Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rodzina. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 7 lutego 2021

Zimowy spacer


Styczniowy, niedzielny poranek z lekkim mrozem, błękitnym niebem i świeżą porcją śniegu. Idealny czas na sanki. W zeszłym roku, gdy Emilka mogła bardziej świadomie spotkać się oko w oko z białym puchem - śnieg popadał tylko jeden dzień. Duże białe płatki, które osiadły na trawie i ulicach zniknęły wtedy po kilku godzinach. Teraz jest raj. W książeczkach, piosenkach i zajęciach w żłobku - teoretyczny temat zimy mamy już rozpracowany. Czas na praktykę.

Nasz sąsiad podarował nam dobre sanki, na których jeździły ze dwadzieścia lat temu jego córki. Teraz nasza dziewczynka ubrana w kombinezon usiadła na nich z ogromną radością i swoimi małymi rączkami odzianymi w granatowe ciepłe rękawiczki z uroczymi misiami chwyciła się deseczek sankowego siedziska.

Ciągnij, Tato! Szybciej! - pokrzykuje ze śmiechem. 

Zachwycam się nieustannie, że tak blisko domu mamy takie wspaniałe nadwiślańskie tereny do spacerów. Można czmychnąć tak jak teraz i w ciągu kilku minut znaleźć się w białej krainie. Wąska pokryta śniegiem ścieżka prowadząca nad Wisłę, okolona białymi od śniegu krzewami i drzewami jak tunelem. A do tego lekki mróz, błękit nieba nad głową, promienie słońca i chrzęst śniegu pod butami. Czysta biel. Spokój i radość. Ależ jest pięknie!

K. ciągnie Emilkę, ja podbiegam za nimi ścieżką. Słyszę: Będzie po kolei! Mamo, teraz Ty! K. zatrzymuje się, Emila schodzi z sanek i patrzy na mnie z radością w oczach, gdy siadam na sanki. Startujemy! - mówię. K. zaczyna ciągnąć, a ja czuję na swoich plecach małe rączki, które popychają mnie do przodu. - Ja pomagam - mówi Emilka bardzo poważnym tonem i kilkanaście kroków później dodaje: Tato! Teraz ty! K. niewiele się zastanawiając siada na sanki, a ja z Emilką łapiemy sznurek i ciągniemy go kilka metrów po białej ścieżce. Emilkowy śmiech rozbrzmiewa na ścieżce, a zerkam z uśmiechem na jej buzię i zaróżowione od mrozu policzki. Jest pełną radością. 

Kiedy ostatni raz jechałam na sankach? Dzięki Emilce udaje nam się obudzić ciągle drzemiące w nas dzieci. To one bawią się z nią codziennie.

Teraz ja idem sama - zarządza po swojemu. 

Podbiega sama po śniegu przed nami. Patrzę na tę małą ponaddwuletnią już dziewczynkę, maszerującą dziarsko do przodu. Podbiega co trochę. Schyla się i rękawiczkami zagarnia śnieg, któremu uważnie się przygląda. Otrzepuje je i biegnie dalej: Tato! Ja za rękę - prosi i wyciąga swoją małą rączkę, w puchatej rękawiczce, którą K. otula swoją dużą dłonią. Idą przede mną. Tata i Córka. Wzruszają mnie. Tyle czułości i miłości widzę codziennie między nimi. Obserwuję często z boku ufne spojrzenia Emilki patrzącej na K. i opowiadającej mu z wielkim zaangażowaniem o różnych sprawach, o wszystkim, co tylko przyjdzie jej do głowy i co coraz lepiej potrafi już wypowiedzieć.

Emilka zatrzymuje się i znowu siada na sankach. Trzyma się mocno. Śnieg skrzypi. K. ciągnie za sznurek i biegnie, podbiegam i ja. Słońce, błękit, biel. Emilka patrzy przed siebie z radością, zerka na płozy sanek i coraz głośniej zaczyna śpiewać: Hu hu ha, hu hu ha nasza zima zła! A my jej się nie boimy, dalej śnieżkiem w plecy zimy, niech pamiątkę ma! 

Robimy przystanek na pięknie oświetlonej zimowym słońcem polanie. Pełnej wystających kikutów uschniętych nawłoci, których pióropusze ozdobione są śniegowymi czapkami, a te spadają przy choćby delikatnym ich dotknięciu. Mała postać w różowym kombinezonie rusza przed siebie, przedziera się, idzie, brnie w śniegu za kostki, dotyka gałązek, śmieje się patrząc jak spada z nich śnieg. Rozgląda się ciekawie, bada świat w swoim dziecięcym skupieniu i zafascynowaniu. Nie przeszkadzamy jej. Jesteśmy tuż obok. Stoimy z K. przytuleni w tym zimowym pięknym południowym słońcu. Tyle mam w sobie wdzięczności. Tyle radości. Tyle nieustannego zadziwienia, że zostaliśmy rodzicami i ta mała Dziewczynka to nasza córka.
 

Emilka wypatrzyła jakąś białą, nienaruszoną połać śniegu i kładzie się by już całkiem profesjonalnie ze śmiechem zrobić sama orzełka-aniołka. Ja dołączam do niej. Leżymy tak obie na śniegu przez krótką chwilę patrząc w błękit nieba nad nami. Gdy odwrócimy na bok głowy, możemy złapać swoje radosne spojrzenia. Zostawiamy więc na polanie dwa odciśnięte w śniegu ślady: mały i duży.

Ruszamy znowu na sankach. Emila siedzi i znowu pokrzykuje: Szybko! Szybko!, a my z K. na zmianę biegniemy i ciągniemy tę małą panienkę. 

Na ostatniej prostej przed domem. Emilka nagle mówi: Ja na brzuchu. Gramoli się, odwraca i za chwilę jedzie na sankach leżąc na brzuchu, cichutko patrzy w bok na mijane krzewy, na śnieg na drodze. Idę obok niej i patrzę jak robi się coraz bardziej cicha, a jej powieki robią się coraz cięższe. Pstryk. Śpi. Upojona bielą.



piątek, 1 maja 2020

Pierwszomajowa Dana

Pięć lat temu, 1 maja również wypadał w piątek. Dzień zaczął się szarością i deszczem. Dostałam rano telefon z hospicjum, żebyśmy szybko przyjeżdżali, gdyż Dana gaśnie z minuty na minutę. Dzień wcześniej późnym wieczorem rozstawałam się z nią, coraz ciężej oddychającą, coraz bledszą, coraz częściej zamykającą oczy i zapadającą w przedłużające się letargowe drzemki. Wyszeptała mi z trudnem, że nie ma już siły…

Jechaliśmy wtedy z K. do hospicjum na Krakowskim Przedmieściu, w którym była, z łomoczącymi sercami, modląc się o siłę i odwagę do towarzyszenia Danie… Zdążyliśmy. Pięć lat temu trzymałam za rękę odchodzącą Danę (opisałam to wtedy TUTAJ). Moją 77 letnią ciocię (jej mama i mój dziadek byli rodzeństwem), do której nigdy przez całe moje życie nie powiedziałam Ciociu. Zawsze była “Daną”. A ja od małego czułam się bardzo dumna, że mogę tak dorośle się do niej zwracać.

Dzisiaj znowu 1 maja wypada w piątek, a ja od rana zdumiewam się, że nie ma jej z nami już 5 lat. Spacerowałam dzisiaj w naszej okolicy ze śpiącą w wózku małą E., otoczona szalonym śpiewem ptaków, soczystą zielenią i słońcem i myślałam o Danie i o tamtym dniu. Czułam zapach deszczu na bruku, po którym w tamten piątek szliśmy szybkim krokiem, by zdążyć… Widziałam jej nieprzytomną twarz, przypomniałam sobie chłód jej ręki i czerwone krople krwi wsiąkające w prześcieradło. A potem mignęła mi w głowie Ona już spokojna, rozświetlona gdy przeszła już na tamtą stronę.

Zostaliśmy, by dopilnować wszystkich pośmiertnych formalności. Dana przez ostatnie kilka lat swojego życia wszystko ułożyła niemal perfekcyjnie. Cały plan tego co będzie, gdy jej stan znacznie się pogorszy. Rozdysponowanie spraw i rzeczy. Na kilka dni przed swoim odejściem, gdy już była w hospicjum, podyktowała mi wszystkie osoby, które mam zawiadomić o jej śmierci. Dała wszystkie niezbędne wskazówki. 

Szłam dzisiaj pchając wózek i myślami wracałam do tego czasu sprzed pięciu lat. Momentu, gdy po kilku godzinach wyszliśmy z K. z hospicjum prosto na wysychające po deszczu Krakowskie Przedmieście pełne gwaru i ludzi. Milczeliśmy, trzymaliśmy się za ręce i szybkim krokiem szliśmy przed siebie. Jak się odnaleźć tu, w tym tętniącym życiem świecie, gdy przed momentem spotkaliśmy się ze śmiercią? Dana była i nagle jej nie ma. Jej ciało zabrane zostało chwilę temu przez dom pogrzebowy... 

Pamiętam, że rabaty pełne kolorowych, kwitnących tulipanów przy Muzeum Narodowym falowały mi w oczach i rozmazywały przez łzy. Byłam niby tu, ale jednocześnie gdzieś indziej, w jakimś “międzyświecie”, z którego muszę wrócić do życia.

Dano Kochana! Ale byś się cieszyła z tego, że jest na świecie nasza mała E. 

Dzisiaj wyjęłam album ze zdjęciami, który mi dałaś, który kiedyś razem układałyśmy i opisywałyśmy siedząc u Ciebie i pijąc herbatę. Wzięłam do ręki notes, w którym zanotowałam sobie różne Twoje rodzinne opowieści o przeszłości, których dalszym opisywaniem miałam się zająć. Iloma naleśnikami mnie nakarmiłaś, ile pysznych serników i szarlotek napiekłaś, a niektóre z nich robiłyśmy razem. Tak bardzo lubiłam do Ciebie wpadać.

Rozmawiałyśmy zawsze prawdziwie i szczerze, choć nigdy nie starczyło mi odwagi, by pytać Cię o  Twoje miłości i dlaczego nigdy nie założyłaś rodziny... 

Zaplanowałaś sprytnie, że możemy spełnić Twoje jedno marzenie i pojechać z Tobą na weekend do Katowic w odwiedziny do Twojej najlepszej przyjaciółki. Poznałaś nas ze sobą, bo już wtedy planowałaś byśmy po Twoim odejściu to my dwie razem mogły wszystko zorganizować jak trzeba i by nam było raźniej, bo się już osobiście znamy. I wiesz, przez te 5 lat odkąd Ciebie tu nie ma - cały czas staramy się mieć ze sobą łączność. 

A dzisiaj po takiej ogromnej ciszy i przerwie w pisaniu odezwałam się tutaj na Zarysowniku - właśnie dzięki Tobie i kotłującym się w głowie wspomnieniom. Dziękuję Ci za nasz dzisiejszy spacer. Byłaś tak blisko.


poniedziałek, 26 listopada 2018

Cud na rękach


Kiedyś zabrałam ją,  kierowana kłującym w sercu wzruszeniem - ciążowa sukienka mojej Mamy. Sukienka, którą trzymała przez ponad trzydzieści lat gdzieś na dnie szafy. Włożona pomiędzy jej dwuczęściowy kostium ze ślubu cywilnego, suknię ślubną i inne stare i już nienoszone ubrania, które jak widać miały dla niej wartość sentymentalną.

Porządki w szafie po odejściu Mamy wydobyły te skarby na światło dzienne. Szukałyśmy dla nich innego miejsca. Przygarnęłam z czułością tę sukienkę w kolorze musztardowo-rudym, z obszytymi materiałem guziczkami na mankietach, z lekko bufiastymi rękawami, wysokim stanem. Kto ją własnoręcznie uszył tego się nie dowiem, ale na pewno jest ręczną robotą.

Sukienka znalazła schronienie w mojej szafie. Leżała tam, a ja co jakiś czas natykając się na nią myślałam sobie o mojej Mamie, ubranej właśnie w nią, jej miękki materiał otulał brzuch, w którym mogłam się skrywać ja albo moja siostra. Dotykała i gładziła go dłonią przez ten materiał gdy czuła nasze ruchy czy kopnięcia. Ta myśl napełniała mnie ciepłem i czułością. Wiedziałam, że przymierzyć ją mogę tylko wtedy gdy sama będę miała zostać mamą i gdy we mnie mieszkać będzie Jej wnuczka.

Wydobyłam ją z czeluści szafy, uprasowałam i założyłam. Spełniłam takie małe marzenie. Prosiłam K. o zrobienie zdjęcia. Zdążyłam. Następnego dnia na świecie pojawiła się Emilka. 

***


Zaczęliśmy naszą życiową Przygodę. Przygodę, której na imię Emilia. Skoro Najwyższy zdecydował, że ma się pojawić w naszym życiu i została nam podarowana - podejmujemy to wyzwanie odkrywania nowego lądu - rodzicielstwa. Zawirował nam dotychczasowy, ułożony przez lata we dwoje świat i budujemy go na nowo we trójkę. Będzie bogatszy.

Gdy w szpitalu otworzyłam oczy po pierwszej, krótkiej, poporodowej drzemce zastanawiałam się gdzie ja w ogóle jestem. Dotknęło mnie poczucie jakiejś nierealności. Potem spojrzałam na mającą kilka godzin dziewczynkę otuloną kocykiem i ułożoną w małym wózeczku przysuniętym do mojego łóżka. Ona JEST. Realna, namacalna, istniejąca. To nie sen. To wszystko się wydarzyło… Wpatrywałam się w Nią długo. Cichutko śpiącą, taką maleńką, oddychającą tak delikatnie. 

Zdumienie i zdziwienie pomieszane z zachwytem. Bo jak pojąć, ot tak po prostu ten cud stworzenia? Że to Życie powstało z nas, schowane przez tyle czasu we mnie, całkowicie powiązane, odżywiane, rosnące, rozpychające się coraz bardziej, a w końcu urodzone. Mały Człowiek. Dar, którym mamy się odważnie zaopiekować i nauczyć go świata. Który ma w sobie części nas i naszej z K. miłości.

To moje zdumienie nie minęło do teraz. I słyszałam, że podobno może nie minąć nigdy. 

Siedzę na kanapie w naszym domowym azylu. Trzymam w ramionach malutką, kruchą istotę. Ciepłe drobne ciało mocno wtulone we mnie. Na półkach regału, na który zerkam stoją czarno-białe fotografie w ramkach. To kobiety z mojej rodziny - linia żeńska ze strony mojej Mamy. Portret praprababci Klementyny oraz zdjęcia ślubne prababci Emilii, babci Marysi i mojej Mamy. Te cztery generacje silnych kobiet, które już odeszły spoglądają na nas - dwa kolejne pokolenia do kompletu rodzinnej historii. Jesteśmy ze sobą powiązane genetyczną nicią, urodzone jedna z drugiej. To daje siłę.

Dotykam malutkich paluszków z mikroskopijnymi kształtnymi paznokciami, gładzę po główce i ciemnych, delikatnych włoskach, po rumianych policzkach. Cichy oddech wydobywa się z drobnych ust przetykany co jakiś czas zabawnym posapywaniem. Emilka zasnęła u mnie na rękach chwilę temu, rozgrzana po zachłannym jedzeniu, rozkoszna i rozczulająca. Delikatność i bezbronność w moich ramionach. Niewypowiedziane piękno mające tak niewiele dni. 


Tulę ją do siebie. Otaczam ramionami i czuję jakąś ogromną, nie dającą się opisać moc płynącą z tego naszego czułego połączenia.

Mogę tak siedzieć, siedzieć i patrzeć na Nią. Chłonąć Ją w nieustannym zadziwieniu cudem Życia. Nie spoglądać na zegarek. Czas na tej naszej kanapie i w tym zakątku pokoju nie istnieje. Za oknem robi się coraz bardziej szaro-buro i ciemno. Nas otula ciepłe światło sączące się z pokojowych lampek, cicha muzyka Chopina i miłość. 


niedziela, 4 listopada 2018

Przybycie


Fot. Piotr Czyżewski

Czekaliśmy na Nią cierpliwie, z radością i spokojem. Nie wybiegaliśmy w przyszłość. Cieszyliśmy się każdą chwilą tego czasu. Gadaliśmy do brzucha, w którym tak cudownie była przez tyle miesięcy ukryta i leżąc wieczorem w łóżku głaskaliśmy wystające nagle i nieoczekiwanie przez mój brzuch części jej ciągle tak tajemniczego dla nas ciała. Rozczulała nas mała stópka wędrująca w tą i z powrotem jak wewnętrzny, łaskoczący suwak w moim prawym boku, albo plecy czy pupa, które nagle wyrastały jak góra lodowa w oceanie mojego brzucha, by po kilku chwilach ponownie się zatopić i zniknąć. Ślady obecności, coraz realniejszej, coraz bardziej namacalnej. I właśnie ta nasza Mała Dziewczyneczka odważnie zdecydowała się pojawić na świecie sześć dni przed wyliczonym oficjalnie terminem.

W sobotę nad ranem obudziłam się czując ból inny niż do tej pory. Pierwsze powolne skurcze. Opasujące mnie, rosnące leniwie i trzymające mnie chwilę w swoim niezbyt miłym uścisku. Coś się zaczyna. Przygoda. Zajęliśmy się spokojnym porankiem domowym i krzątaniną. Bez panikowania, bez nerwów. Ale czułam z każdą godziną, że Życie, które było we mnie od tylu miesięcy zaczyna coraz bardziej stanowczo domagać się innego świata.

Razem z K. liczyliśmy skurcze, ich czas trwania i odstępy między nimi. Zadanie zespołowe, a Mąż sekundant najlepszy na świecie notujący wyniki naszej jedynej i niepowtarzalnej konkurencji. Późnym popołudniem zapadł w niej werdykt, że ruszamy do szpitala. Zdecydowani byliśmy od samego początku przechodzić przez ten jedyny w swoim rodzaju czas narodzin razem. Skoro obydwoje byliśmy niezbędni, by to Maleństwo mogło zaistnieć, wiedzieliśmy, że będziemy razem w czasie jego pojawiania się na świecie. Nasze wspólne, małżeńskie, miłosne zadanie - od początku do końca.

Podchodziłam do myśli o porodzie jako o czymś naturalnym, czymś co słuchając swojego ciała musi dać się wykonać, jest jedyną drogą do celu, jednym sposobem, by wydać to Życie na świat. Tajemnicze i niezwykłe misterium, które trzeba przejść. Tak niesamowicie wymyślone przez Stwórcę, że dosłownie każdy element tej porodowej drogi jest po coś, jeden napędza kolejny, jest ważny dla mnie i dla przychodzącego na świat dziecka. Wszystko jest fizjologicznie powiązane i zależne od siebie.

Przez kolejne godziny sobotniej nocy daliśmy się razem porwać tej tajemniczej machinie rodzenia. Czułam całą sobą, że wpadam w jakąś wyizolowaną ze świata, jedyną w swoim rodzaju jakby nieco abstrakcyjną przestrzeń, której jedynymi stałymi elementami są przyspieszające coraz bardziej, trwające dłużej i silniejsze skurcze - otwierające mnie na oddanie tego Nowego Życia światu. Ból, który był do wytrzymania i myśl, że jednocześnie on jest siłą i bez niego to wszystko co ma się stać nie będzie możliwe. Nie było przerażenia, nie było strachu. To był jakiś bezczas, rodzaj jakiegoś transu prowadzący coraz bliżej i bliżej celu. Chwilami miałam wrażenie, że to nie mnie i nie mojego ciała to wszystko dotyczy. Że to rodzenie się - dzieje się poza mną. Życie wyrywa się ze mnie samo, siłuje się i rozpycha.

Łagodzenie bólu ciepłym prysznicem, masażem pleców, siedzeniem na gumowej piłce. Ukochana Męska dłoń głaszcząca mnie po rozczochranej głowie, podająca wodę, czy ręcznik, dłoń, którą mogę ścisnąć z całych sił. Czułe usta całujące w czoło, w rękę, w szyję. Jego cichy szept przypominający o oddechu i dodający siły. Nie jestem sama. Jest On. Ukochany K. Jesteśmy tu razem. Towarzyszenie. Wspieranie. Trzymanie za rękę. Wspólnota. Bliskość. Cierpliwość. Czułość. Miłość. Piękny czas. Zbliżający. Śmiało mogę powiedzieć, że nie wyobrażam sobie samotnego przejścia przez to porodowe doświadczenie.



W niedzielę 21 października o 3.49 zawirował i od nowa rozpędził się nasz osobisty świat. Urodziła się Emilia Hanna. Ja wróciłam z tego dziwnego porodowego zawieszenia w jednej sekundzie - w chwili gdy tylko poczułam, iż stało się - nasze Małe Życie już TU jest. Wyszło ze mnie. Opuściło mnie. Jej pierwszy krzyk, a potem od razu seria kichnięć. Nasze pierwsze spojrzenia. Nasza Dziewczyneczka od razu kładziona jest na moim brzuchu i piersi. Otulona pieluszką, ręcznikiem, kocem. Taka ciepła, jeszcze mokra, przybyła prosto z wewnętrznego świata mojego ciała. Czuję ją. Obejmuję ją nieco niezdarnie i tulę do siebie. Całuję. Oto ona. Jest. Tajemnicza Wiercipięta. Krucha, malutka Emilka. K. przecina pępowinę. Odłączona. Zaczyna swoje życie - z nami. Razem zaczynamy naszą przygodę.

To prawda - to jest ten właśnie moment, w którym zapomina się o wszystkim innym. Nic nie jest ważne, unieważnia się wcześniejszy ból. Jest ogromna, przepełniająca radość i wzruszenie, że się udało, że dałyśmy radę, że oto tu i teraz doświadczamy cudu. Bo to wszystko w czym uczestniczyliśmy to właśnie cud.

Stało się. Zostaliśmy rodzicami.
….Jestem Mamą. Jestem MAMĄ. JESTEM MAMĄ!!!


sobota, 30 czerwca 2018

Oczekiwanie


Przenikasz i znasz mnie, Panie, (...)
Ty bowiem stworzyłeś moje wnętrze 
i utkałeś mnie w łonie mej matki.
Sławię Cię, żeś mnie tak cudownie stworzył; 
godne podziwu są Twoje dzieła 
i duszę moją znasz do głębi.
Nie byłem dla Ciebie tajemnicą, 
kiedy w ukryciu nabierałem kształtów

/Psalm 139/

Doświadczam tajemnicy, którą tak trudno ująć w słowa. W moim wnętrzu dzieje się cud.

Bóg utkał nowe życie, które rośnie we mnie. Zostaliśmy zaproszeni przez niego do przygody życia. Budzę się codziennie już od ponad 160 dni z myślą, że siedzi we mnie jak w skarbcu mały człowiek. Początkowo niewidoczny, schowany, cichy i tajemniczy. Pierwsze marcowe usg: na ekranie zobaczyłam mające niecały centymetr maleństwo, któremu jak szalona migotała kropeczka - serce. 

Wychodziłam z przychodni na szarą, marcową ulicę z łomotem serca, ściskającym mnie w środku wzruszeniem i jakimś takim niedowierzaniem, że to się wszystko dzieje i nie jest snem. Wracałam do codziennego życia, do pracy i różnych obowiązków, które przerywały w ciągu dnia co jakiś czas momenty nagłego olśnienia - przecież zostanę mamą, rośnie w mnie Maluch. Aaaaaa!!!!

Nic nie widać, nic nie czuć. Dzieje się tajemnica. Bardzo skomplikowana tajemnica. Twórcze, Boskie misterium. Ależ to wymyślił wszystko cudownie. A jeszcze bardziej się zachwycam na samą myśl, że przecież to samo działo się ze mną, z nami. Byliśmy schowani przed światem w naszych Mamach i powstawaliśmy, rośliśmy w bezpieczeństwie i nieodgadnionej jakiejś błogości.

Zdecydowaliśmy się mówić o tym naszym małym Bąbelku od razu. Nie czekać, nie ukrywać. Cieszyć się niezależnie od tego co by się miało dziać. Tyle dobrych słów na nas spłynęło zewsząd, serdeczności i wzruszeń.

Kolejne usg w połowie kwietnia. Czekanie na wizytę. Na spotkanie, w którym jakby nie patrzeć będziemy podglądaczami. Zobaczyliśmy na ekranie małą istotę zwiniętą w kulkę, zupełnie jak jeż, która dopiero po kilku mocniejszych dotknięciach mojego brzucha nagle rozkwitła, rozwinęła się, wybuchła, rozprostowała skrywane rączki i nóżki i jak ryba w wodzie zaczęła się wyginać na wszystkie strony. Wiercipięta w kształcie człowieka. Z łomoczącym sercem, które mogliśmy usłyszeć. Pomachała nam.

Z ciągłym niedowierzaniem dotykam swojego brzucha, który jak mała, nadmuchana piłeczka przyczepiona pod piersiami w ciągu ostatniego miesiąca pokazał się pięknie światu. Gdy wpadłam na chwilę do mojej siostry, mały P. przywitał mnie radośnie słowami: Ciocia, ale masz brzuch! A większa T. przybiegła do mnie i zaczęła mnie po nim głaskać i całować z niepohamowanym zachwytem wykrzykując: Ale Dzidzia urosła! I do tego wszystkiego moja siostra O. - mama czwórki dzieci - która patrzy na mnie za każdym razem, gdy się widzimy z taką ogromną czułością pomieszaną z jakimś rodzajem wzruszenia i niedowierzania. Uśmiecha się i mówi: Ojej... moja siostra jest w ciąży!

Leżąc wieczorem w łóżku, wsłuchiwałam się w siebie, w moje zmieniające się ciało. Jak to będzie coś poczuć? Jakiś ruch? Dowód obecności inny niż zdjęcie uchwycone na usg zupełnie jakbyśmy byli jakimiś paparazzi. I jest. Czuję. Dostałam taki prezent pod koniec maja. Jakby zamknięte we mnie wodne bąbelki, wypuszczane w wodzie bańki powietrza rozbijające się o wnętrze mojego brzucha, muśnięcia, nieco łaskoczące, przyjemne puknięcia odczuwane w różnych miejscach, takie pukanie ze środka. Wyobrażam sobie tego Malucha zapamiętanego z ostatniego usg. Tę kulkę przemieniającą się w mikro-człowieka machającego rękami i nogami. Ciekawe co on tam porabia.

Nie zajmujemy się szykowaniem pokoju dla dziecka czy szukaniem ubranek i wózka. Obdarowani zostaliśmy rosnącym w brzuchu Maluchem i ogromną dawką spokoju. Nie wybiegamy w przyszłość. Żyjemy razem, we trójkę, tu i teraz. Cieszymy się każdym dniem. Każdą zmianą we mnie. Na całą resztę przyjdzie czas. Po co się spieszyć.

Ostatnie usg - w połowie czerwca. Kolejne, wyczekane podglądanie. Z tyłu głowy, mimo naszego spokoju, zawsze jakaś obawa, czy Maluch zdrowo się rozwija. Ale jest dobrze. Po raz drugi już słyszymy od lekarki, że jest małą, ruchliwą Dziewczyneczką. A na ekranie widzimy jej zabłąkany uśmiech.


poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wielkanocna podróż w czasie

Niedziela Wielkanocna w rodzinnym domu mojego Ukochanego K. płynęła nam wolno i leniwie. Myślę, że udało nam się skupić na tym, co najważniejsze - na byciu razem, na rozmowach, na niespieszności.

To, co tak lubię będąc w tym moim drugim domu, to rodzinne opowieści, historie prawdziwe, przywoływane tak łatwo dzięki Mamie J. , która tak naturalnie wydobywa je ze swojej pamięci. Tak pięknie uzupełniają jej genealogiczną pasję. Bo pamiętanie o przeszłości to nie tylko suche cyfry dat, ale właśnie to "coś” co te daty ożywi - przywołane wspomnienie jakieś sytuacji, kolory, zapachy, twarze i gesty.

Siedziałyśmy w jadalni, przy stole naprzeciwko siebie. Za oknami zrobiło się już ciemno. W pokoju obok przy zastawionym stole trwało jeszcze niespieszne świętowanie wielkanocnej niedzieli. Uciekłyśmy na chwilę, by zaszyć się z herbatą i kawałkiem ciasta tuż obok za ścianą. Pytanie przyszło do mnie nagle - jak wyglądały Wielkanoce w Trzcińcu pod Pułtuskiem - w rodzinnym domu Mamy J.? Co pamięta z czasu swojego dzieciństwa? 

Opowieść potoczyła się sama. Przeniosłyśmy się na chwilę w czasie - na sam początek lat 60 - by podejrzeć Wielkanoc w Trzcińcu. W historii opowiedzianej przez Mamę J. występują:
- Jej Tata Stanisław i Mama Kazimiera 
- Babcia Stasia - czyli matka Stanisława i teściowa Kazimiery, dużo później zwana Babcią Pra
- czwórka dzieci Stanisława i Kazimiery: 3 synów i jedna córka - Jadzia (czyli obecnie już dorosła Mama J.) - i to właśnie Ona zaprosiła mnie do świata wspomnień z czasu gdy miała 10-12 lat. 


***
Babcia Stasia, a potem Mama Kazia zawsze przed świętami sprzątały dom. Zasadą było to, że na Wielkanoc odmalowywana musi być obowiązkowo kuchnia, a także sień oraz przedpokój. Ta pierwsza szczególnie, gdyż z dnia na dzień jej ściany coraz bardziej szarzały od sadzy z kuchni węglowej. To było tak zwane “bielenie” ścian choć najczęściej było to dwukrotne ich malowanie na kolor błękitny, albo zielony. Dla ozdoby dodawany był biały szlaczek, który odbijało się na wałku. Oczywiście umyte musiały być wszystkie okna i poprane wszystkie firanki. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej świeżości. Zadaniem wszystkich dzieci było sprzątanie niemal na błysk podwórza, zagrabienie błotnistych wertepów po kołach wozów i zwierzęcych kopytach i wysypanie terenu piaskiem. Miało być pięknie i odświętnie. Nadchodził specjalny czas.

***
Koszyczek wielkanocny mieścił w sobie na pewno jajka farbowane w łupinach cebuli, których skorupki przybierały barwy od pomarańczowych lub ciemnobrązowych oraz barwione jęczmieniem, które stawały się soczyście zielone. Najczęściej do kościoła w Wielką Sobotę jechał wozem Tata Stanisław i któreś z czwórki dzieci. Oboje rodzice uczestniczyli w liturgii Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku. W Niedzielę Wielkanocą zawsze jeździło się na Rezurekcję. Tata miał ważną rolę - najpierw był jednym z czterech mężczyzn niosących w procesji drzewce baldachimu. Ale potem dostał zadanie ważniejsze, nobilitujące - wspomagał samego księdza - trzymając go w czasie procesji pod rękę, bo niesienie ciężkiej monstrancji z Najświętszym Sakramentem w czasie obowiązkowych trzech rund procesji rezurekcyjnej wokół kościoła w Przewodowie nie należało do łatwych. Świątecznie ubrany Stanisław, mąż i ojciec, szanowany trzciniecki gospodarz kroczył w takiej bliskości Świętości. Czuł się wyróżniony, a jego mała córka - dumna.

Wyjściowe ubrania nie przeszkadzały gospodarzom dopełnić tradycyjnego elementu świątecznego - rezurekcyjnego poranka, którym był wyścig wozów konnych spod kościoła do wsi. Do Trzcińca był to dystans 7 km. Który z gospodarzy dojedzie pierwszy, temu lepiej i szybciej obrodzi pszenica. Było się o co bić. 10 letnia Jadzia zapamiętała związane z tym emocje, obmyślanie gdzie lepiej stanąć pod kościołem, by mieć lepszy start w wyścigu. Miała przed oczami zaciętość woźniców stających na kozłach, zmagających konie batami, nawołujących się, te krzyki, piski i emocje. Szaleńczy pęd kończący się niekiedy wywrotkami i upadkami.

Tata Stanisław po tym, gdy wszyscy wrócili z rezurekcji odprowadzał konie do stajni, karmił je i poił, a one spocone i zmachane odpoczywały po tej gonitwie, w której chwilę wcześniej brały udział. On za to brał kropidło, do miseczki wlewał wodę święconą i ruszał przed siebie przemierzając całe obejście i święcąc wszystkie kąty. Stodoła otrzymywała święcone krople, by chroniły ją od piorunów, dom otrzymywał błogosławieństwo w postaci zrobionego kropidłem w powietrzu znaku krzyża. Zaglądał ze święconą wodą do obory, kurnika, stajni. Wszędzie tam gdzie toczyło się codzienne, pozaświąteczne życie - tymi prostymi gestami powierzał je Najwyższemu.


***
Mama Kazimiera i babcia Stanisława zajmowały się przygotowywaniem stołu. Zawsze przyobleczony był w biały, lniany, krochmalony obrus, który Mama Kazia własnoręcznie ozdabiała tzw. mereżką, czyli techniką haftu ażurowego, w którym rozdzielając nitki tkaniny tworzy się delikatne wzory. Stół zdobiły wierzbowe gałązki z baziami, bo tuż za płotem, nad małym stawem rosła duża wierzba - jej wiosenne bogactwo było pod ręką. Na tym pachnącym i sztywnym obrusie rozstawiano świąteczną zastawę. Talerze odświętne - choć może wcale nie takie eleganckie - nigdy nie używane na co dzień, wydobywane z kredensu tylko na specjalne okazje.

Wielkanocne śniadanie przechodzące w obiad to oczywiście jajka i duża ilość wędlin i mięs. Bo na święta zawsze zabijany był świniak. Tata Stanisław wędził szynki i boczki, mama Kazimiera - robiła swoją kiełbasę, kaszankę, pasztetową czy salceson. 

Był też prawdziwy, ostry chrzan (wykopany w ogródku), który z pełnym poświęceniem ścierała wcześniej Mama Kazia. Siadała sobie na stołeczku na podwórku, siadała z wiatrem, by ostry zapach kolejnych tartych korzeni chrzanu frunął w dal, na kolanach miała emaliowaną miskę, w ręku dzierżyła tarkę. Tarła w skupieniu.

Zawsze, tradycyjnie podawany był barszcz czerwony z zakiszonych buraków. Specjalność Mamy Kazimiery. Właśnie tak - nie biały żur, a czerwone buraki kopane chwilę wcześniej z kopca na polu. Buraczana mikstura stała sobie tydzień w cieple, umieszczona w kamiennym garnku, postawionym na blasze w rogu dużej cztero fajerkowej kuchni, bo właśnie tam było ciepło, a nie gorąco, czyli idealnie. Kisła się. Do barszczu wrzucało się wędzoną szynkę, skrawki boczku, kiełbasę, wiórki startego korzenia chrzan a całość podawało się z jajkami na twardo. Barszcz o winnym smaku, pachnący wędzonką. Dorosła już Jadzia niestety nie przejęła rodzinnego przepisu od swojej Mamy. Robi go nadal na Wielkanoc jej bratowa w Trzcińcu, którą jeśli to możliwe pięknie proszę o wzbogacenie tej opowieści:) 

Wielkanocnymi deserami były: sernik na kruchym cieście z charakterystyczną kratką z ciasta na wierzchu, babki drożdzowe oraz jabłecznik.

*** 
Do domu przychodziła rodzina i sąsiedzi, choć bardzo często sąsiedzi byli jednocześnie bliską lub nieco dalszą rodziną mieszkającą w tej samej wsi kilka domów dalej. Gwar, opowieści, śmiechy, dyskusje, wspólne wychodzenie na wiejską drogę bitą kamieniami, wzajemne odwiedzanie się, rozmowy, poczęstunki, wspólny czas, który często w drugi dzień świąt kończył się zabawą w remizie.


***
Z dużego pokoju dobiega gwar. Wróciłyśmy z podróży w czasie. Świętujemy dalej chwilę obecną, jednocześnie pielęgnując pamięć. To bogactwo. 

niedziela, 28 stycznia 2018

9 lat


Już 9 lat, odkąd odeszła. Babcia Marysia, Mama mojej Mamy. 27 stycznia wieczorem wszyscy byliśmy przy niej, w milczeniu i ze łzami w oczach patrząc jak leży na podłodze w salonie w mieszkaniu rodziców i robią Jej masaż serca. Lekarz z karetki pytał nas - czy reanimować dalej, bo “przecież Państwo są świadomi, że to jest już agonia”.

Pamiętam to pytanie rzucone do nas, które zawisło w gęstym od emocji powietrzu. Moja mama powiedziała łamiącym się głosem “tak, ratujcie ją”. Jak zdecydować samodzielnie, że w tej chwili ma być orzeczony koniec życia? Ciężar. Zabrali nieprzytomną Babcię do szpitala na OIOM. Czekaliśmy pod drzwiami. Kazali nam wrócić do domu. A z samego rana - telefon: Maria Zembrzuska zmarła o 22.50. Niewydolność krążenia. 87 letnie ciało do zabrania przez zakład pogrzebowy, rodzina może zgłosić się po torebkę z jej rzeczami i akt zgonu…

Wczoraj myślałam o niej. Wspomnienia pchają mnie zawsze do wydobycia starych zdjęć, które różnymi rodzinnymi drogami do mnie trafiły i zamieszkały ze mną pod jednym dachem. Lubię je trzymać w dłoniach i mieć świadomość, że niektóre z nich mają 80, 90 czy nawet 100 lat. Oglądane przez te lata przez tyle par oczu znanych i nieznanych, włożone do różnych albumów, cudem uratowane z wojennych koszmarów. Teraz bezpieczne - zamrożone na papierze migawki minionego życia.

Wczoraj wypatrywałam wśród nich takich, na których jest Babcia. Najstarsze chyba z maja 1924 roku - ma na nim niecałe 3 lata. Stoi u fotografa ze swoim starszym przyrodnim bratem i młodszą siostrą. Dziewczynki - maluchy w szaro-burych fartuszkach przed którymi jest całe życie, trzymane za rączki przez chłopaczka, którego zawzięta, poważna mina zatrzymana została w kadrze. 



Ile emocji, różnych życiowych doświadczeń, dramatycznych zdarzeń, uchwyconego w oczach szczęścia, które później przerodziło się w rozpacz? Dzieciństwo, czas nastoletniego dojrzewania naznaczone wojną, radość małżeństwa, narodziny trójki dzieci, nagła, tragiczna śmierć męża. I ona niespełna czterdziestolenia wdowa, która osiwiała w ciągu kilku dni. Wsparcie młodszej siostry oraz Mamy. Wiara dająca jej siłę. Śluby kolejnych dzieci, pierwsze wnuki, międzykontynentalne podróże między Polską a Kanadą (do której emigrowała dwójka jej dzieci), setki wysłanych listów pisanych równym pismem.

Niektórzy kojarzą ją zawsze pięknym uśmiechem i elegancją. Dla innych wsparciem były rozmowy z nią i długie listy kojące ból po stracie bliskiej osoby. W kilku sercach został duży żal, że wiele lat temu nie przyszła na cywilny ślub, ostentacyjnie twierdząc, że taki nie ma znaczenia, bo liczy się tylko ten kościelny. Ale im była starsza, tym jej stanowczość i pewność co do szafowania opiniami malała. Robiła się bardziej otwarta. 

Nie zapomnę jak wiele lat temu pomagała mi przygotowywać strój na sambowy występ, który wieńczył kurs tańca. Przyszywałyśmy kolorowe cekiny na czarnym staniku od bikini, a czarne frędzle na krótkich spodenkach. I miałyśmy w tym obydwie masę radości i śmiechu. Siedziałyśmy głowa przy głowie: moja ciemna i jej biało-siwa. Na wątpliwość mojej młodszej siostry: że chyba taka półnaga nie wystąpię w czymś takim na scenie - odpowiedziała bez wahania:  to jest przecież na specjalny występ i strój musi być. 

Gdy zamykam oczy, widzę jej siwe włosy okalające twarz, zaróżowione policzki, błysk w oczach i filuterny uśmiech. I słyszę jak mówi: To co, herbatka i coś słodkiego? Na deser przecież jest osobna przegródka w brzuchu.

środa, 27 grudnia 2017

Świątecznie

Świąteczne rodzinne spotkania zawsze są dla mnie niezmiennie powiązane z miłym dla ucha gwarem. Rozmowy, płynące w tle kolędy, muzyczne nuty łączące się ze szczękaniem talerzy i sztućców. Jest krzątanina między kuchnią, a pokojem, w którym siedzimy przy stole. Zerkanie na rozświetloną choinkę, zapach ciepłego kompotu z suszu i podgrzewanej kapusty z grzybami, czy obieranych ze skórki mandarynek. Jesteśmy razem, ze sobą, jedni bardziej milczący inni rozgadani. Znajdujemy równowagę w tym trwaniu razem. Wspólnota stołu, wspólnota przestrzeni.

Ile mamy szczęścia, że możemy tak się spotykać. Że się kochamy, szanujemy, lubimy, potrafimy ze sobą otwarcie rozmawiać, że przed świętami nie mamy nerwowych czy przykrych rozmów o tym kto z kim, u kogo spędzać będzie święta. Wszystko da się podzielić, zaplanować i wspólnie zorganizować. Jesteśmy szczęściarzami. Bywały spotkania wielorodzinne. Na przykład wigilia, która okazała się ostatnią wigilią Mamy. Tak bardzo chciała mieć w tym dniu wszystkich razem. Konstelacje rodzinne córek, zięciów, ich rodzeństwa i rodziców oraz samotnych kuzynek. Było nas łącznie chyba 17 osób. Podzieliliśmy menu tak, by każdy mógł coś przygotować i przynieść, by każdy czuł się potrzebny. To był przecudny gwarny i piękny czas. Spełnione życzenie.

Ostatnie lata to wspólne święta bogatsze o gromadę maluchów naszego rodzeństwa. Trójka, a coraz bliżej już czwórka u mojej siostry O., dwójka u brata K. Ileż to piękna, radości i zamieszania wnoszą w nasze życie. Coraz liczniejszy tupot małych stóp, setki absorbujących pytań, małe i większe płacze i humory, a jednocześnie ogrom rozczulającego uśmiechu. 

***
W Wigilię przygotowuję karpia do smażenia. Z boku staje prawie pięcioletnia M., której głowa sięga już sporo ponad blat stołu. Spogląda uważnie na to, co robię, przekrzywia lekko głowę i mruży ciemne oczy. Patrząc cały czas na deskę na której leży tusza ryby bez głowy, ogona, czy płetw oraz na moją dłoń z nożem mówi: Jaka słodka, malutka rybka! Ciociu co ty robisz tej rybeczce? Rybeczko uciekaj. 

***
Największa już ośmioletnia B. ubrana w prostą, granatową sukienkę i biały sweterek - świątecznie elegancka. Przysuwa sobie drewniany okrągły taboret do regału, wchodzi na niego, otwiera szafkę i zaczyna odliczać deserowe talerzyki, które następnie sama ostrożnie zdejmuje, przynosi i z poważną miną rozkłada na stole.



***
Pięcioletnia T. w skupieniu pochyla się nad małym stoliczkiem, na którym coś pieczołowicie układa. Kosmyki włosów opadają jej na twarz i zarumienione policzki. Co jakiś czas poprawia się na siedzeniu, gdyż śliski, tiulowy materiał, z którego zrobiona jej jest błękitna sukienka sprawia iż ześlizguje się z kanapy, na której skrawku siedzi. Wyczuwa jakoś moje spojrzenie i w panice podnosi głowę, pochyla się całym ciałem nad stolikiem próbując rękami zasłonić to co robi i krzyczy: Ciocia, nie patrz! Ale nie patrz! Potem okazuje się, że szykowała ukradkiem, choć wśród coraz liczniejszego grona gromadzącego się wokoło, małe drobiazgi, które wykonywała sama według własnego pomysłu z kolorowych koralików. Robiła wszystko by zdążyć je zapakować i położyć pod choinką. Konspiracja świąteczna mamy i córki - prosto z serca.

***
Jest i ponad 3 letni P. siedzący na dywanie otoczony ze wszystkich stron prezentem od Mikołaja - wymarzoną kolejką. Jest i jakby go nie ma. Pełne skupienie. Pochłonięty innym, pociągowym światem. Kolorowe wagoniki, układanie kolejnych elementów torów, zakręty, zwrotnice i przejazdy. Mała głowa, małe palce, ogląda, dotyka, składa, kombinuje z zapałem, gada do siebie pod nosem i czasami podśpiewuje. Piękny, mały człowiek ogarnięty pasją.


***
Najmłodsza M. leży na kocu rozłożonym na kanapie. Rozgląda się wokoło i coraz sprawniej ćwiczy przewracanie się na brzuch i z powrotem na plecy. Pochylam się nad nią i patrzymy sobie w oczy. Widzę w nich pełne zaufanie. Swoimi małymi paluszkami ściska mi wskazujący palec. Dmucham na nią i mówię: Wiatrrrrr. Jej oczy robią się przez ułamek sekundy jeszcze bardziej okrągłe, maluje się w nich zadziwienie przemieszane z jakimś rodzajem strachu. Jeszcze raz. Wiattttrrrr. Uśmiecham się do niej. A ona nagle porzuca zdziwienie i zaczyna się tak pięknie uśmiechać, a następnie śmiać - takim dziecięcym, ledwie czteromiesięczym, prawdziwym, najczystszym na świecie śmiechem. Dmuchanie - śmiech. Bawimy się tak przez chwilę w te jej pierwsze na tej ziemi święta.


Patrzę na te tak bliskie mi dzieciaki i odnajduje w sobie takie dziecko. Wracają wspomnienia świąteczne, gdy to ja miałam 7 lat. Przywołuję to uczucie, które towarzyszyło mi wtedy po rodzinnej Wigilii, gdy obie z moją siostrą O. wykąpane i ubrane w polarowe piżamy-kombinezony układamy się do snu w naszym pokoju, ciesząc się blaskiem lampek z małej choinki stojącą na stoliku między naszymi łóżkami. Takiej sztucznej, którą wspólnie, pieczołowicie ubierałyśmy, dzieląc się ozdobami, by po każdej ze stron było po równo. No i oplatałyśmy ją oczywiście anielskim włosiem, bo taka była dla nas najpiękniejsza i najbardziej wytworna. My też tak samo przeżywaliśmy otrzymane tego wieczoru prezenty, rozmawiałyśmy o nich mimo zgaszonego światła, z wrażeń nie mogłyśmy zasnąć. Czułam jednak zawsze, że Święta Bożego Narodzenia to był piękny, specjalny, rodzinny, dobry czas. Trzydzieści lat później czuję tak samo. I to jest najpiękniejsze. 

Ja z siostrą. Wigilia 1987 r.

Klęczymy na podłodze. Trzy głowy pochylone nad wysypanymi, kolorowymi klockami lego. Układamy. Szukamy elementów, porównujemy z instrukcją układania kolejnych etapów skomplikowanej budowli. Zatopiłam się w to nasze wspólne dzieło porzucając świąteczny stół i poważne rozmowy. Dobrze mi tu z nimi. Wspólne emocje, śmiech, pomyłki, narady - dawka prostej radości. Do rzeczywistości przywołuje mnie K. Czas już jechać. Dwie małe dziewczynki, z którymi układałam klocki mówią: Ojej… już? Szkoda Ciocia, że musisz iść. Słowa bezcenne. Piękny prezent.

sobota, 23 grudnia 2017

Mocny uścisk prababci

Kamienica przy ulicy Koszykowej, w której mieszkali całą rodziną stała mniej więcej tam, gdzie obecnie znajduje się jeden z masywnych kandelabrów na Placu Konstytucji. Numeru nie znam. Przypuśćmy, że jest rok 1938 i piękny, ciepły, słoneczny, lipcowy dzień.

Z cienistej, chłodnej klatki schodowej wychodzi zgrabna, szczupła, mała, 7 letnia dziewczynka z jasnymi włosami przyciętymi na pazia sięgającego za ucho. Na wysokie czoło nie spadają żadne niesforne kosmyki, gdyż włosy na czubku głowy zebrane są razem, przypięte i przyozdobione dużą materiałową kokardą. Może jest ona w kolorze wiosennej trawy, a może w kolorze dojrzałych malin.

Dziewczynka ubrana jest w letnią, cienką, sukienkę sięgającą do połowy uda. Zwiewna, uszyta z materiału w drobne kolorowe kwiatki i mająca krótkie, lekko bufiaste rękawki. Gdyby się zakręcić w piruecie będzie wirowała jak smukła główka tulipana. Mama tej małej Krysi - Stanisława (starsza siostra mojego dziadka Henryka) ładnie szyła, pracowała od dobrych kilku lat w dobrej pracowni krawieckiej. Może to spod jej palców i maszyny wyszła ta sukienka dla ukochanej jedynaczki? 

Dziewczynka z kokardą - Krysia, obok mała Danusia i jej mama Tekla, ciocia Krysi.

Za dziewczynką wychodzi Babcia Marianna - drobna, bardzo szczupła kobieta, mająca lat 66. Wysokie czoło, głęboko osadzone oczy przenikliwie, ale czule patrzące na świat, siwiejące cienkie włosy zaczesane do tyłu i spięte w mały koczek na karku. Ubrana w długą, prostą, ciemną spódnicę i bluzkę z kołnierzykiem zapiętą pod szyję.

Wybierają się do Parku Ujazdowskiego, który jest tak blisko. Prosta droga: Koszykowa, Aleja Róż i już brama do parku. Od 1926 roku istniał tam pierwszy, stały plac zabaw dla dzieci. Miejsce idealne dla Babci opiekującej się wnuczką, w letnie południe w przedwojennej Warszawie. 

Zanim ruszą dalej przez miasto chodnikiem - dorosła kobieta wyciąga swoją rękę w stronę dziecka. Rytuał. Mała dziecięca, ciepła rączka schowana w większej dłoni dającej bezpieczeństwo. Bo po drodze przecież i samochody i konne zaprzęgi. Bardzo mocny to był uścisk. Tak mocny, że pozostał w tej małej Krysi na zawsze, do samego końca. Gdy pytałam ją - już ponad osiemdziesięcioletnią kobietę o jej babcię, a moją prababcię Mariannę, to pierwsze co mówiła, to, właśnie to: Babcia chodziła ze mną na spacery do Ogrodu Ujazdowskiego. I pamiętam, że tak mocno trzymała mnie za rękę.

Piękne. Pamięć dotyku, pamięć bezpieczeństwa. Do wojny jeszcze mała chwila, mieszkanie na Koszykowej jeszcze jest, nie jest jeszcze obrócone w gruzy, jeszcze jest radość dzieciństwa i słonecznego, letniego dnia i czasu spędzonego z babcią.

Marianna Zembrzuska - prababcia
Marianna urodziła się w 1872 r. Szperając w aktach dowiedziałam się, że w roku 1893 r. gdy miała 21 lat wyszła za mąż za niejakiego Franciszka Wyszyńskiego. Ale chwilę później znalazłam jego akt zgonu z 1894 r. Została młodą wdową, która w 1895 r. wzięła ślub z Julianem Zembrzuskim - moim pradziadkiem. Zamieszkali w Ciemniewku, gdzie mieli jakiś malutki kawałeczek ziemi. Urodziła i wychowała ośmioro dzieci. W rodzinnym domu musiało być bardzo ciężko. Córka Marianny - Stanisława wspominała ponoć, że wraz z siostrą bliźniaczką - Teklą jako najstarsze wychowywały swoje młodsze rodzeństwo, pomagając rodzicom. I jako 7 letnie dziewczynki uczyły się gotować dla wszystkich zupę.

Po śmierci męża, który zmarł w 1926 roku, Marianna przyjechała do Warszawy pomagać najstarszej córce - Stanisławie, która jako pierwsza pojawiła się w stolicy w poszukiwaniu lepszego życia i zaczęła ściągać do niej kolejno swoje młodsze rodzeństwo, które jeszcze przed wojną na dobre porzuciło rodzinny dom pod Ciechanowem. Pozostał tam tylko grób Juliana. Do wybuchu wojny mieszkała przy Koszykowej, a potem przeniosła się do Świdrów Wielkich, wówczas pod Otwockiem do drugiej córki z bliźniaczek - Tekli (która miała już męża i córkę - Danusię), tam mieszkała, aż do swojej śmierci w 1955 roku, miała wówczas 83 lata. Pod koniec życia podobno całą zimę leżała pod pierzyną, a gdy lepiej się czuła w lecie codziennie dreptała 3 km do kościoła. Obie wnuczki Krysia i Danusia - mówiły o niej: fajna babcia.

Trzy lata temu, 6 grudnia odeszła 83-letnia Krystyna, która opowiadała mi o swoich spacerach z babcią Marianną do Ujazdowskiego. Pozostawiła we mnie pamięć o tym mocnym uścisku. Pielęgnuję jej wspomnienie. Stało się moim. Wraca, gdy przeglądam stare, przedwojenne zdjęcia i widzę prababcię Mariannę, której nie miałam szansy poznać. Przez ten uścisk dłoni jest mi o wiele bliższa.

piątek, 29 września 2017

Nić pokoleń


Bywają wieczory, w których lubię pobyć z Nimi. Najczęściej towarzyszy nam w tym spotkaniu muzyka Chopina, późny wieczór za oknem, półmrok w pokoju, kanapa i mała lampka dające ciepłe światło. 
Trzymam w dłoniach małe i większe fotografie, przedwojenne, wojenne, powojenne, odklejone z albumów, albo takie, które nigdy nie znalazły w nich swojego miejsca i przez wiele lat przechowywane były w kopertach.

Lubię je obracać w palcach, czuć ich fakturę, rozszyfrowywać dedykacje i zapiski sporządzone piórem lub ołówkiem po drugiej ich stronie. Choćby zamaszyste litery układające się w słowa: Najdroższej swoją podobiznę na pamiątkę ofiarowuję. Albo cyfry dat: 1919, 1924, 1932, 1936, 1938, które przyprawiają mnie zawsze o mocniejsze uderzenia serca. Trzymam w ręku zachowaną na zdjęciu chwilę sprzed prawie niemal 100 lat, która przetrwała dobrze ukryta wojenną zawieruchę i różne rozłąki. Jakimś cudem trafiła do mnie. Wkraczam w nią nieśmiało.

Tropię znajome mi już twarze, rodzinne podobieństwa rysów, które dostrzegam w kolejnych pokoleniach. Przyglądam się zatrzymanym na fotografii czułym gestom, emocjom, smutnym, pełnym troski spojrzeniom, poważnym wyrazom twarzy na pozowanych u fotografa zdjęciom do dokumentów. Wypatruję też figlarne błyski spontanicznej radości uchwyconej w obiektywie. Rodzinne, czy przyjacielskie spotkania, wyjazdy wakacyjne, przyjecia imieniowe. Życie.

Przyglądam się ubraniom, guzikom, fryzurom, ze wzruszeniem patrzę na wystające spod eleganckiej zapewne najlepszej założonej do rodzinnego zdjęcia u fotografa sukni, ponad miarę wytarte czubki damskich czółenek…

Lubię tak sobie z Nimi wszystkimi pobyć. Ożywiam także tych, których nie dane mi było nigdy poznać. Oswajamy się. Spędzamy razem chwilę czasu. A ja patrząc na nich wiem, że gdyby nie ich życie to mnie nie byłoby tu gdzie jestem. Łączy nas nić, o którą w taki wieczór, jak dzisiaj z troską dbam.

Próbuję po troszku kontynuować genealogiczną pracę podjętą przez moją Mamę. Skrupulatnie notowała daty i zapisywała je w programie, z którego generować można drzewo przeszłości. Odnóżki, gałęzie, sploty. Rozrastające się w różne strony Mazowsza i Wielkopolski. Pączkujące od licznych dzieci, często ich przedwczesnych śmierci, małżeństw - bogactwo życia, pięknych imion, osób zaludniających moją przeszłość. Dobrze mi z nimi. Pobędziemy sobie trochę razem w świetle lampy, w ten przedostatni wieczór września.  

sobota, 4 marca 2017

Przeprowadzki

Wreszcie było - wyczekane, wypracowane z trudem początku lat osiemdziesiątych, mieszkanie czteropokojowe na nowo budowanym osiedlu. Małżeństwo z dwójką małych dzieci mieszkające do tej pory z Babcią szykuje się na zmiany. On lat 35, Ona lat 33 przed nimi coś, co zowie się świetlaną przyszłością.

Będą wreszcie na swoim, po swojemu, u siebie całkiem. Ogromna radość. Może jakieś ziarnko niepewności, jak sobie poradzą. Pakowanie starego życia z grochowskiej kamienicy, dziesiątki pięknie zapakowanych kartonowych pudeł, oznaczonych flamastrami. Wyciekały ze starego mieszkania jak strumień, przechodziły z rąk do rąk bliskich przyjaciół pomagających z całych sił w przeprowadzce. Przenosili, przewozili, wspierali, cieszyli się ich radością.

Nowe mieszkanie pachnące farbą, z niebieskimi kwadratami płytek PCV i kafelkami w łazience, na które nie można było wybrzydzać. Biała pustka pokoi oswajana. Zasiedlana stopniowo w miarę możliwości i sił. Na początek starzy towarzysze pamiętający dawne czasy: narożnik w salonie, regały meblościanki, szafki w kuchni, stół, krzesła, zielone szafeczki z szufladami. Jeden pokój dla małych dziewczynek, salon będący tymczasowo jednocześnie małżeńska sypialnią, w dwóch kolejnych składowisko rzeczy różnych.

Znikały kartony, których zawartość rozpływała i ukrywała się gdzieś tajemniczo w przestrzeni. Potem On rysował autorskie projekty zabudowy wnętrza, optymalne wykorzystanie przestrzeni - szafy w przedpokoju, pawlacze, półki na książki po bokach okien. Złota rączka, najlepszy na świecie “Zoś samoś”. Było więc mierzenie, kupowanie, wożenie autobusem, bo samochodu brak - wielu metrów sześciennych boazeri. A potem piłowanie, szlifowanie, wiercenie, chłodzenie rozgrzanych wierteł i masa złamanych w twardym jak skała betonie. Było pożyczanie błogosławionych wiertarek z udarem, wbijanie setek kołków.

Było i towarzystwo małych Córek-pomocników, które nie bały się papieru ściernego i dzielnie wygładzały wręczone im deseczki, nauczyły się posługiwać młotkiem, były też cennymi “odważnikami” i “trzymaczami”. Ściany za budowanymi szafami, zanim stawały się na wiele lat zakryte, utrwalały chwilę - datę bieżącą, jakieś hasło, wzrost dziewczynek. Takie skarby na przyszłość - jak zakopane skrzynki z przekazem dla przyszłych pokoleń. Mieszkanie ożywało, wypełniane rodzinnym życiem, miłością w codzienności, gotowaniem, kolejnymi świętami, szczerym śmiechem, złościami, przyjaciółmi, łzami czy sprzeczkami.

Przez kolejne dwadzieścia lat zmieniało ono swoje oblicze: drewniana mozaika na podłodze zamiast płytek pcv, salon stał się salonem, On i Ona mieli już swoją sypialnię z prawdziwego zdarzenia, a narożnik zniknął z ich życia, dziewczynki miały osobne pokoje. Było wspólne malowanie, w którym dali się ponieść porzuceniu białych ścian na rzecz delikatnych pasteli. Kuchnia dostała w prezencie nowe szafki. Przestrzeń mieszkania, wszystkie jego ściany chłonęły toczące się w nim życie. Patrzyły milcząco na upływ czasu, towarzyszyły: dzieciom - w dojrzewaniu i nauce od podstawówki przez licea po studia, Jemu w zmianach pracy, Jej w problemach ze zdrowiem. Było ich przestrzenią, budowaną z mozołem, cenną i bliską.

Gdy On miał 57, a Ona 55 lat, zaczęli swoje życie w tym mieszkaniu od nowa. Obie córki wyszły za mąż. Mieli dom dla siebie, czas dla siebie, który wykorzystywali coraz bardziej na codzienną, mozolną walkę z Jej chorobą - a ta nie dawała o sobie zapomnieć i panoszyła się coraz bardziej. W Jej cierpieniu był błysk radości - pierwsza wnuczka, wspólne rodzinne święta, w coraz większym, pączkującym gronie. Mieszkanie wypełniało się gwarem rozmów, serdecznością i śmiechem.

Przyszła sierpniowa noc, gdy On, niespełna 60 letni, został sam w mieszkaniu, w sypialni, w której odeszła Ona. Był przy niej do końca. Cisza. Ciemność. Moment, który zmienił wszystko. Od tamtej pory nic nie było już takie samo. Nie ma pełni, nie ma bliskości, nie ma rozmowy, nie ma małżeńskiej wspólnoty. Ból. Tęsknota. Oswajanie słowa nie chcącego przejść przez gardło - wdowiec.

Zaproponował, by dzieliła z nim mieszkanie córka z powiększającą się rodziną. Tak było rozsądniej, najlepiej. Czekał w tym czasie na budujące się jeszcze nowe miejsce dla siebie - jak kiedyś, dawno temu. Pomagał z trójką wnucząt, które zawsze o każdej porze mogły zapukać do jego pokoju.

Teraz Oni - młodzi, chcieli się zadomowić, oswoić, poczuć jak u siebie w tych czterech kątach. Za Jego zgodą odnawiali to dwudziestopięcioletnie mieszkanie. Zdejmowali boazerię, kładzioną wcześniej Jego rękami, malowali ściany. Oddawali niepotrzebne przedmioty, robili porządki wprowadzając do tego starego wnętrza swoje życie i dziecięcy rozgardiasz. On zbierał to, co chce zatrzymać i przenieść dalej, w nowe miejsce ze sobą za trochę. Towarzysze z przeszłości, pamiątki.  Proces oddawania przestrzeni,  topnienia elementów starego, nieistniejącego już życia - tego sprzed Jej odejścia. Wewnętrznie bolało. Podświadomie kuło. Wpisywało się w przeżywanie żałoby i szukanie nowego początku. Przysparzało milczenia.

Wycofywał się powoli i pomału do swojego nowego, mniejszego mieszkania. Oni nie naciskali wiedząc, że przeprowadzka jest dla Niego trudna, opuszcza swoje kąty, swój dotychczasowy świat, wspomnienia. Przenosił się po cichu, po trochu, bez łańcucha przyjaciół, którzy ponosiliby mu kolejne kartony z zapakowanym życiem. Dużo się zmieniło. On się zmienił. Przeżywał po swojemu - milczał.

Jego nowe mieszkanie uświęcone zostało w grudniu pierwszymi, rodzinnymi świętami. To była Jego piękna propozycja. Gwarno, swojsko, dobrze. Czy teraz już może się czuć tu jak u siebie? Jeszcze testował, przymierzał się powoli, dowoził brakujące rzeczy.

Ostatnio nieśmiało oznajmił: To już czas - jadę tam nocować i zostaję.

Dzwoniłam do niego wieczorem,  gdy właśnie w nowej kuchni szykował sobie kanapki do pracy na kolejny dzień.  Jak się czujesz w Twoim nowym miejscu, Tato? - zapytałam. Dobrze… choć jest jakoś inaczej - odpowiedział.

Mając 65 lat, zaczął nowe życie, w nowej przestrzeni, całej jego, urządzonej tak, jak chciał, wypełnionej skrawkami przeszłości.

Z całego serca życzę ci, Tato, byś potrafił zapełniać ją szczęściem. Zasługujesz na to.

niedziela, 8 stycznia 2017

Praprababcia Klementyna




Co jakiś czas mam ochotę cofnąć się w czasie. Wyciągam wtedy nieco starych rodzinnych zdjęć, które znalazły u mnie schronienie. Miałam nadzieję odnaleźć jakieś zdjęcia zimowe, które pasowałby do dzisiejszej mroźnej aury. Ale zupełnie nieoczekiwanie w jednej z kopert natrafiłam na kilka zdjęć, których - jestem pewna - nigdy wcześniej nie widziałam. Przekładając różne odziedziczone papiery i dokumenty, musiałam ją jakoś dotychczas skutecznie pomijać.

I właśnie dzisiaj, w zimowy wieczór spotkałam moją praprababcie Klementynę - w słonecznym parku. Szeroka alejka, szum liści, drewniana ławka z zakręconymi ozdobnie okuciami. A ona przysiadła na chwilę, oświetlona słońcem. Jest lekki wiaterek - gdyż widać falujące jej na karku niteczki siwych włosów, których najwyraźniej nie udało się wpiąć do małego koczka z tyłu głowy. Jak zawsze - co wiem z rodzinnych opowieści - ubrana jest w długą, ciemną suknię, która ma jednak jakiś delikatny wzorek i małą falbankę na piersi.

Siedzi prosto, zamyślona delikatnie, patrzy gdzieś w bok tak łagodnie zatroskana. W prawej dłoni trzyma jakiś owoc. Lewą podtrzymuje delikatnie małą dziewczynkę w jasnej sukience, która mruży oczy od słońca. Przed chwilą pewnie biegała po parku i zrywała z trawnika stokrotki - bo w małej piąstce wypatrzyłam jakieś kwiatki. Za plecami prababci Klementyny widać przewieszone przez oparcie ławki jakieś rzeczy - może zabrane na wszelki wypadek okrycie? Z kim była na tym spacerze - może z rodzicami dziewczynki? Kto zrobił to piękne zdjęcie?

Opis z tyłu zdjęcia, w którym rozpoznaję bezbłędnie pismo mojej Babci bardzo krótki: Babcia Klimcia z Lilą córką Ciotki Włady.  Moją praprababcię nazywano czule Klimcią. Była babcią mojej babci. Władysława to młodsza córka Klementyny, a rodzona siostra Emilii (która była moją prababcią). Lila (faktycznie Irena Zofia) to córka Włady urodzona w ostatnich dniach września 1929 r. w Warszawie.

Dziewczynka, którą moja praprababcia trzyma na kolanach, ma pewnie ze 2 lata i jest jedną z jej młodszych wnuczek. Ponieważ aura na zdjęciu jest zdecydowania ciepła, zatem wydaje mi się, że zdjęcie musiało być robione w 1931 roku. Praprababcia Klementyna ma wtedy 67 lat.


piątek, 6 stycznia 2017

Kadzidło i kreda

W uroczystość Trzech Króli zawsze wraca do mnie jedno ze wspomnień z dzieciństwa. Za oknem śnieg i ciemno, warszawskie rodzinne mieszkanie na Grochowie rozjaśnione ciepłym światłem. Jest i spora, żywa choinka rozświetlona kolorowymi lampkami przyczepionymi klipsami do gałązek, otulona przezroczystym „włosem anielskim” oraz kłaczkami waty udającymi śnieg.

Jest i szufelka do węgla (używana na co dzień do kuchni z fajerkami) w ręku Babci. Na niej kilka rozżarzonych węgielków wyjętych z kuchennego paleniska i ten zapach, tak specyficzny: żywiczno-ziołowy. Szare stróżki dymu unoszące się do góry, oplatające Babcię esami-floresami, mknące do sufitu, widoczne w świetle lamp. Dziwna obecność.

Babcia szła, a ja za nią dreptałam krok w krok, ciągle nie mogąc nadziwić się temu zapachowi pojawiającemu się w naszym mieszkaniu tylko raz w roku. Szła z pokoju do pokoju, trzymając przed sobą szufelkę, kreśliła nią w powietrzu znak krzyża i prosiła o błogosławieństwo. Czułam, że dzieje się coś ważnego; coś, czego nie umiałam wtedy wytłumaczyć; że ten pachnący dym ma sprawić, iż będzie nam tutaj wszystkim lepiej i że nas w jakiś sposób ochroni.

Dopiero po tej czynności odbywało się rytualne pisanie białą kredą na drzwiach. Równe, zgrabne literki i cyfry roku – kreślone ręką Babci. Pamiętam, że zawsze odbywało się to niejako komisyjnie – by potwierdzić, czy jest ładnie i równo. Taki stempel na naszych drzwiach.... więcej na Aleteia.pl.

Misterium kobiet

Chore, ułomne ciało, niedołężność starości odzierającej je każdego dnia coraz bardziej ze złudzeń o samodzielności. A ta wydaje się istotą wolności.

Dostałam pewnego rodzaju dar - tak to traktuję. W jakiś zupełnie naturalny sposób wielokrotnie wkraczałam w łazienkowe, szpitalne lub domowe, misterium bliskich mi kobiet. Jak się tylko da najciszej. Próbując stawać się niewidzialną, towarzyszyłam im w czynnościach bardzo intymnych. Stawałam się ich dawnymi sprawnymi rękami, dawałam im swoją siłę. W zamian otrzymywałam czułe, wdzięczne spojrzenia, których nigdy nie zapomnę.

***
Posadziłam Ją na siedzeniu chodzika w łazience, tuż przy szpitalnej umywalce. Plan - wieczorna toaleta. Ręce ma coraz mniej sprawne, a nie można zamoczyć wenflonu umiejscowionego na wierzchu dłoni. Ogarnia Ją jakaś smutna bezradność. Otulam ją ręcznikiem, by nie zmoczyć koszuli nocnej, sama moczę myjkę w ciepłej wodzie i delikatnie przecieram jej tak bardzo naznaczone zmarszczkami czoło, gładszą szyję. Przyjemnie, świeżo. Zamyka oczy z ulgą.

Tak niewiele potrzeba? Ożywia się trochę. Dostaję instrukcję, że w kosmetyczce jest krem do twarzy. Faktycznie. Podaję. Z małymi trudnościami, ale odkręca pokrywkę. Nabiera białej konsystencji na wskazujący palec. Przykucnęłam przy Niej i trzymam lusterko tak, by mogła zobaczyć swoją twarz. Obserwuję ją zza lusterka. Nakłada krem na nos, na czoło, na policzki. Rozsmarowuje go, podejrzliwie zerkając na swoje odbicie, marszczy brwi, wzdycha, kręci głową z niedowierzaniem. Delikatnie wklepuje krem w skórę, tak jak robiła to pewnie zawsze w zaciszu swojej domowej łazienki. Czy widzi tak jak ja, w tym zimnym świetlówkowym świetle, że ma coraz bardziej zabarwioną na żółto skórę?

Czas na mycie zębów. Mamy plastikowy kubek, nałożoną na szczoteczkę pastę. Trzymam je w rękach. Nachyla głowę nieco nad umywalkę. Zastyga. W ciszy rozpiętej między nami czuję ogromne wahanie. Zerka na mnie kątem oka. Bada mnie wzrokiem, wyraźnie bije się z myślami. Uśmiecham się delikatnie. Ona podejmuje decyzję. Tak. Niech tak będzie. Po raz pierwszy zobaczę ją inną… Nie taką, jaką widziałam odkąd sięgam pamięcią. Sprawnie wyjmuje wyuczonymi przez dziesiątki lat ruchami dwie części protezy zębowej. Trzyma je jak skarby w dłoni tuż nad umywalką. Odwraca głowę w moją stronę. W oczach błyszczy całkowita bezbronność. Jest bezzębną babuleńką z wystającą spiczastą brodą i gołymi dziąsłami. Poznałam Jej drugie bardzo intymne “ja”.

***
Wprowadziłam Ją pod rękę do małej łazienki z prysznicem. Miała trudności by się schylić. Klękam więc ja, a ona podnosi powoli jedną spuchniętą nogę, potem drugą - ściągam jej skarpetki. Dwie bose stopy na miękkim dywaniku. Zmęczone noszeniem ponad siedemdziesięcioletniego ciała, sękate, wykrzywione, suche, z grubymi paznokciami. Przeszły tyle kilometrów życia. Pomagam jej zdjąć szlafrok. Od jej chorego ciała oddziela mnie tylko bawełniana koszula nocna. Nie widziałam jej nigdy nagiej, choć znam Ją całe moje życie.

W milczeniu pomagam Jej zdjąć przez głowę koszulę. Czochra jeszcze bardziej krótkie włosy, które z boku wyleżały się, zmierzwiły nieco od całodniowego leżenia na poduszce i sterczą zabawnie. Pomagam jej zrobić krok do prysznicowego brodzika. Stoi przygarbiona, opierając się dwiema rękami o przeciwległe, narożne ściany. W ciszy czeka na strumień ciepłej wody i orzeźwienie. Widzę, że zamyka oczy gdy zaczynam ją polewać prysznicem i mydlić jej gąbką plecy. "Mocniej" - prosi. Ramiona, szyja. Pośladki wychudzone z coraz bardziej zwisającą skórą, nogi naznaczone siniakami i siatkami popękanych naczyń. Jest i pierś. Jedna. Obok równa, lekko skośna blizna po drugiej. Okaleczona. Oswojona. Pogodzona.

Wycierałam Ją potem dużym ręcznikiem w tej ciepłej, wilgotnej zaparowanej łazience. Pomagałam ubierać w świeżą nocna koszulę, stanęłyśmy wtedy twarzą w twarz. Czułość i wdzięczność w spojrzeniu. Ulga. Uśmiech. Pocałowała mnie nagle w czoło. Mokry ślad. Słowa nie są potrzebne. To wystarczy.

***
Poprosiła, bym umyła Jej włosy. Stała w łazience w niebiesko-białym szlafroku zawiązanym w nonszalancką kokardę na brzuchu. Rozwiązała ją, a ja przejęłam okrycie i odwiesiłam na wieszaku. Stała przede mną odziana w bieliznę i nieodłączną halkę, która była zawsze niezależnie od pogody obowiązkowym elementem jej codziennego stroju. Wydawała się teraz taka krucha, jakaś mniejsza, drobniejsza, jakby było Jej mniej w tym osiemdziesięciokilkuletnim ciele, a przez to nadmiar skóry zwiotczał i ozdabiał jej szyję i ramiona.

Oparła się dłońmi o brzeg wanny i pochyliła się nieco do przodu. Wyregulowałam temperaturę wody i wzięłam w rękę prysznic. Stojąc za Nią, polewałam Jej krótkie białe włosy, które nagle stawały się niewidzialne, zamoczone jakby nikły w oczach. Moje palce produkowały na Jej głowie obłok szamponowej piany, mogłam poznać dokładnie kształt Jej czaszki. Jeszcze spłukanie. Zawinięcie ręcznika w turban na głowie. Koniec.

Wyprostowała się, a ja podałam Jej szlafrok. Znowu zawiązała go w kokardę na brzuchu. I tak trwałyśmy w tej małej łazience wyłożonej czarnymi kafelkami. Ona stała przy owalnej umywalce i osuszała włosy. A ja usiadłam tuż obok na zamkniętej klapie toalety, oparłam się plecami o szafkę. Zapatarzyłam się na Nią. Na tą starą już kobietę, która niestrudzenie od lat nawija swoje włosy na różowe wałki, a z kosmyków zbyt krótkich układa małe kółeczka, które przypina specjalnymi metalowymi, małymi klipsami. Trwałyśmy tak razem otoczone wilgocią i zapachem szamponu.

Na koniec wyjęła żółtą, trójkątną siateczkę na włosy, którą zabezpieczyła wszystkie wałki i spinki, owinęła końcówki wokół głowy i zawiązała na małą kokardkę. Obejrzała się krytycznie w lustrze, robiąc śmieszną minę. Miała zaróżowione od ciepła policzki i nos, z małym wklęśnięciem - śladem po ospie z dzieciństwa. Była piękna. Poklepała mnie czule po ramieniu mówiąc: "Dziękuję, Anulko. To co, robimy herbatę?".  Wróciłyśmy do rzeczywistości.

***
Zdaję sobie sprawę, jak wiele każdą z nich kosztowało poproszenie o pomoc w tych tak intymnych czynnościach. Cicho towarzyszyłam ich wahaniu i podejmowaniu tej trudnej decyzji. Bo była ona jawnym przyznaniem się do swojej słabości, starości, choroby. W mojej obecności przekraczały granicę - do tej pory ich ciała były dla postronnych pewną zakrytą świętością. Odzierały się z niej stopniowo przede mną. Mogły być sobą - z całą prawdą o ich starzejącym się, chorym ciele, czy nieuchronnym zbliżaniu się do śmierci. W ich oczach dostrzegałam ulgę i ogromną wdzięczność za moją obecność. Te chwile z nimi to była ogromna lekcja życia. Jestem im za nią wdzięczna.

sobota, 9 kwietnia 2016

Spełnienie

Jeszcze pod koniec marca dopadnięty nagle przez silne przeziębienie czuł się tak źle, że powtarzał wszystkim opiekującym się nim bliskim, że umiera i za nic w świecie do żadnego lekarza nie pojedzie, nie mówiąc już o jakiejś wizycie czy pobycie w szpitalu. Na mające mu dodawać otuchy nieśmiałe słowa o planowanym od dłuższego czasu świętowaniu jego urodzin kręcił głową i powtarzał, że to bez sensu i że nic nie jest potrzebne. Skończyło się na domowej wizycie lekarza, dwóch antybiotykach i 90-letni dziadek Konrada - Stanisław, w którym dzięki Bogu drzemią niespożyte, uparte siły życiowe - wydobrzał.

W pierwszą niedzielę kwietnia został posadzony na honorowym miejscu u szczytu długiego, zastawionego stołu, w trzcinieckiej remizie. Otoczony najbliższymi - czyli gwarem trzech kolejnych pokoleń: dzieci, wnuków i prawnuków. Razem 35 osób, które stawiły się tu w komplecie specjalnie dla niego. Z czego w prostej linii 20 z nich ma jego geny przekazywane w kolejnej generacji.

Jechałam z radością na to świętowanie i z myślą, że okazje do tak licznych, wielopokoleniowych spotkań rodzinnych to w dzisiejszych czasach niesłychane bogactwo i piękno. A ja tylko dzięki temu, że stałam się żoną Konrada mogę uczestniczyć w czymś takim, bo moja najbliższa rodzina nie miała i nie ma takiej szansy.

Dziadków nie miałam nawet możliwości poznać - odeszli nagle i tragicznie, stanowczo zbyt wcześnie. Obie babcie miały przynajmniej szanse zostać babciami, ale i ich już nie ma, moja Mama została babcią i nacieszyła się przez chwilę pierwszą wnuczką, lecz odchodziła od nas zabierana przez chorobę ze świadomością, że zostanie babcią po raz drugi. Natomiast rodzeństwo mojej Mamy z rodzinami rozsypane jest od wielu lat na innym kontynencie.

Siedziałam na drugim końcu tego długiego, trzcinieckiego stołu. Oszołomiona nieco całą wzruszającą sytuacją, w której uczestniczę. Gdy patrzyłam w prawo. Mój wzrok przedzierał się nad stołem przez białe małe goździki w wazonach, przez dziesiątki rąk sięgających po potrawy, podających sobie półmiski, wznoszących toasty, nalewających napoje - i docierał do 90-letniego Jubilata.

Dziadek przekrzywiał głowę zasłuchany, podpierał ręką podbródek. Wiem, że szeptał z dumą i wzruszeniem do swojej córki, a mojej drugiej Mamy J., która siedziała tuż obok niego:  Patrz ile nas jest…  I kręcił głową z niedowierzaniem. Do nas wszystkich powiedział, że dziękuje i że tak ważne jest dla niego to,  że nikogo, ale to nikogo tu przy tym stole i w tym miejscu nie zabrakło.

Czy tak smakuje spełnienie, które można poczuć w sędziwym wieku? Czy taka myśl, że ma się przed sobą zrodzone z siebie pokolenia daje poczucie szczęścia w trudach starości?

Gdy patrzyłam przed siebie widziałam całą obszerną salę. Dużo miejsca, w którym toczyło się równolegle do życia stołu życie. Tupot dziecięcych nóg małych i większych, zawiłe trasy biegowe, slalomy, dziecięcy śmiech, niestrudzone małe postacie ganiające się po sali; niefortunne zderzenia ciał i krótki płacz ze łzami jak grochy, które jednak wysychały od razu, gdy tylko pojawił się latający w ręce jednego z wujków czarno-żółty pluszowy owad. Szloch przemieniał się w radosne piski.

Spacerujący po sali dziadkowie, objaśniający świat wnuczkom trzymanym na rękach. Było i miejsce na kołysanie i usypianie w wózkach tych najmłodszych. Świeżo upieczony Tata z ogromną czułością przytulający maleństwo, by usnęło w jego bezpiecznych ramionach; młode mamy dyskretnie zmieniające pociechom kolejne pieluchy. Wszechogarniający gwar rozmów, snujące się opowieści, wyciągane z zakamarków pamięci wspomnienia doprowadzające do śmiechu, do łez.

No bo czy ktoś słyszał na przykład, że wujek jak był mały, tak bardzo był zafascynowany kościelnymi procesjami, że robił je sam z pudełkiem po proszku nasadzonym na kij od szczotki, z którym maszerował po podwórku? A to przecież dopiero jego syn został księdzem...

Liczne toasty z życzeniami, uchwycone czułe spojrzenia miedzy małżonkami, radość narzeczonych zapraszających na swój ślub, ciche dzielenie się wiadomością, że ktoś zostanie rodzicami, masa rozmów na różne tematy, wzajemna troska i zainteresowanie - skumulowane tu i teraz w Trzcincu. Serdeczność ponad wszystko to, co trudne. Bo wiadomo, że na co dzień bywa różnie. Ot - bogactwo życia.

Z mojego końca stołu widziałam Dziadka. Jestem pewna. Widział to co ja. Był szczęśliwy.