Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą warszawa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Wspomnienie


Przeglądałam rodzinne dokumenty, próbując wyłowić z nich jakieś kolejne niteczki opowieści, z których upleść będzie można kolejny mały, stały i rozświetlony punkt na mapie wspomnień.  Trzymałam w ręku segregator z materiałami skrzętnie podzielonymi przez moją Mamę. Wyjęłam z koszulki plik dokumentów opisanych jako Ciocia Basia - tyle materialnie zostaje po czyimś życiu. Ocalone szkolne świadectwa, dyplomy ukończenia kursów, kilka zdjęć, jakieś pismo do urzędu, kilka kartek wyrwanych z kalendarza z zapisaną ołówkiem notatką o narodzinach lub śmierci. Włożone kiedyś do jakieś szuflady, nieme pamiątki istnienia.

Była wśród nich także mała, pożółkła już, gładka kartka złożona na czworo. Tekst pisany na maszynie, dwustronnie, dlatego pod palcami wyczuwałam wypukłości kolejnych rzędów równo wystukanych liter. Delikatnie rozłożyłam połowę papieru. Zobaczyłam zapisaną do połowy stronę a na dole miejsce i datę: Warszawa 24.VIII.1945 r.  Rozchyliłam papier i przewróciłam go na drugą stronę - Moje wspomnienia nagłówek podkreślony przerywaną linią. Siedem akapitów maszynopisu, w którym odczytuję teraz po tylu latach kłębiące się emocje: zakrzyżykowane błędne słowa i fragmenty zdań, literówki, czy mocniejsze akcenty w stawianych na końcu kolejnych zdań kropkach. Krzyczący tekst.

Moja Ciocia - Basia (siostra mojej Babci) w dniu, gdy wkręcała ten papier w wałek jakiejś maszyny miała 22 lata, wiem, że trzy lata wcześniej w 1942 roku kończyła  prywatny kurs pisania na maszynie na który uczęszczała w Al. Jerozolimskich 25.

Siedziała więc teraz gdzieś, przy jakimś stole, przed nią maszyna do pisania, pewnie milczała, szukała słów… W pewnej chwili podjęła decyzję, że zacznie uderzać w klawisze. Kolejne czcionki z impetem uderzały w papier nanosząc na niego słowa i zdania. Tworzyła się opowieść, wypływała z gonitwy myśli. Jak szybko pisała? Charakterystyczne stukanie przeplatało się ze zgrzytaniem wałka i przesuwaniem niżej linijek.

Oto głos tej młodej, pięknej dziewczyny układający się z maszynowych czcionek - oto fragmenty tego co czytam po ponad 70 latach:

“Rok temu w taki dzień jak dzisiejszy samoloty niemieckie bombardowały Warszawę (...) Na pięknym niebie nie widać było żadnej maleńkiej chmurki nawet tylko nam patrzącym z prawego brzegu Wisły widoczne były dymy, które od poprzedniego dnia unosiły się nad Warszawą, wzniecone przez bomby, pociski zapalające i tzw. “krowy” - broń na której wspomnienie, strach ponownie ogarnia mimo tego, że skończyło się to już bezpowrotnie.

Z Warszawy dolatywały  odgłosy nierównej walki - samobójczej wprost, ale cóż nikt karty już nie odmieni, powstanie zaczęte musi trwać do zwycięstwa lub do klęski. Przez głowę przesuwały się tysiące myśli - co robić: siedzieć bezczynnie tu i być tylko narażonym na łapanki, które Niemcy urządzają codziennie, czy nie lepiej znaleźć się tam i być tak bezbronnym, ginąć, ale mieć świadomość, że na coś, że życie moje nie było puste, bezcelowe, że przydało się na coś, że może bieg spraw potoczy się inaczej, jeśli ja tam będę - ale jak się dostać do Warszawy która stała się odległa i Wisła dzieli nas od niej jak gdyby tysiącami kilometrów, problem niestety nie do rozwiązania.


A w Warszawie znajdują się wszyscy moi najbliżsi: rodzina, znajomi i koledzy, z którymi 5 lat okupacji przeżyłam i który są mi bliscy jak rodzina moja, myśli kołatały się po głowie szukając wyjścia, ale bezcelowo. Przypuszczenia jedne po drugich nasuwały się co robią tam, a może nie żyją - przecież każda kula czy pocisk niesie śmierć. Modlitw brakowało z najgorętszymi prośbami do Boga - ocal ich, pomóż, pozwól zwyciężyć..


Każdy nowy dzień to koszmar - to dwadzieścia maszyn co godzina z nowym ładunkiem bomb, to nowe zniszczenia, nowa rozpacz i łzy niejednej matki czy żony. Samoloty te przy pięknej pogodzie widoczne są  jak na dłoni, co kilka chwil widoczne były odrywające się bomby przeważnie po trzy, widok bardzo ciekawy, ale jak straszny w skutkach.
….
Każdy dzień wydawał się bliższy celu, że może wkrótce już zobaczę i Warszawę i swoich.”


Czy gdy wykręciła tą kartę z wałka maszyny, od razu ją złożyła i schowała, a potem umieściła w jakichś dokumentach, w których to wystukane wspomnienie przeleżało tyle lat i mogę je trzymać w ręku? Czy z kimś się dzieliła tym, co napisała? 

Ciocia Basia zobaczyła Warszawę i swoich, choć już niestety nie wszystkich.

To dla niej i da wszystkich innych, którzy byli wtedy w Warszawie zatrzymuję się i milczę w godzinę W.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Ruchome schody

Gdy schodziłam w dół w ciepłe korytarze stacji metra, cała obsypana byłam świeżymi płatkami śniegu, które spadały z nieba na potęgę, oblepiając swoją bielą wszystko, co tylko się dało: każdą nawet najmniejszą gałązkę drzewa, każdy wiszący na słupie drut, każdą szczelinę w sztachetach płotów, czy oczko w ogrodzeniowych siatkach. Świat, który zostawiałam dzisiaj na powierzchni był zupełnie innym światem, przykrytym szczelnie puchatą bielą rozjaśniającą łagodnie i tajemniczo mrok styczniowego wieczoru.

Patrzyłam jak z każdym stopniem zbliżającym mnie do peronu znikają płatki przyczepione do mojej kurtki. Przepadały na zawsze, zostawiały swój ostatni śnieżny oddech na czarnym materiale.

Wysiadłam z gorącego wagonu metra na stacji Centrum. Wysypałam się z niego razem z tłumem ludzi przemieszczających się tą trasą w godzinach szczytu. Zawsze w takich momentach, gdy otacza mnie nagle tyle ruchomych ludzkich, nieznanych mi istnień, czuję się zagubiona i jakby nie do końca obecna. Obieram spokojnie pożądany kierunek, idę, a wokół mnie wszystko gna, wszyscy pędzą w różne strony, intensywnie, jak w przyspieszonym filmie i wydaje mi się, że tylko ja zachowuję normalne tempo życia. Podziemne odrealnienie.

Zwykle zostaję wylana wraz z całym tym tętniącym istnieniami peronowym życiem na ruchome schody jadące na powierzchnię oswojonego świata. Najczęściej bez wahania decyduję się iść szybko na górę korzystając z wolnego miejsca zostawionego po lewej stronie schodów, bo nie chcę czekać, chcę się uwolnić z metrowych podziemi. Miarowo stopień po stopniu jadę-idę na górę. 

Dzisiaj jednak zrobiłam inaczej. Stanęłam po prawej stronie jadących w górę stopni i dałam się im zabrać w niespieszną podróż. Wystarczyła chwila i zaczęłam śledzić wzrokiem to co działo się po mojej lewej stronie. Patrzyłam na tych, którzy schodami zjeżdżają w dół. Schody turkotały miarowo, ludzkie głosy mieszały się w nic nie znaczący szmer. Zatrzymał mi się czas. A przed moimi oczami, jak na wystawie, jak w jakieś ruchomej szopce przesuwali się nieznani mi ludzie. Spoglądałam na nich jakby przez szybę, podglądałam ich mimowolnie przez te kilka sekund gdy znaleźliśmy się tuż obok siebie, na równym poziomie schodów.

Starsza Pani w berecie, trzymająca - przez grube rękawiczki - na wysokości brzucha uszko kraciastej siatki. Mężczyzna w rozpiętym płaszczu spod którego wystawał garnitur, biała koszula, nonszalancko zarzucony szalik, telefon komórkowy przy uchu – coś komuś po drugiej stronie zacięcie tłumaczył. Staruszek z dużej brązowej czapce uszatce, na której futrze nad czołem, jeszcze żyło kilka śnieżnych płatków. Zarumieniony chłopak ze sportową torbą przerzuconą przez ramię. Młoda kobieta obejmująca stojącą przed nią, stopień niżej małą, kręcącą się dziewczynkę w pasiastej kolorowej czapce, spod której wystawał jasny warkocz. Dziewczyna z pomalowanymi mocno na czerwono ustami, zapatrzona w jakiś jeden punkt przed sobą i żująca energicznie gumę. Obrócona do siebie para - stykający się czołami i czule patrzący sobie w oczy. Chłopak w okularach zatopiony w lekturze książki o pokaźnych rozmiarach. Kobieta z kręconymi włosami przesuwająca szybko palcem wskazującym po dotykowym ekranie telefonu trzymanego w drugiej dłoni.

Tyle ludzkich historii. Takie bogactwo. Jak to jest, że nie spotkamy się zapewne nigdy więcej? Że mijamy się ot tak po prostu nie myśląc o sobie za wiele? Że nie zamienimy ze sobą nigdy ani słowa? Spotkanie na ułamek sekundy na schodach metra. Kilka wymienionych przypadkiem spojrzeń prosto w oczy. Kilka podarowanych uśmiechów. Koniec.

Na górze czekał na mnie biały, śnieżny, zimowy świat.

piątek, 1 sierpnia 2014

Jedna sierpniowa minuta

Dzisiejszą minutę ciszy w godzinie „W” spędziliśmy stojąc na pomoście i wpatrując się w spokojną toń jeziora Ryńskiego. Czekaliśmy na 17.00 zerkając na zegarek, by się nie spóźnić, by jak co roku zatrzymać się i przenieść w czasie, ogarnąć pamięcią ludzi, miasto i czas sprzed 70 już lat. Nagle tu w mazurskim Rynie dźwięk kościelnych dzwonów i wyjąca syrena alarmowa połączyły nas z zatrzymanym życiem Warszawy.
Jezioro Ryńskie 

Patrzyłam na jezioro, w którym odbijało się szare, pochmurne niebo, potem zamknęłam  oczy by w sobie czuć rozpacz, strach i ból Powstania. W mojej głowie goniły się obrazy z dokumentalnego filmu o Powstaniu, który obejrzeliśmy przedwczoraj.

Patrzyłam na te filmowe dramatyczne sceny walczącej Warszawy, uciekających ludzi niosących na plecach to co, na szybko mogli zapakować w tobołek – całe swoje życie, na rannych, sanitariuszki, na zabitych, na usypane na podwórkach kamienic groby, na lasy drewnianych prostych krzyży, na zawalone kamienice, zniszczone ulice, na barykady, codzienne życie powstańcze, które jak w najgorszym koszmarze wydłużyło się do 63 dni....

I całe moje ja nie chciało wierzyć, że to co stawało przed moimi oczami, było prawdą, ale rozum sprowadzał na ziemię przypominając,  że właśnie tam, w tym mieście sprzed 70 lat były także dwie siostry: 23-letnia wówczas Marysia (która stała się moją Babcią) i 21-letnia Basia oraz ich bliższa i dalsza rodzina. Była także rodzina mojego dziadka Henryka (późniejszego męża Marysi). Działo się to naprawdę. 

Tyle ludzkich losów, tyle myśli, tyle strachu, dramatów, bólu i uczyć, których nie da się opowiedzieć. Jak oni potrafili po tym wszystkim żyć? Po tym koszmarze, który zapewne powracał u nich do końca życia,  uczucia nie do wyrażenia, nie do ujęcia w słowa i nie do przekazania w opowieściach. 

Kiedyś wspólnie z K., gdy siedzieliśmy u Babci Marysi w zacisznym pokoju popijając herbatę, sprowadziliśmy ją na chwilę na wojenne, powstańcze ścieżki. Zaczęła opowiadać.

I oto jeden z dwóch dramatów, okruchów, które potrafiła ubrać w słowa. W czasie powstania przebywała na Grochowie, pomagała nieco jako łącznika, jednym z jej zadań miało być przeniesienie w torebce pistoletu. Miała go przenieść gdzieś z okolicy Dworca Wileńskiego w stronę Wisły. Szła dzielnie omijając gruzy, ale gdy potknęła się prawie o martwe ciało jakiegoś przechodnia, leżącego przy okrągłym ogłoszeniowym słupie, a potem zobaczyła idący z daleka niemiecki patrol zdecydowała, że torebka jej za bardzo ciąży. Szczerze przyznała, że bała się tak bardzo, że ją dyskretnie wyrzuciła. Nie mówiła jak skończyła się dalej ta konspiracyjna historia, ale czy to ważne? Próbowałam sobie wyobrazić jej strach, jej panikę. 

A to drugi przekazany dalej wojenny, powstańczy okruch.  Rodzina z Grochowa została przez Powstanie rozdzielona z rodziną mieszkającą na drugim brzegu Wisły – na Żoliborzu. Babcia opowiadała, że razem ze swoją siostrą Basią, zdecydowały się iść, już w styczniu 1945 roku po wyzwoleniu Warszawy odszukać po drugiej stronie rzeki swoją Babcię Klementynę, a w zasadzie jej grób. Teraz nie mogę o to już zapytać, ale podejrzewam, że chciały się z nią w ten sposób pożegnać i wiedzieć gdzie jest jej ciało. Czy znalazło wieczny odpoczynek w jednej z podwórkowych, ziemnych mogił, z krzyżem z patyków?

Najpewniej wiedziały już, że ich Babcia zwana czule „Klimcią” została zastrzelona  przez Niemców w bramie domu, w którym mieszkała, w momencie ewakuacji jego mieszkańców po upadku Powstania. Jej córki, z którymi była, nie mogły jej pomóc iść szybciej, a Ona sama miała jakieś problemy z chodzeniem, czy też chore biodro. Wszyscy byli wyganiani, popędzani, przestraszeni, a ona 80-letnia kobieta w długiej ciemnej sukni (bo w taką ponoć zawsze się ubierała) nie dawała rady, nie mogła iść tak szybko, nie była w stanie wykonać rzuconego po niemiecku rozkazu „Schnell”... Zrobiło się zapewne zamieszanie i padł jeden strzał, a może strzały. Domyślam się, że upadła na oczach swoich bliskich którzy nie mogli się zatrzymać jeżeli sami chcieli żyć, została sama umierając, w bramie... może słyszała jeszcze kroki biegnących dalej współlokatorów i pokrzykiwania żołnierzy, szloch córek. Potem cisza.

Cztery miesiące później jej dwie wnuczki zdecydowały się iść przez zamarzniętą mocno w styczniu Wisłę z Grochowa, aż na Żoliborz. Babcia opowiadała, że najgorsze było podejście pod górę od rzeki po stromym nadwiślańskim nabrzeżu w stronę Starego Miasta, czy tego co po nim zostało. Zziajane, spocone gramoliły się w górę brnąć w głębokim białym puchu. W pewnym momencie Babcia złapała się dla zachowania równowagi jakieś wystającej górki śniegu, chciała się podeprzeć.... spod białego śniegu wyłoniła się skostniała, lodowata ręka w mundurze... Pod śniegiem leżały ciała żołnierzy.... Odskoczyły i otrząsając się z dreszczy przyspieszyły kroku. 

Gdy udało im się dotrzeć na Żoliborz pod znany adres, gdy skręciły w bramę prowadzącą do wejścia i na podwórko natknęły się na leżące zamarznięte ciało w oszronionej długiej sukni...  Jak można opisać i przekazać taką rozpacz, kłujący ból, gorące łzy płynące po zmarzniętych młodych policzkach dwóch wnuczek, które w tym ciele odnajdują swoją ukochaną babcię Klimcię? Babcia Marysia powiedziała nam tylko tyle, że zdecydowały się ją pochować, nie pamiętała skąd i jak, ale wyciągnęły skądś stary, przypalony dywan, rozłożyły go na śniegu i wspólnymi siłami przeniosły na niego zamarznięte ciało. W pamięci wnuczki został za to dotyk włosów Klementyny opadających z jej martwej już od kilku miesięcy głowy... Zawinęły jej ciało w ten dywan i w jakiś sposób zasypały go tyle ile się dało nie zamarzniętą ziemią, może cegłami, by zostawić ją godniej pochowaną. 

Moja praprababcia Klementyna znalazła ostatecznie po jakimiś czasie swoje miejsce wiecznego spoczynku w jednej z kwater wolskiego cmentarza Powstańców Warszawy.

To właśnie dla niej, dla wszystkich moich bliskich oraz nieznanych mieszkańców Warszawy, którzy zginęli; dla tych wszystkich którzy przeżyli, ale tak jak niektórzy z mojej rodziny stracili swoje domy i nie mieli do czego wracać,  dla wszystkich którzy zaczynali po wojnie swoje życie od nowa, dla wszystkich zachowanych choć w okruchach wojennych i powstańczych opowieści, dla przeżyć i bólu których nie da się opowiedzieć i przekazać kolejnym pokoleniom. Właśnie dla nich zatrzymuję się na tę krótką chwilę, gdziekolwiek jestem 1 sierpnia.

niedziela, 24 stycznia 2010

Mieliśmy piękną filharmonię

W ramach Roku Chopinowskiego wybraliśmy się na koncert do Filharmonii Narodowej. Przepiękne Rondo à la Krakowiak w towarzystwie Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej wykonał młody, dwudziestoletni krakowianin, Marcin Koziak. Orkiestrą dyrygował Rosjanin, Aleksander Lazarev, a inny Rosjanin, Dimitri Alexeev, zagrał koncert fortepianowy Aleksandra Skriabina fis-mol. Niezwykłym i bardzo odmiennym od tego, co do tej pory znaliśmy, było wykonanie II Symfonii d-mol Siergieja Prokofiewa. Sto lat późniejsza od kompozycji Chopina muzyka okazała się zaskakująco inna, z zupełnie nowego muzycznego świata, o cechach tak zwanej muzyki maszynistycznej.

Przez cały koncert chodziła mi po głowie uporczywa myśl. Dotyczyła gmachu filharmonii. Coraz częściej spacerując po Warszawie mam wrażenie, że stąpam po gruzach niegdyś pięknej Stolicy. Coraz częściej wydaje mi się, że to, co widzę, jest jedynie marną prowizorką, ersatzem tego, co odeszło bezpowrotnie w niepamięć. To samo dotyczy właśnie filharmonii. Filharmonia Warszawska została wzniesiona w latach 1900-1901 według projektu Karola Kozłowksiego, który wzorował się na paryskiej Opéra Garnier. Budynek ten zdumiewał bogactwem rzeźb, popiersi, portretów i najrozmaitszych zdobień. Olśniewający efekt z zewnątrz dopełniał kopulasty dach, a w środku neogotyckie szatnie, wytworne foyer oraz niezwykle elegancka sala główna z wielkim plafonem - malowidłem Antoniego Strzałeckiego Życie muz na Olimpie.

Filharmonia Warszawska została spalona w czasie oblężenia miasta we wrześniu 1939 r. a podczas powstania warszawskiego uległa zbombardowaniu i znacznemu zniszczeniu. Po wojnie można ją było jeszcze uratować i odbudować, wykorzystując sporo zachowanych dekoracji. Ale w 1953 roku usunięto wszystko to, co zostało po świetności dawnego gmachu i do 1955 roku zbudowano zupełnie nowy budynek w stylu bliżej nie znanym... Oczywiście nie zmienia to faktu, że ta szacowna instytucja prezentuje muzykę i muzyków najwyższej klasy.

piątek, 22 stycznia 2010

Umiera piękno


"Płonie muzeum. Jak słoma
pali się piękno
czczone przez pokolenia.
Bezcenne
jak ciało człowieka.

Człowiekowi, który żył na świecie
tylko po to, żeby strzec muzeum,
udało się przybiec na czas.

Jeśli przeżyje, zaświadczy
dla przyszłych pokoleń,
jak pięknie umierało w płomieniach
piękno."

/Anna Świrszczyńska "Umiera piękno" /
Poetka Walczącej Warszawy

"Warszawa wyludniła się. W okresie II wojny światowej zniknęło z niej 800 tys. osób. Jedni zostali zabici, inni wysiedleni i nigdy już nie wrócili. Nieznana jest dokłada liczba wszystkich ofiar. Wiadomo, że stolica straciła 350 tys. Żydów, a około 200 tys. w większości młodych ludzi poległo lub zostało zamordowanych w czasie powstania. Zniszczenia objęły 84-85% budynków, w tym 90% zabytków, 90% obiektów przemysłowych i 70% domów mieszkalnych".
/Adam Dylewski, Warszawa i okolice/