Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą morze. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 15 lipca 2018

Zachwyty

Codziennie tyle zachwytów. Kolory, dźwięki, zapachy. Dotyk: wiatru, wody, piasku, ukochanej dłoni. I białe obłoki goniące się jak szalone po niebie, gwar plaży, topiące się w morzu zachodzące słońce. Rozglądamy się. Chłoniemy piękno.









piątek, 13 lipca 2018

Małe szczęścia

Nie daliśmy się przelotnym deszczom i mżawkom. Zachwycaliśmy się odcieniami szarości nieba i goniącymi się chmurami. Plaża, wydmy, ścieżka zieloną groblą. Zapach wilgoci. A na koniec dnia garść pastelowych kolorów nad morskim horyzontem. Małe szczęścia.







czwartek, 12 lipca 2018

Ostatni plażowicze

Chwytamy garściami kolejne urlopowe nadmorskie dni. Z całym pogodowym bogactwem, które ze sobą niosą. Bo nad polskim morzem nie należy nastawiać się na pogodę jak drut, gdyż zawód może być zbyt bolesny. Zatem każdy dzień u nas toczy się, rozpędza i rozkwita sam.

Cieszymy się sobą, chwilą, tym co nas otacza. Oderwani od warszawskiej, domowo-pracowej codzienności naznaczonej dziesiątkami spraw do załatwienia i zrobienia, wyhamowujemy, próbujemy, na ile to możliwe, złapać dystans do siebie, do świata, odciąć plątaniny myśli kłębiące się w głowach i sięgające swoimi nitkami Warszawy, albo przynajmniej je nieco rozplątać, uładzić oraz nawinąć w głowie na nowe, bardziej ułożone szpulki. Zatrzymać się. Rozejrzeć jeszcze bardziej i mocniej. 

Wakacje nad morzem dają nam właśnie taki oddech. 

Dzisiaj wyspani wywędrowaliśmy na plażę. Zawsze idziemy dalej, na ubocze, by chłonąć wszechobecny szum. By zostawić gdzieś w tyle tłok i gwar. Szliśmy brzegiem morza ciesząc się chłodnymi falami oblewającymi nam nagie stopy i tysiącami, dziesiątkami tysięcy małych i większych kamyków, które w tym roku ze zdwojoną siłą wykwitły na całej długiej połaci wybrzeża.

Jak często chodzimy boso? Tak by poczuć chłód zimnego, mokrego piasku, jego zmieniające się faktury, syknąć cicho stąpając po mokrych, czasami kłujących niespodziewanie wyplutych przez morze otoczakach? A potem czuć gorący, suchy piasek przyklejający się do mokrych stóp, gdy przemieszczamy się pod wydmy by tam się rozłożyć na nadchodzące godziny plażowania. Wiatr i szum zagłusza nasze głosy.

A ja idąc zastanawiam się czy Mała Istota, która rośnie we mnie i po raz pierwszy spędza z nami wakacje jest w stanie także usłyszeć ten szum i czy może go już teraz polubić tak jak ja? Może odgłos ten wlewa się we mnie i przesącza się kojąco przez całe ciało?

Rok temu zaopatrzyliśmy się w rozkładający się w kilka sekund lekki namiocik, który stał się od razu idealnym elementem naszego plażowo-parawanowego królestwa. Mamy nasz nadmorski biwak, miejsce nasłonecznione, osłonięte od wiatru parawanem albo kryjówkę namiotową przed słońcem, wiatrem czy przelotnym deszczem. Kryjówkę z widokiem na morze. Małe, tymczasowe mieszkanie. 

Dzisiejsza pogoda najpierw wietrzna i słoneczna. Błękit nad nami, usiany białymi obłoczkami.



    

Szumiący czas patrzenia w niebo na pogoń chmurek. Bezczas. A potem coraz wyraźniejsze szare chmury, cały skotłowany chmurzasty front sunący powoli w naszą stronę. Obserwowaliśmy kolejno znikające wokół nas parawany, plaża z minuty na minutę pustoszała coraz bardziej. Szarość przysuwała się z oddali, stopniowo, krok po kroku nad nasze głowy, unieruchomiła słońce, oplotła je całkiem. Ucichł wiejący do tej pory wiatr. Czas przed deszczem.

Zapakowaliśmy się ze wszystkimi rzeczami do namiotu i wystawiliśmy z niego głowy. Gonitwa chmur, blisko nad wodą. Spadły na świat pierwsze krople deszczu. Coraz silniej i silniej. A my zamknięci w naszym suchym królestwie - namiocie, przytuleni słuchaliśmy z przyjemnością tego kroplowego łomotania. Nie mamy dokąd się spieszyć. Po co składać w deszczu namiot. Poczekamy, może przejdzie. Co jakiś czas odsuwaliśmy suwak dzielący nas od zapadanej, pustej plaży. Szare chmury z naszej lewej strony wędrowały powoli, jakby łagodniały, rozmywały się nieco w mżawkową mgiełkę, z prawej za to pojawiał się delikatnie na horyzoncie rozświetlony paseczek jasnobłękitnego nieba. 


Czekaliśmy. A czekając czytaliśmy. Popadliśmy w bezczas i wchłonęły nas inne światy. Szelest przewracanych książkowych stron i stukot deszczowych kropli łomoczących z różnym natężeniem i otaczających nas ze wszystkich stron. Trochę głodu. Wyciąganie zapasów z plecaków. Krojenie scyzorykiem drożdżowej bułki z żurawiną na serwetce w kolorową kratkę, popijanie jej gorącą herbatą z termosu. Czy czegoś nam brakuje? Można spojrzeć sobie w kochane oczy, dotknąć czule. Świat jest tu gdzie my. Teraz. 

Po kilku godzinach namiotowego trwania przestaliśmy słyszeć krople deszczu. Otworzyliśmy namiot. Wystawiliśmy głowy. Mokry piasek usiany dołkami od kropel. Zimny. Wystarczył krok by zburzyć jego podeszczową strukturę, spod mokrej, ciemniejszej skorupki wysypywał się suchy jasny piasek. Zza chmur nieoczekiwane przebłyski słońca wdzierające się w dalej trwającą na świecie podeszczową szarość. Migotanie wody. Blask. Otrzepaliśmy namiot z małych kropelek, wysychał szybko owiewany wiatrem.

Na plaży byliśmy jedyni. My i nasz namiot, oraz suszący się parawan w biało-granatowe pasy. Wyglądające zapewne z daleka jak baza plażowych szaleńców. Wszędzie wilgoć, zapach deszczu i taka świeżość wszechogarniająca. 



Wracaliśmy plażą w promieniach późnopopołudniowego słońca, które odprowadzało nas przebijając się przez ciągle szare chmury wiszące nad wodą. Blask i migotanie. Towarzyszyły nam dwa małe ptaszki z cienkimi, długimi czarnymi nóżkami i długimi dziobami, wyglądające jak takie kulki na patyczkach. Biegły tuż obok nas na skraju wylewających się na brzeg fal, jeden za drugim i robiły to tak zabawnie, że co chwilę wybuchaliśmy niepohamowanym śmiechem. Jak kreskówkowe postacie, których sztywne nóżki wydawały się, że są w tym biegu dużo szybsze od zawieszonych na nich pierzastych, nakrapianych kulkowych ciałek.

Tyle piękna dookoła. Wewnętrzna radość. Głęboki oddech. Wdzięczność.

niedziela, 8 lipca 2018

poniedziałek, 31 lipca 2017

Można


Wymarzyliśmy sobie siebie nad morzem. Takie wakacje bałtyckie. Wiemy już, że rzuceni w tłok i gwar nadmorskiej miejscowości w pełni sezonu potrafimy odnaleźć sobie w nim swoje ścieżki prowadzące nas do wyciszenia i spokoju. Warunek jest jeden - zaakceptowanie każdego dnia z bogactwem aury, który on ze sobą niesie, a co za tym idzie zapomnienie o nadmorskim ideale wakacji pełnych błękitnego nieba, ciepła i słońca każdego dnia. Bez tego można się zasmucić, zapłakać i z jednym wielkim rozczarowaniem dotrwać do końca cennego urlopu.

Można iść nad morze w całkiem szary dzień, w którym niebo od samego rana jest zasnute po horyzont grubym kocem utkanym z chmur, schować do plecaka buty, podwinąć nogawki spodni i maszerować boso wzdłuż brzegu, pod stopami czuć różne faktury piasku, chłód morskich fal. Wiatr targający włosy, uspokajający szum. A potem śledzić pojawiające się gdzieniegdzie nagle na niebie niebieskie łatki jak okienka do ponadchmurnego świata, w którym mieszka słońce.


Można w piękne, słoneczne przedpołudnie przedrzeć się przez natłok i ścisk ludzkich ciał i kolorowych parawanów okupujących główne wejścia nad plażę; uciec dalej w pustkę plaży, rozłożyć się wygodnie, zadomowić, leżeć na plecach i patrzeć co jakiś czas na ten błękit nad głową, na białe chmurki pojawiające się to tu to tam, wyciszać chaos myśli. Popadać w stan błogi, z którego nagle wytrącają zimne pojedyncze krople dotykające wystawionej zza daszek półnamiotu nogi, padające coraz intensywniej, żłobiące w piasku miliony wgłębień. I można się zadziwić widząc nad głową niknące słońce zasłaniane jak jakaś kotarą warstwą ciemnoszarych chmur, które pojawiły się nie wiadomo skąd. Wdychać zapach letniego deszczu. Można skulić się pod daszkiem, czy w namiocie czekając, aż deszcz przejdzie, zatopić się w dobrej książce i co jakiś czas zerkać z ciekawością nie tracąc nadziei na to co będzie się działo na niebie. Na walkę wiatru i chmur. Przepychanki. I tak bardzo ucieszyć się, gdy wygra wiatr i przegna wał deszczowych chmur i w prezencie podaruje wszystkim znowu błękit i promienie słońca. Wszystko jest możliwe. A wtedy jeden dzień jakby się cudownie rozmnażał i zyskiwał drugi wschód słońca.

Może też okazać się, że mimo szarości i deszczu na koniec dnia będzie nad linią horyzontu czerwono-różowy zachód słońca.



Można zachwycać się oglądając kształty chmur. Mnie rozczulają zawsze pierzaste obłoczki, jak wata cukrowa, czy bita śmietana - takie na wyciągnięcie ręki. Można się z nimi ścigać biegnąc brzegiem morza. Bose stopy rozbryzgujące wodę, tyle faktur piasku, obłe kamyki, różne temperatury powietrza dotykającego spoconą skórę, wyrównywanie oddechu i taka czysta, niczym nieskrępowana radość i wdzięczność, że mogę tu być.





sobota, 25 lutego 2017

Aerozol morski


Uciekliśmy na chwilę od codziennego pędu, światowego zwariowania i rutyny. Wybraliśmy morze. Pojechaliśmy odkrywać inne, drugie życie nadbałtyckich nadmorskich miejscowości - inne niż to, tak nam dobrze znane w sezonie letnim (Ucieczki).

Ten nadmorski, upalny zgiełk, gwar, tłok i natłok, od którego zawsze i tak staraliśmy się uciekać jak najdalej - teraz w lutym nie istnieje. Zatem miejsce dla nas idealne. Trafliśmy w sam środek spokoju. Plaża momentami pusta po horyzont albo z pojedynczymi ludzkimi postaciami dzielnie maszerującymi w ciszy wzdłuż brzegu. Jest niespieszność, jest spokój.

Oddech pełną piersią, bałtycki aerozol wypełniający głowy, owiewający twarze, szum fal, szmer wiatru, twardy, ubity zimny piasek pod butami zapisujący na chwilę historię życia morza. Zamiast zamków z piasku - naturalne kształty zbudowane przez wiatr. Taka wiatru zabawa z tym, co pod ręką: miliardami miliardów ziarenek piasku, muszelek i obłych, wypieszczonych przez morską wodę kamyków, które najpierw utuliła, a potem porzuciła jakby nigdy nic na brzegu…



Nie przeszkadza kilkudniowa szarość, mgła czy mżawka. Radość tym większą sprawia wtedy choć chwila słońca i skrawek błękitnego nieba. Wędrujemy dzielnie przez kolejne kilometry plaży, idziemy przed siebie trzymając się za ręce. Chłoniemy to, co nas otacza, dźwięki natury. Porozumiewamy się tylko spojrzeniami, by nie burzyć tego, w czym uczestniczymy. A można zobaczyć wiele - choćby “kształt” wiatru zaklętego w wijące się tajemniczo wokół nas smugi pędzącego w nieznane piasku.



Z każdym kolejnym krokiem wlewa się w nas szumiący spokój, wypycha z głowy kłębiące się chaosy myśli. Czujemy, że nasze istnienie w obliczu całej tej potęgi żywiołów i czasu, to nic - takie małe ziarnko piasku. Dajemy się więc porwać Duchowi.





wtorek, 23 sierpnia 2016

5 lat - Mama i morze



To już 60 miesięcy – 5 lat. Dzisiaj, za chwilę będzie moment, który był końcem Jej życia. Mama przeszła na drugą stronę – sama, choć z nami tuż obok.  Ta chwila się zatrzymała, zamroziła i trwa równolegle do mojej egzystencji. Towarzyszy mi. Gdy zamknę oczy, mogę ją odtworzyć. Nie zapomnę Jej świetlistej twarzy pozbawionej rysującego się na niej wcześniej wyraźnie bólu i cierpienia, policzka, który gładziłam gdy powoli stawał się coraz chłodniejszy.  Właśnie ta jasność, którą widziałam utwierdza mnie, w tym, że odchodzimy w światłość i coś pięknego. Nie może być inaczej. Tam się spotkamy.

Tyle dni, tyle wspomnień, tyle myśli. Migawki wspólnych ostatnich spotkań, łez, bezsilności. Mojego milczenia, gdy siedziałyśmy przy kuchennym stole, a Ona zwiesiła głowę i cicho powiedziała: Umieram, wiem, czuję to. Tak jest. I podniosła na mnie pełne gorących łez oczy. Tylko zegar miał odwagę tykać, zagłuszając otaczającą nas gęstniejącą ciszę. Odliczał sumiennie. Czas. Ile pozostało gestów, słów do wypowiedzenia, wzajemnej czułości? Trzeba się spieszyć.

W tym roku po raz pierwszy nie jestem w tę rocznicę w Warszawie. Przyjechałam nad Bałtyk z Jej towarzystwem. Jestem pewna, że cieszyłaby się naszym odpoczynkiem i morską radością. Towarzyszy nam. Tyle wspomnień ze wspólnych rodzinnych wakacji nad morzem, tyle świetlistych, słonecznych kadrów z Nią w roli głównej. Wyławiam je z wypchanej po brzegi teczki „dzieciństwo” –  leżącej w jednej z często używanych szufladek w mojej głowie.

Opowiadam ukochanemu K. :
  •  o wyprawach do Kątów Rybackich, gdy jedynym środkiem transportu był pociąg do Gdańska i przesiadka w autobus, o tachaniu walizek po stromych schodach,
  • o domkach typu „Brda”, w których zawsze Mama najbardziej brzydziła się grubych pająków;
  • o tym, że nie chciała zorganizowanego wyżywienia na stołówce, bo zbyt krępowało plan dnia;
  • o długich spacerach w stronę plaży i kwitnących wrzosach
  • o tym, że dawno temu Mama sama uszyła - z białego bawełnianego materiału w piaskowe pasy - parawan, który przez wiele lat wspólnych wyjazdów służył nam za najdłuższy chyba na każdej plaży parawan. Tylko Tata miał za zadanie zbierać w drodze na pierwsze plażowanie jak najbardziej proste patyki, które będą pasowały do materiałowych przestrzeni
  • o patencie na przyszycie troczków do rogów kremowego prześcieradła, które służyło za świetny daszek chroniący od słońca, z którego korzystamy zresztą do teraz
  • o olbrzymim błękitnym plażowym prześcieradle, które ciągle przechodzi z rąk do rąk rodzinnych tych, którzy udają się nad morze
  • o tym, że Mama nie umiała pływać więc wybierała stałą miejscówkę za bezpiecznym parawanem i czytała, rozwiązywała krzyżówki jolki i serwowała nam obliczone na cały dzień przegryzki
  •  o wspólnym  zbieraniu do słoiczka małych bursztynów, wybieranych spośród czarnych patyczków wyrzucanych na brzeg przez wody Zatoki
  • o jej piegowatym od słońca nosie i tym, jak bardzo krępowała ją pionowa blizna na brzuchu po trzech cesarskich cięciach.
I o całej masie innych spraw. Na przykład: co by było, gdyby nie wydarzyło się pięć lat temu to, co się wydarzyło i gdzie dzisiaj przyjechałaby z Tatą na wakacje.

I jeszcze wczoraj K. czytając „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk wyłowił słowa, którymi się ze mną natychmiast podzielił:  Zmarli chcieliby, żeby o nich mówiono, tego są głodni, to jest ich strawa. Chcą od żywych uwagi.

Wszystko się łączy. Rozmawiamy o Tobie, Mamo. Wiem, że słyszysz. 



poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Fala za falą

Gdy jakiś czas temu – wcale nie odległy - myśleliśmy nieśmiało o naszych wakacjach i zamykaliśmy oczy, by zobaczyć gdzie się przenosimy pod powiekami – co wiemy już, że jest najlepszym barometrem marzeń o wypoczynku – i ja i K. czuliśmy powiew morskiego wiatru i piasek pod stopami. Decyzja zapadła. Jedziemy nad morze. 




Ileż radości może wyzwolić znalezienie się na plaży. Pobiegliśmy na nią późnym popołudniem tuż po przyjeździe. Buty i skarpetki powędrowały do plecaków, nogawki spodni podwinięte czym prędzej, by biec, biec ile sił po chłodnym już piasku prosto na brzeg, by poczuć zimny dotyk bałtyciej fali na bosej stopie. A potem by iść dalej i dalej brzegiem morza, pozwalać chłodnemu wiatrowi targać włosy, zachwycać się niebem, ciepłym, pomarańczowym światłem zachodzącego powoli słońca. Patrzeć na wędrujące razem z nami kłębiaste chmury, na czochrane dotykiem wiatru wydmowe trawy, usłyszeć nawoływanie mew. Tyle obłych kamyków pod stopami, tyle faktur piasku. Gładkie patyki wyplute przez fale. Życie plaży, życie morza, życie wydm.




O tej porze pusta plaża. Tylko my z naszym życiem przywiezionym tu, by odetchnąć, naprawić się, zatrzymać się na ten czas i w nawias wziąć całe warszawskie życie. By pobyć w tym miejscu równomiernie szumiącym, kojącym wszelkie wewnętrzne chaosy.

Biegliśmy brzegiem rozpryskując stopami morską wodę. Rozpierająca energia, nowe siły, zachwyt nad tym co dane, tak ogromna, rozpierająca wręcz wdzięczność. Piękna modlitwa.



Patrzyłam na ślady stóp które K. zostawił na piasku, biegnąc przede mną. Co chwilę porywane wielkimi kęsami przez kolejne fale - znikały.  
Od razu zaczęłam pod nosem nucić piosenkę:

Przypływ, odpływ, fala za falą
Wieczną mantrę morze nuci
Przypływ, odpływ, oddech czasu
Co odeszło kiedyś wróci

Jesteś, jestem. Ślady na piasku
Trwają po nas tylko chwilę
Mijasz, mijam. Przypływ, odpływ
Tylko tyle i aż tyle

/płyta „Upojenie” A.M. Jopek, muzyka: Pat Metheny, sł. Magda Czapińska/






poniedziałek, 29 października 2012

Linia cienia


W ramach wakacyjnych lektur przeczytałem tego lata po raz wtóry „Smugę cienia” Josepha Conrada. Miejsce czytania było wręcz idealne – na plaży, w turystycznym fotelu zwróconym w stronę morza. Wystarczyło podnieść wzrok, by trafić na bałtycki horyzont. No i szum fal jako akompaniament. Nic, tylko czytać Conrada. 

Jak to zwykle bywa przy kolejnej lekturze, natrafiłem na sprawy, o których wcześniej nie myślałem. Konkretnie na dwie sprawy, obydwie związane z tytułem książki. 

Pierwsza. Dlaczego współcześnie coraz częściej spotyka się wykorzystanie frazy „smuga cienia” na określenie wchodzenia w starość? Przecież jest to całkowicie niezgodne z zamysłem jej konstruktora. Już na początku tej krótkiej powieści czytamy: „Postępujesz naprzód, a twoim śladem nieodstępnie i niepostrzeżenie posuwa się czas. Aż przychodzi chwila, w której spostrzegasz przed sobą smugę cienia ostrzegającą cię, że dzień pierwszej młodości dobiegł już końca”. Tę samą myśl potwierdza autor w swoim słowie wstępnym: „Pierwotnie celem tego utworu było przedstawienie pewnych faktów, które z pewnością były związane ze zmianami zachodzącymi w człowieku, kiedy młodość, beztroska i żarliwa, przekształca się w bardziej świadomą i dojmującą fazę dojrzalszego życia”. 

Wniosek jest oczywisty: smuga cienia z całą pewnością nie ma nic wspólnego ze starością. Jest procesem wychodzenia z beztroskiej młodości i dojrzewania do życia odpowiedzialnego. W powieści bohater, młody oficer, po raz pierwszy otrzymuje pod swoje dowództwo statek i jego załogę. To, co będzie mu dane przejść, przeprowadzi go też przez tytułową smugę cienia. 

I tu dochodzimy do sprawy drugiej. Zwróciłem na nią uwagę dopiero wtedy, gdy zauważyłem, że oryginalny angielski tytuł książki brzmi The Shadow Line. Słowo line – linia ma tu kolosalne znaczenie, bo czytelnik od razu skojarzy je z linią równoleżnika 8° 20′ N, której statek z niejasnych przyczyn nie może przekroczyć (więcej nie zdradzę, żeby nie psuć frajdy tym, którzy sięgną po powieść po raz pierwszy). A więc tytuł oryginalny jest wieloznaczny i głębszy. Polskie tłumaczenie Anieli Zagórskiej (autoryzowane przez pisarza) tego już nie ma. 

Przeczytałem „Smugę cienia” z wielką przyjemnością. Jednym tchem, jak to się mówi. Ileż przestrzeni jest w tym Conradowskim pisaniu, ileż tajemnicy, ileż człowieka! Zakończyłem lekturę, patrząc w odległy morski widnokrąg i konstatując, że swoją smugę cienia już chyba raczej mam za sobą… 

poniedziałek, 30 lipca 2012

niedziela, 22 lipca 2012

Odszumianie


Dotarliśmy tutaj, nad piękny brzeg polskiego morza, 530 kilometrów od domu. Dzisiaj rozpoczęliśmy wakacyjne "odszumianie". Wędrując plażą, mocząc nogi w zimnej, bałtyckiej wodzie, stąpając po drobnych, obłych kamykach wyrzucanych przez pieniste fale na brzeg, zerkając na piaskowe wydmy i błękitne niebo, szumimy razem z morzem. Wszystkie nasze wewnętrzne zagubienia, mętliki w głowie, warszawskie szaleństwo ulatuje z wiatrem.