Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wielkanocna podróż w czasie

Niedziela Wielkanocna w rodzinnym domu mojego Ukochanego K. płynęła nam wolno i leniwie. Myślę, że udało nam się skupić na tym, co najważniejsze - na byciu razem, na rozmowach, na niespieszności.

To, co tak lubię będąc w tym moim drugim domu, to rodzinne opowieści, historie prawdziwe, przywoływane tak łatwo dzięki Mamie J. , która tak naturalnie wydobywa je ze swojej pamięci. Tak pięknie uzupełniają jej genealogiczną pasję. Bo pamiętanie o przeszłości to nie tylko suche cyfry dat, ale właśnie to "coś” co te daty ożywi - przywołane wspomnienie jakieś sytuacji, kolory, zapachy, twarze i gesty.

Siedziałyśmy w jadalni, przy stole naprzeciwko siebie. Za oknami zrobiło się już ciemno. W pokoju obok przy zastawionym stole trwało jeszcze niespieszne świętowanie wielkanocnej niedzieli. Uciekłyśmy na chwilę, by zaszyć się z herbatą i kawałkiem ciasta tuż obok za ścianą. Pytanie przyszło do mnie nagle - jak wyglądały Wielkanoce w Trzcińcu pod Pułtuskiem - w rodzinnym domu Mamy J.? Co pamięta z czasu swojego dzieciństwa? 

Opowieść potoczyła się sama. Przeniosłyśmy się na chwilę w czasie - na sam początek lat 60 - by podejrzeć Wielkanoc w Trzcińcu. W historii opowiedzianej przez Mamę J. występują:
- Jej Tata Stanisław i Mama Kazimiera 
- Babcia Stasia - czyli matka Stanisława i teściowa Kazimiery, dużo później zwana Babcią Pra
- czwórka dzieci Stanisława i Kazimiery: 3 synów i jedna córka - Jadzia (czyli obecnie już dorosła Mama J.) - i to właśnie Ona zaprosiła mnie do świata wspomnień z czasu gdy miała 10-12 lat. 


***
Babcia Stasia, a potem Mama Kazia zawsze przed świętami sprzątały dom. Zasadą było to, że na Wielkanoc odmalowywana musi być obowiązkowo kuchnia, a także sień oraz przedpokój. Ta pierwsza szczególnie, gdyż z dnia na dzień jej ściany coraz bardziej szarzały od sadzy z kuchni węglowej. To było tak zwane “bielenie” ścian choć najczęściej było to dwukrotne ich malowanie na kolor błękitny, albo zielony. Dla ozdoby dodawany był biały szlaczek, który odbijało się na wałku. Oczywiście umyte musiały być wszystkie okna i poprane wszystkie firanki. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej świeżości. Zadaniem wszystkich dzieci było sprzątanie niemal na błysk podwórza, zagrabienie błotnistych wertepów po kołach wozów i zwierzęcych kopytach i wysypanie terenu piaskiem. Miało być pięknie i odświętnie. Nadchodził specjalny czas.

***
Koszyczek wielkanocny mieścił w sobie na pewno jajka farbowane w łupinach cebuli, których skorupki przybierały barwy od pomarańczowych lub ciemnobrązowych oraz barwione jęczmieniem, które stawały się soczyście zielone. Najczęściej do kościoła w Wielką Sobotę jechał wozem Tata Stanisław i któreś z czwórki dzieci. Oboje rodzice uczestniczyli w liturgii Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku. W Niedzielę Wielkanocą zawsze jeździło się na Rezurekcję. Tata miał ważną rolę - najpierw był jednym z czterech mężczyzn niosących w procesji drzewce baldachimu. Ale potem dostał zadanie ważniejsze, nobilitujące - wspomagał samego księdza - trzymając go w czasie procesji pod rękę, bo niesienie ciężkiej monstrancji z Najświętszym Sakramentem w czasie obowiązkowych trzech rund procesji rezurekcyjnej wokół kościoła w Przewodowie nie należało do łatwych. Świątecznie ubrany Stanisław, mąż i ojciec, szanowany trzciniecki gospodarz kroczył w takiej bliskości Świętości. Czuł się wyróżniony, a jego mała córka - dumna.

Wyjściowe ubrania nie przeszkadzały gospodarzom dopełnić tradycyjnego elementu świątecznego - rezurekcyjnego poranka, którym był wyścig wozów konnych spod kościoła do wsi. Do Trzcińca był to dystans 7 km. Który z gospodarzy dojedzie pierwszy, temu lepiej i szybciej obrodzi pszenica. Było się o co bić. 10 letnia Jadzia zapamiętała związane z tym emocje, obmyślanie gdzie lepiej stanąć pod kościołem, by mieć lepszy start w wyścigu. Miała przed oczami zaciętość woźniców stających na kozłach, zmagających konie batami, nawołujących się, te krzyki, piski i emocje. Szaleńczy pęd kończący się niekiedy wywrotkami i upadkami.

Tata Stanisław po tym, gdy wszyscy wrócili z rezurekcji odprowadzał konie do stajni, karmił je i poił, a one spocone i zmachane odpoczywały po tej gonitwie, w której chwilę wcześniej brały udział. On za to brał kropidło, do miseczki wlewał wodę święconą i ruszał przed siebie przemierzając całe obejście i święcąc wszystkie kąty. Stodoła otrzymywała święcone krople, by chroniły ją od piorunów, dom otrzymywał błogosławieństwo w postaci zrobionego kropidłem w powietrzu znaku krzyża. Zaglądał ze święconą wodą do obory, kurnika, stajni. Wszędzie tam gdzie toczyło się codzienne, pozaświąteczne życie - tymi prostymi gestami powierzał je Najwyższemu.


***
Mama Kazimiera i babcia Stanisława zajmowały się przygotowywaniem stołu. Zawsze przyobleczony był w biały, lniany, krochmalony obrus, który Mama Kazia własnoręcznie ozdabiała tzw. mereżką, czyli techniką haftu ażurowego, w którym rozdzielając nitki tkaniny tworzy się delikatne wzory. Stół zdobiły wierzbowe gałązki z baziami, bo tuż za płotem, nad małym stawem rosła duża wierzba - jej wiosenne bogactwo było pod ręką. Na tym pachnącym i sztywnym obrusie rozstawiano świąteczną zastawę. Talerze odświętne - choć może wcale nie takie eleganckie - nigdy nie używane na co dzień, wydobywane z kredensu tylko na specjalne okazje.

Wielkanocne śniadanie przechodzące w obiad to oczywiście jajka i duża ilość wędlin i mięs. Bo na święta zawsze zabijany był świniak. Tata Stanisław wędził szynki i boczki, mama Kazimiera - robiła swoją kiełbasę, kaszankę, pasztetową czy salceson. 

Był też prawdziwy, ostry chrzan (wykopany w ogródku), który z pełnym poświęceniem ścierała wcześniej Mama Kazia. Siadała sobie na stołeczku na podwórku, siadała z wiatrem, by ostry zapach kolejnych tartych korzeni chrzanu frunął w dal, na kolanach miała emaliowaną miskę, w ręku dzierżyła tarkę. Tarła w skupieniu.

Zawsze, tradycyjnie podawany był barszcz czerwony z zakiszonych buraków. Specjalność Mamy Kazimiery. Właśnie tak - nie biały żur, a czerwone buraki kopane chwilę wcześniej z kopca na polu. Buraczana mikstura stała sobie tydzień w cieple, umieszczona w kamiennym garnku, postawionym na blasze w rogu dużej cztero fajerkowej kuchni, bo właśnie tam było ciepło, a nie gorąco, czyli idealnie. Kisła się. Do barszczu wrzucało się wędzoną szynkę, skrawki boczku, kiełbasę, wiórki startego korzenia chrzan a całość podawało się z jajkami na twardo. Barszcz o winnym smaku, pachnący wędzonką. Dorosła już Jadzia niestety nie przejęła rodzinnego przepisu od swojej Mamy. Robi go nadal na Wielkanoc jej bratowa w Trzcińcu, którą jeśli to możliwe pięknie proszę o wzbogacenie tej opowieści:) 

Wielkanocnymi deserami były: sernik na kruchym cieście z charakterystyczną kratką z ciasta na wierzchu, babki drożdzowe oraz jabłecznik.

*** 
Do domu przychodziła rodzina i sąsiedzi, choć bardzo często sąsiedzi byli jednocześnie bliską lub nieco dalszą rodziną mieszkającą w tej samej wsi kilka domów dalej. Gwar, opowieści, śmiechy, dyskusje, wspólne wychodzenie na wiejską drogę bitą kamieniami, wzajemne odwiedzanie się, rozmowy, poczęstunki, wspólny czas, który często w drugi dzień świąt kończył się zabawą w remizie.


***
Z dużego pokoju dobiega gwar. Wróciłyśmy z podróży w czasie. Świętujemy dalej chwilę obecną, jednocześnie pielęgnując pamięć. To bogactwo. 

niedziela, 19 sierpnia 2012

Spacer po nieistniejącym świecie


W te letnie, wakacyjne dni nic nie powinno zakłócać naszego spokoju i wypoczynku. Morza, góry, jeziora, plaże, lasy, europejskie stolice, średniowieczne miasteczka – rzucamy się zachłannie w ciszę natury lub gwar pięknych miast by przez chwilę pooddychać innym niż szaro-codziennym powietrzem. Nasze polskie miasta i miasteczka porzucamy z radością, zapominając o nich na kilka tygodni.

A one – te polskie miasta i miasteczka – w te letnie, wakacyjne dni żyją wspomnieniem czasu sprzed 70 lat. Próbują sobie przypomnieć stary, nieistniejący już układ ulic, odtworzyć w pamięci budynki, których nie ma i przede wszystkim przywołać ludzi, którzy tak nagle zniknęli z list meldunkowych i książek telefonicznych.

Łódź – 23 czerwca, Warszawa – 22 lipca, Lwów – 10 sierpnia, Otwock – 19 sierpnia, Siedlce – 22 sierpnia, Nowy Sącz – 23 sierpnia… i tak dalej, i tak dalej. Te sucho dziś brzmiące daty wyznaczają początek końca wielu światów – to dni rozpoczęcia akcji likwidacyjnych gett żydowskich w 1942 roku. Niemiecka nazistowska machina śmierci niekiedy potrzebowała długich tygodni, by dokonać spustoszenia. A czasem było tak – jak w Otwocku – że wystarczył jeden dzień. Jeden długi, upalny sierpniowy dzień, by 50 bydlęcych wagonów wypchać szczelnie ludzkimi ciałami w liczbie około 8 tysięcy i skierować na tor do Treblinki.

Ten akt bestialskiego mordu na ludziach był jednocześnie zaplanowanym aktem zniszczenia całego świata, jaki od wieków istniał na terenie Rzeczypospolitej. Wraz z żydowskimi mieszkańcami polskich miast i miasteczek ginęły na zawsze całe dzielnice. Ich świat – tych, który odeszli – zginął bezpowrotnie. Nasz świat – tych, którzy zostali – zmienił się nieodwracalnie.

Czy miasta tęsknią? Czy warszawski Muranów tęskni za gęstą siecią ulic, za setkami kamienic i oficyn? Czy otwocki bruk z nostalgią wspomina stukot kół dorożek, którymi kuracjusze z kolejowej stacji spieszyli do pensjonatów? Czy miejsca, w których stały sochaczewska synagoga i cheder nadal słyszą hebrajskie modlitwy?

Gdy już wrócimy z wakacji, wypoczęci i pełni wrażeń, warto wybrać się na spacer po tym nieistniejącym świecie. By poszukać jego nielicznych śladów, by westchnąć na miejscach, w których dokonywała się zagłada, by pomodlić się przy torach kolejowych, po których odjechały wagony pełne płaczu. To nie do końca prawda, że ten świat odszedł bezpowrotnie. Jeśli powróci w naszej pamięci i modlitwie, to już będzie coś. A coś to znacznie więcej niż nicość, pustka i zapomnienie.

niedziela, 26 września 2010

Sochaczewscy Żydzi ginęli w Treblince

Żydzi mieszkali w Sochaczewie od średniowiecza. Na przestrzeni wieków liczba wyznawców judaizmu w Sochaczewie stopniowo wzrastała. W 1793 roku żyło tu 997 osób pochodzenia żydowskiego, co stanowiło aż 86% całej populacji. Pod koniec XIX wieku Sochaczew stał się jednym z ważniejszych ośrodków chasydzkich (chasydyzm - żydowski ruch religijny o charakterze mistycznym). W 1883 roku w mieście osiedlił się rabin Abraham Bornstein. Z inicjatywy Bornsteina w Sochaczewie powstała wyższa szkoła religijna. Uznanie przyniosły mu też książki o tematyce religijnej. Wkrótce wokół Bornsteina skupiła się liczna grupa uczniów - chasydów. Dynastię sochaczewskich cadyków kontynuowali jego potomkowie: Samuel i Dawid.

Według spisu ludności z 1931 roku miasto liczyło prawie 11 tyś. ludzi, z czego Żydów ponad 3 tyś. Po zajęciu Sochaczewa przez nazistów, Żydzi zostali poddani licznym represjom. W styczniu 1940 roku na terenie miasta utworzono getto, w którym stłoczono około dwóch tysięcy osób. Cześć Żydów wywieziono do getta w Żyrardowie. Pozostałych w dn. 15 i 16 lutego 1941 roku deportowano do Warszawy, skąd później trafili do obozów zagłady. Holocaust przeżyli nieliczni.

Tyle wiedziałem z historii miasta. Wczoraj uświadomiłem sobie naocznie, że sochaczewscy Żydzi w większości zginęli w obozie zagłady - w Treblince. Upamiętnia ich głaz z napisem "Sochaczew". Nazistowska machina zamordowała tam w sumie około 800 tyś. Żydów z całej Europy.