Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 14 marca 2021

Pełno słów

Nagle zaległa cisza. Szykuję obiad, kroję warzywa do zupy, odchodzę więc od deski i zerkam zza naszej otwartej kuchni na pokój. Niezły mamy w tym naszym salonie harmider. Emilka najczęściej bawi się właśnie tutaj, w naszej obecności, z nami tuż obok. Na podłodze leżą więc jej zabawki: zaczynając od ulubionych przytulanek zwanych “kolegami”, których gromada, powiększa się co trochę - do owieczki, myszki i kotka dołączyły ostatnio jeszcze duży misio w kolorze koralowym, mały biały miso i urocza gąsienica z kwiatkiem tulipana w łapkach - po plastikowe klocki, koszyk z kasztanami, czy zestaw lekarski z obowiązkowym małym notesem i długopisem (bo przecież: “ja piszem receptę”). Szukam sprawczyni tej nagłej ciszy. Jest. Na kanapie ułożyła właśnie górkę książek i gramoli się, by wygodnie sobie usiąść oparta o zieloną poduszkę tuż obok nich. Wiem co będzie dalej. Ale to nic. Mogę patrzeć na to co teraz nastąpi bez końca. Ten widok mnie nieustannie wzrusza, rozczula i zachwyca. Zatem bezkarnie i dyskretnie podglądam go sobie zza załomka ściany w międzyczasie spokojnie krojąc dalej i uśmiechając się pod nosem.

Dalej jest tak:

Gdy Emilka już umości się na kanapie, z zaplecionymi po turecku nogami, bierze w dwie swoje małe rączki pierwszą z książeczek, które leżą po jej prawej stronie. I powoli, kartka po kartce zaczyna je oglądać. Zatrzymuje się na niektórych stronach dłużej, uważnie się im przygląda, wodzi palcem po rysunkach, odwraca kolejne kartki. Jest skupiona i poważna. Gdy widzę ją w takich chwilach wydaje mi się, aż za bardzo dorosła - jakby miała więcej niż te swoje 2 lata i 4 miesiące. Mała dziewczynka pochyla się nad książkami. Gdy skończy oglądać pierwszą, przekłada ją na lewą stronę obok siebie i do rąk bierze kolejną lekturę ze swojej “górki”. I wszystko się powtarza. Studiuje każdą kolejną kartkę. Gdy wszystkie książeczki znajdą się po drugiej stronie kończy swoje zajęcie, wraca do naszego świata i schodzi z kanapy.

Słyszę tupot małych stup. Emilka przybiega do mnie do kuchni, łapie mnie za nogę i się przytula. Pochylam się w jej stronę, patrzymy na siebie. Widzę te jej piękne niebieskie oczy, ozdobione długimi rzęsami, które patrzą na mnie z nadzieją. I słyszę: “Poczytasz mi, Mamusiu? No choć!” I ciągnie mnie za nogę, a potem wyciąga do mnie swoją małą, ciepłą dłoń i powtarza “No choć!”. Dotyka mnie ta prośba i to zaproszenie. Porzucam gotowanie. Wszystko poczeka. Łapię jej rączkę. Łapię tę naszą chwilę, która nie wróci już więcej, nie będziemy już nigdy takie same jak teraz. Emilka zaczyna mnie ciągnąć i biegnie w stronę kanapy, a ja za nią. Siadamy razem. Ona przytulona do mojego boku, otaczam ją ramieniem. “Co wybrałaś do czytania?” - pytam. “Basię na nartach” - pada szybka, konkretna odpowiedź - “ona podoba mi się, wiesz?”.

Zatrzymuje się czas. Zaczynam czytać, a od zawsze bardzo, bardzo lubię czytać dzieciom. Płyną słowa, pełno słów pięknie ułożonych w zdania. Mam masę frajdy z tej lektury. Odkrywam w sobie trochę jakichś ukrytych aktorskich talentów, bawię się intonacją, barwą głosu. Wpadamy razem w tę historię. Zerkam kątem oka na Emilkę: zapatrzona na kolejne strony, skupiona, powtarza niektóre słowa, dopytuje, chłonie. Koniec opowieści. “Mamusiu, jeszcze chcę…” - słyszę. Dzisiaj obiad znowu będzie trochę poźniej, ale jak mówi często Emilka “To nic”.



niedziela, 2 czerwca 2013

Śmierć jako narzędzie postępu

"Myślę, że ludzie muszą się poważnie zastanawiać nad sensem życia tu i teraz właśnie dlatego, że wiedzą, że kiedyś umrą. Gdyby miało się zawsze, zawsze tak po prostu żyć, nikt nie zastanawiałby się poważnie nad życiem. Nie byłoby takiej potrzeby. A nawet gdyby była, to można by sobie powiedzieć: Mam jeszcze mnóstwo czasu. Pomyślę o tym kiedy indziej. Ale tak nie jest. Musimy myśleć teraz, tutaj, w tej chwili. Dlatego dla ewolucji koniecznie potrzebna jest śmierć".

Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza

poniedziałek, 19 listopada 2012

Przy Roosevelta 5

Po raz dziewiętnasty zagłębiłam się w rodzinne historie rodziny Borejków. Pochłonęłam najnowszą cześć Jeżycjady niemal jednym tchem. Tak wspaniale pojawić się znowu w ciepłych progach poznańskiego mieszkania na Roosevelta 5. Ilekroć tam wracam czuję wewnętrzną radość z tych spotkań w borejkowej kuchni przy drewnianym stole. Przysłuchuję się z uśmiechem rozmowom domowników, czekam na kolejnych niespodziewanych gości, którzy po trzeszczącej podłodze, przemieszczą się korytarzem pełnym książek, by pojawić się w oświetlonej ciepłym światłem lampy kuchni.  Wspaniale uczyć się z tych spotkań czułości w postrzeganiu codzienności, zerkać w roześmiane oczy bohaterów i uczestniczyć razem z nimi w ich i moim przemijaniu. Starzejemy się razem - znamy się przecież od przynajmniej 18 lat, w których wydarzyło się tyle równoległych historii.

- Wiem, co chcesz mi powiedzieć Milu - uśmiechnął się wzruszony Ignacy Borejko. - Żebym się nie bał śmierci.
- Ja się nie boję, więc i ty się nie bój. Co się stało to się nie odstanie - jak mądrze zauważył lud.
- To nie jest bardzo krzepiące powiedzenie.
- Ależ przeciwnie. 
- Stało się -  i przepadło.
- Nie! - stało się, więc nie może przepaść. Coś co istniało - znika, ale to nie znaczy, że tego czegoś już nie ma. Jest! - tylko inaczej usytuowane. Już się nie odstanie, jest na zawsze.
- Jak twój złoty warkocz.
- Jak rudy Ignaś Borejko. Będzie trwał, nawet gdyby już o nim nikt nie pamiętał. Będzie wbudowany w czas.
- W którąś z warstw czasu (...) Bo jest ich nieskończenie wiele, a wszystkie razem tworzą wieczność

/M. Musierowicz, "McDusia", s.274/



niedziela, 18 listopada 2012

Złote myśli kaznodziejów XVII wieku


„Prowincjałki” Pascala ukazały się drukiem w 1657 roku i szybko stały się ówczesnym bestsellerem. Autor szydzi w swej książce ze zdegenerowanej kazuistyki jezuitów tamtych czasów. I przytacza miedzy innymi takie maksymy duszpasterskie:

- Każdy mężczyzna może iść do burdelu by nawracać tamtejsze upadłe kobiety. Nawet jeśli jest wielce prawdopodobne, że przy okazji zgrzeszy.
- Jest obowiązkiem dawanie jałmużny. Owszem ale tylko z nadmiaru, a na nadmiar nawet król przecież nie narzeka.
- Człowiek staje się mordercą tylko wówczas, gdy podstępnie zabija za pieniądze.
- Mnich pod karą ekskomuniki nie może zrzucać habitu. Z jednym wyjątkiem – do burdelu w habicie wchodzić mu nie wolno.
- Nie grzeszy człowiek, gdy zabija złodzieja próbującego ukraść mu jednego dukata lub więcej.
- Kobieta z dobrego towarzystwa słuszniej niż nierządnica może domagać się pieniędzy za kryjome cudzołóstwo. Gdyż jej ciało jest cenniejsze.
- Jeśli człowiek zawsze przy sobie nosi różaniec, bramy raju zawsze stoją dla niego otworem, niezależnie od tego, co czyni.
- Nie ma obowiązku dotrzymywania przyrzeczeń, których nie zamierzaliśmy dotrzymać od samego początku.
- Jeśli zgrzeszyłeś, twój spowiednik ma obowiązek dać ci rozgrzeszenie, gdy mu powiesz, że swoją pokutę wolisz odbyć dopiero w czyśćcu.

Ach, to były czasy! Takie lektury się pożerało na salonach. Ironia historii sprawiła, że dzieło, które miało walczyć o prawdziwą religię i dobrych księży, stało się obowiązkową lekturą libertynów i niewyczerpanym źródłem do wyśmiewania Kościoła… 

poniedziałek, 29 października 2012

Linia cienia


W ramach wakacyjnych lektur przeczytałem tego lata po raz wtóry „Smugę cienia” Josepha Conrada. Miejsce czytania było wręcz idealne – na plaży, w turystycznym fotelu zwróconym w stronę morza. Wystarczyło podnieść wzrok, by trafić na bałtycki horyzont. No i szum fal jako akompaniament. Nic, tylko czytać Conrada. 

Jak to zwykle bywa przy kolejnej lekturze, natrafiłem na sprawy, o których wcześniej nie myślałem. Konkretnie na dwie sprawy, obydwie związane z tytułem książki. 

Pierwsza. Dlaczego współcześnie coraz częściej spotyka się wykorzystanie frazy „smuga cienia” na określenie wchodzenia w starość? Przecież jest to całkowicie niezgodne z zamysłem jej konstruktora. Już na początku tej krótkiej powieści czytamy: „Postępujesz naprzód, a twoim śladem nieodstępnie i niepostrzeżenie posuwa się czas. Aż przychodzi chwila, w której spostrzegasz przed sobą smugę cienia ostrzegającą cię, że dzień pierwszej młodości dobiegł już końca”. Tę samą myśl potwierdza autor w swoim słowie wstępnym: „Pierwotnie celem tego utworu było przedstawienie pewnych faktów, które z pewnością były związane ze zmianami zachodzącymi w człowieku, kiedy młodość, beztroska i żarliwa, przekształca się w bardziej świadomą i dojmującą fazę dojrzalszego życia”. 

Wniosek jest oczywisty: smuga cienia z całą pewnością nie ma nic wspólnego ze starością. Jest procesem wychodzenia z beztroskiej młodości i dojrzewania do życia odpowiedzialnego. W powieści bohater, młody oficer, po raz pierwszy otrzymuje pod swoje dowództwo statek i jego załogę. To, co będzie mu dane przejść, przeprowadzi go też przez tytułową smugę cienia. 

I tu dochodzimy do sprawy drugiej. Zwróciłem na nią uwagę dopiero wtedy, gdy zauważyłem, że oryginalny angielski tytuł książki brzmi The Shadow Line. Słowo line – linia ma tu kolosalne znaczenie, bo czytelnik od razu skojarzy je z linią równoleżnika 8° 20′ N, której statek z niejasnych przyczyn nie może przekroczyć (więcej nie zdradzę, żeby nie psuć frajdy tym, którzy sięgną po powieść po raz pierwszy). A więc tytuł oryginalny jest wieloznaczny i głębszy. Polskie tłumaczenie Anieli Zagórskiej (autoryzowane przez pisarza) tego już nie ma. 

Przeczytałem „Smugę cienia” z wielką przyjemnością. Jednym tchem, jak to się mówi. Ileż przestrzeni jest w tym Conradowskim pisaniu, ileż tajemnicy, ileż człowieka! Zakończyłem lekturę, patrząc w odległy morski widnokrąg i konstatując, że swoją smugę cienia już chyba raczej mam za sobą… 

czwartek, 28 czerwca 2012

Pan Telewizor

Już zapomniałam jak dobrze sobie usiąść w ogrodowym fotelu postawionym na zielonej trawie i pochłonąć niemal jednym tchem dobrą lekturę. Przeniknąć zadrukowane czarną czcionką kartki i przenieść się w inny świat w nich zapisany. Zapomnieć o rzeczywistości, zatopić się, zapaść. Wyłowić z książki małe ziarenka, które potem kiełkują w głowie i zaprzątają myśli. Na przykład takie:

"Telewizor: według niego ustala się rytm dnia, pory posiłków i wypoczynku. Pory snu. Spotkania z przyjaciółmi. Meble rozstawia się tak, aby było go widać z każdego kąta, krzesła, fotela, kanapy, a gdy postawi się talerz i weźmie łyżkę do ręki, można wtedy - chlipiąc zupę - patrzyć w ekran. Oświetlenie nie może przyćmiewać jego oblicza, bo zniekształci to, co on zechce nam pokazać (...) On, telewizor, prowadzi nas od dnia do dnia, jak niegdyś anioł stróż nad przepaścią".

"Telewizja to nieustający program dla całej rodziny; bez niej rodzina nie wie, co ze sobą zrobić. Bez telewizji czujemy się ze sobą źle. Ona jest jak nieprzyzwoita przyzwoitka, skraca do minimum czas, w którym musielibyśmy spojrzeć sobie w oczy i coś sobie powiedzieć".

"Pan Telewizor nie do wyproszenia. Był. I będzie. Kiedyś był stół i ciepłe światło lampy. Podobno wystarczało".
/ Dorota Terakowska , Ono/

Bolesne, trudne, irytujące. Ile razy tak właśnie było? Ile razy taki telewizorowy gość uczestniczył w jakieś części świątecznego obiadu, przerywał różne opowieści swoimi punktualnymi wiadomościami, zagłuszał wyznania i trudną ciszę?

Tak cieszę się, że już dawno uwolniłam się od tego telewizyjnego szaleństwa, bo na prawdę można żyć bez tego Pana i w dodatku jego brak nie wzbudza ani grama mojej tęsknoty.  Jest lepiej, jest spokojniej, jest piękniej!

Zawsze już stanowczo i bez zawahania wybieram: ciepłe światło lampy, herbatę, stół i spojrzenie sobie w żywe, prawdziwe, ludzkie oczy. Uczę się prawdziwego rozmawiania.

środa, 9 maja 2012

Książki patrzą w morze

W Gdyni u szczytu Skweru Kościuszki tuż nad morzem postawiono pomnik. Żołnierzom? Wyzwolicielom? Rybakom? Coś religijnego? Nie. Stoi tu wykuty w kamieniu Joseph Conrad (Józef Teodor Konrad Korzeniowski) - pisarz, który pokochał morze, a także marynarz i człowiek morza.

Co można piewcy morza na pomniku napisać? Pewnie jakiś cytat pasujący do tematu. Zgadza się, jest cytat - z przodu. A co z tyłu - od morza? A tak - tytuły jego doskonałych książek! "Tajfun", "Lord Jim", "Zwycięstwo", "Smuga cienia", "Jądro ciemności". Takie proste, a przecież tak bardzo na miejscu.

niedziela, 23 października 2011

Kilka refleksji o biografii Miłosza

Prawie tysiącstronicowy tom „Miłosz. Biografia” Andrzeja Franaszka przytłacza. Objętością, wyobrażeniem o potężnej pracy, jaką autor musiał wykonać i przede wszystkim samym Miłoszem. Bo z tych kilku setek stron wynurza się prawdziwy gigant, który mimo fantastycznej roboty Franaszka absolutnie nie mieści się w tej „cegle”. Miłosz wystaje z niej, nie daje się w pełni uchwycić i zamknąć w równej, kształtnej i pięknie wydanej w Znaku książce. Nieprzystający – taki był przez całe długie życie i taki pozostanie na zawsze.

Ten przytłaczający ogrom sprawia, że trudno ważyć się na regularną recenzję. Z drugiej strony bogactwo myśli i emocji, jaki powoduje lektura biografii poety nie pozwala przejść nad tą pozycją do porządku dziennego, niejako przymuszając czytelnika do słownych czy też pisemnych form ekspresji. Taki właśnie niech będzie i ten tekst – zbiorem dość luźnych refleksji.

Myśląc o życiu Miłosza, przypomina mi się to, co mówi się często o rosyjskiej duszy: że wszystkiego w niej jest w nadmiarze. Jeśli talent, to ogromny. Jeśli cierpienie, to potężne. Jeśli sukces, to światowy. Jeśli witalność, to niewyczerpana. Jeśli eros, to przekraczający granice małżeńskiej wspólnoty. Ale też jeśli małżeństwo, to do śmierci. Można by tak kontynuować tę wyliczankę długimi wierszami. Dość powiedzieć, że historia jego rodziny, miejsce urodzenia, lata spędzone na terenie lub obrzeżach rosyjskiego imperium z pewnością zaciążyły nad kształtem jego duszy.

Bo niewątpliwie dusza Miłosza nie była Polska. Chłodny i precyzyjny intelekt – również nie. To samo i z ciałem, wszak urodził się na Litwie. Co zatem sprawiło, że stał się najbardziej znanym na świecie polskim poetą? Tylko i wyłącznie polski język, którym jego rodzina posługiwała się od XVI wieku i który miał okazję zdradzić wielokrotnie. Nigdy tego nie uczynił, a polszczyźnie poświęcił piękny wiersz „Moja wierna mowo”.

Jaka jest cena, którą trzeba zapłacić za wybitność? Czy im większy geniusz, tym większa tego cena? W rozdziale o wiele mówiącym tytule „Hiob” Franaszek przywołuje jeden z listów Miłosza do ks. Józefa Sadzika, zaprzyjaźnionego pallotyna. Pisze ten list w roku 1979, kiedy jego szanse na literackiego Nobla są coraz większe. Ale również w roku, w którym bardzo cierpi z powodu poważnej choroby młodszego syna, Piotrusia. W tych okolicznościach zwierza się księdzu ze swoich „handlowych” modlitw: niech Nobel go ominie, byle w zamian wyzdrowiał syn. Co autor biografii puentuje: „Ktokolwiek nad nimi słuchał tej modlitwy, ludzkie życzenie spełniło się na odwrót”.

Miłosz w swoim życiu bardzo wiele wycierpiał. Ale jednocześnie doświadczył mnóstwa okruchów szczęścia. Te przychodziły do niego przez coraz większe sukcesy literackie i przede wszystkim poprzez spotykane na swej drodze kobiety. Do nich bez wątpienia miał szczęście. Andrzej Franaszek nie stroni od poruszania wątków romansowych, zdrad małżeńskich, kolejnych kobiecych fascynacji. Pisze o tym jednak po pierwsze w bardzo delikatny sposób, a po drugie potrafi mądrze naświetlić tło każdej z tych historii. Nie wchodząc w tym wszystkim z butami w ludzką intymność i stroniąc maksymalnie od wypowiadania swych ocen. Miłosne historie Miłosza pokazuje biograf w kontekście tej idei, która dla poety jest zawsze najważniejsza – powołania i służbie poezji. Dlatego przywoływanie pięknych wierszy, które powstały z inspiracji jakiegoś romansu czy prawdziwej miłości nie razi nachalnym zestawieniem typu: jest cena, jest nagroda, a raczej ukazuje złożoność osobowości poety.

Z jakąż goryczą czyta się ostatnie rozdziały biografii, w których – jeśli chcemy by biografia była rzetelna – niestety musiały pojawić się oskarżenia i oszczerstwa rzucane na Miłosza przez współczesnych gorliwych „patriotów”. Główne oskarżenie – antypolskość. Biorąc pod uwagę skomplikowaną konstrukcję noblisty – o której wspominam choćby tu powyżej pisząc, że jego dusza, pochodzenie, umysł i ciało nie były z gruntu polskie – oraz jego emigracyjną historię i pamiętając też jego alergiczną podejrzliwość wobec tego, co sam nazywa anima naturaliter endeciana, nie ma co się dziwić, że wypowiadał negatywne sądy o Polakach. Prawdą jest, że Miłosz bardzo był zawiedziony, obserwując po 1989 roku jak w Polakach odradza się duch nacjonalizmu. Okazało się, że to, co tak silnie mu doskwierało w Polsce międzywojennej, przetrwało samą wojnę oraz czas komunizmu, chowając się między innymi za tzw. moczaryzmem i ponownie rozkwitło w wolnej ojczyźnie.

Inne oskarżenie – podczas kłótni, do jakiej doszło w 1968 roku pomiędzy Miłoszem a Zbigniewem Herbertem, kalifornijski profesor miał jakoby wyrazić życzenie, by Polska stała się kolejną republiką Związku Sowieckiego. Jak na podstawie zeznań świadków tego zajścia dowodzi Franaszek, takie słowa z ust noblisty nigdy nie padły, a Herbert z niezrozumiałych przyczyn musiał to sam wymyślić. Swoją drogą biograf przypomina, że autor „Pana Cogito” w korespondencji z autorem „Ocalenia” Polskę określa mianem zarazy i choroby wenerycznej, czego jakoś polscy nacjonaliści mu nie wypominają.

Reasumując – pomyje wylewane do dziś na Czesława Miłosza są bezpodstawne, a jego krytycyzm wobec polskości może być dla wielu bolesny, ale całkowicie mieści się w granicach uprawnionej debaty o naszym kraju i jego mieszkańcach.

Miłosz był bardzo pracowitym i zdyscyplinowanym człowiekiem. Warto pamiętać, że przez długie lata utrzymywał czteroosobową rodzinę. We Francji w latach 50-tych żyli bardzo skromnie, a ojciec rodziny zarabiał na życie różnego rodzaju pisaniem. Jerzy Giedroyc podziwiał go za tę pracowitość i znając dobrze emigracyjną sytuację polskich literatów, mówił otwarcie, że jedynym człowiekiem, któremu udaje się godnie żyć z pisania jest Czesław Miłosz. Choć nie omieszka dodać, że okupuje to potężnym wysiłkiem. Gdy uzyska stabilne zatrudnienie na Uniwersytecie Kalifornijskim w Berkeley, co zapewni rodzinie dobre życie, narzuci sobie regularny rytm dnia, styl życia i pracy, którego nie porzuci już prawie do końca życia. Wczesna pobudka, spacer i poranne pisanie. Potem wyjazd na kampus uniwersytecki, a wieczorem lektury. Do tego regularne, przynajmniej dwa razy w tygodniu, pływanie na basenie. Dba o siebie, chce dobrze wyglądać, wszak jest przystojny i będzie się kobietom podobał aż do późnej starości.

Gdy spoglądamy na przedstawiony w biografii pisarski dorobek noblisty i mamy w pamięci fakt, że Miłosz przez większość życia pracował zawodowo inaczej niż pisaniem (radio, biblioteka, ambasada, uniwersytet), czytelnika ogarnia podziw wobec wielkości tego dzieła. 17 tomów poetyckich, 2 powieści, 21 książek eseistycznych, kilka ułożonych antologii poezji, monumentalna praca o 20-leciu międzywojennym, do tego sporo przekładów wierszy i utworów prozatorskich, ponad sto artykułów oraz mnóstwo wykładów i wystąpień publicznych – to nawet na 93-letnie życie człowieka bardzo dużo. Dodajmy też, że we wszystkich swoich wytworach literackich Miłosz zawsze utrzymywał wysoki poziom, poniżej którego nie schodził. Jeżeli trafiał mu się tom mniej oryginalny, to nigdy słaby, a jego gorsza ocena wynikała raczej z wybitności poprzednich lub późniejszych dokonań.

/Andrzej Franaszek, Miłosz. Biografia, SIW Znak, Kraków 2011/

piątek, 1 lipca 2011

Oburzajcie się!

Stéphane Hessel (93-letni Francuz, lewicowiec) w słynnej prawie na całą Europę książeczce - manifeście zatytułowanym „Indignez Vous!” (oburzajcie się) nawołuje młodych ludzi do oburzenia, czy wręcz do buntu. Pisze, że najgorszą z możliwych postaw jest obojętność, notoryczne powtarzanie, że i tak nic nie można zrobić, nic nie da się zmienić. Obojętność – według Hessela – sprawia, że tracimy jeden z fundamentalnych elementów, który buduje nasze człowieczeństwo – siłę oburzania się właśnie.

Dodaje tu jednak ważną rzecz. Oburzenie nie może być postawą przybieraną dla samego oburzania się, nie może być sztuką dla sztuki. Naturalną konsekwencją oburzenia musi być zaangażowanie w jakąś, choćby małą, sprawę.

Czytając ten fragment książeczki Hessela, pomyślałem o dwóch sprawach. Najpierw przypomniało mi się, że starożytni filozofowie źródła wszelkiej myśli i nauki upatrywali w ludzkim zdziwieniu. To właśnie nieustanne zadziwianie się człowiekiem, światem, całą rzeczywistością popychało myślicieli i badaczy do nowych koncepcji, odkryć, badań. I zarysowało mi się tu takie zestawienie: tak jak zdziwienie jest motorem rozwoju myśli ludzkiej, tak oburzenie może być kołem napędowym ludzkiego zaangażowania społecznego.

Pomyślałem też, że my, Polacy, bardzo pięknie potrafimy się oburzać. Jesteśmy w tym naprawdę dobrzy. Ale niestety z naszego oburzania rzadko rodzi się społeczne zaangażowanie. Raczej wieczne malkontenctwo i narzekanie. Czyli kisimy się w tym naszym oburzeniu aż ciśnienie rośnie. A to jest o tyle niebezpieczne, że każdy szarlatan czy inny populista, który w jakiś sprytny sposób będzie potrafił to wielkie polskie oburzenie skanalizować, trafi na bardzo podatny grunt i z łatwością wejdzie do Sejmu…

wtorek, 3 sierpnia 2010

Chatwin: Jak każdy obibok, chciałem pisać

Have gone to Patagonia (Wyjechałem do Patagonii) - telegram o takiej treści wysłał Bruce Chatwin do redakcji Sunday Times Magazine, swego pracodawcy. Miał 34 lata i postanowił diametralnie zmienić swoje życie. Owocem półrocznej podróży stała się słynna książka "W Patagonii". Później, pod koniec krótkiego życia, powie: Jak każdy obibok, chciałem pisać, ale moje wczesne próby spełzły na niczym. A jednak udało się - został pisarzem.

Podziwiany za dar pięknego opowiadania, krytykowany za mieszanie faktów z fikcją. Stał się jednym z wielkich popularyzatorów stylu, który balansuje niebezpiecznie na granicy prawdy i fałszu - faction (z połączenia angielskich słów fiction i fact). Niektórzy uważają, że pisarze tego stylu piszą zaledwie pół prawdy, a reszta to kłamstwa. Inni (jak Ryszard Kapuściński) kultywują i rozwijają faction wierząc głęboko, że w ten sposób zbliżają się do sedna sprawy, do istoty, która kryje się gdzieś głęboko.

Przeczytałem W Patagonii oraz Wicekról Ouidah - dwie pierwsze książki Chatwina. Pierwsza dużo lepsza od drugiej. Na półce mam jeszcze kolejną: Utz. I cóż, muszę przyznać - tak jak Kapuściński uwiódł mnie swoim czarem, tak i Chatwin. Moja natura widocznie nie pożąda prawdy podanej wprost, bo ta często zwodzi subiektywizmem autora. Autorzy faction nie kryją, że są subiektywni, a wręcz uważają, że literatura obiektywna nie istnieje. Za to tworzą świat przemieszanych rzeczywistości, by stworzyć nową. Kto wie, czy nie bliższą istoty rzeczy.

Bruce Chatwin zmarł na AIDS w wieku 49 lat.

czwartek, 4 lutego 2010

Życie jako gospoda (Pessoa)

"Uważam życie za gospodę, w której muszę czekać na dyliżans z otchłani. Nie wiem, dokąd mnie zawiezie, bo niczego nie wiem. Mógłbym traktować tę gospodę jako więzienie, bo jestem zmuszony w niej czekać; mógłbym ją traktować jako miejsce spotkań towarzyskich, bo tutaj kontaktuję się z innymi. Jednak ani się nie niecierpliwię, ani z nikim się nie bratam. Siadam w drzwiach i upajam oczy i uszy kolorami i dźwiękami pejzażu... Dla wszystkich zapadnie noc i po wszystkich przyjedzie dyliżans. Cieszę się wiatrem, który dostaję, i duszą, którą dostałem, aby się nim cieszyć, i o nic więcej nie pytam ani niczego nie szukam" - Fernando Pessoa, Księga zapomnienia.

Wystarczyło kilka stron Księgi zapomnienia, by spostrzec, że ten autor przychodzi do mnie z zupełnie innego świata. Czytam akapit, czytam w polskim tłumaczeniu rzecz jasna i dziwna rzecz: jakbym z jednej strony nie wszystko rozumiał, a z drugiej przeczuwał, że coś więcej jest za fasadą przeczytanych słów. Zdania irytują nieczytelnością i jednocześnie wciągają przestrzenią, głębią, pojemnością. Tajemnicza proza tajemniczego autora z Portugalii.

Fernando Pessoa (1888-1935) - portugalski poeta i prozaik. Zmarł w rodzinnej Lizbonie na marskość wątroby, pozostawiając po sobie kufer z 27 543 zapisanymi kartkami rękopisów.

sobota, 30 stycznia 2010

Pióro jako łopata

"Chyba w pisaniu szukałem ucieczki... ucieczki i ratunku dla samego siebie. I wreszcie musiała nadejść ta noc, że wśród ciemności ujrzałem i pojąłem naturę mojej pracy, która w istocie rzeczy nie jest niczym innym jak dalszym kopaniem tego samego grobu, który inni zaczęli kopać dla mnie w powietrzu, ale nie wystarczyło im czasu... Gdyż tylko tak zyskuje sens to wszystko co się wydarzyło, co zrobiłem, co ze mną zrobiono, tylko tak może mieć sens moje bezsensowne życie... bo przecież pióro jest moją łopatą, kiedy patrzę przed siebie, widzę tyko to, co jest za mną, kiedy spoglądam na papier, spoglądam wyłącznie w przeszłość..."

Imre Kertesz, Kadysz za nienarodzone dziecko.

Imre Kertesz - pisarz węgierski żydowskiego pochodzenia. Ur. w 1929 r. w Budapeszcie. Jako nastolatek wywieziony do obozu Auschwitz, a potem Buchenwald. Podczas wojny zginęła cała jego rodzina. Po wojnie pracował jako dziennikarz. Dwukrotnie zwolniony z pracy. Zaczął tłumaczyć z niemieckiego: Nietzschego, Freuda, Rotha, Wittgensteina. W latach 70. zaczął pisać. Wszystkie jego książki podszyte są wspomnieniem Zagłady. W 2002 r. otrzymał literacką nagrodę Nobla. Mieszka w Berlinie.

piątek, 29 stycznia 2010

Pan Bóg w sklepie

"Pewnej kobiecie przyśniło się, że za ladą swojego ulubionego sklepu spotkała Pana Boga. - To ty, Panie Boże? - zakrzyknęła uradowana i zaskoczona. - To ja - odpowiedział Bóg. - A co u Ciebie można kupić? - zapytała kobieta. - Wszystko - padła krótka odpowiedź. Kobieta postanowiła skorzystać z tej wyjątkowej okazji i po niedługim namyśle, wyrecytowała swoją listę zakupów: - W takim razie poproszę o zdrowie, szczęście, urodę, mądrość, znaczenie i pieniądze. Pan Bóg życzliwie się uśmiechnął i oddalił się na zaplecze po zamówiony towar. Po dłuższej chwili wrócił z malutką, papierową torebeczką i położył ją na ladzie. - To wszystko?! - wykrzyknęła zdziwiona i rozczarowana kobieta. - Tak, to wszystko - odpowiedział Bóg. I, widząc jej rozczarowanie, dodał: - Chyba zapomniałaś, że u mnie można dostać tylko nasiona i to od ciebie zależy, co z nich wyhodujesz.

Tak więc świątynia nie jest supermarketem, gdzie można kupić sobie zbawienie, spełnienie egocentrycznych marzeń, ubezpieczenie na życie po życiu i na dodatek zarezerwować apartament w Niebie".

Opowiadanie: Anthony de Mello, cytat za: Tadeusz Bartoś, Wojciech Eichelberger, Wojciech Szczawiński, W poszukiwaniu mistrzów życia. Rozmowy o duchowości.

czwartek, 28 stycznia 2010

Taksim

Taksim to duży plac w Stambule, w europejskiej części miasta. Tu odgrywa się finałowa scena powieści Andrzeja Stasiuka. Zacząłem ją czytać wczoraj wieczorem, a skończyłem o 3 w nocy. To książka, która wciąga po pierwsze akcją, a po drugie słowem. Stasiuk kolejny raz dowodzi, że jest mistrzem słowa.

Wszyscy zajmują się życiem w sposób tymczasowy. Tymczasowość rzeczy i istnień to ukryty bohater tej powieści. Po co uganiać się za czymkolwiek, skoro za kilka dolarów można kupić chińską podróbkę wszystkiego, a życie można stracić w każdej chwili? Przekonał się o tym pewien Azjata w dramatycznym spotkaniu z dziką lochą...

Stasiukowy sposób na ten świat to słowo i droga. Nieustanne bycie w drodze i nieustanne opowiadanie. Słowo, które zbawia. Droga, która daje życie. Homo viator.

sobota, 23 stycznia 2010

Ciało bez instrukcji obsługi

"Anioły, jeżeli istnieją, zrywają z nas boki ze śmiechu. Dostać ciało i nic o nim nie wiedzieć. Bez instrukcji obsługi...

Mam pewną swoją Teorię. Stała się mianowicie straszna rzecz, że móżdżek nie został należycie i właściwie połączony z mózgiem. Być może jest to największy kiks naszego oprogramowania. Ktoś nas źle stworzył. Z tego powodu powinniśmy jako model iść do wymiany. Gdybyśmy mieli móżdżek należycie podłączony z mózgiem, posiadalibyśmy pełną wiedzę o naszej anatomii, o tym co się dzieje w środku naszego ciała. O, mówilibyśmy sobie, spadł nam poziom potasu we krwi. Trzeci krąg szyjny ma jakieś napięcia. Marne mamy dziś ciśnienie krwi w obwodzie, trzeba się poruszać, a po wczorajszych jajkach w majonezie poziom cholesterolu został przekroczony, więc uwaga na to, co jemy.

Mamy to nasze ciało, kłopotliwy bagaż, naprawdę nic o nim nie wiemy i potrzebujemy różnych Narzędzi, żeby się dowiedzieć o najbardziej naturalnych procesach. Czy to nie skandal...? Jedyne, toporne i prymitywne Narzędzie, jakim nas obdarowano na pocieszenie, to ból" - Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych.

niedziela, 10 stycznia 2010

Krowa z niezapominajkami w pysku

"Dołem, u stóp wału, pędzili krowy... Jedna z nich trzymała w pysku pęk niezapominajek - i nie połykała go". Jarosław Iwaszkiewicz, Tatarak.

Za to lubię Iwaszkiewicza. Smutna powojenna historia o śmiertelnie chorej kobiecie, która podczas wojny straciła dwóch synów, a także o młodym życiu niespodziewanie przerwanym przez nagłą śmierć. A tu - w tej niewesołej i "ibsenowskiej" scenerii - pojawia się mimochodem krowa, która niesie w pysku pęk niezapominajek i - o dziwo - nie zjada kwiatów! Jakiż symboliczny obraz. Interpretację pozostawiam czytelnikom :-)

czwartek, 7 stycznia 2010

Szczęśliwy Syzyf

"Syzyfa - głosi mit - powinniśmy sobie wyobrażać jako szczęśliwca. Bez wątpienia. Syzyf - i służba pracy - są wprawdzie wieczne, ale sama skała nie jest wieczna. Wciąż toczona po wyboistej drodze, w końcu niszczeje, i Syzyf nagle łapie się na tym, że, pogwizdując z roztargnieniem, od dawna już kopie przed sobą w pyle drogi mały szary kamień"
Imre Kertesz, Fiasko.

O szczęśliwym Syzyfie dowiadujemy się naturalnie nie z samego greckiego mitu, ale ze słynnego tekstu Alberta Camusa Mit Syzyfa. Imre Kertesz prawdopodobnie świadomie wodzi czytelnika za nos, by naprowadzić go na trop filozofa. I ja, jako czytelnik Fiaska, poszedłem za tropem węgierskiego noblisty.

Albert Camus był egzystencjalistą i uważał się za ateistę. Syzyf - według filozofa - "za pogardę dla bogów, nienawiść śmierci i umiłowanie życia zapłacił niewypowiedzianą męką: całe istnienie skupione w wysiłku, którego nic nie skończy. Oto cena jaką trzeba zapłacić za miłość tej ziemi" . Autor wyobraża sobie bohatera w momencie, kiedy schodzi z góry. Czas schodzenia "jest czasem świadomości Syzyfa". I dalej pisze Camus: "Jeśli ten mit jest tragiczny, to dlatego, że bohater jest świadomy. Bo też na czym polegałaby jego kara, jeśli przy każdym kroku podtrzymywałaby go nadzieja zwycięstwa?" Zatem Syzyf świadom jest absurdalności swej kary, nigdy nie wtoczy głazu na szczyt góry, nie ma nadziei - i na tym właśnie polega jego tragizm. Ale zrozumienie owego absurdu jest zwycięstwem Syzyfa: "Jasność widzenia, która powinna mu być udręką, to jednocześnie jego zwycięstwo (...), druzgocąca prawda ginie, gdy zostanie rozpoznana". Dlatego zejście z góry, choć w pewne dni może być cierpieniem, to jednak w inne - może być radością. "Świat jest tylko jeden, a szczęście i absurd są dziećmi tej samej ziemi. Są nierozłączne". I autor konkluduje: „Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym”.

Dla Camusa mit Syzyfa jest alegorią sytuacji człowieka w świecie. Świat jest pełen niepotrzebnego cierpienia, na które Bóg pozwala, dlatego Bóg "zostaje wygnany". Skoro Boga nie ma, los staje się sprawą człowieka. Nikt z zewnątrz nie ma wpływu na jego życie - tylko on sam. Człowiek, którego Camus nazywa "człowiekiem absurdalnym", stwierdza, iż los jest w jego rękach, gdyż Bóg nie istnieje. Z drugiej jednak strony człowiek musi umrzeć i ten fakt od niego nie zależy. Oto absurd ludzkiej egzystencji. Wobec niezrozumiałej i nieuchronnej śmierci możliwa jest tylko jedna postawa - pogarda. Według Camusa Syzyf uczy człowieka "wierności wyższej", która "neguje bogów i podnosi kamienie".

Albert Camus, urodził się 7 listopada 1913 r. w skolonizowanej przez Francuzów Algierii, zginął w wypadku samochodowym 4 stycznia 1960 r we Francji.

niedziela, 13 grudnia 2009

Spoza nas

Skąd w nas (niektórych) jest pragnienie mitu, wiary, odniesienia do sfery spoza nas? Odpowiedzi mamy zapewne całe mnóstwo, dziś przytoczę dwie ciekawe myśli. Skąd te pragnienia? Z nieodpartej potrzeby sensu oraz bardzo ludzkiego poszukiwania szczęścia.

Czytam Obecność mitu Leszka Kołakowskiego. To jedna z dwóch, wedle opinii filozofa, najważniejszych jego prac. Pisana była w latach 1966-67, a zatem w czasie, gdy Kołakowski miał opinię najzacieklejszego rewizjonisty komunizmu, a jego pisma cenzura objęła zakazem druku. Jaki jest według niego motyw potrzeby mitu?

To pragnienie unieruchomienia czasu fizycznego przez nałożenie nań mitycznej formy, tj. takiej, która pozwala w przepływie rzeczy dopatrywać się nie przemiany tylko, lecz kumulacji, albo pozwala wierzyć, że to, co minione, przechowuje się - co do wartości - w tym, co trwa; że fakty nie są faktami tylko, lecz cegiełkami świata wartości, które można ocalić bez względu na nieodwracalność zdarzeń. Wiara w celowy ład, utajony w potoku doświadczenia, daje nam prawo sądzić, że w tym, co przemija - rośnie i przechowuje się coś, co nie przemija właśnie; że w nietrwałości wydarzeń kapitalizuje się niewidoczny wprost sens, że więc rozkład i zniszczenie dotykają tylko widomej warstwy istnienia, nie dotykając drugiej, odpornej na ruinę.

Inną ciekawą myśl wypowiada Wacław Oszajca, warszawski jezuita. Uważa on, że kto choć raz szczęścia posmakował, już o nim nie może zapomnieć, gdyż to doznanie powoduje w nim głód szczęścia coraz większego, coraz pełniejszego, a w konsekwencji - szczęścia wiecznego. Stąd wiara. Wiara nie ze strachu lub na wszelki wypadek, ale wiara z pragnienia szczęścia.

sobota, 5 grudnia 2009

Ideowiec Marek Edelman

Na tym polega moja rola. Pan Bóg już chce zgasić świeczkę, a ja muszę szybko osłonić płomień, wykorzystując Jego chwilową nieuwagę. Niech się pali choć trochę dłużej, niż On by sobie życzył. To jest ważne: On nie jest za bardzo sprawiedliwy. To jest również przyjemne, bo jeżeli się coś uda - to bądź co bądź Jego wywiodło się w pole... - Wyścig z Panem Bogiem? Cóż za pycha! - Wiesz, kiedy człowiek odprowadza innych ludzi do wagonów, to może mieć z Nim później parę spraw do załatwienia. A wszyscy przechodzili koło mnie, bo stałem przy bramie od pierwszego do ostatniego dnia. Wszyscy, czterysta tysięcy ludzi przeszło koło mnie. Oczywiście, każde życie kończy się i tak tym samym, ale chodzi o odroczenie wyroku...
Hanna Krall, Zdążyć przed Panem Bogiem.

Zmarły przed dwoma miesiącami Marek Edelman był człowiekiem wyjątkowym, o wyjątkowym życiorysie i o wyjątkowej odwadze. Mówił i pisał o Powstaniu w Getcie Warszawskim z do bólu okrutną szczerością. I kiedy na nowo czytam Zdążyć przed Panem Bogiem, odkrywam z satysfakcją, że ta szczerość jest piękna. W niczym nie umniejsza tragedii społeczności żydowskiej, w niczym nie umniejsza bohaterstwu powstańców.

Lewicowiec, agnostyk wadzący się z Bogiem, ideowiec w czystej postaci. Jego idea leczenia ludzkich serc, by odroczyć wyrok śmierci ma w sobie coś głęboko humanistycznego, co pociąga i zmusza do zamyślenia nad sensownością własnego powołania.

wtorek, 1 grudnia 2009

W czasach wielkiego rozczarowania

Żyjemy w czasach wielkiego rozczarowania. Tak. To my przecież mieliśmy być szczęśliwymi dziedzicami nadziei owych oświeconych proroków, którzy zrywali więzy ciemnych zabobonów przeszłości i wznosili ołtarze Rozumowi. Nasze czasy to czasy spełnienia ich utopii. Czyż trzeba tu powtarzać, że ani zgłębienie tajemnicy budowy atomu, ani wyrwanie się poza orbitę naszej planety nie wyjaśniło nam, kim właściwie jesteśmy i jaki jest sens naszego istnienia? A także, że wszystkie nasze wspaniałe osiągnięcia nie nauczyły nas sztuki życia godnego istot rozumnych?
Jan Józef Szczepański, Przed nieznanym trybunałem.

Słowa pisane w latach 70-tych XX wieku. Obawiam się, że wspomniane przez Szczepańskiego czasy rozczarowania trwają do dziś. Wielkie ideologie ubiegłego stulecia jedna po drugiej okazały się potężną ułudą i popadły w ruinę. Zarówno nazizm jak i komunizm miały zastąpić człowiekowi religię. Czy człowiek, który z wielkim wysiłkiem zdołał otrząsnąć się z mitów totalitaryzmów, naturalną koleją rzeczy nie powinien zwrócić się na powrót ku religii?

Dla wielu ludzi świata Zachodu nie było już powrotu do tradycyjnego i od wieków zadomowionego w Europie chrześcijaństwa. Obserwujemy wzrastające zainteresowanie religiami Wschodu oraz sektami stamtąd się wywodzącymi. Zdaniem Szczepańskiego przyczyną tego wzrostu jest brak poczucia osobistej odpowiedzialności za dzieje owych wschodnich tradycji. Ci, którzy nagle odkrywają drogę zbawienia w mistyce Zen, w praktykowaniu jogi, w wierze w transmigrację, nie czują potrzeby dociekania natury buddyjskiej teokracji ani wynaturzeń profesjonalnego ascetyzmu, ani moralnej wartości instytucji kast. Nabywają swe nowe wiary jak gdyby w strefie wolnocłowej, bez narzutów życiowej praktyki.

Nasze rodzime chrześcijaństwo obciążone jest potężnym bagażem wielu błędów i zaniedbań. Wielu z nas nie ma sił lub odwagi, by dźwignąć ten ciężar. I wcale się nie dziwię. Bo co prawda chrześcijaństwo wydało z siebie niezgłębiony ogrom świadectw dobra, świętości, mądrości i piękna, ale jednocześnie nie zabrakło w nim licznych antyświadectw i powodów do zgorszenia. Jak to się stało, że współczesny człowiek Zachodu rozczarował się wielkim mitem chrześcijaństwa, u którego początku stał ubogi Jezus z Nazaretu z dobrą nowiną o miłości?