Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą lato. Pokaż wszystkie posty

piątek, 13 lipca 2018

Małe szczęścia

Nie daliśmy się przelotnym deszczom i mżawkom. Zachwycaliśmy się odcieniami szarości nieba i goniącymi się chmurami. Plaża, wydmy, ścieżka zieloną groblą. Zapach wilgoci. A na koniec dnia garść pastelowych kolorów nad morskim horyzontem. Małe szczęścia.







czwartek, 12 lipca 2018

Ostatni plażowicze

Chwytamy garściami kolejne urlopowe nadmorskie dni. Z całym pogodowym bogactwem, które ze sobą niosą. Bo nad polskim morzem nie należy nastawiać się na pogodę jak drut, gdyż zawód może być zbyt bolesny. Zatem każdy dzień u nas toczy się, rozpędza i rozkwita sam.

Cieszymy się sobą, chwilą, tym co nas otacza. Oderwani od warszawskiej, domowo-pracowej codzienności naznaczonej dziesiątkami spraw do załatwienia i zrobienia, wyhamowujemy, próbujemy, na ile to możliwe, złapać dystans do siebie, do świata, odciąć plątaniny myśli kłębiące się w głowach i sięgające swoimi nitkami Warszawy, albo przynajmniej je nieco rozplątać, uładzić oraz nawinąć w głowie na nowe, bardziej ułożone szpulki. Zatrzymać się. Rozejrzeć jeszcze bardziej i mocniej. 

Wakacje nad morzem dają nam właśnie taki oddech. 

Dzisiaj wyspani wywędrowaliśmy na plażę. Zawsze idziemy dalej, na ubocze, by chłonąć wszechobecny szum. By zostawić gdzieś w tyle tłok i gwar. Szliśmy brzegiem morza ciesząc się chłodnymi falami oblewającymi nam nagie stopy i tysiącami, dziesiątkami tysięcy małych i większych kamyków, które w tym roku ze zdwojoną siłą wykwitły na całej długiej połaci wybrzeża.

Jak często chodzimy boso? Tak by poczuć chłód zimnego, mokrego piasku, jego zmieniające się faktury, syknąć cicho stąpając po mokrych, czasami kłujących niespodziewanie wyplutych przez morze otoczakach? A potem czuć gorący, suchy piasek przyklejający się do mokrych stóp, gdy przemieszczamy się pod wydmy by tam się rozłożyć na nadchodzące godziny plażowania. Wiatr i szum zagłusza nasze głosy.

A ja idąc zastanawiam się czy Mała Istota, która rośnie we mnie i po raz pierwszy spędza z nami wakacje jest w stanie także usłyszeć ten szum i czy może go już teraz polubić tak jak ja? Może odgłos ten wlewa się we mnie i przesącza się kojąco przez całe ciało?

Rok temu zaopatrzyliśmy się w rozkładający się w kilka sekund lekki namiocik, który stał się od razu idealnym elementem naszego plażowo-parawanowego królestwa. Mamy nasz nadmorski biwak, miejsce nasłonecznione, osłonięte od wiatru parawanem albo kryjówkę namiotową przed słońcem, wiatrem czy przelotnym deszczem. Kryjówkę z widokiem na morze. Małe, tymczasowe mieszkanie. 

Dzisiejsza pogoda najpierw wietrzna i słoneczna. Błękit nad nami, usiany białymi obłoczkami.



    

Szumiący czas patrzenia w niebo na pogoń chmurek. Bezczas. A potem coraz wyraźniejsze szare chmury, cały skotłowany chmurzasty front sunący powoli w naszą stronę. Obserwowaliśmy kolejno znikające wokół nas parawany, plaża z minuty na minutę pustoszała coraz bardziej. Szarość przysuwała się z oddali, stopniowo, krok po kroku nad nasze głowy, unieruchomiła słońce, oplotła je całkiem. Ucichł wiejący do tej pory wiatr. Czas przed deszczem.

Zapakowaliśmy się ze wszystkimi rzeczami do namiotu i wystawiliśmy z niego głowy. Gonitwa chmur, blisko nad wodą. Spadły na świat pierwsze krople deszczu. Coraz silniej i silniej. A my zamknięci w naszym suchym królestwie - namiocie, przytuleni słuchaliśmy z przyjemnością tego kroplowego łomotania. Nie mamy dokąd się spieszyć. Po co składać w deszczu namiot. Poczekamy, może przejdzie. Co jakiś czas odsuwaliśmy suwak dzielący nas od zapadanej, pustej plaży. Szare chmury z naszej lewej strony wędrowały powoli, jakby łagodniały, rozmywały się nieco w mżawkową mgiełkę, z prawej za to pojawiał się delikatnie na horyzoncie rozświetlony paseczek jasnobłękitnego nieba. 


Czekaliśmy. A czekając czytaliśmy. Popadliśmy w bezczas i wchłonęły nas inne światy. Szelest przewracanych książkowych stron i stukot deszczowych kropli łomoczących z różnym natężeniem i otaczających nas ze wszystkich stron. Trochę głodu. Wyciąganie zapasów z plecaków. Krojenie scyzorykiem drożdżowej bułki z żurawiną na serwetce w kolorową kratkę, popijanie jej gorącą herbatą z termosu. Czy czegoś nam brakuje? Można spojrzeć sobie w kochane oczy, dotknąć czule. Świat jest tu gdzie my. Teraz. 

Po kilku godzinach namiotowego trwania przestaliśmy słyszeć krople deszczu. Otworzyliśmy namiot. Wystawiliśmy głowy. Mokry piasek usiany dołkami od kropel. Zimny. Wystarczył krok by zburzyć jego podeszczową strukturę, spod mokrej, ciemniejszej skorupki wysypywał się suchy jasny piasek. Zza chmur nieoczekiwane przebłyski słońca wdzierające się w dalej trwającą na świecie podeszczową szarość. Migotanie wody. Blask. Otrzepaliśmy namiot z małych kropelek, wysychał szybko owiewany wiatrem.

Na plaży byliśmy jedyni. My i nasz namiot, oraz suszący się parawan w biało-granatowe pasy. Wyglądające zapewne z daleka jak baza plażowych szaleńców. Wszędzie wilgoć, zapach deszczu i taka świeżość wszechogarniająca. 



Wracaliśmy plażą w promieniach późnopopołudniowego słońca, które odprowadzało nas przebijając się przez ciągle szare chmury wiszące nad wodą. Blask i migotanie. Towarzyszyły nam dwa małe ptaszki z cienkimi, długimi czarnymi nóżkami i długimi dziobami, wyglądające jak takie kulki na patyczkach. Biegły tuż obok nas na skraju wylewających się na brzeg fal, jeden za drugim i robiły to tak zabawnie, że co chwilę wybuchaliśmy niepohamowanym śmiechem. Jak kreskówkowe postacie, których sztywne nóżki wydawały się, że są w tym biegu dużo szybsze od zawieszonych na nich pierzastych, nakrapianych kulkowych ciałek.

Tyle piękna dookoła. Wewnętrzna radość. Głęboki oddech. Wdzięczność.

poniedziałek, 31 lipca 2017

Można


Wymarzyliśmy sobie siebie nad morzem. Takie wakacje bałtyckie. Wiemy już, że rzuceni w tłok i gwar nadmorskiej miejscowości w pełni sezonu potrafimy odnaleźć sobie w nim swoje ścieżki prowadzące nas do wyciszenia i spokoju. Warunek jest jeden - zaakceptowanie każdego dnia z bogactwem aury, który on ze sobą niesie, a co za tym idzie zapomnienie o nadmorskim ideale wakacji pełnych błękitnego nieba, ciepła i słońca każdego dnia. Bez tego można się zasmucić, zapłakać i z jednym wielkim rozczarowaniem dotrwać do końca cennego urlopu.

Można iść nad morze w całkiem szary dzień, w którym niebo od samego rana jest zasnute po horyzont grubym kocem utkanym z chmur, schować do plecaka buty, podwinąć nogawki spodni i maszerować boso wzdłuż brzegu, pod stopami czuć różne faktury piasku, chłód morskich fal. Wiatr targający włosy, uspokajający szum. A potem śledzić pojawiające się gdzieniegdzie nagle na niebie niebieskie łatki jak okienka do ponadchmurnego świata, w którym mieszka słońce.


Można w piękne, słoneczne przedpołudnie przedrzeć się przez natłok i ścisk ludzkich ciał i kolorowych parawanów okupujących główne wejścia nad plażę; uciec dalej w pustkę plaży, rozłożyć się wygodnie, zadomowić, leżeć na plecach i patrzeć co jakiś czas na ten błękit nad głową, na białe chmurki pojawiające się to tu to tam, wyciszać chaos myśli. Popadać w stan błogi, z którego nagle wytrącają zimne pojedyncze krople dotykające wystawionej zza daszek półnamiotu nogi, padające coraz intensywniej, żłobiące w piasku miliony wgłębień. I można się zadziwić widząc nad głową niknące słońce zasłaniane jak jakaś kotarą warstwą ciemnoszarych chmur, które pojawiły się nie wiadomo skąd. Wdychać zapach letniego deszczu. Można skulić się pod daszkiem, czy w namiocie czekając, aż deszcz przejdzie, zatopić się w dobrej książce i co jakiś czas zerkać z ciekawością nie tracąc nadziei na to co będzie się działo na niebie. Na walkę wiatru i chmur. Przepychanki. I tak bardzo ucieszyć się, gdy wygra wiatr i przegna wał deszczowych chmur i w prezencie podaruje wszystkim znowu błękit i promienie słońca. Wszystko jest możliwe. A wtedy jeden dzień jakby się cudownie rozmnażał i zyskiwał drugi wschód słońca.

Może też okazać się, że mimo szarości i deszczu na koniec dnia będzie nad linią horyzontu czerwono-różowy zachód słońca.



Można zachwycać się oglądając kształty chmur. Mnie rozczulają zawsze pierzaste obłoczki, jak wata cukrowa, czy bita śmietana - takie na wyciągnięcie ręki. Można się z nimi ścigać biegnąc brzegiem morza. Bose stopy rozbryzgujące wodę, tyle faktur piasku, obłe kamyki, różne temperatury powietrza dotykającego spoconą skórę, wyrównywanie oddechu i taka czysta, niczym nieskrępowana radość i wdzięczność, że mogę tu być.





poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Fala za falą

Gdy jakiś czas temu – wcale nie odległy - myśleliśmy nieśmiało o naszych wakacjach i zamykaliśmy oczy, by zobaczyć gdzie się przenosimy pod powiekami – co wiemy już, że jest najlepszym barometrem marzeń o wypoczynku – i ja i K. czuliśmy powiew morskiego wiatru i piasek pod stopami. Decyzja zapadła. Jedziemy nad morze. 




Ileż radości może wyzwolić znalezienie się na plaży. Pobiegliśmy na nią późnym popołudniem tuż po przyjeździe. Buty i skarpetki powędrowały do plecaków, nogawki spodni podwinięte czym prędzej, by biec, biec ile sił po chłodnym już piasku prosto na brzeg, by poczuć zimny dotyk bałtyciej fali na bosej stopie. A potem by iść dalej i dalej brzegiem morza, pozwalać chłodnemu wiatrowi targać włosy, zachwycać się niebem, ciepłym, pomarańczowym światłem zachodzącego powoli słońca. Patrzeć na wędrujące razem z nami kłębiaste chmury, na czochrane dotykiem wiatru wydmowe trawy, usłyszeć nawoływanie mew. Tyle obłych kamyków pod stopami, tyle faktur piasku. Gładkie patyki wyplute przez fale. Życie plaży, życie morza, życie wydm.




O tej porze pusta plaża. Tylko my z naszym życiem przywiezionym tu, by odetchnąć, naprawić się, zatrzymać się na ten czas i w nawias wziąć całe warszawskie życie. By pobyć w tym miejscu równomiernie szumiącym, kojącym wszelkie wewnętrzne chaosy.

Biegliśmy brzegiem rozpryskując stopami morską wodę. Rozpierająca energia, nowe siły, zachwyt nad tym co dane, tak ogromna, rozpierająca wręcz wdzięczność. Piękna modlitwa.



Patrzyłam na ślady stóp które K. zostawił na piasku, biegnąc przede mną. Co chwilę porywane wielkimi kęsami przez kolejne fale - znikały.  
Od razu zaczęłam pod nosem nucić piosenkę:

Przypływ, odpływ, fala za falą
Wieczną mantrę morze nuci
Przypływ, odpływ, oddech czasu
Co odeszło kiedyś wróci

Jesteś, jestem. Ślady na piasku
Trwają po nas tylko chwilę
Mijasz, mijam. Przypływ, odpływ
Tylko tyle i aż tyle

/płyta „Upojenie” A.M. Jopek, muzyka: Pat Metheny, sł. Magda Czapińska/






piątek, 1 sierpnia 2014

Jedna sierpniowa minuta

Dzisiejszą minutę ciszy w godzinie „W” spędziliśmy stojąc na pomoście i wpatrując się w spokojną toń jeziora Ryńskiego. Czekaliśmy na 17.00 zerkając na zegarek, by się nie spóźnić, by jak co roku zatrzymać się i przenieść w czasie, ogarnąć pamięcią ludzi, miasto i czas sprzed 70 już lat. Nagle tu w mazurskim Rynie dźwięk kościelnych dzwonów i wyjąca syrena alarmowa połączyły nas z zatrzymanym życiem Warszawy.
Jezioro Ryńskie 

Patrzyłam na jezioro, w którym odbijało się szare, pochmurne niebo, potem zamknęłam  oczy by w sobie czuć rozpacz, strach i ból Powstania. W mojej głowie goniły się obrazy z dokumentalnego filmu o Powstaniu, który obejrzeliśmy przedwczoraj.

Patrzyłam na te filmowe dramatyczne sceny walczącej Warszawy, uciekających ludzi niosących na plecach to co, na szybko mogli zapakować w tobołek – całe swoje życie, na rannych, sanitariuszki, na zabitych, na usypane na podwórkach kamienic groby, na lasy drewnianych prostych krzyży, na zawalone kamienice, zniszczone ulice, na barykady, codzienne życie powstańcze, które jak w najgorszym koszmarze wydłużyło się do 63 dni....

I całe moje ja nie chciało wierzyć, że to co stawało przed moimi oczami, było prawdą, ale rozum sprowadzał na ziemię przypominając,  że właśnie tam, w tym mieście sprzed 70 lat były także dwie siostry: 23-letnia wówczas Marysia (która stała się moją Babcią) i 21-letnia Basia oraz ich bliższa i dalsza rodzina. Była także rodzina mojego dziadka Henryka (późniejszego męża Marysi). Działo się to naprawdę. 

Tyle ludzkich losów, tyle myśli, tyle strachu, dramatów, bólu i uczyć, których nie da się opowiedzieć. Jak oni potrafili po tym wszystkim żyć? Po tym koszmarze, który zapewne powracał u nich do końca życia,  uczucia nie do wyrażenia, nie do ujęcia w słowa i nie do przekazania w opowieściach. 

Kiedyś wspólnie z K., gdy siedzieliśmy u Babci Marysi w zacisznym pokoju popijając herbatę, sprowadziliśmy ją na chwilę na wojenne, powstańcze ścieżki. Zaczęła opowiadać.

I oto jeden z dwóch dramatów, okruchów, które potrafiła ubrać w słowa. W czasie powstania przebywała na Grochowie, pomagała nieco jako łącznika, jednym z jej zadań miało być przeniesienie w torebce pistoletu. Miała go przenieść gdzieś z okolicy Dworca Wileńskiego w stronę Wisły. Szła dzielnie omijając gruzy, ale gdy potknęła się prawie o martwe ciało jakiegoś przechodnia, leżącego przy okrągłym ogłoszeniowym słupie, a potem zobaczyła idący z daleka niemiecki patrol zdecydowała, że torebka jej za bardzo ciąży. Szczerze przyznała, że bała się tak bardzo, że ją dyskretnie wyrzuciła. Nie mówiła jak skończyła się dalej ta konspiracyjna historia, ale czy to ważne? Próbowałam sobie wyobrazić jej strach, jej panikę. 

A to drugi przekazany dalej wojenny, powstańczy okruch.  Rodzina z Grochowa została przez Powstanie rozdzielona z rodziną mieszkającą na drugim brzegu Wisły – na Żoliborzu. Babcia opowiadała, że razem ze swoją siostrą Basią, zdecydowały się iść, już w styczniu 1945 roku po wyzwoleniu Warszawy odszukać po drugiej stronie rzeki swoją Babcię Klementynę, a w zasadzie jej grób. Teraz nie mogę o to już zapytać, ale podejrzewam, że chciały się z nią w ten sposób pożegnać i wiedzieć gdzie jest jej ciało. Czy znalazło wieczny odpoczynek w jednej z podwórkowych, ziemnych mogił, z krzyżem z patyków?

Najpewniej wiedziały już, że ich Babcia zwana czule „Klimcią” została zastrzelona  przez Niemców w bramie domu, w którym mieszkała, w momencie ewakuacji jego mieszkańców po upadku Powstania. Jej córki, z którymi była, nie mogły jej pomóc iść szybciej, a Ona sama miała jakieś problemy z chodzeniem, czy też chore biodro. Wszyscy byli wyganiani, popędzani, przestraszeni, a ona 80-letnia kobieta w długiej ciemnej sukni (bo w taką ponoć zawsze się ubierała) nie dawała rady, nie mogła iść tak szybko, nie była w stanie wykonać rzuconego po niemiecku rozkazu „Schnell”... Zrobiło się zapewne zamieszanie i padł jeden strzał, a może strzały. Domyślam się, że upadła na oczach swoich bliskich którzy nie mogli się zatrzymać jeżeli sami chcieli żyć, została sama umierając, w bramie... może słyszała jeszcze kroki biegnących dalej współlokatorów i pokrzykiwania żołnierzy, szloch córek. Potem cisza.

Cztery miesiące później jej dwie wnuczki zdecydowały się iść przez zamarzniętą mocno w styczniu Wisłę z Grochowa, aż na Żoliborz. Babcia opowiadała, że najgorsze było podejście pod górę od rzeki po stromym nadwiślańskim nabrzeżu w stronę Starego Miasta, czy tego co po nim zostało. Zziajane, spocone gramoliły się w górę brnąć w głębokim białym puchu. W pewnym momencie Babcia złapała się dla zachowania równowagi jakieś wystającej górki śniegu, chciała się podeprzeć.... spod białego śniegu wyłoniła się skostniała, lodowata ręka w mundurze... Pod śniegiem leżały ciała żołnierzy.... Odskoczyły i otrząsając się z dreszczy przyspieszyły kroku. 

Gdy udało im się dotrzeć na Żoliborz pod znany adres, gdy skręciły w bramę prowadzącą do wejścia i na podwórko natknęły się na leżące zamarznięte ciało w oszronionej długiej sukni...  Jak można opisać i przekazać taką rozpacz, kłujący ból, gorące łzy płynące po zmarzniętych młodych policzkach dwóch wnuczek, które w tym ciele odnajdują swoją ukochaną babcię Klimcię? Babcia Marysia powiedziała nam tylko tyle, że zdecydowały się ją pochować, nie pamiętała skąd i jak, ale wyciągnęły skądś stary, przypalony dywan, rozłożyły go na śniegu i wspólnymi siłami przeniosły na niego zamarznięte ciało. W pamięci wnuczki został za to dotyk włosów Klementyny opadających z jej martwej już od kilku miesięcy głowy... Zawinęły jej ciało w ten dywan i w jakiś sposób zasypały go tyle ile się dało nie zamarzniętą ziemią, może cegłami, by zostawić ją godniej pochowaną. 

Moja praprababcia Klementyna znalazła ostatecznie po jakimiś czasie swoje miejsce wiecznego spoczynku w jednej z kwater wolskiego cmentarza Powstańców Warszawy.

To właśnie dla niej, dla wszystkich moich bliskich oraz nieznanych mieszkańców Warszawy, którzy zginęli; dla tych wszystkich którzy przeżyli, ale tak jak niektórzy z mojej rodziny stracili swoje domy i nie mieli do czego wracać,  dla wszystkich którzy zaczynali po wojnie swoje życie od nowa, dla wszystkich zachowanych choć w okruchach wojennych i powstańczych opowieści, dla przeżyć i bólu których nie da się opowiedzieć i przekazać kolejnym pokoleniom. Właśnie dla nich zatrzymuję się na tę krótką chwilę, gdziekolwiek jestem 1 sierpnia.

czwartek, 31 lipca 2014

Rowerowa wolność

Po raz kolejny możemy mknąć rowerami po warmińskich drogach. Gdy myślałam w tym roku o urlopie, widziałam nas właśnie takich – pedałujących, zmęczonych, ale szczęśliwych. 

Wystarczy tylko wyjechać z Olszyna, znaleźć się na jego obrzeżach, a trafia się do krainy, w której czas płynie inaczej – przesącza się leniwie przez drogi, pola, wisi nad jeziorami, szumi w trawach. Ile taka jazda daje wolności i dziecięcej wprost radości. Przy pięknej, słonecznej pogodzie wszystko jest jeszcze spotęgowane. 
Zachwycam się więc nieustannie i jadę przed siebie, a przede mną lub obok mnie ukochany towarzysz tej rowerowej przygody. Różne drogi: asfaltowe, żwirowe, ubite, piaszczyste, leśne i polne jak w kalejdoskopie. Różne odgłosy tych powierzchni pod kołami rowerów - zgrzytające, szurające, szumiące czy głucho dudniące. 

Bogactwo dźwięków płynące z każdej strony. Trudne podjazdy pod wzniesienia i ogromna radość zjeżdżania w dół, pęd, wolność, chłód wiatru owiewającego całą mnie. Fale gorącego rozgrzanego powietrza i nagłe niespodziewane chłodne powiewy muskające skórę. Cudowne cieniste drogi wysadzane z dwóch stron starymi już drzewami, takie aleje prowadzące nas dalej i dalej, szpalery strażników pamiętających dawne czasy. Tyle zapachów: skoszonej trawy, wiejskich zagród, leśnych malin, wilgoci mchów, suchych leśnych igieł, stęchlizny zagrzanych przydrożnych rowów, żywicy sączącej się ze ściętego drzewa, wody jeziora, rozgrzanych łanów dojrzałych zbóż, kropli deszczu... 

Gdy tak mkniemy zmienność krajobrazów wydaje się wręcz niemożliwa. W jaki cudowny sposób mieści się to wszystko w tym warmińskim rejonie? Tyle uroczych, cichych i sennych wsi, przeżuwających powolnie trawę krów, drzew owocowych i spadających na drogę zielonych jabłek, Tyle miasteczek z ceglanymi kościołami, których wież można wypatrywać  już z daleka. Tyle pięknych, kolorowych kwiatów zerkających na nas zza sztachet płotów, tyle starych zabytkowych, drewnianych domów pamiętających wiele ludzkich historii. Jak nie zachwycać się tym bogactwem świata? A do tego jeszcze, gdy tylko jedziemy przez leśne dukty, migoczące na ziemi światło, jak przebłyski niezwykłych witraży tworzonych pod niebem przez gałęzie drzew.

I w tej naszej całodziennej wycieczce zawsze mamy boskich towarzyszy: przydrożne krzyże ozdobione lub zapomniane, Chrystusów z ułamanymi nogami lub zwisających jak ekwilibryści na jednej ręce, są i Maryje oplecione różańcem lub koralami, czasami tak zniszczone i pokiereszowane – jak  takie kapliczkowe męczennice, są i kapliczki z podwójnymi krzyżami, i poczwórnymi figurami Matki Boskiej – po jednej na każdą ze stron świata.

Zawsze mnie to porusza, zawsze się zatrzymam by zrobić zdjęcie i z ogromną radością podziękować Bogu za to wszystko, na co mogę patrzeć, za to poczucie wakacyjnego szczęścia, wyzwalającego we mnie miłość i czułość, którą zawiozę rowerem dalej. 


niedziela, 21 lipca 2013

Proste piękno


Siedzę w ogródku pod naszym szumiącym dębem Emkiem, odchylam głowę do tyłu i patrzę w błękit nieba. Ostatni dzień urlopu. Jutro powrót do pracującej rzeczywistości. Ale jestem bogatsza o wspomnienia, zostało we mnie głęboko w środku uczucie wolności i cudnego wakacyjnego nic-nie-muszenia. Oby udało się je pielęgnować jak najdłużej, by zmieniało perspektywę nie urlopowego życia. 

Bo wystarczy, że zamknę oczy i znowu mknę na rowerze jedną z warmińskich dróg. Ileż radości jest w takim jeżdżeniu. Ukochany K. mknie przede mną. W uszach świst wiatru, którego czuły dotyk czuję na twarzy. Ciepłe fale powietrza znad pół i łąk przetykane chłodniejszymi z lasów i znad jezior. To niesamowite, że w takim rowerowym pędzie z ogromu zapachów można wyłowić nagle intrygującą nutę - niteczkę słodkiego i ciepłego zapachu leśnych poziomek. 

Tyle jest piękna naokoło nas – tak prostego, na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko na chwilę zapomnieć trochę o sobie i chłonąć naturę całym ciałem. Dać się obezwładnić i otulić. Widoki, kolory, zapachy. Miliony źdźbeł zbóż tańczących w rytm powiewów wiatru, małe wzgórza, pojawiające się nagle srebrzyste, pomarszczone delikatnie jeziora, pola ozdobione najpiękniejszymi kwiatami, które w wazonie nigdy już nie wyglądają tak pięknie, łąki mające tyle odcieni zieleni, że aż wydaje się to niemożliwe, zapach wilgotnej ziemi i suchych sosnowych igieł, ogromne, ciepłe krople letniego deszczu spadające na twarz, piękne motyle, wszystkie odcienie ciepłych pomarańczów i żółci malowanych na niebie przez zachodzące słońce, plusk wody dotykającej deski pomostu. Wreszcie tyle mijanych wiosek rozsianych wśród pól, tyle domów pełnych czyjegoś życia. Małe kapliczki i krzyże przypominające o obecności Kogoś jeszcze. Bezkres, bezczas, radość tu i teraz. 

Życzę sobie z całych sił zachowania tego wszystkiego dalej pod powiekami. To daje radość.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Czereśniowo


Rwane prosto z drzewa, ciepłe od słońca, soczyste i dojrzałe czereśnie. Dotykają swoimi krągłościami chłodnej blaszanej miski. Odpoczywają w niej po swoim jakże intensywnym i szybkim dojrzewaniu. Kolejne warstwy pięknych owoców w misce.  I jest jeszcze łaskocząca zielona trawa pod bosymi stopami. Zapach  początku lata i szczęścia w rodzinnym domu.