizować. Jesteśmy szczęściarzami. Bywały spotkania wielorodzinne. Na przykład wigilia, która okazała się ostatnią wigilią Mamy. Tak bardzo chciała mieć w tym dniu wszystkich razem. Konstelacje rodzinne córek, zięciów, ich rodzeństwa i rodziców oraz samotnych kuzynek. Było nas łącznie chyba 17 osób. Podzieliliśmy menu tak, by każdy mógł coś przygotować i przynieść, by każdy czuł się potrzebny. To był przecudny gwarny i piękny czas. Spełnione życzenie.

Ostatnie lata to wspólne święta bogatsze o gromadę maluchów naszego rodzeństwa. Trójka, a coraz bliżej już czwórka u mojej siostry O., dwójka u brata K. Ileż to piękna, radości i zamieszania wnoszą w nasze życie. Coraz liczniejszy tupot małych stóp, setki absorbujących pytań, małe i większe płacze i humory, a jednocześnie ogrom rozczulającego uśmiechu. 

***
W Wigilię przygotowuję karpia do smażenia. Z boku staje prawie pięcioletnia M., której głowa sięga już sporo ponad blat stołu. Spogląda uważnie na to, co robię, przekrzywia lekko głowę i mruży ciemne oczy. Patrząc cały czas na deskę na której leży tusza ryby bez głowy, ogona, czy płetw oraz na moją dłoń z nożem mówi: Jaka słodka, malutka rybka! Ciociu co ty robisz tej rybeczce? Rybeczko uciekaj. 

***
Największa już ośmioletnia B. ubrana w prostą, granatową sukienkę i biały sweterek - świątecznie elegancka. Przysuwa sobie drewniany okrągły taboret do regału, wchodzi na niego, otwiera szafkę i zaczyna odliczać deserowe talerzyki, które następnie sama ostrożnie zdejmuje, przynosi i z poważną miną rozkłada na stole.



***
Pięcioletnia T. w skupieniu pochyla się nad małym stoliczkiem, na którym coś pieczołowicie układa. Kosmyki włosów opadają jej na twarz i zarumienione policzki. Co jakiś czas poprawia się na siedzeniu, gdyż śliski, tiulowy materiał, z którego zrobiona jej jest błękitna sukienka sprawia iż ześlizguje się z kanapy, na której skrawku siedzi. Wyczuwa jakoś moje spojrzenie i w panice podnosi głowę, pochyla się całym ciałem nad stolikiem próbując rękami zasłonić to co robi i krzyczy: Ciocia, nie patrz! Ale nie patrz! Potem okazuje się, że szykowała ukradkiem, choć wśród coraz liczniejszego grona gromadzącego się wokoło, małe drobiazgi, które wykonywała sama według własnego pomysłu z kolorowych koralików. Robiła wszystko by zdążyć je zapakować i położyć pod choinką. Konspiracja świąteczna mamy i córki - prosto z serca.

***
Jest i ponad 3 letni P. siedzący na dywanie otoczony ze wszystkich stron prezentem od Mikołaja - wymarzoną kolejką. Jest i jakby go nie ma. Pełne skupienie. Pochłonięty innym, pociągowym światem. Kolorowe wagoniki, układanie kolejnych elementów torów, zakręty, zwrotnice i przejazdy. Mała głowa, małe palce, ogląda, dotyka, składa, kombinuje z zapałem, gada do siebie pod nosem i czasami podśpiewuje. Piękny, mały człowiek ogarnięty pasją.


***
Najmłodsza M. leży na kocu rozłożonym na kanapie. Rozgląda się wokoło i coraz sprawniej ćwiczy przewracanie się na brzuch i z powrotem na plecy. Pochylam się nad nią i patrzymy sobie w oczy. Widzę w nich pełne zaufanie. Swoimi małymi paluszkami ściska mi wskazujący palec. Dmucham na nią i mówię: Wiatrrrrr. Jej oczy robią się przez ułamek sekundy jeszcze bardziej okrągłe, maluje się w nich zadziwienie przemieszane z jakimś rodzajem strachu. Jeszcze raz. Wiattttrrrr. Uśmiecham się do niej. A ona nagle porzuca zdziwienie i zaczyna się tak pięknie uśmiechać, a następnie śmiać - takim dziecięcym, ledwie czteromiesięczym, prawdziwym, najczystszym na świecie śmiechem. Dmuchanie - śmiech. Bawimy się tak przez chwilę w te jej pierwsze na tej ziemi święta.


Patrzę na te tak bliskie mi dzieciaki i odnajduje w sobie takie dziecko. Wracają wspomnienia świąteczne, gdy to ja miałam 7 lat. Przywołuję to uczucie, które towarzyszyło mi wtedy po rodzinnej Wigilii, gdy obie z moją siostrą O. wykąpane i ubrane w polarowe piżamy-kombinezony układamy się do snu w naszym pokoju, ciesząc się blaskiem lampek z małej choinki stojącą na stoliku między naszymi łóżkami. Takiej sztucznej, którą wspólnie, pieczołowicie ubierałyśmy, dzieląc się ozdobami, by po każdej ze stron było po równo. No i oplatałyśmy ją oczywiście anielskim włosiem, bo taka była dla nas najpiękniejsza i najbardziej wytworna. My też tak samo przeżywaliśmy otrzymane tego wieczoru prezenty, rozmawiałyśmy o nich mimo zgaszonego światła, z wrażeń nie mogłyśmy zasnąć. Czułam jednak zawsze, że Święta Bożego Narodzenia to był piękny, specjalny, rodzinny, dobry czas. Trzydzieści lat później czuję tak samo. I to jest najpiękniejsze. 

Ja z siostrą. Wigilia 1987 r.

Klęczymy na podłodze. Trzy głowy pochylone nad wysypanymi, kolorowymi klockami lego. Układamy. Szukamy elementów, porównujemy z instrukcją układania kolejnych etapów skomplikowanej budowli. Zatopiłam się w to nasze wspólne dzieło porzucając świąteczny stół i poważne rozmowy. Dobrze mi tu z nimi. Wspólne emocje, śmiech, pomyłki, narady - dawka prostej radości. Do rzeczywistości przywołuje mnie K. Czas już jechać. Dwie małe dziewczynki, z którymi układałam klocki mówią: Ojej… już? Szkoda Ciocia, że musisz iść. Słowa bezcenne. Piękny prezent.

sobota, 23 grudnia 2017

Mocny uścisk prababci

Kamienica przy ulicy Koszykowej, w której mieszkali całą rodziną stała mniej więcej tam, gdzie obecnie znajduje się jeden z masywnych kandelabrów na Placu Konstytucji. Numeru nie znam. Przypuśćmy, że jest rok 1938 i piękny, ciepły, słoneczny, lipcowy dzień.

Z cienistej, chłodnej klatki schodowej wychodzi zgrabna, szczupła, mała, 7 letnia dziewczynka z jasnymi włosami przyciętymi na pazia sięgającego za ucho. Na wysokie czoło nie spadają żadne niesforne kosmyki, gdyż włosy na czubku głowy zebrane są razem, przypięte i przyozdobione dużą materiałową kokardą. Może jest ona w kolorze wiosennej trawy, a może w kolorze dojrzałych malin.

Dziewczynka ubrana jest w letnią, cienką, sukienkę sięgającą do połowy uda. Zwiewna, uszyta z materiału w drobne kolorowe kwiatki i mająca krótkie, lekko bufiaste rękawki. Gdyby się zakręcić w piruecie będzie wirowała jak smukła główka tulipana. Mama tej małej Krysi - Stanisława (starsza siostra mojego dziadka Henryka) ładnie szyła, pracowała od dobrych kilku lat w dobrej pracowni krawieckiej. Może to spod jej palców i maszyny wyszła ta sukienka dla ukochanej jedynaczki? 

Dziewczynka z kokardą - Krysia, obok mała Danusia i jej mama Tekla, ciocia Krysi.

Za dziewczynką wychodzi Babcia Marianna - drobna, bardzo szczupła kobieta, mająca lat 66. Wysokie czoło, głęboko osadzone oczy przenikliwie, ale czule patrzące na świat, siwiejące cienkie włosy zaczesane do tyłu i spięte w mały koczek na karku. Ubrana w długą, prostą, ciemną spódnicę i bluzkę z kołnierzykiem zapiętą pod szyję.

Wybierają się do Parku Ujazdowskiego, który jest tak blisko. Prosta droga: Koszykowa, Aleja Róż i już brama do parku. Od 1926 roku istniał tam pierwszy, stały plac zabaw dla dzieci. Miejsce idealne dla Babci opiekującej się wnuczką, w letnie południe w przedwojennej Warszawie. 

Zanim ruszą dalej przez miasto chodnikiem - dorosła kobieta wyciąga swoją rękę w stronę dziecka. Rytuał. Mała dziecięca, ciepła rączka schowana w większej dłoni dającej bezpieczeństwo. Bo po drodze przecież i samochody i konne zaprzęgi. Bardzo mocny to był uścisk. Tak mocny, że pozostał w tej małej Krysi na zawsze, do samego końca. Gdy pytałam ją - już ponad osiemdziesięcioletnią kobietę o jej babcię, a moją prababcię Mariannę, to pierwsze co mówiła, to, właśnie to: Babcia chodziła ze mną na spacery do Ogrodu Ujazdowskiego. I pamiętam, że tak mocno trzymała mnie za rękę.

Piękne. Pamięć dotyku, pamięć bezpieczeństwa. Do wojny jeszcze mała chwila, mieszkanie na Koszykowej jeszcze jest, nie jest jeszcze obrócone w gruzy, jeszcze jest radość dzieciństwa i słonecznego, letniego dnia i czasu spędzonego z babcią.

Marianna Zembrzuska - prababcia
Marianna urodziła się w 1872 r. Szperając w aktach dowiedziałam się, że w roku 1893 r. gdy miała 21 lat wyszła za mąż za niejakiego Franciszka Wyszyńskiego. Ale chwilę później znalazłam jego akt zgonu z 1894 r. Została młodą wdową, która w 1895 r. wzięła ślub z Julianem Zembrzuskim - moim pradziadkiem. Zamieszkali w Ciemniewku, gdzie mieli jakiś malutki kawałeczek ziemi. Urodziła i wychowała ośmioro dzieci. W rodzinnym domu musiało być bardzo ciężko. Córka Marianny - Stanisława wspominała ponoć, że wraz z siostrą bliźniaczką - Teklą jako najstarsze wychowywały swoje młodsze rodzeństwo, pomagając rodzicom. I jako 7 letnie dziewczynki uczyły się gotować dla wszystkich zupę.

Po śmierci męża, który zmarł w 1926 roku, Marianna przyjechała do Warszawy pomagać najstarszej córce - Stanisławie, która jako pierwsza pojawiła się w stolicy w poszukiwaniu lepszego życia i zaczęła ściągać do niej kolejno swoje młodsze rodzeństwo, które jeszcze przed wojną na dobre porzuciło rodzinny dom pod Ciechanowem. Pozostał tam tylko grób Juliana. Do wybuchu wojny mieszkała przy Koszykowej, a potem przeniosła się do Świdrów Wielkich, wówczas pod Otwockiem do drugiej córki z bliźniaczek - Tekli (która miała już męża i córkę - Danusię), tam mieszkała, aż do swojej śmierci w 1955 roku, miała wówczas 83 lata. Pod koniec życia podobno całą zimę leżała pod pierzyną, a gdy lepiej się czuła w lecie codziennie dreptała 3 km do kościoła. Obie wnuczki Krysia i Danusia - mówiły o niej: fajna babcia.

Trzy lata temu, 6 grudnia odeszła 83-letnia Krystyna, która opowiadała mi o swoich spacerach z babcią Marianną do Ujazdowskiego. Pozostawiła we mnie pamięć o tym mocnym uścisku. Pielęgnuję jej wspomnienie. Stało się moim. Wraca, gdy przeglądam stare, przedwojenne zdjęcia i widzę prababcię Mariannę, której nie miałam szansy poznać. Przez ten uścisk dłoni jest mi o wiele bliższa.

środa, 23 sierpnia 2017

Sześć lat

Sześć lat, odliczonych skrupulatnie przez miesiące, dni, godziny. Za kilka chwil na zegarze zobaczę 23.23 - godzinę, w której na chwilę zatrzymał się nasz rodzinny świat. Pamiętam elektroniczne, czerwone cyfry zegarka stojącego na komodzie na wprost łóżka w sypialni rodziców. Półmrok w pokoju. Na łóżku leżąca Ona - Mama, a obok niej, z dwóch stron na kolanach Tata i ja.

Próbowaliśmy zobaczyć jakiś Jej ruch, jakiś cień oddechu. Wpatrywaliśmy się w jej coraz bardziej spokojną, świetlistą i piękną twarz i wiedzieliśmy, że odeszła, wyślizgnęła się przez uchyloną przez Boga na chwilę tylko dla niej furtkę z tego świata. Jest gdzieś indziej. Nie pamiętam, które z nas powiedziało głośno godzinę. Ale w głowie kołatają mi się wypowiedziane wyraźnie słowa: Odeszła o dwudziestej trzeciej dwadzieścia trzy. 

Mamo, zamknęłaś tym samym swój życiowy rozdział. My piszemy nasze dalej, tylko od 23 sierpnia 2011 roku mamy w nich lukę, której nie da się niczym wypełnić. Przeplatasz się z nami niewidzialnie, podtykasz pod nos wspomnienia, gesty, sytuacje i przedmioty. Jesteś - tylko inaczej. Przez 6 lat wcale się to nie zmieniło.

Ostatnio moja siostra pokazała mi nagrany przez nią filmik. Ty z jej malutką jeszcze wtedy B. - Twoją pierwszą, osobistą wnuczką. Jesteście na kocu, na działce. Ona jeszcze nie chodzi, tylko tak sobie leżycie na kocu. Dziecko patrzące Ci prosto w oczy i dotykające malutkimi paluszkami Twojego piegowatego nosa, ust, kosmyków kręconych, przetykanych siwymi niteczkami włosów. Zobaczyłam Cię taką oświetloną ciepłym letnim słońcem, tak szczęśliwą w tej uchwyconej na filmie chwili - pomimo choroby, która przecież już cały czas była i żyła w Tobie. Usłyszałam Twój głos i śmiech utrwalone w tej filmowej migawce. 

Patrzyłam na ekran i gorące, słone łzy ściekały mi po policzkach. Taka olbrzymia radość przemieszana z jakiś bólem, na który składała się skomplikowana mieszanina uczuć. Radość, że Cię widzę - pierwszy raz od Twojego odejścia inaczej niż tylko na zdjęciach czy zachowanych w głowie obrazach. Ból, że tak szybko gaśnie w mojej głowie barwa Twojego głosu, odgłos śmiechu. Zapominanie? Że nie ma Cię z nami takiej właśnie. Że nie pamiętam tego, jak ja byłam takim maluchem, bo jestem pewna, że nasze zabawy na kocu wyglądały tak samo. Taką samą ogromną porcję miłości i czułości zdeponowałaś we mnie i czerpię z nich przez całe moje życie. Okrutny smutek, że nie mogę Cię już przytulić...

Pamiętam też moment, gdy kilka dni po Twojej śmierci, gdy rodzinnie uporaliśmy się już z niezbędnymi pogrzebowymi formalnościami. Pierwsza sobota bez Ciebie. Miałam w sobie taką ogromną pustkę - jak przepaść. Było gorące, sobotnie przedpołudnie, siedzieliśmy z K. w ogródku jakiejś kawiarni w centrum Warszawy. Dużo milczeliśmy. Patrzyłam gdzieś przed siebie, co chwilę oczy wypełniały się łzami, które toczyły się po policzkach, łaskotały w brodę i osuszały się od ciepłego wiatru. Nie umiałam sobie znaleźć miejsca. Myślałam o ogromie życia przed nami, którym nie będę się mogła z Tobą podzielić w rozmowie….

Mija właśnie 6 lat bez Ciebie. Nie wiadomo kiedy. Spotykam Cię często. Wystarczy, że spojrzę sobie w oczy w lustrze, albo wykonam gest, który wiem, że był Twoim gestem. Jesteś we mnie. Czuwasz. Dziękuję.



piątek, 30 czerwca 2017

Błogość

Gdy nadchodzi koniec czerwca, próbuję przywoływać w sobie uczucie, które towarzyszyło mi zawsze w momencie odbierania szkolnego świadectwa. Taka radość i lekkość głowy czującej niczym nieskrępowane dwumiesięczne wakacje. Tyle dni, takich świeżych, nowych, gotowych do zagospodarowania, pachnących latem, danych w prezencie za tyle miesięcy nauki. Ta wolność ich używania i kształtowania. Przestrzeń, wydawałoby się, że bezkresna, w której przyjemnie będzie się trwało i trwało, i trwało.

Od momentu, gdy zaczęłam pracować wiem jedno - tego dziecięcego, wakacyjnego uczucia nie da się powtórzyć czy podrobić. Przepadło. Żaden już zaczynający się urlop nie wywołał we mnie takiej konstelacji odczuć.

Widzę jednak, że im jestem starsza, tym więcej we mnie jakiejś uważności na chwilę. Bo celebrować można każdy moment. Szukać w nim piękna, a w sobie pokładów radości.

Lubię budzić się rano i wypatrywać przez uchylone drzwi wpadającego do półmroku sypialni światła. I stąpać boso po podłodze do pokoju, by przekonać się, że jest on cały skąpany w słonecznym świetle. Wrócić do sypialni z pachnącą kawą, którą postawię na nocnym stoliku Ukochanemu K. To, że mogę się przytulić do niego i pocałować go w zaspane oczy. A potem odsłonić zieloną okienną zasłonę. I mogę zachwycić się kwitnącymi na parapecie fiołkami, które tak lubiła moja Mama.

Są soboty i niedziele, w które wszystko mogę, a niczego nie muszę. Plany rozwijają się same w niespieszności. Ewoluują leniwie.

Jest więc doglądanie balkonowego ogródka, zapach mięty, bazylii i pomidorowych liści, małe czerwone poziomki w doniczce i coraz gęstsze kwiaty pelargonii. Udział w cudzie roślinnego rośnięcia i dojrzewania.  


Jest stół w ogródku z bawełnianym obrusem w czerwono-białą kratkę. Tabun różnorakich lektur, którymi można się nacieszyć, bo trudno wybrać tylko jedną. I w upalny dzień - dzbanek wody z cytryną i miętą z wyhodowaną w balkonowej skrzynce.

Radość zieleni i jasnych promieni słońca. Kłująca świeżo skoszona trawa pod stopami, które porzuciły klapki i przypominają sobie dotyk natury. Zapach wilgotnej ziemi z podlewanej przed chwilą rabatki.

Jest zatrzymanie się na chwilę w tej całej weekendowej powolności i zadarcie głowy do góry, patrzenie w niebo, w zieleń dębowej korony, chłonięcie błękitu i śledzenie goniących się białych, delikatnych obłoków.



I szybkie gotowanie sprawiające mi tyle radości. A potem obiad w ogródku. Choćby białe szparagi kojarzące się tak bardzo mocno z osobą, której już nie ma, do tego zielona sałata i kawałek dobrego chleba. Prostota.



Jest On. Ukochany K., z którym mogę dzielić to wszystko i zerkając na niego siedzącego po drugiej stronie stołu, wzdychać po prostu: Ale nam jest dobrze!  i patrzeć mu prosto w błękitne oczy. Albo musnąć go delikatnie po głowie, gdy siedzi tuż obok.

Ogarnia mnie w takich chwilach taka ogromna wdzięczność za życie, zdrowie, za całe bogactwo, którego doświadczam (chwil pięknych, ale i tych trudnych, jak choroba i odchodzenie bliskich mi osób), za to wszystko, czym jestem obdarzona, za talenty za to, że niczego mi nie brakuje, że jestem kochana, akceptowana, że mam swoje miejsce tu i teraz, że w takich chwilach czuję obecność Najwyższego. Wzruszenie, gorące łzy pod powiekami. Szczęśliwość i błogość. Świadoma. Piękna.


wtorek, 20 czerwca 2017

5 krótkich westchnień do Matki Boskiej

Gdy zamknę oczy, widzę ją siedzącą wygodnie w fotelu, ze śnieżnobiałą głową opartą na małym zagłówku. Ma przymknięte oczy, dłonie oparte na podołku, w palcach trzyma różaniec. Mieniące się odblaskami przezroczyste kryształki. Przesuwa je miarowo w takt szeptu modlitwy.

Odkąd pamiętam, była codziennie na porannej mszy świętej, w ciągu dnia znajdowała czas na odmawianie kolejnych tajemnic różańca, codziennie o 15.00 zawsze modliła się koronką do Miłosierdzia Bożego. Mówiła, że zawsze ma tak wiele intencji, tyle do zawierzenia. W określonych momentach dnia po prostu siadała cichutko, z grzechoczącym delikatnie różańcem w dłoni, wycofywała się i tak trwała. Moja Babcia... więcej na Aleteia.pl

sobota, 4 marca 2017

Przeprowadzki

Wreszcie było - wyczekane, wypracowane z trudem początku lat osiemdziesiątych, mieszkanie czteropokojowe na nowo budowanym osiedlu. Małżeństwo z dwójką małych dzieci mieszkające do tej pory z Babcią szykuje się na zmiany. On lat 35, Ona lat 33 przed nimi coś, co zowie się świetlaną przyszłością.

Będą wreszcie na swoim, po swojemu, u siebie całkiem. Ogromna radość. Może jakieś ziarnko niepewności, jak sobie poradzą. Pakowanie starego życia z grochowskiej kamienicy, dziesiątki pięknie zapakowanych kartonowych pudeł, oznaczonych flamastrami. Wyciekały ze starego mieszkania jak strumień, przechodziły z rąk do rąk bliskich przyjaciół pomagających z całych sił w przeprowadzce. Przenosili, przewozili, wspierali, cieszyli się ich radością.

Nowe mieszkanie pachnące farbą, z niebieskimi kwadratami płytek PCV i kafelkami w łazience, na które nie można było wybrzydzać. Biała pustka pokoi oswajana. Zasiedlana stopniowo w miarę możliwości i sił. Na początek starzy towarzysze pamiętający dawne czasy: narożnik w salonie, regały meblościanki, szafki w kuchni, stół, krzesła, zielone szafeczki z szufladami. Jeden pokój dla małych dziewczynek, salon będący tymczasowo jednocześnie małżeńska sypialnią, w dwóch kolejnych składowisko rzeczy różnych.

Znikały kartony, których zawartość rozpływała i ukrywała się gdzieś tajemniczo w przestrzeni. Potem On rysował autorskie projekty zabudowy wnętrza, optymalne wykorzystanie przestrzeni - szafy w przedpokoju, pawlacze, półki na książki po bokach okien. Złota rączka, najlepszy na świecie “Zoś samoś”. Było więc mierzenie, kupowanie, wożenie autobusem, bo samochodu brak - wielu metrów sześciennych boazeri. A potem piłowanie, szlifowanie, wiercenie, chłodzenie rozgrzanych wierteł i masa złamanych w twardym jak skała betonie. Było pożyczanie błogosławionych wiertarek z udarem, wbijanie setek kołków.

Było i towarzystwo małych Córek-pomocników, które nie bały się papieru ściernego i dzielnie wygładzały wręczone im deseczki, nauczyły się posługiwać młotkiem, były też cennymi “odważnikami” i “trzymaczami”. Ściany za budowanymi szafami, zanim stawały się na wiele lat zakryte, utrwalały chwilę - datę bieżącą, jakieś hasło, wzrost dziewczynek. Takie skarby na przyszłość - jak zakopane skrzynki z przekazem dla przyszłych pokoleń. Mieszkanie ożywało, wypełniane rodzinnym życiem, miłością w codzienności, gotowaniem, kolejnymi świętami, szczerym śmiechem, złościami, przyjaciółmi, łzami czy sprzeczkami.

Przez kolejne dwadzieścia lat zmieniało ono swoje oblicze: drewniana mozaika na podłodze zamiast płytek pcv, salon stał się salonem, On i Ona mieli już swoją sypialnię z prawdziwego zdarzenia, a narożnik zniknął z ich życia, dziewczynki miały osobne pokoje. Było wspólne malowanie, w którym dali się ponieść porzuceniu białych ścian na rzecz delikatnych pasteli. Kuchnia dostała w prezencie nowe szafki. Przestrzeń mieszkania, wszystkie jego ściany chłonęły toczące się w nim życie. Patrzyły milcząco na upływ czasu, towarzyszyły: dzieciom - w dojrzewaniu i nauce od podstawówki przez licea po studia, Jemu w zmianach pracy, Jej w problemach ze zdrowiem. Było ich przestrzenią, budowaną z mozołem, cenną i bliską.

Gdy On miał 57, a Ona 55 lat, zaczęli swoje życie w tym mieszkaniu od nowa. Obie córki wyszły za mąż. Mieli dom dla siebie, czas dla siebie, który wykorzystywali coraz bardziej na codzienną, mozolną walkę z Jej chorobą - a ta nie dawała o sobie zapomnieć i panoszyła się coraz bardziej. W Jej cierpieniu był błysk radości - pierwsza wnuczka, wspólne rodzinne święta, w coraz większym, pączkującym gronie. Mieszkanie wypełniało się gwarem rozmów, serdecznością i śmiechem.

Przyszła sierpniowa noc, gdy On, niespełna 60 letni, został sam w mieszkaniu, w sypialni, w której odeszła Ona. Był przy niej do końca. Cisza. Ciemność. Moment, który zmienił wszystko. Od tamtej pory nic nie było już takie samo. Nie ma pełni, nie ma bliskości, nie ma rozmowy, nie ma małżeńskiej wspólnoty. Ból. Tęsknota. Oswajanie słowa nie chcącego przejść przez gardło - wdowiec.

Zaproponował, by dzieliła z nim mieszkanie córka z powiększającą się rodziną. Tak było rozsądniej, najlepiej. Czekał w tym czasie na budujące się jeszcze nowe miejsce dla siebie - jak kiedyś, dawno temu. Pomagał z trójką wnucząt, które zawsze o każdej porze mogły zapukać do jego pokoju.

Teraz Oni - młodzi, chcieli się zadomowić, oswoić, poczuć jak u siebie w tych czterech kątach. Za Jego zgodą odnawiali to dwudziestopięcioletnie mieszkanie. Zdejmowali boazerię, kładzioną wcześniej Jego rękami, malowali ściany. Oddawali niepotrzebne przedmioty, robili porządki wprowadzając do tego starego wnętrza swoje życie i dziecięcy rozgardiasz. On zbierał to, co chce zatrzymać i przenieść dalej, w nowe miejsce ze sobą za trochę. Towarzysze z przeszłości, pamiątki.  Proces oddawania przestrzeni,  topnienia elementów starego, nieistniejącego już życia - tego sprzed Jej odejścia. Wewnętrznie bolało. Podświadomie kuło. Wpisywało się w przeżywanie żałoby i szukanie nowego początku. Przysparzało milczenia.

Wycofywał się powoli i pomału do swojego nowego, mniejszego mieszkania. Oni nie naciskali wiedząc, że przeprowadzka jest dla Niego trudna, opuszcza swoje kąty, swój dotychczasowy świat, wspomnienia. Przenosił się po cichu, po trochu, bez łańcucha przyjaciół, którzy ponosiliby mu kolejne kartony z zapakowanym życiem. Dużo się zmieniło. On się zmienił. Przeżywał po swojemu - milczał.

Jego nowe mieszkanie uświęcone zostało w grudniu pierwszymi, rodzinnymi świętami. To była Jego piękna propozycja. Gwarno, swojsko, dobrze. Czy teraz już może się czuć tu jak u siebie? Jeszcze testował, przymierzał się powoli, dowoził brakujące rzeczy.

Ostatnio nieśmiało oznajmił: To już czas - jadę tam nocować i zostaję.

Dzwoniłam do niego wieczorem,  gdy właśnie w nowej kuchni szykował sobie kanapki do pracy na kolejny dzień.  Jak się czujesz w Twoim nowym miejscu, Tato? - zapytałam. Dobrze… choć jest jakoś inaczej - odpowiedział.

Mając 65 lat, zaczął nowe życie, w nowej przestrzeni, całej jego, urządzonej tak, jak chciał, wypełnionej skrawkami przeszłości.

Z całego serca życzę ci, Tato, byś potrafił zapełniać ją szczęściem. Zasługujesz na to.

piątek, 6 stycznia 2017

Kadzidło i kreda

W uroczystość Trzech Króli zawsze wraca do mnie jedno ze wspomnień z dzieciństwa. Za oknem śnieg i ciemno, warszawskie rodzinne mieszkanie na Grochowie rozjaśnione ciepłym światłem. Jest i spora, żywa choinka rozświetlona kolorowymi lampkami przyczepionymi klipsami do gałązek, otulona przezroczystym „włosem anielskim” oraz kłaczkami waty udającymi śnieg.

Jest i szufelka do węgla (używana na co dzień do kuchni z fajerkami) w ręku Babci. Na niej kilka rozżarzonych węgielków wyjętych z kuchennego paleniska i ten zapach, tak specyficzny: żywiczno-ziołowy. Szare stróżki dymu unoszące się do góry, oplatające Babcię esami-floresami, mknące do sufitu, widoczne w świetle lamp. Dziwna obecność.

Babcia szła, a ja za nią dreptałam krok w krok, ciągle nie mogąc nadziwić się temu zapachowi pojawiającemu się w naszym mieszkaniu tylko raz w roku. Szła z pokoju do pokoju, trzymając przed sobą szufelkę, kreśliła nią w powietrzu znak krzyża i prosiła o błogosławieństwo. Czułam, że dzieje się coś ważnego; coś, czego nie umiałam wtedy wytłumaczyć; że ten pachnący dym ma sprawić, iż będzie nam tutaj wszystkim lepiej i że nas w jakiś sposób ochroni.

Dopiero po tej czynności odbywało się rytualne pisanie białą kredą na drzwiach. Równe, zgrabne literki i cyfry roku – kreślone ręką Babci. Pamiętam, że zawsze odbywało się to niejako komisyjnie – by potwierdzić, czy jest ładnie i równo. Taki stempel na naszych drzwiach.... więcej na Aleteia.pl.

Misterium kobiet

Chore, ułomne ciało, niedołężność starości odzierającej je każdego dnia coraz bardziej ze złudzeń o samodzielności. A ta wydaje się istotą wolności.

Dostałam pewnego rodzaju dar - tak to traktuję. W jakiś zupełnie naturalny sposób wielokrotnie wkraczałam w łazienkowe, szpitalne lub domowe, misterium bliskich mi kobiet. Jak się tylko da najciszej. Próbując stawać się niewidzialną, towarzyszyłam im w czynnościach bardzo intymnych. Stawałam się ich dawnymi sprawnymi rękami, dawałam im swoją siłę. W zamian otrzymywałam czułe, wdzięczne spojrzenia, których nigdy nie zapomnę.

***
Posadziłam Ją na siedzeniu chodzika w łazience, tuż przy szpitalnej umywalce. Plan - wieczorna toaleta. Ręce ma coraz mniej sprawne, a nie można zamoczyć wenflonu umiejscowionego na wierzchu dłoni. Ogarnia Ją jakaś smutna bezradność. Otulam ją ręcznikiem, by nie zmoczyć koszuli nocnej, sama moczę myjkę w ciepłej wodzie i delikatnie przecieram jej tak bardzo naznaczone zmarszczkami czoło, gładszą szyję. Przyjemnie, świeżo. Zamyka oczy z ulgą.

Tak niewiele potrzeba? Ożywia się trochę. Dostaję instrukcję, że w kosmetyczce jest krem do twarzy. Faktycznie. Podaję. Z małymi trudnościami, ale odkręca pokrywkę. Nabiera białej konsystencji na wskazujący palec. Przykucnęłam przy Niej i trzymam lusterko tak, by mogła zobaczyć swoją twarz. Obserwuję ją zza lusterka. Nakłada krem na nos, na czoło, na policzki. Rozsmarowuje go, podejrzliwie zerkając na swoje odbicie, marszczy brwi, wzdycha, kręci głową z niedowierzaniem. Delikatnie wklepuje krem w skórę, tak jak robiła to pewnie zawsze w zaciszu swojej domowej łazienki. Czy widzi tak jak ja, w tym zimnym świetlówkowym świetle, że ma coraz bardziej zabarwioną na żółto skórę?

Czas na mycie zębów. Mamy plastikowy kubek, nałożoną na szczoteczkę pastę. Trzymam je w rękach. Nachyla głowę nieco nad umywalkę. Zastyga. W ciszy rozpiętej między nami czuję ogromne wahanie. Zerka na mnie kątem oka. Bada mnie wzrokiem, wyraźnie bije się z myślami. Uśmiecham się delikatnie. Ona podejmuje decyzję. Tak. Niech tak będzie. Po raz pierwszy zobaczę ją inną… Nie taką, jaką widziałam odkąd sięgam pamięcią. Sprawnie wyjmuje wyuczonymi przez dziesiątki lat ruchami dwie części protezy zębowej. Trzyma je jak skarby w dłoni tuż nad umywalką. Odwraca głowę w moją stronę. W oczach błyszczy całkowita bezbronność. Jest bezzębną babuleńką z wystającą spiczastą brodą i gołymi dziąsłami. Poznałam Jej drugie bardzo intymne “ja”.

***
Wprowadziłam Ją pod rękę do małej łazienki z prysznicem. Miała trudności by się schylić. Klękam więc ja, a ona podnosi powoli jedną spuchniętą nogę, potem drugą - ściągam jej skarpetki. Dwie bose stopy na miękkim dywaniku. Zmęczone noszeniem ponad siedemdziesięcioletniego ciała, sękate, wykrzywione, suche, z grubymi paznokciami. Przeszły tyle kilometrów życia. Pomagam jej zdjąć szlafrok. Od jej chorego ciała oddziela mnie tylko bawełniana koszula nocna. Nie widziałam jej nigdy nagiej, choć znam Ją całe moje życie.

W milczeniu pomagam Jej zdjąć przez głowę koszulę. Czochra jeszcze bardziej krótkie włosy, które z boku wyleżały się, zmierzwiły nieco od całodniowego leżenia na poduszce i sterczą zabawnie. Pomagam jej zrobić krok do prysznicowego brodzika. Stoi przygarbiona, opierając się dwiema rękami o przeciwległe, narożne ściany. W ciszy czeka na strumień ciepłej wody i orzeźwienie. Widzę, że zamyka oczy gdy zaczynam ją polewać prysznicem i mydlić jej gąbką plecy. "Mocniej" - prosi. Ramiona, szyja. Pośladki wychudzone z coraz bardziej zwisającą skórą, nogi naznaczone siniakami i siatkami popękanych naczyń. Jest i pierś. Jedna. Obok równa, lekko skośna blizna po drugiej. Okaleczona. Oswojona. Pogodzona.

Wycierałam Ją potem dużym ręcznikiem w tej ciepłej, wilgotnej zaparowanej łazience. Pomagałam ubierać w świeżą nocna koszulę, stanęłyśmy wtedy twarzą w twarz. Czułość i wdzięczność w spojrzeniu. Ulga. Uśmiech. Pocałowała mnie nagle w czoło. Mokry ślad. Słowa nie są potrzebne. To wystarczy.

***
Poprosiła, bym umyła Jej włosy. Stała w łazience w niebiesko-białym szlafroku zawiązanym w nonszalancką kokardę na brzuchu. Rozwiązała ją, a ja przejęłam okrycie i odwiesiłam na wieszaku. Stała przede mną odziana w bieliznę i nieodłączną halkę, która była zawsze niezależnie od pogody obowiązkowym elementem jej codziennego stroju. Wydawała się teraz taka krucha, jakaś mniejsza, drobniejsza, jakby było Jej mniej w tym osiemdziesięciokilkuletnim ciele, a przez to nadmiar skóry zwiotczał i ozdabiał jej szyję i ramiona.

Oparła się dłońmi o brzeg wanny i pochyliła się nieco do przodu. Wyregulowałam temperaturę wody i wzięłam w rękę prysznic. Stojąc za Nią, polewałam Jej krótkie białe włosy, które nagle stawały się niewidzialne, zamoczone jakby nikły w oczach. Moje palce produkowały na Jej głowie obłok szamponowej piany, mogłam poznać dokładnie kształt Jej czaszki. Jeszcze spłukanie. Zawinięcie ręcznika w turban na głowie. Koniec.

Wyprostowała się, a ja podałam Jej szlafrok. Znowu zawiązała go w kokardę na brzuchu. I tak trwałyśmy w tej małej łazience wyłożonej czarnymi kafelkami. Ona stała przy owalnej umywalce i osuszała włosy. A ja usiadłam tuż obok na zamkniętej klapie toalety, oparłam się plecami o szafkę. Zapatarzyłam się na Nią. Na tą starą już kobietę, która niestrudzenie od lat nawija swoje włosy na różowe wałki, a z kosmyków zbyt krótkich układa małe kółeczka, które przypina specjalnymi metalowymi, małymi klipsami. Trwałyśmy tak razem otoczone wilgocią i zapachem szamponu.

Na koniec wyjęła żółtą, trójkątną siateczkę na włosy, którą zabezpieczyła wszystkie wałki i spinki, owinęła końcówki wokół głowy i zawiązała na małą kokardkę. Obejrzała się krytycznie w lustrze, robiąc śmieszną minę. Miała zaróżowione od ciepła policzki i nos, z małym wklęśnięciem - śladem po ospie z dzieciństwa. Była piękna. Poklepała mnie czule po ramieniu mówiąc: "Dziękuję, Anulko. To co, robimy herbatę?".  Wróciłyśmy do rzeczywistości.

***
Zdaję sobie sprawę, jak wiele każdą z nich kosztowało poproszenie o pomoc w tych tak intymnych czynnościach. Cicho towarzyszyłam ich wahaniu i podejmowaniu tej trudnej decyzji. Bo była ona jawnym przyznaniem się do swojej słabości, starości, choroby. W mojej obecności przekraczały granicę - do tej pory ich ciała były dla postronnych pewną zakrytą świętością. Odzierały się z niej stopniowo przede mną. Mogły być sobą - z całą prawdą o ich starzejącym się, chorym ciele, czy nieuchronnym zbliżaniu się do śmierci. W ich oczach dostrzegałam ulgę i ogromną wdzięczność za moją obecność. Te chwile z nimi to była ogromna lekcja życia. Jestem im za nią wdzięczna.