Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą jesień. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 18 października 2018

Jesienne oczekiwanie

Bezkres jesiennych zachwytów. Otuleni ciepłem październikowego słońca, odurzeni błękitem nad głowami, stąpający po dywanach utkanych z wielobarwnych liści, doganiani sączącymi się cicho pomiędzy drzewami Żelazowej Woli nutami Chopina. Wdzięczność, radość życia. Szczęście. Czekamy na Naszego Bąbla, któremu tyle musimy pokazać.













piątek, 11 listopada 2016

Mgła i buki

Pojechaliśmy na chwilę. Góry Świętokrzystkie przyjęły nas listopadową, lepką mgłą. 

Ruszyliśmy na szlak. To już coraz bardziej szara jesień, większość drzew już bezlistnych, nagich i bezbronnych. Polna grusza wyglądała jakby ktoś zerwał z niej liściastą sukienkę, a jej wilgotne strzępy brązowiały teraz i wolno czerniały równo ułożone wokół jej pnia na ziemi.

Stąpaliśmy po mokrych kamieniach. Maszerując obok siebie. Jak bardzo uwielbiam to natężenie odgłosów wędrówki. To oczyszczające tu i teraz. Chrzęst kamieni, chlupnięcia wody z kałuży, w którą wstąpiło się, robiąc zbyt duży krok, ciche mlaśnięcia błota, ta miękkość zwilgotniałej ziemi. Umieranie traw. Zaschnięte, siwiejące, puchate pióropusze nawłoci, sczerniałe liście. Radość oglądania pozostawionych przez jesień skarbów na jabłoniach. Bezlistne gałęzie obwieszone czerwieniejącymi jabłkami - jak bombkami. Te, które spadły, skąpały się w głębokiej, zimnej kałuży pełnej liści.




Smutek przemijania i jednocześnie świadomość, że to nie koniec historii, że za kilka miesięcy wszystko wybuchnie i rozkwitnie na nowo z wielką siłą. Nadzieja, że może będzie nam dane doświadczać wiosny po raz kolejny. W takich chwilach czuję tak mocno, że moje życie jest włączone w ten cykl świata, należy do niego, a idąc w ciszy, bezwarunkowo udaje mi się akceptować upływ czasu, z którym nie da się walczyć. Tak ma być.



Weszliśmy w las. Smukłe pnie buków osnute gęstniejącą mgłą. Tajemnica. Jest i świetlistość bukowych liści leżących jak dywan na szlaku. To one dają ciepło, jasność, przytulność. Wciągają nas, prowadząc wyżej i wyżej. Dobrze nam tu. Bez milionów kolorowych liści pod nogami byłoby tak okropnie szaro i smutno. Krople deszczu padają nam na twarze. Trzymamy się za ręce. Przystajemy na przeciwko siebie otoczeni tym cicho żyjącym lasem. Skrzypienie gałęzi, szczebiot ptaków, szmer wody, zapach wilgoci i gnijących liści. Patrzymy sobie w oczy niemal stykając się czołami. W naszych spojrzeniach pulsuje czysta radość i wdzięczność za to miejsce na ziemi, za nas. Nie potrzeba słów - giną w ulatujących z naszych ust białych obłoczkach pary. Mieszają się ze sobą, lecąc ku niebu. Górska modlitwa.




















środa, 5 października 2011

Psalm nad urwiskiem


Jaka była cudna pogoda w sobotę! Obudziłam się z myślą, że muszę, koniecznie muszę powędrować na spacer. Jak to dobrze, że mieszkamy w takim miejscu - wystarczy oddalić się tylko kawałek i wkracza się w nadwiślańską strefę ciszy i spokoju. Wędrowaliśmy chwilę nad rzekę, a ja co i rusz zachwycałam się tym co widzę - pierwszymi śladami jesieni. Przez ostatnie tygodnie, przez wszystkie myśli o Mamie nie potrafiłam się uważnie rozglądać. Teraz po raz pierwszy, w czasie tego spaceru, poczułam, że jeszcze mam w sobie radość życia - nie zniknęła. Patrzyłam na świat i czułam ogromne szczęście, że tu jestem. Coś aż ściskało mnie w środku z tej odkrytej radości. Usiedliśmy na skraju wiślanego urwiska, by się w ciszy pomodlić. Ciepłe słońce świeciło mi w twarz, włosy co jakiś czas targał mi lekki jesienny wiatr, piękna, spokojnie płynąca woda - jakże kojąca. Moje wnętrze śpiewało sobie urywki z Psalmu 103, który został mi dany przez dobrego księdza jako lekarstwo na smutną duszę:

Błogosław, duszo moja, Pana, i nie zapominaj o wszystkich Jego dobrodziejstwach!
On odpuszcza wszystkie twoje winy, On leczy wszystkie twe niemoce,
On życie twoje wybawia od zguby, On wieńczy cię łaską i zmiłowaniem,
On twoje dni nasyca dobrami (...)Miłosierny jest Pan i łaskawy, nieskory do gniewu i bardzo łagodny (...)
Nie postępuje z nami według naszych grzechów ani według win naszych nam nie odpłaca (...)

Wie On, z czego jesteśmy utworzeni, pamięta, że jesteśmy prochem. Dni człowieka są jak trawa; kwitnie jak kwiat na polu.
ledwie muśnie go wiatr, a już go nie ma, i miejsce, gdzie był, już go nie poznaje. (...)

Błogosławcie Pana, wszystkie Jego dzieła,
na każdym miejscu Jego panowania: błogosław, duszo moja, Pana!

Chyba lekarstwo zaczyna działać, daje mi spokój.

Po tym przystanku na brzegu powędrowaliśmy dalej. Mój Ukochany towarzysz musiał mnie powstrzymywać przed nieustannym robieniem zdjęć. A ja po prostu nie mogłam przestać się zachwycać. Uzmysłowiłam sobie ze zdziwieniem, że tym samym podziwiam piękno przemijania przyrody. Umierania. Jednocześnie radując się myślą, że przecież za trochę będzie się rodziła na nowo.
Więcej zdjęć szaleńczo napstrykanych możecie zobaczyć tutaj.

sobota, 13 listopada 2010

Jasności promieniste


Listopadowy, piątkowy spacer nad Wisłą w naszych okolicach. Jak to dobrze wyjść z domu i na wyciągnięcie ręki, tuż za zakrętem mieć łąki, las i rzekę. Pięknie było!

sobota, 6 listopada 2010

A za oknem jesień


"Jesień zbiera wszystkie swoje narzędzia i zabawki, strzepuje liście - nie będą już potrzebne, zamiata je pod miedze, ściąga kolory z trawy, aż staje się szarawa i nijaka. Potem wszystko wychodzi czarno na białym: na zaorane pola spada śnieg" /Olga Tokarczuk/

Dzisiaj było mokro, szaro, ponuro. Zupełnie już nagie konary naszego dębu Emka wydawały się całkiem zaskoczone swoją nową aparycją. W okno spinalni smutno, delikatnie i nieśmiało pukały trącane wiatrem, ogołocone gałązki modrzewia. Coraz szybciej zapadał mrok. Ciepłe światła sączące się w ciemność z okien domów dają mi pewność spokoju, bezpieczeństwa i schronienia. Nasz suchy azyl, radość siedzenia na kanapie, pod kocem z dobrą książką i poruszająca duszą muzyka koncertów Fryderyka. Teraz czekam już tylko na śnieg...

sobota, 9 października 2010

Jesień w Arkadii


Park nazwany przez księżnę Helenę Radzwiłłową Arkadią, założony został przez nią w 1778 roku na terenie leżącym między Nieborowem a Łowiczem. Architektoniczną i ogrodową oprawę tego miejsca opracował Szymon Bogumił Zug przy bardzo dużym zaangażowaniu samej pomysłodawczyni. Arkadia jest parkiem romantyczno-sentymentalnym w stylu angielskim. Styl ten zapoczątkowany został w XVIII wieku w Anglii. Szybko rozprzestrzeniał się w Europie, zyskując różne swoje lokalne odmiany. Jednak przyświecająca mu idea była jedna i niezmienna - zerwanie z jakąkolwiek regularnością, rygorami, prostymi liniami, otwartymi płaszczyznami trawników, kwietników i wód, czy żywopłotami tworzącymi ściany parkowych alei. Odrzucenie tego wszystkiego, co znane było od połowy XVII wieku i nazywane ogrodem czy parkiem barokowo- klasycystycznym. Nowa sztuka ogrodowa zrodziła się z romantycznej tęsknoty za nieskrępowaną naturą. Arkadia ma wszystkie cechy tego nowego stylu. Park sprawia wrażenie naturalności i dzikości dzięki swobodnie rosnącym drzewom i krzewom, krętym ścieżkom, pagórkom, rzeczce czy nieregularnemu w kształcie stawowi. Akcentami romantycznymi są sztuczne ruiny, obeliski i świątynie. Napotykamy między innymi: Przybytek Arcykapłana, Świątynię Diany, Grotę Sybilli, Bramę Czasu i Grobowiec Złudzeń...
To właśnie tutaj trafiliśmy na piękny, słoneczny październikowy spacer. Lekki powiew wiatru, wirujące pod nogami, lekko szeleszczące, różnobarwne liście, odgłos spadających kasztanów, czerwieniejące na ceglanym murze dzikie wino... Spokojny oddech, radość powolności, wewnętrzny spokój - arkadyjska kraina szczęśliwości. Może tu zawsze powinna panować złota jesień? Jak nie czuć się dobrze w miejscu gdzie jest nawet Zakątek Melancholii?

sobota, 21 listopada 2009

Przemijanie liści

No i nastał najwyższy czas zagrabienia tego wszystkiego, co nasz drogi dąb Emmanuel, zwany Emkiem, po raz kolejny porzucił. Gdy tylko rozdział się całkiem ze swojej sukni, na naszym trawniku utkał się samoistnie piękny, brązowy dywan. Kiedy bardziej wiało, szeleszczące suche liście wirowały i - najwyraźniej niezdecydowane - ciągle zmieniały swoje miejsce w tej misternej konstrukcji. Gdy z nieba sączył się deszcz, liście wilgotniały, stawały się wytwornie błyszczące, ciężkie i coraz mocniej przytulały się do ziemi.

A dzisiaj ja, wyposażona w grabie, wkroczyłam na poddębową arenę. I kiedy tak tworzyłam kolejny artystyczny liściowy kopiec, przez głowę przebiegła mi myśl przerażająca - że oto moje działania w sposób okrutny zakłócają wieczny odpoczynek martwych liści, które zakończyły już swoje intensywne, liściane, jednoroczne życie...

sobota, 14 listopada 2009

sobota, 31 października 2009

List-opad nadchodzi


Nasz dąb Emmanuel - pieszczotliwie zwany Emkiem - dotkliwie przeżył dzisiejszą, pierwszą tej jesieni, mroźną noc i postanowił nam na złość rozpocząć destrukcyjny proces zrzucania z siebie miliona żółto-brązowych liści... Wygląda to zrazu dość niewinnie - jak na tym zdjęciu - a wręcz urokliwie. Ale gdy Emek zdecyduje nagle pozbyć się wszystkich listków, mamy w ogródku prawdziwy armagedon :-)

środa, 28 października 2009

Owidiusz na jesień

I żółte z zielonego dębu sączyły się miody
Ta fraza z Owidiusza - przez niektórych uważana za najpiękniejsze zdanie antycznego świata - nieustannie towarzyszy mi tej jesieni. Jest jakby mottem tego czasu. Dęby w naszej dzielnicy Nadwiśle przybrały tak cudną, miodo-żółtą barwę, że zachwycam się nimi bez końca. I za każdym razem wraca do mnie jak refren zdanie z Owidiusza.

Wczoraj pisałem o "ciężarze" zdania z Camus'a. Dziś przywołuję Owidiusza. Jakże inne te dwa światy!

poniedziałek, 26 października 2009

Gdy dżdżysto i mglisto...

Patrzę na moje zapłakane deszczem okno w pracy, goniące się po szybie przezroczyste krople... zimno, szaro, mokro, smętnie.... I jak tu w takich warunkach można skupić się na pracy? To jest czas na zakopanie się w domu pod ciełpym kocem, z dobrą książką w rękach, kubkiem gorącej herbaty z cytryną, ulubioną muzyką w tle. No i ukochaną osobą znajdującą się tuż obok-na odległość pocałunku, z którą można współodczuwać melancholię. Postuluję dni wolne od pracy gdy tak wygląda jesienny dzień.
A w myślach szemrze mi refren wiersza:

"O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny
I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,
Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...
Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną
I światła szarego blask sączy się senny...
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny..."
/Leopold Staff "Deszcz jesienny"/

Nic dodać nic ująć.

sobota, 24 października 2009