Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obserwacje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą obserwacje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 marca 2021

Pełno słów

Nagle zaległa cisza. Szykuję obiad, kroję warzywa do zupy, odchodzę więc od deski i zerkam zza naszej otwartej kuchni na pokój. Niezły mamy w tym naszym salonie harmider. Emilka najczęściej bawi się właśnie tutaj, w naszej obecności, z nami tuż obok. Na podłodze leżą więc jej zabawki: zaczynając od ulubionych przytulanek zwanych “kolegami”, których gromada, powiększa się co trochę - do owieczki, myszki i kotka dołączyły ostatnio jeszcze duży misio w kolorze koralowym, mały biały miso i urocza gąsienica z kwiatkiem tulipana w łapkach - po plastikowe klocki, koszyk z kasztanami, czy zestaw lekarski z obowiązkowym małym notesem i długopisem (bo przecież: “ja piszem receptę”). Szukam sprawczyni tej nagłej ciszy. Jest. Na kanapie ułożyła właśnie górkę książek i gramoli się, by wygodnie sobie usiąść oparta o zieloną poduszkę tuż obok nich. Wiem co będzie dalej. Ale to nic. Mogę patrzeć na to co teraz nastąpi bez końca. Ten widok mnie nieustannie wzrusza, rozczula i zachwyca. Zatem bezkarnie i dyskretnie podglądam go sobie zza załomka ściany w międzyczasie spokojnie krojąc dalej i uśmiechając się pod nosem.

Dalej jest tak:

Gdy Emilka już umości się na kanapie, z zaplecionymi po turecku nogami, bierze w dwie swoje małe rączki pierwszą z książeczek, które leżą po jej prawej stronie. I powoli, kartka po kartce zaczyna je oglądać. Zatrzymuje się na niektórych stronach dłużej, uważnie się im przygląda, wodzi palcem po rysunkach, odwraca kolejne kartki. Jest skupiona i poważna. Gdy widzę ją w takich chwilach wydaje mi się, aż za bardzo dorosła - jakby miała więcej niż te swoje 2 lata i 4 miesiące. Mała dziewczynka pochyla się nad książkami. Gdy skończy oglądać pierwszą, przekłada ją na lewą stronę obok siebie i do rąk bierze kolejną lekturę ze swojej “górki”. I wszystko się powtarza. Studiuje każdą kolejną kartkę. Gdy wszystkie książeczki znajdą się po drugiej stronie kończy swoje zajęcie, wraca do naszego świata i schodzi z kanapy.

Słyszę tupot małych stup. Emilka przybiega do mnie do kuchni, łapie mnie za nogę i się przytula. Pochylam się w jej stronę, patrzymy na siebie. Widzę te jej piękne niebieskie oczy, ozdobione długimi rzęsami, które patrzą na mnie z nadzieją. I słyszę: “Poczytasz mi, Mamusiu? No choć!” I ciągnie mnie za nogę, a potem wyciąga do mnie swoją małą, ciepłą dłoń i powtarza “No choć!”. Dotyka mnie ta prośba i to zaproszenie. Porzucam gotowanie. Wszystko poczeka. Łapię jej rączkę. Łapię tę naszą chwilę, która nie wróci już więcej, nie będziemy już nigdy takie same jak teraz. Emilka zaczyna mnie ciągnąć i biegnie w stronę kanapy, a ja za nią. Siadamy razem. Ona przytulona do mojego boku, otaczam ją ramieniem. “Co wybrałaś do czytania?” - pytam. “Basię na nartach” - pada szybka, konkretna odpowiedź - “ona podoba mi się, wiesz?”.

Zatrzymuje się czas. Zaczynam czytać, a od zawsze bardzo, bardzo lubię czytać dzieciom. Płyną słowa, pełno słów pięknie ułożonych w zdania. Mam masę frajdy z tej lektury. Odkrywam w sobie trochę jakichś ukrytych aktorskich talentów, bawię się intonacją, barwą głosu. Wpadamy razem w tę historię. Zerkam kątem oka na Emilkę: zapatrzona na kolejne strony, skupiona, powtarza niektóre słowa, dopytuje, chłonie. Koniec opowieści. “Mamusiu, jeszcze chcę…” - słyszę. Dzisiaj obiad znowu będzie trochę poźniej, ale jak mówi często Emilka “To nic”.



piątek, 23 sierpnia 2019

Osiem lat

Od samego rana dzisiaj odliczam. Osiem lat od ostatniego pożegnania z Mamą. Obracam w myślach te słowa. Osiem lat. To dużo i mało jednocześnie. Osiem lat wypełnionych po brzegi naszą codziennością, intensywnych, rozpędzonych, oswajających na różne sposoby Jej fizyczną nieobecność tuż obok, szukających radości w życiu i czerpiących z niego garściami, lata ogromnej wdzięczności. Lata mające chwile, w których migotał ból, że Jej nie ma, że powinna tu być z nami, że tak bardzo Jej brakuje…

Jednak dzisiaj jestem tego już pewna, że to ból oswojony i przepracowany, choć w tych pojedynczych momentach swojej obecności i panoszenia się ściska w środku i piecze pod powiekami uwalniając gorące kulki łez.

Osiem lat bez Mamy, która dziesięć miesięcy temu została Babcią Emilki. 

Byłyśmy dzisiaj u Niej razem z Emilką w rocznicowych odwiedzinach. Piątek, środek dnia, piękna sierpniowa pogoda, słońce, błękit nieba. Wędrowałyśmy do Niej spacerem szeroką cienistą i pustą cmentarną aleją. Co jakiś czas sprytne jasne promienie przedzierały się przez liście drzew i świeciły nam prosto w twarz. Obydwie z Emilką marszczyłyśmy nosy, a ja poprawiałam parasolkę przyczepioną do jej wózka, bo mimo, iż tam była aby chronić ją przed takimi promieniami, miałam wrażenie, że te figlarnie bawią się z nami i co chwilę zaczepiają nas z innej strony.

Emilka ciekawie rozglądała się dookoła, gadając po swojemu. Wielkie niebieskie oczy chłoną świat zachłannie i intensywnie. Przyglądają mu się z różnych stron. Uwielbiam patrzeć na to jej skupienie. Zaczepiała mnie spojrzeniem, a gdy do niej zaczynałam się uśmiechać obdarzała mnie radosnym, dziecięcym śmiechem. Niósł się ten śmiech we wszystkie strony cmentarza. Dźwięki życia rozlewające się pomiędzy rzędy mijanych grobów.

Gdy dotarłyśmy na miejsce, wyjęłam ją z wózka. Ponieważ kilkanaście dni temu postawiła swoje pierwsze, samodzielne kroki bez trzymanki, to dłuższa jazda w tym czterokołowym wehikule, czy spacer w nosidle nie są już dla niej wielką atrakcją. Chce stać, gramolić się, poznawać nowe przestrzenie, całą sobą wyrywa się do świata. Zrobiła więc od razu kilka kroczków i oparła się o grób. Badała paluszkami jego fakturę, dotykała ciekawie leżącej na nim wiązanki kwiatów. Bez chwili wahania wykonała kilka sprawnych ruchów i usiadła sobie jakby nigdy nic na nagrobnej płycie - jakby zupełnie naturalnie wgramoliła się na babcine kolana...

Przyszłyśmy do Ciebie Mamo, Babciu Emilki.

Nie potarmosisz Wnuczki po jej rosnącej czuprynie, nie spojrzysz czule w te jej błękitne oczy, nie złapie Cię swoją malutką rączką za nos, by pokazać, że go masz. Ty mogłabyś klęczeć na trawie, a ona stawiałaby te swoje kolejne jeszcze chybotliwe kroczki, by na końcu ze śmiechem wpaść w Twoje ramiona…

Właśnie takie nagłe przebiegające przez głowę myśli kłują i bolą… Marzenia, których nie ma jak spełnić. Pragnienia nie do zrealizowania.

Przytrzymuję Emilkę majstrującą przy dopiero co wyjętych z torby i przyniesionych przez nas zniczach, które postawiłam na brzegu grobu, by je zapalić. Zafascynowana jest brzęczącymi metalowymi pokrywkami, które mają po bokach dziurki. Be błe błe błe błe gada coraz głośniej wydymając zabawnie dolną wargę. 

Pojawiasz się, Mamo. Widzę Cię czasami, przez moment, gdy spojrzę na Emilkę. To takie przebłyski Ciebie. Jesteś w niektórych jej minach, spojrzeniach, ruchach głową, w tym jak wygląda, gdy spokojnie śpi. Takie iskierki obecności, które zachwycają. 


czwartek, 28 lutego 2019

Spacerując inaczej

Ubrana w miękki, lekki i ciepły pudroworóżowy kombinezon, w granatowej czapce w zielone paseczki pasującej do koloru jej błękitnych oczu, włożona do wózkowego śpiworka, ułożona wygodnie w swoim czterokołowym wehikule rusza ze mną w podróż spacerową. Najczęściej przez krótką chwilę się denerwuje, jakby chciała mnie pospieszyć, by czym prędzej jechać. Gdy tylko ruszamy zaczyna się uspokajać.

Śmiejemy się z K., że to dziecko drogi, dziecko wędrowców i włóczykijów, które rytm kołysania kroków czy podróży samochodem ma we krwi. Tyle kilometrów już przecież z nami przemierzyła w zeszłym roku, gdy jeszcze czekaliśmy na nią po tej stronie. Dziesiątki, setki tysięcy kroków: w czasie zimowej wyprawy do Paryża, majówki w górach, wakacji nad morzem i niezliczonych spacerów po Warszawie. 

Popycham wózek. Zaczynamy się przemieszczać. Pierwsze minuty jazdy to z dnia na dzień coraz większa ciekawość świata. Patrzę zafascynowana na jej pyzatą, małą buzię, na głowę, która coraz częściej i intensywniej obraca się w prawo i w lewo, śledzę jej niebieskie oczy spoglądające w różne strony i śledzące wzrokiem widoczne z perspektywy wózka skrawki świata. Gdy nasze oczy nagle się spotkają najczęściej otrzymuję w prezencie jej piękny, radosny, rozczulający uśmiech.

Jedziemy kolejne minuty w ciepłym świetle jeszcze zimowego słońca, albo w chłodzie szarego dnia. Koła pluskają w kałużach, chrzęszczą na śniegu, albo mlaskają po błotnistej drodze. Nad głową czysty błękit, pogoń obłoków lub wszystko obleczone w jasno-szarą powłokę nie dającą nadziei na promienie słońca. Przez 4 miesiące jej życia, spacerując niemal codziennie poznałyśmy już bogactwo aury. 

Przyglądam się jej oczom. Co widzą i jak widzą to co dookoła? Zatrzymuję się na chwilę, przykucam i zadzieram głowę tak, by choć trochę poczuć jej “wózkową” perspektywę. Nad głową nieustannie przesuwają się skomplikowane kształty rysujących się na tle nieba bezlistnych gałęzi. Bajeczne esy floresy, plątaniny cienkich i grubych kresek, gdzieniegdzie przyozdobione kulistymi kształtami jemioł. Może być też nieco zieleni sosnowych igieł, ciągnące się jakby w nieskończoność druty, wiszące między słupami, mogą być czubki wysokich murowanych ogrodzeń czy drewnianych albo metalowych płotów, skrawki czerwonych dachówek na dachach odcinające się od tła nieba. Ale w naszej okolicy najwięcej nad jej małą głową będzie drzew, różnokształtnych gałęzi, które przez to, że widziane tylko we fragmencie wyglądają jak abstrakcyjne, kontrastowe malowidła.

Widzę, że powoli, powoli opadają jej powieki. Ukołysana jazdą, lekko potrząsana na nierównościach drogi. Ogarnięta przyjemną błogością, ciepłem śpiworka, uśpiona ruchomymi obrazami przesuwającymi się nad jej głową. Zasypia cichutko.

Pcham wózek, spoglądam na tę istotę, którą wiozę przed sobą. Poprawiam jej czapkę, bo gdy kilka razy pokręci głową przez sen - ta spada jej na oczy. Idę. Jest środek dnia. Niespiesznie wędruję chłonąc to, co wokoło. Nasze codzienne spacery uczą mnie uważności i niespieszności. To momenty, w których przez godzinę lub dwie wszystkie inne sprawy odłożone są na bok. Jestem tutaj, z nią, na tym świecie, który mam jej pokazywać, przez który mam ją prowadzić. Jest Ona i jest jeszcze moja gonitwa myśli do kompletu.

Patrzę na Emilkę w wózku z rozczuleniem, często przez gorące łzy napływające mi do oczu. Przez krótką chwilę wszystko mi przez nie faluje, a świat wokoło traci wyraźne kontury. Potem słone krople uciekają mi w dół po policzkach, coraz zimniejsze, bo chłodzone wiatrem. Czuję, że jest jakaś cząstka mnie, która nie przyjęła jeszcze do końca do wiadomości tego, że to wszystko co się dzieje jest prawdą, że jestem mamą, urodziłam tą małą dziewczyneczkę, którą wiozę przed sobą w wózku, że jest środek dnia, a ja nie jestem wcale rozpędzona w pracowym wirze, bo jest to czas specjalny i jedyny w swoim rodzaju. Czas, którego nie da się powtórzyć. Nigdy. Spaceruję i przepełnia mnie ogromna, rozpierająca wdzięczność za nasze dwa Życia.


środa, 30 stycznia 2019

Niebieskoocy

Rozmawiał z Nią gdy była jeszcze we mnie. Dotykał swoją ciepłą dłonią mój brzuch w miejscach, gdzie co jakiś czas, szczególnie gdy leżeliśmy już w łóżku wieczorem, wybrzuszały się różne małe kształty. Zgadywaliśmy wtedy, co to może być za część ciała, którą wypycha nasza Dziewczyneczka fikając jakieś energiczne koziołki. Gdy położył na takiej “górce” swoją dłoń, ta najczęściej chowała się by wyskoczyć za moment w innym miejscu, albo rosła jeszcze bardziej w górę. Piękne uczucie. Przybliżał wtedy usta do mojego brzucha i mówił do Niej kilka słów. Czekałam na te chwile przed snem. Myśl, że bawimy się właśnie w chowanego z jakąś małą, tajemniczą jeszcze istotą, która nas słyszy i czuje, i której rodzicami jesteśmy, była dla mnie zawsze poruszająca. Dotykaliśmy niezwykłej tajemnicy małego Życia. 

Od trzech miesięcy już jest. Narodzona. Rosnąca i zmieniająca się każdego dnia. Emilka.

Mam przed oczami kilka obrazów. Uwielbiam na nich patrzeć. Tata i Córka.

*
Jego męska dłoń głaszcząca z tak ogromną, czułą delikatnością jej małą główkę, kilka chwil po tym, gdy się urodziła i leżała na mojej piesi. Wzruszenie pierwszego spotkania.

*
Gdy On bierze Ją w ramiona, Ona zawsze bezbłędnie wyczuwa Jego spokój. Wtula głowę w zagłębienie Jego szyi. Policzek opiera na ramieniu. Wycisza się. Zamyka oczy. Bezpieczna przystań męskiego ramienia, które bez problemu unosi kolejne kilogramy jej małego ciała. Oddaje mu się cała pod opiekę z cichutkim uroczym westchnięciem. Usypia.

*
Dwie pary pięknych niebieskich oczu, okolonych długimi rzęsami. Wpatrzone w siebie. 
W Jego oczach tyle czułości i miłości, w Jej - ogromnej ufności, ciekawości i czystej radości. On leży na plecach, a Ona na jego brzuchu, podparta na przedramionach, z małymi piąstkami pod brodą. On do Niej mówi i się do niej śmieje od ucha do ucha. Ona patrzy na niego otwierając niebieskie oczy w coraz większym zadziwieniu. Marszczy śmiesznie czoło jakby w zafrasowaniu, lekko przechyla głowę raz w jedną, raz w drugą stronę zupełnie jakby chciała mieć pewność, że dobrze widzi i słyszy tego dużego człowieka, które twarz ma przed sobą. W jej spojrzeniu zapalają się małe iskierki uśmiechu. Dziecięcego uśmiechu tak czystego i prawdziwego. W ciągu ułamku sekundy promienieje. Cała jest uśmiechem. Obserwuje go. I tak trwają w tym pięknym zapatrzeniu.



*
Przyłapałam ich na wspólnej porannej drzemce. Leżeli na łóżku zwróceni twarzami do siebie. Mały Okruszek i dorosły On. Jej malutka główka na wysokości Jego głowy. Jej małe rączki bezwładnie rozrzucone na pościeli. Tak spokojnie, równo oddychali. Nagle Ona uchyliła lekko oczy, pod długimi rzęsami zrobiły się małe, wąskie szapareczki, delikatnie kręciła przez moment głową. Walczyła z całych sił z ciężko opadającymi powiekami, wyrwana ze snu i nieprzytomna jeszcze. Natrafia tym spojrzeniem na Niego śpiącego tuż obok. Patrzyła w Jego stronę przez kilka chwil. Przestała się kręcić. Znieruchomiała. Rozpoznała go. Uspokojona zamknęła z powrotem oczy. Jestem pewna, że widziałam błąkający się na jej twarzy delikatny uśmiech.




Tata i Córka. Tak piękne patrzeć na to, jak Ona oplatana jest czule przez Jego Miłość.

czwartek, 12 lipca 2018

Ostatni plażowicze

Chwytamy garściami kolejne urlopowe nadmorskie dni. Z całym pogodowym bogactwem, które ze sobą niosą. Bo nad polskim morzem nie należy nastawiać się na pogodę jak drut, gdyż zawód może być zbyt bolesny. Zatem każdy dzień u nas toczy się, rozpędza i rozkwita sam.

Cieszymy się sobą, chwilą, tym co nas otacza. Oderwani od warszawskiej, domowo-pracowej codzienności naznaczonej dziesiątkami spraw do załatwienia i zrobienia, wyhamowujemy, próbujemy, na ile to możliwe, złapać dystans do siebie, do świata, odciąć plątaniny myśli kłębiące się w głowach i sięgające swoimi nitkami Warszawy, albo przynajmniej je nieco rozplątać, uładzić oraz nawinąć w głowie na nowe, bardziej ułożone szpulki. Zatrzymać się. Rozejrzeć jeszcze bardziej i mocniej. 

Wakacje nad morzem dają nam właśnie taki oddech. 

Dzisiaj wyspani wywędrowaliśmy na plażę. Zawsze idziemy dalej, na ubocze, by chłonąć wszechobecny szum. By zostawić gdzieś w tyle tłok i gwar. Szliśmy brzegiem morza ciesząc się chłodnymi falami oblewającymi nam nagie stopy i tysiącami, dziesiątkami tysięcy małych i większych kamyków, które w tym roku ze zdwojoną siłą wykwitły na całej długiej połaci wybrzeża.

Jak często chodzimy boso? Tak by poczuć chłód zimnego, mokrego piasku, jego zmieniające się faktury, syknąć cicho stąpając po mokrych, czasami kłujących niespodziewanie wyplutych przez morze otoczakach? A potem czuć gorący, suchy piasek przyklejający się do mokrych stóp, gdy przemieszczamy się pod wydmy by tam się rozłożyć na nadchodzące godziny plażowania. Wiatr i szum zagłusza nasze głosy.

A ja idąc zastanawiam się czy Mała Istota, która rośnie we mnie i po raz pierwszy spędza z nami wakacje jest w stanie także usłyszeć ten szum i czy może go już teraz polubić tak jak ja? Może odgłos ten wlewa się we mnie i przesącza się kojąco przez całe ciało?

Rok temu zaopatrzyliśmy się w rozkładający się w kilka sekund lekki namiocik, który stał się od razu idealnym elementem naszego plażowo-parawanowego królestwa. Mamy nasz nadmorski biwak, miejsce nasłonecznione, osłonięte od wiatru parawanem albo kryjówkę namiotową przed słońcem, wiatrem czy przelotnym deszczem. Kryjówkę z widokiem na morze. Małe, tymczasowe mieszkanie. 

Dzisiejsza pogoda najpierw wietrzna i słoneczna. Błękit nad nami, usiany białymi obłoczkami.



    

Szumiący czas patrzenia w niebo na pogoń chmurek. Bezczas. A potem coraz wyraźniejsze szare chmury, cały skotłowany chmurzasty front sunący powoli w naszą stronę. Obserwowaliśmy kolejno znikające wokół nas parawany, plaża z minuty na minutę pustoszała coraz bardziej. Szarość przysuwała się z oddali, stopniowo, krok po kroku nad nasze głowy, unieruchomiła słońce, oplotła je całkiem. Ucichł wiejący do tej pory wiatr. Czas przed deszczem.

Zapakowaliśmy się ze wszystkimi rzeczami do namiotu i wystawiliśmy z niego głowy. Gonitwa chmur, blisko nad wodą. Spadły na świat pierwsze krople deszczu. Coraz silniej i silniej. A my zamknięci w naszym suchym królestwie - namiocie, przytuleni słuchaliśmy z przyjemnością tego kroplowego łomotania. Nie mamy dokąd się spieszyć. Po co składać w deszczu namiot. Poczekamy, może przejdzie. Co jakiś czas odsuwaliśmy suwak dzielący nas od zapadanej, pustej plaży. Szare chmury z naszej lewej strony wędrowały powoli, jakby łagodniały, rozmywały się nieco w mżawkową mgiełkę, z prawej za to pojawiał się delikatnie na horyzoncie rozświetlony paseczek jasnobłękitnego nieba. 


Czekaliśmy. A czekając czytaliśmy. Popadliśmy w bezczas i wchłonęły nas inne światy. Szelest przewracanych książkowych stron i stukot deszczowych kropli łomoczących z różnym natężeniem i otaczających nas ze wszystkich stron. Trochę głodu. Wyciąganie zapasów z plecaków. Krojenie scyzorykiem drożdżowej bułki z żurawiną na serwetce w kolorową kratkę, popijanie jej gorącą herbatą z termosu. Czy czegoś nam brakuje? Można spojrzeć sobie w kochane oczy, dotknąć czule. Świat jest tu gdzie my. Teraz. 

Po kilku godzinach namiotowego trwania przestaliśmy słyszeć krople deszczu. Otworzyliśmy namiot. Wystawiliśmy głowy. Mokry piasek usiany dołkami od kropel. Zimny. Wystarczył krok by zburzyć jego podeszczową strukturę, spod mokrej, ciemniejszej skorupki wysypywał się suchy jasny piasek. Zza chmur nieoczekiwane przebłyski słońca wdzierające się w dalej trwającą na świecie podeszczową szarość. Migotanie wody. Blask. Otrzepaliśmy namiot z małych kropelek, wysychał szybko owiewany wiatrem.

Na plaży byliśmy jedyni. My i nasz namiot, oraz suszący się parawan w biało-granatowe pasy. Wyglądające zapewne z daleka jak baza plażowych szaleńców. Wszędzie wilgoć, zapach deszczu i taka świeżość wszechogarniająca. 



Wracaliśmy plażą w promieniach późnopopołudniowego słońca, które odprowadzało nas przebijając się przez ciągle szare chmury wiszące nad wodą. Blask i migotanie. Towarzyszyły nam dwa małe ptaszki z cienkimi, długimi czarnymi nóżkami i długimi dziobami, wyglądające jak takie kulki na patyczkach. Biegły tuż obok nas na skraju wylewających się na brzeg fal, jeden za drugim i robiły to tak zabawnie, że co chwilę wybuchaliśmy niepohamowanym śmiechem. Jak kreskówkowe postacie, których sztywne nóżki wydawały się, że są w tym biegu dużo szybsze od zawieszonych na nich pierzastych, nakrapianych kulkowych ciałek.

Tyle piękna dookoła. Wewnętrzna radość. Głęboki oddech. Wdzięczność.

niedziela, 7 maja 2017

Łzy w sałatce



Siedzieliśmy przy kawiarnianym stoliku, pod parasolem dającym trochę cienia. Lwowski rynek tętniący gwarem. Cieszyliśmy się ostatnimi chwilami naszej lwowskiej majówki, błękitnym niebem i tym pięknym słońcem, które zaszczyciło nas swoją obecnością dodając wszystkiemu wokół tyle kolorów.

Brama wejściowa do kamienicy widoczna tuż obok była zdecydowanie bardziej niebieska niż kiedy mijaliśmy ją wcześniej. Drewniane okrągłe stoliczki miały blaty wypolerowane do żywego ze starych warstw lakieru, o lekko chropowatej powierzchni, którą czuć było gdy musnęło się stolik opuszkami palców. Delektowaliśmy się chwilą, tym czasem i szczęściem nam danym tu i teraz. Wertowaliśmy przewodniki, przeglądałam zrobione już zdjęcia, obserwowaliśmy z uśmiechami lwowski świat popijając dobrą kawę i planując ostatni przed wyjazdem spacer.

W tym przelewającym się wokół nas szmerze rozmów, gwarze rynku, ulic, różnych języków uchwyciłam coś, co mnie poruszyło, wytrąciło z wartko płynącego nurtu. To były szybko wypowiadane słowa przetykane łzami. Łamiący się szept. Jego źródło było tuż obok mnie, przy sąsiednim stoliku, nieco za moimi plecami. Odwróciłam się dyskretnie, bo odkąd wyłapałam te emocje wiszące tuż obok w moich uszach odgłos płaczu prowadził moje myśli. Spojrzałam tylko raz, przez krótką, kilkusekundową chwilę, by nie zakłócać cudzej intymności. Utrwaliłam w sobie tę scenę, scenę której byłam nieoczekiwanym świadkiem na zalanym słońcem lwowskim rynku.

Spotkanie dwóch młodych dziewczyn. Na ich stoliku nie tknięty głęboki talerz z zieloną sałatką, filiżanka z nie wypitą jeszcze kawą, dwie szklanki wody z wkrojonymi plasterkami cytryny. Jedna z kobiet siedzi podparta łokciami o drewniany blat stolika i uważnie słucha przechylając głowę i patrząc z troską. Druga przysiadła na krześle tuż obok. Zrobiła to w jakimś gnającym ją wewnętrznym pośpiechu, bo nawet nie zdjęła szarego płaszcza zbyt ciepłego jak na dzisiejszy słoneczny dzień, na kolanach trzymała dużą, czarną torebkę. W palcach kurczowo ściskała mokrą coraz bardziej od łez chusteczkę. Zapłakaną twarz przesłaniały delikatnie uciekające zza ucha niesforne kosmyki lekko kręconych, sięgających do ramion, rozpuszczonych, ciemnych włosów. Padały z jej ust niezrozumiałe dla mnie słowa, ale to nie ma znaczenia - nie chciałam i nie potrzebowałam ich rozumieć.

Urwana, szeptana opowieść o czymś trudnym, bolesnym, czymś co wyciska z oczu łzy rozpaczy i bezradności. Ten moment, gdy chce się to wszystko opowiedzieć komuś bliskiemu jak się da najszybciej, chce się być wysłuchanym tu i teraz, dlatego przysiada się na skraju kawiarnianego, drewnianego krzesła i wyrzuca z siebie kolejne słowa zmoczone słonymi, gorącymi łzami; gdy coraz trudniej się oddycha przez zapchany nos i usilnie, podświadomie walczy się by przez to płakanie nie rozmazał się makijaż. Ten czas, gdy nic wokoło nie ma znaczenia, ani ludzkie ukradkowe spojrzenia, ani ruchliwe miejsce, ani to, że łzy kapią do nietkniętej sałatki. Czas jakby przez chwilę zatrzymał się na rynku we Lwowie, w którym przy kawiarnianych stolikach sąsiadowały ze sobą jej łzy i tajemnicza opowieść oraz nasze małżeńskie szczęście. Mikstura życia.

czwartek, 15 września 2016

Puste mieszkania

Kryją się w wieżowcach i kamienicach. W różnych miejscach miasta. Stają się widzialne i znaczące tylko dla tych, którzy przywiązane mają do nich jakieś cieniutkie niteczki wspomnień i myśli. Zaznaczone są na mapie naszych osobistych światów, ciągle są, pulsują wspomnieniami, które jednak stopniowo, z tygodnia na tydzień, bledną. 

Niektóre nagle brutalnie wycięte znikają z rodzinnej mapy pamięci - zmieniają właściciela. Zaczynają wtedy żyć swoim życiem - już nam nieznanym i niezależnym. Wystarczy jednak chwila - gdy przechodzi się lub przejeżdża obok nich - od razu, mimo upływu czasu, kłują nas w środku czyjąś nieobecnością.

One. Osierocone przez swoich właścicieli. Tęskniące pustką. Mieszkania.

Niektórzy, jak Dana, szykowali się od dłuższego czasu na to, że ich choroba w pewnym momencie posunie się tak daleko, że uniemożliwi samodzielne życie. Będzie potrzebna ewakuacja. Hospicjum umówione. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze można zrobić porządki. Przy jednej z wizyt w jej małej kawalarce zostałam stanowczo wysłana na krzesło, by lepiej widzieć książki ustawione na wysokich półkach.

Bierz co chcesz, bo oddam dalej. Kto po mnie będzie sprzątał? Oddaję, co mogę. Ubrania, zastawę. Im mniej zostanie, tym lepiej, nikomu moje rzeczy nie będą głowy zawracać. Ubywało po trochu. A Ona, gdy z bólu nie mogła spać, siedziała i darła swoje stare zdjęcia i dokumenty, które nic nikomu po jej śmierci nie powiedzą. Bolały ją palce po tym nocnym przemienianiu swojej przeszłości w papierowe strzępki.

Inni - jak pewna znajoma kobieta - wyszli z domu i już do niego nie wrócili. Gorsze samopoczucie, szybka wizyta u lekarza, nagły udar, szpital, kilkutygodniowa śpiączka. Śmierć. Jak trudno pojawić się w jej mieszkaniu. Ogołoconym z jej obecności tak nagle.

Ciche skrzypnięcie drzwi wejściowych. Półmrok przedpokoju i czekające grzecznie na stopy właścicielki, w stałym, ustalonym miejscu, miękkie domowe pantofle. Płaszcz wiszący na wieszaku, z kieszeni wystająca apaszka. Odłożona na stoliku dopiero co czytana książka, z zakładką wsuniętą na stronę 70. Urwany wątek.

Gdy siadała na fotelu, pewnie okrywała się czarną, szydełkową chustką leżącą ma brzegu fotela. Ciągle tam leży i czeka, by otulić znajome ciało. Kwiaty na parapecie tęsknią za jej obecnością i głosem. Kuchnia z przetworami robionymi chwilę temu schowanymi w zakamarki szafek. I zawsze obecna pod ręką metalowa puszka z kruchymi ciastkami - by były do herbaty dla tych co wpadną z nienacka. Wypełniona po brzegi teraz ugościć może tych, którzy przyszli uprzątnąć mieszkanie po jej życiu…

A na jednej z półek albumy ze zdjęciami i pudełko po starych czekoladkach z likierem wiśniowym. Uchyliłam nieśmiało, a w nim czarno-białe fotografie - zatrzymana przeszłość, bogactwo istnienia. A na wierzchu - jej uśmiech - promienny uśmiech właścicielki tego mieszkania. Spojrzałyśmy sobie w oczy. Zamknęłam wieczko. Ale ten uśmiech uciekł z pudełka, wykradł się z niego niepostrzeżenie, by zawisnąć gdzieś w przestrzeni tego coraz bardziej zasnutego kurzem, pustego mieszkania.

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Fala za falą

Gdy jakiś czas temu – wcale nie odległy - myśleliśmy nieśmiało o naszych wakacjach i zamykaliśmy oczy, by zobaczyć gdzie się przenosimy pod powiekami – co wiemy już, że jest najlepszym barometrem marzeń o wypoczynku – i ja i K. czuliśmy powiew morskiego wiatru i piasek pod stopami. Decyzja zapadła. Jedziemy nad morze. 




Ileż radości może wyzwolić znalezienie się na plaży. Pobiegliśmy na nią późnym popołudniem tuż po przyjeździe. Buty i skarpetki powędrowały do plecaków, nogawki spodni podwinięte czym prędzej, by biec, biec ile sił po chłodnym już piasku prosto na brzeg, by poczuć zimny dotyk bałtyciej fali na bosej stopie. A potem by iść dalej i dalej brzegiem morza, pozwalać chłodnemu wiatrowi targać włosy, zachwycać się niebem, ciepłym, pomarańczowym światłem zachodzącego powoli słońca. Patrzeć na wędrujące razem z nami kłębiaste chmury, na czochrane dotykiem wiatru wydmowe trawy, usłyszeć nawoływanie mew. Tyle obłych kamyków pod stopami, tyle faktur piasku. Gładkie patyki wyplute przez fale. Życie plaży, życie morza, życie wydm.




O tej porze pusta plaża. Tylko my z naszym życiem przywiezionym tu, by odetchnąć, naprawić się, zatrzymać się na ten czas i w nawias wziąć całe warszawskie życie. By pobyć w tym miejscu równomiernie szumiącym, kojącym wszelkie wewnętrzne chaosy.

Biegliśmy brzegiem rozpryskując stopami morską wodę. Rozpierająca energia, nowe siły, zachwyt nad tym co dane, tak ogromna, rozpierająca wręcz wdzięczność. Piękna modlitwa.



Patrzyłam na ślady stóp które K. zostawił na piasku, biegnąc przede mną. Co chwilę porywane wielkimi kęsami przez kolejne fale - znikały.  
Od razu zaczęłam pod nosem nucić piosenkę:

Przypływ, odpływ, fala za falą
Wieczną mantrę morze nuci
Przypływ, odpływ, oddech czasu
Co odeszło kiedyś wróci

Jesteś, jestem. Ślady na piasku
Trwają po nas tylko chwilę
Mijasz, mijam. Przypływ, odpływ
Tylko tyle i aż tyle

/płyta „Upojenie” A.M. Jopek, muzyka: Pat Metheny, sł. Magda Czapińska/






wtorek, 28 czerwca 2016

Letnia ulewa




Po niedawnej burzy i ulewie, gdy otworzyłam balkon, otulił mnie ten niepowtarzalny zapach deszczu i mokrej ziemi, ten rodzaj świeżości wyrywającej się z tłamszących uścisków upału. Było czym oddychać. Włosy targał mi chłodny, przyjemny wiatr. 

Ta chwila, ten zapach przeniosły mnie w ułamku sekundy w przeszłość. Taka deszczowa magdalenka. To też byłam ja, tylko kiedyś, dobre piętnaście lat temu, w środku upalnego lata.

Właśnie wyszłam od Babci,  pożegnałam ją, ucałowałam w ciepły, zaczerwieniony, gładki, pachnący kremem policzek. Odprowadziła mnie wąskim korytarzem do drzwi.  Wychodząc, w progu jeszcze raz uścisnęłam jej coraz drobniejszą postać, a w nos połaskotały mnie jej lekko zakręcone trwałą, całkiem białe włosy. Tak się zagadałyśmy przy wieczornej herbacie, że niepostrzeżenie zrobiło się bardzo późno. Czas ruszać do domu.
 
Jak zawsze zbiegłam schodami cztery piętra w dół, ignorując istnienie windy. Wybiegłam z wypełnionej ciepłym światłem klatki schodowej bloku. Wpadłam w ciemność późnego, letniego wieczoru, w oblepiającą wszystko duchotę, która zapowiadała ulewę. Niebo zaczynało mruczeć burzowo, liście drzew, które mijałam w drodze do metra, trzepotały coraz silniej. Spadły pierwsze wielkie, ciepłe krople deszczu, które za moment już wysypywały się coraz szybciej i szybciej  z nieba, jak przezroczyste korale z bezdennego worka trzymanego przez anioły. Silne podmuchy wiatru mieszały powietrze, niteczki gorące, niteczki zimne. Przyjemna mikstura.
 
Parasolka przestawała mnie chronić. To była ulewa z idącą za nią w oddali burzą. W ciągu krótkiej chwili zrobiła się ściana deszczu. Mokra skóra, coraz bardziej mokra spódnica przylepiająca się do nóg, woda przelewająca się przez sandały. Rwące potoki na chodnikach i na ulicach, niosące liście, pyłki i kurz całego gorącego dnia. A to wszystko razem wzięte tak przyjemne, oczyszczające.

Wędrowałam w tej ulewie, nie zważając na kałuże, uśmiechając się do wiatru i tego granatowego deszczowego nieba, śmiejąc się z chybotliwych płyt chodnikowych, które po nadepnięciu dodawały smakowity chlupot do szumu deszczu,  no i zerkając na różowe dżdżownice pławiące się beztrosko w wodzie.  Gdy byłam już blisko zejścia do podziemi metra, przestawało już padać. Po 10 minutowej ulewie wszystko się wyciszało. A mnie otaczał zewsząd ten właśnie zapach - wilgoci, ziemi, odświeżonego, podeszczowego świata.

Teraz jestem tu i teraz, wróciłam z tej dawnej wycieczki. Spotkałam się dzięki niej znowu z Babcią, której od siedmiu lat już tu z nami nie ma. Czuję na sobie je ciepłe spojrzenie i wycieram z twarzy ostatnie krople deszczu. Jakieś słone są...

środa, 22 czerwca 2016

On i Ona

To był ostatni etap szlaku schodzącego z gór do Piwnicznej. Wędrowaliśmy od strony Łomnicy Zdrój, przemieszczaliśmy się coraz niżej i niżej w stronę miasta. Wiosenne słońce towarzyszyło nam, zerkając na świat zza białych, puchatych obłoków. Szlak opuszczał coraz bardziej zacisze i zieloność lasu, parł do przodu, a pod nogami zamiast bitej drogi czy kamieni mieliśmy najpierw żwir, potem betonowe płyt, które płynnie przeszły w szarość asfaltu.

Z kolejnymi metrami zagęszczało się wokół nas coraz bardziej. Najpierw rejony działkowe, równe grządki, z których wychylały się pierwsze wiosenne pędy, kolorowe główki tulipanów, żółte żonkile, pojedyncze kwitnące jabłonie których samotności asystowały szeleszczące strachy na wróble, zrobione w foliowych torebek i plastikowych butelek, bezgłośne pierwsze motyle i szybkie jaskółki. Zapach ziemi.

Potem, niżej wijącemu się serpentynami szlakowi zaczynało towarzyszyć coraz więcej codziennego ludzkiego życia, małe gospodarstwa jak przyklejone do siebie, kury grzebiące w ziemi przy płotach, poszczekujące psy, zwinne koty. Te znane nam dobrze wiejskie zapachy, porykiwania krowy pasącej się gdzieś na polu za domem. Tak sielsko, tak leniwie. Bzyczące owady, cykanie ukrytych w trawie pasikoników, stróżka wody spływająca z łąki na drogę pobłyskująca w słońcu, odgłos naszych  miarowych kroków. Tyle wewnętrznej radości.

Gdy pod naszymi butami wyczuliśmy asfalt zaczęło nas otaczać bogactwo domów jednorodzinnych. Eleganckie sąsiadujące z tymi prostszymi, biedniejszymi, ale zadbanymi. Robiło się coraz bardziej miejsko. W końcu Piwniczna Zdrój, przecięta zakolami Popradu, widoczna była coraz wyraźniej w dole.

Idziemy, rozmawiamy, duże plecaki na plecach, ciężkie kroki w górskich butach, które w zderzeniu z asfaltem tęsknią tak okrutnie boleśnie za miękkim podłożem, ziemią, trawą i kamieniami. Chcą uciekać.

Zagadani wyłoniliśmy się zza kolejnego zakrętu. I wtedy zobaczyliśmy ich z daleka.

Dwie postaci. Staruszkowie. On i ona. Siedzieli przy drodze na rozłożonych turystycznych fotelach w pozycji nieco zaskakującej: równolegle do siatki ogrodzenia, prostopadle do drogi, jedno za drugim. Patrzyli tym samym nie w dół na miasto, ale w górę na szlak. Siedzieli tak w milczeniu jak w teatrze, na widowni świata, nie bacząc na naturalne nachylenie terenu. Na przekór. Patrzyli przed siebie, grzali się w wiosennym słońcu.

Ona z kwiecistej chustce zawiązanej pod brodą, w serdaku wykończonym futerkiem, w jakiejś spódnicy, której kolor nie miał znaczenia i w ciepłych bamboszach. On w filcowej szarej czapce, rozciągniętym swetrze i ciemnych spodniach. Zmierzwione siwe włosy wystawały kosmykami spod czapki na skroniach. Szczupły.

Patrzyli na nas. Stanowili tak poruszający i rozczulający obrazek wklejony w krajobraz naszej wędrówki.

Pozdrowiliśmy ich - jak zawsze robimy gdy napotykamy kogoś na szlaku. Odpowiedzieli z uśmiechami, nagle ożywieni i wyrwani z zamyślenia. On był bardziej rozmowny, Ona milcząca, posłusznie wpisująca się w tradycyjny, ludowy model kobiecości. Słuchała, patrzyła, potakiwała i nie powiedziała chyba ani słowa.

A skąd idą? Ja widzę od razu, że turysty prawdziwe, a nie jakieś takie o! niedzielne... Ja to poznam, bo ja niejedno w życiu widziałem. Bo ja to lata swoje mam. Kiedyś to piłem, bo człowiek głupi. Ale Ona tu powie, że już długo nie piję. Jest tam jakaś butelka w kredensie, to jej nie tykam nawet! Oj nie piję już, nie pije. Ja to swoje przeszedłem. Po wojnie to tu po tych górach biegałem, chowaliśmy tu partyzantów, groby były (pokazuje ręką nieokreślony gest ogarniający przestrzeń gór). Napatrzyłem się, a napatrzyłem. Ja już osiemdziesiąt trzy wiosny mam, dałby mnie Pan tyle? A ja to krzepę mam, napracowałem się w życiu, siłę mam i teraz bym mógł Pana podnieść, a jak! Siłę tu mam! (wypręża rękę). Ze trzy miesiące już nie piję. Niech Ona zresztą powie...

Ona spogląda na nas, ma dobre, spokojne oczy, a w nich czułość. Spracowane, sękate ręce. Milczy. Nie opowiada. Publiczna spowiedź męża została zakończona. Żegnamy się życząc im zdrowia i siły.

A ja od chwili gdy odeszliśmy od nich kilka metrów już zaczęłam żałować, że nie miałam tyle odwagi, by zapytać czy mogę im zrobić zdjęcie na pamiątkę tego spotkania. Byłoby piękne.

sobota, 16 kwietnia 2016

Pod światłami

Zwykle gdy jadę samochodem i staję czekając na zmianę świateł, lubię spoglądać we wsteczne lusterko. To dla mnie taka furtka do innego świata, zaklętego w przestrzeni samochodu za mną. Bogactwo niemych ludzkich historii wystawionych na widok publiczny przez przezroczystość szyby. Bo jesteśmy uwięzieni w swoich samochodowych, odrębnych światach, które pod światłami nieśmiało się do siebie zbliżają. Wydaje nam się, że jesteśmy zamknięci we własnych malutkich lub nieco większych czterokołowych, komfortowych pokojach, do których nikt postronny nie ma dostępu. A chcą nie chcąc jesteśmy widoczni. Jak na scenie.

Podnoszę wzrok, spoglądam w lusterko i dotykam nieśmiało kawałka czyjegoś życia...

Kobieta korzystająca z chwili czasu na dokończenie makijażu, spoglądająca bardzo uważnie w górne lusterko, podnosi brwi, szybkie ruchy -  ekspresowe tuszowanie rzęs. Gotowe. Za chwilę wydobędzie z kosmetyczki w grochy podniesionej z siedzenia duży pędzel. Widzę jej oczy śledzące zmianę światła. Zdąży. Kilka muśnięć różem na kości policzkowej. Kontrolne spojrzenie. Uśmiecha się do swojego odbicia zadowolona. Ruszamy.
***
Gdybym siedziała z nimi w samochodzie byłabym otoczona krzykiem. W lusterku "widzę" uniesione głosy i emocje sięgające samochodowego dachu. On za kierownicą. Zaciska na niej palce, coraz mocniej, kręci głową, ma zacięte, uparte usta. Ona bok niego, przechyla się w lewo, w jego stronę. Patrząc na emocje wypisane na jej twarzy, na ruchy warg jakby nienadążające za wypływającymi spomiędzy nich słowami, wiem że krzyczy. Podnosi prawą rękę i zaczyna energicznie coś wyliczać na palcach. On nagle odwraca się do niej z taką ogromną stanowczością i raptownością, dłonią przecina powietrze w geście, który odczytuję jako “basta”. Mierzą się wzrokiem. Iskrzy. Próba sił. Ona krzyżuje ręce na piersiach i odwraca się w prawo, w stronę szyby. Cisza. Zielone światło. Ruszamy. Jadą dalej ze swoją kłótnią.
***
Siwa głowa kobiety, szczupła postać, smutek wypisany na twarzy, oczy wpatrzone nieruchomo w jeden punkt przed sobą. Widzę szklistość łez. Grymas twarzy powstrzymujący z całych sił szloch. Smukła dłoń zbliża się w stronę twarzy i zakrywa delikatnie usta. Zastyga na chwilę w pięknym geście. Potrząsa delikatnie głową jakby w niedowierzaniu. Wiezie dalej siebie i swój ból.
***
Młoda dziewczyna z burzą loków na głowie, okulary słoneczne, jaskrawoczerwone usta. Sprężynki włosów ruszają się wesoło z całą jej postacią. Śpiewa - wiem to, choć nie słyszę słów. Wystukuje rytm palcami dotykającymi kierownicy, rozgląda się wokoło z uśmiechem. Otoczona dźwiękami mknie dalej.
***
Zdarzają się i nieskrępowane czułe pocałunki, dotyk twarzy, czułe spojrzenia w oczy. Są tylko oni wykorzystujący chwilę postoju na okazanie sobie miłości. A ja patrzę w lusterko i się uśmiecham do ich szczęścia pod światłami.

Koniec. Kurtyna. Zielone.

Mkniemy dalej obok siebie, zupełnie obcy. Może kiedyś spotkamy się przypadkiem pod światłami?

sobota, 2 kwietnia 2016

Dotyk

Leżąca na łóżku postać przykryta pstrokatym kocem. Silnie zaciśnięte dłonie, ręce przyciągnięte kurczowo do piersi. Cisza. Jak zwykle wchodzę i na powitanie swoją dłonią otulam jedną ze ściśniętych pięści. Nad materac nieco się unosi czarnowłosa głowa, a na okrągłej twarzy pojawia się uśmiech. Patrzymy sobie w oczy, choć cały czas nie wiem, co Ania tak dokładnie widzi. Zresztą nie ma to znaczenia.

Przyjechałam pomóc. Przydać się do czegoś, oddać swój kawałek czasu. Dzisiaj jestem dodatkowo, nadprogramowo, więc nie będzie to jak co tydzień czytanie Ani i tłumaczenie angielskiej książki. Potrzebne dodatkowe wspierające ręce, bo para czułych, cierpliwych ojcowskich rąk razem z ich właścicielem trafiła do szpitala. Po zabiegu mającym polepszyć stan zdezelowanego kręgosłupa coś się posypało i w każdą część ciała wkrada się okropny ból uniemożliwiający ruszanie się. Do tego ogólne osłabienie i inne dolegliwości: serce, cukrzyca. Siedemdziesięcioletni organizm zaprawiony przez połowę swojego życia w codziennych, 24-godzinnych bojach opieki nad niepełnosprawną córką. Czy tak bolą sterane skrzydła u ramion po tylu latach zjawiania się na każde niemal zawołanie?

Dzisiaj będę dotykać. Dostaję instrukcję, jak choć trochę stymulować niesprawne ciało. Odkrywam koc i zabieram się za masowanie ud i łydek, które odziane w czarne rajstopy są twarde i obce. Powoli je gładzę, ugniatam, masuję, rozcieram, tak jak potrafię. Moje zwykle zimne dłonie stają się coraz cieplejsze, oddają ciepło nieruchomym nogom. A ich ciało staje się coraz bardziej miękkie, przyjmuje dotyk.

Zerkam w bok na twarz Ani. Coraz bardziej spokojna, przymyka oczy widzę cień jej długich rzęs. Jest też naprzemienne zginanie kolan. Pomaga jak może.  Liczymy razem kolejne dziesiątki, a Ania w liczeniu wybiega ciągle do przodu, jakby w głowie ruszała się coraz szybciej i szybciej... Ćwiczymy stopy. Takie nieproporcjonalnie małe i zimne, otulone grubymi skarpetkami. No i na koniec spastyczne dłonie, tak mocno zaciśnięte, pod wpływem odpowiedniego dotyku i delikatnego masowania palców i środka dłoni prawie zupełnie się prostują. Trzymam w swojej dłoni jej dorosłą, kobiecą dłoń z długimi, zgrabnymi palcami i pomalowanymi jak zawsze na kolorowo paznokciami. Ania na mnie uważnie zerka, gdy się nad nią pochylam  i tak ufnie się do mnie  uśmiecha.

Dotykam ciała Ani - po raz pierwszy w ten sposób. I myślę o tym domu, który odwiedzam od tak dawna. O ogromie pracy jaka jest przy niej każdego dnia do wykonania, o chorobie jej Taty, o jej coraz bardziej zmęczonej Mamie zasypiającej mocno w kilka sekund, gdy tylko ma szansę na oddech i nie musi czuwać nad córką, bo robi to przez chwilę ktoś inny. O tym, że ja i inni wpadamy tu tylko na chwilę, że to kropla w głębokim morzu tutejszej codzienności.

A ona leży, całym jej światem jest ten pokój, łóżko, wyjechanie na wózku na spacer kiedy się da, kilkuminutowe pionizowanie i chodzenie z pomocą wolontariuszy, rehabilitacja, przewijające się przez dom osoby wpadające pomagać. Moje myśli kłębią się nad jej łóżkiem, a w środku rodzi się we mnie tak ogromne poczucie wdzięczności, że mogę być sprawna, że mam siłę by pomóc. Bycie tutaj sprowadza na ziemie i pokazuje właściwe proporcje wszystkiego. Ulecza zdrowych.

Odkąd jej Tata trafił do szpitala, mówi tylko o nim. Czeka na jego powrót. Gdy ten dzwoni, przesyła mu nieustannie pocałunki i piski, które są oznaką największej radości. Nie może spokojnie spać. Przeżywa całą sobą. Powtarza na okrągło ciągle to samo: Tata jest w szpitalu. Boli go. Ciekawe kiedy wróci. Oby szybko. Bez niego jej świat nie jest taki sam. Tęskni okrutnie, choć dobrze wie, że gdy ma Tatę w domu potrafi być nieznośna i zła, pokrzykująca, żądająca, marudząca, wyprowadzająca z anielskiej nawet cierpliwości.

Czeka na jego dotyk i na to by powiedział do niej z czułością jak zawsze: Moja ty babo kochana.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Ruchome schody

Gdy schodziłam w dół w ciepłe korytarze stacji metra, cała obsypana byłam świeżymi płatkami śniegu, które spadały z nieba na potęgę, oblepiając swoją bielą wszystko, co tylko się dało: każdą nawet najmniejszą gałązkę drzewa, każdy wiszący na słupie drut, każdą szczelinę w sztachetach płotów, czy oczko w ogrodzeniowych siatkach. Świat, który zostawiałam dzisiaj na powierzchni był zupełnie innym światem, przykrytym szczelnie puchatą bielą rozjaśniającą łagodnie i tajemniczo mrok styczniowego wieczoru.

Patrzyłam jak z każdym stopniem zbliżającym mnie do peronu znikają płatki przyczepione do mojej kurtki. Przepadały na zawsze, zostawiały swój ostatni śnieżny oddech na czarnym materiale.

Wysiadłam z gorącego wagonu metra na stacji Centrum. Wysypałam się z niego razem z tłumem ludzi przemieszczających się tą trasą w godzinach szczytu. Zawsze w takich momentach, gdy otacza mnie nagle tyle ruchomych ludzkich, nieznanych mi istnień, czuję się zagubiona i jakby nie do końca obecna. Obieram spokojnie pożądany kierunek, idę, a wokół mnie wszystko gna, wszyscy pędzą w różne strony, intensywnie, jak w przyspieszonym filmie i wydaje mi się, że tylko ja zachowuję normalne tempo życia. Podziemne odrealnienie.

Zwykle zostaję wylana wraz z całym tym tętniącym istnieniami peronowym życiem na ruchome schody jadące na powierzchnię oswojonego świata. Najczęściej bez wahania decyduję się iść szybko na górę korzystając z wolnego miejsca zostawionego po lewej stronie schodów, bo nie chcę czekać, chcę się uwolnić z metrowych podziemi. Miarowo stopień po stopniu jadę-idę na górę. 

Dzisiaj jednak zrobiłam inaczej. Stanęłam po prawej stronie jadących w górę stopni i dałam się im zabrać w niespieszną podróż. Wystarczyła chwila i zaczęłam śledzić wzrokiem to co działo się po mojej lewej stronie. Patrzyłam na tych, którzy schodami zjeżdżają w dół. Schody turkotały miarowo, ludzkie głosy mieszały się w nic nie znaczący szmer. Zatrzymał mi się czas. A przed moimi oczami, jak na wystawie, jak w jakieś ruchomej szopce przesuwali się nieznani mi ludzie. Spoglądałam na nich jakby przez szybę, podglądałam ich mimowolnie przez te kilka sekund gdy znaleźliśmy się tuż obok siebie, na równym poziomie schodów.

Starsza Pani w berecie, trzymająca - przez grube rękawiczki - na wysokości brzucha uszko kraciastej siatki. Mężczyzna w rozpiętym płaszczu spod którego wystawał garnitur, biała koszula, nonszalancko zarzucony szalik, telefon komórkowy przy uchu – coś komuś po drugiej stronie zacięcie tłumaczył. Staruszek z dużej brązowej czapce uszatce, na której futrze nad czołem, jeszcze żyło kilka śnieżnych płatków. Zarumieniony chłopak ze sportową torbą przerzuconą przez ramię. Młoda kobieta obejmująca stojącą przed nią, stopień niżej małą, kręcącą się dziewczynkę w pasiastej kolorowej czapce, spod której wystawał jasny warkocz. Dziewczyna z pomalowanymi mocno na czerwono ustami, zapatrzona w jakiś jeden punkt przed sobą i żująca energicznie gumę. Obrócona do siebie para - stykający się czołami i czule patrzący sobie w oczy. Chłopak w okularach zatopiony w lekturze książki o pokaźnych rozmiarach. Kobieta z kręconymi włosami przesuwająca szybko palcem wskazującym po dotykowym ekranie telefonu trzymanego w drugiej dłoni.

Tyle ludzkich historii. Takie bogactwo. Jak to jest, że nie spotkamy się zapewne nigdy więcej? Że mijamy się ot tak po prostu nie myśląc o sobie za wiele? Że nie zamienimy ze sobą nigdy ani słowa? Spotkanie na ułamek sekundy na schodach metra. Kilka wymienionych przypadkiem spojrzeń prosto w oczy. Kilka podarowanych uśmiechów. Koniec.

Na górze czekał na mnie biały, śnieżny, zimowy świat.

sobota, 16 stycznia 2016

Sklep z butami

Dopiero co zdążyłam zdjąć kurtkę i buty, a już jedne małe rączki ciągną mnie do długiego przedpokoju, a drugie trochę większe porywają bez pytania moje kozaki i niosą je wymachując nimi zamaszyście tuż za mną.

- Ciociu, ciociu choć do sklepu! My mamy sklep z butami. Kupisz? – Mała T. z bardzo poważną miną patrzy na mnie zadzierając głowę.
- Twoje kozaki też będziemy sprzedawać, dobrze? – pyta Większa B.

A gdy tylko kiwam głową moje buty zostają ustawione na podłodze tuż obok kozaków mojej siostry, czyli ich mamy. Cały przedpokój stał się niezwykłym sklepem. Buty wszędzie. Wyprowadzone na wycieczkę z zawsze zamkniętych szafek, ustawione w przejściu do pokoju oraz na kilku taboretach jak na wystawie. Malutkie kapcie, większe kapcie, kalosze, klapki, sznurowane, buty na rzepy, baletki, obuwie dla dorosłych i dla dzieci w przekroju wieku od 1 do 6. Nawet stojące samotnie na taboretowym podwyższeniu – te specjalne ślubne na obcasie. Jednym słowem cały asortyment. 

W rogu korytarza przy drzwiach łazienki kącik sprzedawczyń. Na stołku umieszczona mała, żółto-czerwono-niebieska, plastikowa kasa. Nie dość, że ma wyświetlacz, cyfrową klawiaturę, przycisk otwierający z brzdękiem szufladkę na pieniądze, to jeszcze posiada szalę mikro-wagi, czarną taśmę do przesuwania towarów działającą po naciśnięciu guzika oraz przytwierdzony przewodem ręczny skaner do kodów kreskowych, wydający tak dobrze nam znane sklepowe pikanie, gdy tylko dotknie się przycisk w rączce.  Patrzę jak Mała T. wyciąga ręce by na łazienkowej klamce powiesić jeszcze kilka plastikowych torebek. Przecież trzeba w coś pakować klientom zakupy. Wszystko gotowe.

- Dzień dobry!
- Dzień dobry, w czym pomóc, co Pani kupi? Mamy dużo różnych butów.
- Wie Pani potrzebuję jakieś eleganckie buty na obcasie, coś mi Panie doradzą?
- O! Proszę przymierzyć te - i małe dłonie B. podają mi jedną z par czarnych czółenek należących na co dzień do mojej siostry. Dobrze, że mamy niemal taki sam rozmiar stopy, więc udaje mi się je przymierzyć bez problemu. Oglądam efekt. Przestawiam stopę to w bok, wspinam się na palce, obracam, idę dwa kroki w jedną, dwa w drugą stronę. Patrzy na mnie czworo mniejszych oczu. Mała T. zerka w górę na mnie, potem patrzy na buty. I się uśmiecha. Większa B. mówi:
- Nie, wie Pani w tych chyba jest nie dobrze, ja Pani dam inne. – i podaje inną parę. Przymierzam. Znowu rytuał. Decyzja: 
- Tak, ma Pani rację - te poproszę.

Większa sprzedawczyni podaje je mniejszej. Ta bez słowa zmierza ku kasie. Odkłada je na pusty taboret, który jest do niej przystawiony.

- Potrzebuję jeszcze jakieś małe buciki dla mojego siostrzeńca. Czy coś u Pań znajdę? Jakieś miękkie i ciepłe. O! Te mi się podobają - wskazuję na kolorową, puchatą skarpetkę z antypoślizgową podeszwą leżącą pośród rzędów butów. – Będą idealne. Poproszę.
- Oj…. ale jest tylko jedna - B. patrzy na mnie smutno. – Nie wiem gdzie jest druga, gdzieś się zgubiła chyba – dodaje.
- Tak, nie ma drugiego, nie ma drugiego - wtóruje Mała T. kręcąc głową. Próbuje założyć za ucho spadający jej ciągle na czoło i oczy kosmyk włosów.
- To niedobrze. A czy jak się znajdzie to mogą Panie do mnie zadzwonić,  to przyjdę jeszcze raz?
- Tak! Zadzwonimy - słyszę chóralne zapewnienie.
- To ja zostawię numer telefonu.

Sprzedawczynie patrzą na siebie. Większa mówi do mniejszej: Zapiszesz?

Mała T. szybkimi kroczkami przemierza korytarz, z jakieś torebeczki wydobywa stary kalendarzyk. Kładzie go na jednym wolnym taborecie służącym za stolik, otwiera go na chybił trafił na pierwszej wolnej stronie. Bierze do ręki długopis. Podchodzę do niej, kucam przy niej, tak by móc patrzeć jej w oczy. Widzę w nich wyczekiwanie. Zaczynam podawać pierwszą cyfrę numeru telefonu. Długopis zawisa nad kartką w długim oczekiwaniu i namyśle. Mała T. podnosi oczy i patrzy bezradnie prosto na mnie. Potem znowu na kartkę. Długopis powoli zostawia na niej jakiś niedający się odczytać szlaczek. Tuż przy nas zjawia się większa B. Patrzy na mnie porozumiewawczo. Wiemy obie, że nie mająca jeszcze czterech lat T. nie zapisze żadnej cyferki. Ale to nie szkodzi. Nie o to tu chodzi. Mała sprzedawczyni zamyka kalendarzyk i kiwa głową z pełnym przekonaniem mówiąc:
- Już. Zadzwonimy, gdy będzie drugi bucik. Zadzwonię do Pani, dobrze?

Kończę zakupy. Czas udać się do kasy. Dwie sprzedawczynie już stoją obok siebie w kącie przy łazience. Starsza trzyma buty. Młodsza naciska przycisk. Z szumem przesuwa się czarna taśma. Starsza wciska niebieskie klawisze. Na małym ekranie pojawia się długi jak wąż rząd cyfr. Mniejsza chwyta w dłoń mini skaner. Starsza obraca czółenka tak by było widać ich podeszwę. Młodsza nakierowuje na nią przyrząd i naciska przycisk. Rozlega się „pik”, bez którego nie mogą się odbyć zakupy. Pełna współpraca.

- Ile płacę? - pytam.
Mała T. marszczy brwi i pochyla się w stronę wyświetlacza:
-  yyyyyy, płaci Pani…. 10 groszy.

Obie majstrują przy szufladce kasy. Otwiera się, a wewnątrz papierowe małe pieniądze i plastikowe monety.  Większa B. wyciąga ze środka kilka banknotów i szybko daje mi do ręki mówiąc:

- Ciociu masz tu pieniądze, bo musisz nam czymś płacić - i patrzy na mnie tak uroczo i rozbrajająco. A ja w duchu zaczynam się śmiać.
Płacę więc. Banknot ląduje w kasie. W zamian dostaję mój zakup zapakowany w plastikową reklamówkę zdjętą z łazienkowej klamki.

Sklep był czynny jeszcze z godzinę. Dwie małe sprzedawczynie stawały się klientkami. A ja obsługiwałam małą kasę. Stałym punktem każdej ich wizyty było przymierzenie butów na obcasie. Małe stopy w grubych rajstopach zatopione w za dużych o wiele numerów maminych butach.

Mała T. przytrzymywała z boków rękami i delikatnie podnosiła w górę długą sukienkę, by lepiej widzieć stopy. Przechylała się, kręciła głową to w prawo, to w lewo, w końcu marszcząc śmiesznie brwi i nos powiedziała z przekonaniem: 
- Wie Pani, tych nie chcę… Są chyba troszkę za duże...

Bawiłam się z siostrzenicami, przywołując wspomnienia. W tym samym przedpokoju jakieś 30 lat temu dwie inne małe dziewczynki robiły dokładnie to samo. Miały sklep. A tą ulubioną parą do przymierzania były wydobyte z szafki brązowe, skórzane buty na obcasie należące ich Mamy. Zatapiały w nich swoje małe stopy, usilnie próbowały w nich chodzić mimo iż zrobienie choć kilku kroków było nie lada wysiłkiem.  Dzisiaj znalazłam się tam znowu dzięki temu sklepowi z butami, do którego wciągnęły mnie małe ręce.

wtorek, 5 stycznia 2016

Przychodnia

Korytarz przyszpitalnej przychodni. Wolne miejsce na jednym z profilowanych, jasnych, plastikowych krzeseł ustawionych w rzędzie pod ścianą bywa na wagę złota. Albo zostaje podarowane komuś nagle w geście dobrej woli. Bo przychodzi ktoś starszy, bo ktoś słabo chodzi, bo widać, że naprawdę źle się czuje. Pacjenci mają serca. Potrafią się też obdarzyć ciepłym uśmiechem, nawet dzisiaj gdy co chwilę, co kolejne otwarcie wahadłowych drzwi przez korytarz przelatuje lodowaty przeciąg, łaskocząc po nogach i plecach.

Obserwuję przychodzących i gromadzących się coraz tłumniej przed kolejnymi gabinetami. Wyłapuję dyskretne życie przychodnianej kolejki.  Są stali bywalcy, znający się już z wcześniejszych wizyt, którzy witają się najczęściej słowami: O! Dzień dobry! Widzę, że znowu razem sobie poczekamy!  Są nowi - nieco zagubieni i milczący, są też zagadywacze kolejkowi, chcący podzielić się swoimi doświadczeniami z tego lub podobnego miejsca, z zapałem udzielający wszelkich porad praktycznych i taktycznych. 

Czekanie zbliża. Tym bardziej, że mimo iż godziny wizyt są ustalone, nigdy tak naprawdę nie wiadomo ile to wszystko potrwa. Bo pielęgniarki wychodzą co jakiś czas z gabinetów, wyczytują nazwiska, pacjenci wchodzą – wychodzą, potem cisza, nic się nie dzieje. Lekarz otwiera drzwi i wychodzi na pięć minut, które trwa dwadzieścia lub więcej. Ileś – nieokreślone. Panie z rejestracji wędrują korytarzem z kolejnymi kartami. Lekarz wraca do gabinetu, teraz wychodzi pielęgniarka, ale nie wyczytuje nikogo tylko gdzieś idzie, wraca mijając się z inną, zaprasza na wizytę. 

Albo nagły przypadek poza kolejką, dodatkowa konsultacja, czekanie na innego lekarza. Zgaduj zgadula. Przed gabinetem coraz pełniej, korytarz pęcznieje. Przez chwilę czuję jakbym jechała jakimś zapakowanym tramwajem. Część osób siedzi, część stoi, ktoś się przeciska z prądem, pod prąd. Dyskretnie przyglądam się ludziom.

Stara, korpulentna kobieta w brązowej jesionce, z głową otuloną kwiecistą kolorową chustką z frędzelkami zawiązaną pod brodą. Spod niej wymykają się białe kosmyki włosów. Okrągła twarz, zmarszczki grube okulary, które spadają jej co i rusz z nosa. W ręku laska. Wolno, z namysłem i skupieniem idzie przed siebie, kolebie się na boki na spuchniętych nogach otulonych grubymi rajstopami w prążki. Szura cicho czarnymi rozczłapanymi zimowcami. Jej wzorzysta chustka długo miga w oddali jak znak innej rzeczywistości.

Wysoki i szczupły mężczyzna, lat na oko 70. Lekko przygarbiony. Siwa czupryna nieco zmierzwiona zapewne od czapki dopiero co zostawionej w szatni. Stara się je ujarzmić zmarzniętą dłonią i przygładza delikatnie. Różowe od mrozu policzki, a nad oczami krzaczaste białe brwi nadające grozę spojrzeniu błękitnych oczu. Żółta koszula, a na nią zarzucony rozpinany ciepły sweter w kolorze nieokreślonym. Materiałowe za krótkie spodnie w jodełkę i mokasyny. Podpiera cierpliwie ścianę. Sycząc cicho najpewniej z bólu przy jakiejkolwiek zmianie pozycji. Na przedramieniu kołysze się półprzeroczysta reklamówka z apteki – a w niej bandaże i opatrunki.

Dojrzała kobieta przyciągająca wzrok czerwienią lejącej i zwiewnej długiej bluzki, artystycznym naszyjnikiem przylegającym do szyi i czarnym filcowym nakryciem głowy. Powiew dobrych perfum. Pewny krok.

Staram się dociec dlaczego większość kobiet, mimo iż pozostawiła w szatni okrycia na głowach nadal ma czapki albo berety. Na przykład dwie siedzące kobiety: młodsza – brązowa czapka z futrzanym pomponem na czubku, starsza – czarny, grubo tkany wełniany beret zsunięty na tył głowy. Stoję obok. Mimowolnie słyszę rozmowę. To córka i starsza już matka z cukrzycą, która mieszka sama, jakiś czas temu się poparzyła i teraz rana się nie chce goić. Dlatego tu są. W poczekalni przyszpitalnej, czekając na wizytę rozmawiają o starości, niedołężności, strachu, potrzebie innego zorganizowania codzienności, by Matka nie była sama w ciągu dnia. By przestawić czajnik w inne miejsce, dorobić kontakt. Starsza - otyła, ze smutną twarzą i podkreślonymi mocno czarnym ołówkiem brwiami i startym już nieco perłowym-różem na ustach. Założyła ręce jedna na drugą na wydatnym brzuchu i patrzy w jeden punkt na ścianie. Słucha córki. Co i rusz dodaje: O ile nie odejdę wcześniej. Nie mam siły zupełnie.

Prawie dwie godziny zostawione przeze mnie w świecie poczekalni państwowej przychodni. Wszystko po to, by odbyć krótką wizytę u niezbyt miłego lekarza. Jestem pewna: to, co wewnętrznie może wzbogacić, dzieje się przed gabinetem.

wtorek, 3 listopada 2015

Spojrzenie Dziadka

Siedzi przy stole. Milczy. Delikatnie przechyla na bok głowę. Duże, silne, spracowane dłonie kładzie na chwilę na białym obrusie, tuż obok talerza. Za chwilę wolno je podnosi i zaplata palce obu dłoni w koszyczek, opiera je na wydatnym wystającym brzuchu, na którym opina się oliwkowozielony sweter. Obserwuje. Mimo iż w uchu ma aparat słuchowy, jak sam mówi, gdy otacza go tyle osób, gdy wokół głowy krąży tyle słów i dźwięków zbijających się w buczące roje – trudno mu się odnaleźć. 

Nie jest w stanie zrozumieć wszystkiego, ma w uszach szum i nie dającą się rozgryźć na czynniki pierwsze kakofonię. Nie chce krzyczeć, chyba nie chce by do niego krzyczano, dlatego jest milczącym uczestnikiem rodzinnego spotkania. Siedzi na skraju długiego stołu, jest w stanie w tej swojej wewnętrznej ciszy przyglądać się kolejno twarzom najbliższych.

Zerkam na Niego ukradkiem, bo siedzę dokładnie naprzeciwko. Widzę wyraźnie Jego okrągłą twarz z siecią zmarszczek oraz jego niebieskie, duże, wypukłe oczy, które przez niemal już 90 lat życia widziały niejedno. Tuż po wojnie patrzyły na zrównany z ziemią rodzinny dom, na leje po bombach na podwórku gospodarstwa, przez które przeszedł front, na pozostawioną ruinę i beznadzieję. Czy wtedy płakał? Czy bał się zaczynania wszystkiego od zera? 

Siedzi teraz w domu wybudowanym wiele lat temu własnymi rękami – tymi dłońmi ułożonymi na białym obrusie. Dom stoi twardo, a w czasie ostatniego gruntownego remontu spomiędzy zrywanych desek podłogowych wyleciało kilka dawnych, zagubionych miedziaków, które poturlały się kiedyś po drewnianej podłodze i ukryły na dziesiątki lat w ciemnościach podłogowych szpar. Takie małe, brzęczące wspomnienia przeszłości.

Ile te ściany słyszały rozmów, ilu spotkaniom w różnych rodzinnych konfiguracjach towarzyszyły. Widziały także ostatnie pożegnanie jego własnej żony. Słyszały żałobne modlitwy i odmawiane różańce, zapach gromnic przy trumnie. Próg tego domu żegnał swoją gospodynię. Za szybko. Tak jej brakuje.

Dziadek rozgląda się po pokoju. Patrzy na twarze dorosłych już swoich dzieci, które jak by nie liczyć albo już są albo zaraz będą w wieku emerytalnym. Na ich małżonków. Cztery śluby, cztery porządne wesela. Trzech synów i córka. Kiedy to było? Potem liczne chrzciny, bo na świecie pojawiło się kolejno 11 wnucząt (8 chłopaków i 3 dziewczyny).  Ani się nie obejrzał, a właśnie te małe dzieciaki wydoroślały i zapraszają na swoje śluby. Układają sobie życie. Kolejne młode kobiety krzątają się w tym domu pomagając w nakrywaniu stołu do rodzinnego obiadu.

Patrzę na tego starego już mężczyznę, który został moim Dziadkiem, gdy K. stał się moim mężem. Jedyny dziadek jakiego mam, który może mnie uściskać mocno na powitanie, który odwzajemni mój uśmiech i całym sobą sprawia, że czuję się wnuczką – choć tak naprawdę wcale się nie znamy. 

Jest coś takiego w jego błękitnym spojrzeniu co mnie porusza. Tropiłam to „coś” wczoraj, gdy się widzieliśmy. Jest w nim na pewno rodzaj zadumy. Na takim rodzinnym zjeździe widzi jak w soczewce upływający czas i swoje życie. Czy to jest trudne? Czy boli? Czy daje spełnienie?

Po obiedzie przeniósł się z krzesła na fotel, strategiczne, wygodne miejsce do obserwacji. I w ciszy wodził oczami za malutkimi postaciami bawiącymi się w chowanego. Tupot małych stóp raz w jedną raz w drugą stronę. To jego najstarsze, choć ciągle bardzo niewielkie prawnuki. Nagle jeden ukrył się za fotelem, na którym siedział, ufając chyba, że duża postać Dziadka może być przeszkodą w poszukiwaniach. Drugi, mniejszy stanął nieporadnie na środku pokoju. Rozłożył rączki w geście bezradności: Nie ma. Gdzie jest? Gdzie? Jest? Czarne jak węgle oczy uważnie patrzyły wokoło. Zatrzymały się na twarzy Dziadka szukając ratunku.

A On z taką piękną czułością w tych swoich niebieskich oczach, w których ożyły małe błyszczące, szkliste ogniki – wyciągnął palec wskazujący i uśmiechając się filuternie pokazał bezbłędny kierunek poszukiwań.  Za chwilę rozległy się piski, a wokół Dziadka zakotłowało się od dziecięcego śmiechu. On też się serdecznie śmiał, ze zmrużonymi oczyma i trzęsącym się brzuchem. Czas się zatrzymał. Tak prosta radość. Niech trwa jak najdłużej.

piątek, 30 października 2015

Inne miasto

To znowu ten specjalny czas w ciągu roku. Okolice Wszystkich Świętych i dnia Zadusznego. Ożywają wtedy całe miasta, na co dzień ukryte cicho za otaczającymi je murami. Cmentarne bramy, w które wlewają się potoki żyjących, przemieszczające się następnie tłumnie arteriami alei, namierzające znane adresy, kwartały, rzędy, groby. Bo ten czas to odwiedziny. Pojawiamy się tu właśnie po to. Przyzywani zapewne różnymi motywacjami, czy to tradycją, silną wewnętrzną potrzebą czy też wspomnieniami o tych najbliższych i formą uczczenia ich pamięci. Wędrujemy by przywoływać tych już nieobecnych i znajdować swoje własne miejsce w rodzinnej historii, oswajać odchodzenie, które stanie się także naszym udziałem.

Lubię ten czas. Ale stał się dla mnie specjalny i ważny dopiero w momencie, w którym udało mi się sprawić, iż to ja wyznaczam tempo tych cmentarnych odwiedzin i pielęgnuję w sobie radość tych spotkań, na które się wybieram. Świadomie uciekam w boczne alejki, by nie być wciągniętą w wir spieszących się ludzi, prących do przodu. Będąc tu potrzebuję spokoju.

Dzisiaj od rana była piękna pogoda. Cudowna jesień – błękit nieba i słońce, żółte liście, czerwone liście, brązowe – sypiące się z drzew, przykrywające groby i aleje misternymi kobiercami. Razem z K. przemieszaliśmy niespiesznie Cmentarz Bródzieński, ciesząc się tym czasem. Bo tak piękne jest to, że idziemy w te odwiedziny razem – tak robiliśmy zawsze. Moi zmarli są jego, a jego też moi – także ci wszyscy, których nie mieliśmy jak poznać osobiście. Ci zaś, którym w ostatnich latach towarzyszyliśmy w odchodzeniu i których odprowadziliśmy do grobu razem - są nasi jeszcze bardziej i silniej.

Patrzę z boku, patrzę w siebie, odkopuję w pamięci twarze – te na które miałam okazję patrzeć i te znane mi tylko z rodzinnych zdjęć w albumach, wyciągam niteczki wspomnień, rodzinnych opowieści, obrazy często z dzieciństwa, strzępki zapamiętanych sytuacji, czy miejsc. Nieobecni odwiedzani dzięki temu ożywają - wracają w myślach. Są. 

Inga Iwasiów w świetnej książce „Umarł mi. Notatnik żałoby” napisała: pradziadek może nabrać znaczenia  w naszym życiu, jeśli go sobie opowiemy. Inaczej nic z tego (…) Bez opowieści będzie obcym, odległym facetem. Natomiast jego dawne decyzje mogą przesunąć nas w przestrzeni, odebrać nam coś lub podarować. Ktoś obcy wpływa na mnie. Poza tym liczy się obecność, żywy przekaz, dotyk. Jesteśmy rodziną, bo spędzamy ze sobą część życia. Przodków możemy adoptować (s.94).

Opowiadamy sobie bliskich zmarłych. Pielęgnujemy to. Razem z K. na kolejnych cmentarzach, zgarniając liście, myjąc pomniki, przecierając tablice, zapalając znicze, układając w wazonie gałązki ostrokrzewu i chryzantem. Można robić to z czułością. Jesteśmy tam z uśmiechem. Dla Nich.

poniedziałek, 15 czerwca 2015

Czytanie

Drewniana mozaika podłogowa, którą dotykają małe, nagie dziecięce stopy. Słychać szybkie, drobne kroczki, przemierzające korytarz, a w półmroku wnętrza widać energiczny gest podciągania nieco za luźnych spodni od kolorowej, bawełnianej piżamy w krokodyle. Trasa prowadząca z łazienki do dziecinnego pokoju przebyta zostaje w tempie ekspresowym i zwieńczona jest tanecznym piruetem na zakręcie tuż przed wejściem do pokoju. Mała B. wykona ze śmiechem jakąś wyuczoną na zajęciach rytmiki baletową pozę, a Malutka T. chce ją naśladować, ale tak się spieszy, że zamiast artystycznego obrotu wychodzi jej nieco komiczne hamowanie tuż przed wejściem do pokoju. 

Teraz, gdy razem stajemy przy dużym rozłożonym łóżku, na którym obecnie śpią razem dziewczynki – i mają  tu swoje wydzielone dwa, siostrzane królestwa zajmujące ze ¾ ich pokoju - padają zwykle zdania, które mnie zawsze wzruszają i rozbrajają i które powtarzają się za każdym razem gdy u nich wieczorem jestem, a odczytuję je jako swego rodzaju zaszczyt.  Przy każdej niemal wizycie w tym domu staję się bowiem Ciocią od kąpania i od czytania na dobranoc. Taka tradycja, którą z radością kultywuję.

- Ciociusiu, przeczytasz nam bajkę? – To Mała B. patrzy na mnie z nadzieją odgarniając spadające na oczy rozpuszczone już coraz dłuższe włosy. - Ciocia! Poczytasz, ale poczytasz? – To z kolei Malutka T., która po tych słowach patrzy mi prosto w oczy i zabawnie przekrzywia swoją blond głowę. I nie czekając jeszcze na moją odpowiedź, staje na palcach tuż przy niskiej szafce i zaczyna wybierać książeczki z ułożonego na niej stosu. Tak się najczęściej składa, że to co ją interesuje znajduje się na samym dole. Wykonuje więc nieco karkołomne ruchy, siłuje się z książkami i najczęściej patrzy na mnie błagalnie licząc na jakiś szybki ratunek. Bo przecież: Ciociu! Ja chcę "Tupcia Chrupcia" i "Kopciuszka" i to, i jeszcze to. To będzie dla B., a to dla mnie, dobrze? Przeczytasz?

Gdy w moje ręce trafiają cenne lektury, dziewczynki gramolą się do łóżka. Leżą obok siebie. Każda poprawia swoją poduszkę i opatula się swoją małą kołdrą. Przekręcają się kilkakrotnie z boku na bok, wystawiają spod kołdry raz jedną nogę, raz drugą, a małe stopy zwiedzają różne strony prześcieradła. Siostry wiercą się chwilę, usiłując znaleźć najwygodniejszą pozycję, jeszcze odpinanie z włosów jakieś zapomnianej spinki, jeszcze rozplecenie warkocza, bo jednak przeszkadza. I jest cisza. Zastygają ,czekają i zerkają na mnie.

A ja klękam na podłodze, opieram się łokciami na łóżku między ich głowami. Trzymam otwartą książkę przed sobą, tak, że obydwie dobrze widzą jej strony. I zaczynam czytać.

Obojętnie jak prosta to byłaby historia, staram się z niej wydobyć emocje. Uwielbiam przenosić się w ten dziecięcy czas, w te opisane w bajce historie  i sytuacje. To nie jest normalne czytanie. Daję się ponieść radości tego wspólnego czasu. Każdy z bohaterów ma swój głos, pukanie do drzwi jest pukaniem, a szept szeptem. Jest groźna królowa,  gardzące Kopciuszkiem przyrodnie siostry, jest jęk strachu i westchnienie ulgi. 

Obserwuję dziewczynki.  Mała B. zwykle uważnie patrzy na kolejne strony, gdy się da, próbuje łączyć literki i wydobywać z nich kształtne słowa. Uśmiecha się delikatnie, kiwa głową, zerka na Malutką T. ze wzruszającą pobłażliwością starszej siostry. Ona przecież jest starsza, wie więcej, coraz bardziej rozumie, że trzymając książkę i czytając ją dalej i dalej, wchodzimy do innej, specjalnej i niepowtarzalnej przestrzeni. Z której możemy wyjść w każdej chwili, by zapaść w prawdziwy sen. Co Mała B. robi nader szybko i skutecznie.

Za to Malutka T. wpada całą sobą w bajkowy świat. Po kilku minutach słuchania na leżąco i pokazywania palcem na obrazki, dokańczania nieraz i całych zdań, które właśnie wypowiadam, a które ona zna już na pamięć, T. gramoli się spod kołdry i siada na łóżku. Uwielbiam na nią wtedy spoglądać. Widzę jej profil. Patrzy z ogromną uwagą na książkę i kolejne ilustracje. Każda modulacja mojego głosu wywołuje na jej twarzy przejecie, marszczy brwi, mruży oczy, otwiera delikatnie usta. Odwraca wtedy głowę w moją stronę i patrzy na mnie bardzo uważnie. A w tym jej spojrzeniu jest jednocześnie zadziwienie, ogromne przejęcie i pełno zachwytu. Jest wszystko. Na łóżku siedzi po turecku mała dziewczynka, w kolorowej piżamie w krokodyle i przeżywa to, co czytam każdą częścią siebie.

Gdy przewracam ostatnią kartkę patrzy na mnie ze smutkiem i nadzieją mówiąc: Ciocia Hania, jeszcze, jeszcze, jeszcze jedną poczytaj…