wtorek, 28 lutego 2012

Pocztówka z Zamościa

Zamojski Ratusz z końca XVI wieku. Zbudowany został według projektu Bernardo Morando, włoskiego architekta, który nadał Zamościowi wizerunek "Padwy Północy". Dziś urzęduje tu między innymi Marcin Zamoyski, prezydent miasta od trzech kadencji. To w prostej linii potomek założyciela Zamościa - hetmana wielkiego i kanclerza koronnego Jana Zamoyskiego (1542-1605) i syn innego Jana Zamoyskiego (1912-2002), ostatniego ordynata Ordynacji Zamojskiej. Tak oto trwa tu tradycja służby Ojczyźnie - od ponad 400 lat.

wtorek, 14 lutego 2012

W powodzi przedmiotów

Dzwonię domofonem. Drzwi otwierają się z bzyczeniem, nie słychać głosu. Jak zawsze, od lat wbiegam na trzecie piętro, dając susy co dwa stopnie. Jestem. Drzwi otwiera mi Tata. Ubrany w nieco rozciągnięte, szare, robocze spodnie od dresu z wypchanymi kolanami, flanelową koszulę w kratę, pokropioną farbą oraz ranną w rękaw w jakieś remontowej bitwie. Poczochrany artystycznie, ze smutnymi brązowymi oczami, drapie się w siwiejącą brodę. Patrzę na niego przenikliwie: Tatusiu wszystko w porządku? Masz taką minę, jakby coś złego się stało... Wiem, że nie ma Mamy.... ale.... Patrzy mi w oczy, bezradny, najukochańszy na świecie i cicho mówi: Córeczko, czy my.... Czy kiedyś się z tego wygrzebiemy? Zatacza ręką znak mający obrazować nieskończoność i  chaos.

Tak, ten remont długo trwa, od końca listopada, ale najgorsze już przeszło, wokół zaczyna się przejaśniać. Okna wymienione, ściany pomalowane, łazienka w całkiem nowej odsłonie, pozostało jedno.... obezwładniające, zwalające z nóg porządkowanie. Mama przed śmiercią mówiła, że będziemy się śmiały z jej zgromadzonych skarbów, ukrytych w licznych szafach przestronnego mieszkania. Miała rację, muszę jej to przyznać smutno kiwając głową. Tyle razy przepraszała nas, że sama nie da rady tego posprzątać, posegregować, powyrzucać...Teraz wiemy co miała na myśli. 

W czasie remontu chcąc nie chcąc ze wszystkich szaf, schowków, pawlaczy, szuflad wywędrowały gromadnie, zostały wręcz wypędzone na przymusową tułaczkę wszelkie skarby. Jak lawa wylewająca się na środek pokoi, otwierająca drzwiczki, uchylająca szuflady – rzeka przedmiotów. Czy możliwe jest posiadanie tego wszystkiego? Jak to możliwe, że wszystkie te rzeczy miały swoje schronienie tutaj, że tak skrzętnie chowały się przed naszym wzrokiem? 

Tata stojący na środku swojego nowo urządzanego pokoju, który pokoju jeszcze za bardzo nie przypomina, otoczony dziesiątkami pudeł, pudełek i pudełeczek, leżących wszędzie na łóżku, na podłodze, piętrzących się na biurku. Tatuś próbujący bezradnie uładzić to morze, które chlusta na niego kolejnymi falami wspomnień... Został napadnięty przez wszystko to, co było kiedyś jego rzeczywistością, przez przedmioty, których nie miał w ręku przez kilka czy kilkanaście lat i które ponownie się pojawiły w polu widzenia. Wypłynęły na powierzchnię, bolą, uwierają, tyle przywołują dawnych chwil, tak trudno się z nimi rozstać... 

Przysiadł na brzegu łóżka, wciskając się choć na chwilę w jakąś bezpudełkową szczelinę. Istna beznadzieja. Marzenie ucieczki. Patrzy w drewnianą podłogę lekko kręcąc głową. Nagle cichy szelest. To malutka B. zakradła się do królestwa Dziadka. Cichutko, na palcach odzianych w bawełniane rajstopy, bada kolejne centymetry podłogi, ostrożnie stawiając małe stopy pomiędzy kartonowymi pudełkami pełnymi różnych skarbów. Kroczy delikatnie, wysoko podnosząc swoje małe nóżki - jakby chodziła pośród wysokich traw. Przystaje tuż obok niego. Uważnie patrzy swoimi pięknymi, pełnymi dziecięcej radości życia oczami na zmęczoną twarz Dziadka. Jestem pewna, że odczuwa jego zagubienie. Po prostu rozumie. Lekko przechyla głowę, wyciąga małą dłoń i mówi, to co od jakiegoś czasu wychodzi jej najlepiej i bezbłędnie: Dzia-dziu-ś  choć....Dzi-a-dz-i-uś choć! Tylko z nią może uciec. Małej B. nie sposób odmówić. Tato - jesteś uratowany!

niedziela, 5 lutego 2012

Rzeka życia

Pomimo mrozu (-14 stopni) wybraliśmy się dziś na godzinny spacer nad Wisłę. Ach, jak to wspaniale mieć pola, łąki, łęgi, las i rzekę na wyciągnięcie ręki, tuż obok naszego osiedla. Zaprawdę Nadwiśle to kapitalne miejsce do życia!

Każda pora roku, nawet każdy miesiąc wyglądają tu inaczej. Inny kolor liści, inny odcień traw, inne ptaki zamieszkują pobliski rezerwat przyrody Wyspy Zawadowskie. No i rzeka, która żyje swoim nieodgadnionym życiem.

Dziś znowu zaobserwowaliśmy, że kolejne kawałki skarpy prawego brzegu obsunęły się do wody, oddając Wiśle następne cenne centymetry. W innych miejscach - tam, gdzie jeszcze rok czy dwa lata temu biegł nurt rzeki - dziś zalegają połacie zmarzniętego piasku. Wszystko się tu dynamiczne zmienia, a żaden spacer nie jest tu taki sam.

Panta rhei, wszystko płynie, wszystko się zmienia. Nie tylko przyroda, nie tylko Wisła, ale i my z naszym najbliższym otoczeniem. Przypomnieliśmy sobie, że przecież dokładnie rok temu, dokładnie w tym samym miejscu i przy bardzo podobnej pogodzie spacerowaliśmy tu z Mamą, już bardzo cierpiącą, ale niezwykle dzielnie walczącą z chorobą. 

Wierzymy, że odpłynęła do lepszego świata. Do świata, w którym już nic się nie zmienia na gorsze. Gdyby nie ta wiara - ach, jakże wtedy byłoby smutno!

czwartek, 2 lutego 2012

Wszyscy dziś jesteśmy poetami


O Wisławie Szymborskiej – nazajutrz po jej śmierci – nie sposób pisać inaczej, jak odwołując się do jej poezji. Otworzyłem dziś rano tomik „Dwukropek” i od razu wpadłem na ten wiersz:

Nazajutrz - bez nas

Poranek spodziewany jest chłodny i mglisty.
Od zachodu
zaczną przemieszczać się deszczowe chmury.
Widoczność będzie słaba.
Szosy śliskie.

Stopniowo, w ciągu dnia,
pod wpływem klina wyżowego od północy
możliwe już lokalne przejaśnienia.
Jednak przy wietrze silnym i zmiennym w porywach
mogą wystąpić burze.

W nocy
rozpogodzenie prawie w całym kraju,
tylko na południowym wschodzie
niewykluczone opady.
Temperatura znacznie się obniży,
za to ciśnienie wzrośnie.

Kolejny dzień
zapowiada się słonecznie,
chociaż tym, co ciągle żyją
przyda się jeszcze parasol.

Nawet nieźle pasuje do dzisiejszego dnia, prawda? Chłodny poranek, śliskie szosy, temperatura znacznie się obniży… Mamy kolejny mroźny dzień zimy (w Warszawie rano było ponad minus dwadzieścia), bardzo słoneczny, aktualne ciśnienie to 1119 hektopaskali. Jak w tytule wiersza – to jest właśnie to „nazajutrz bez nas”, czyli nazajutrz bez Wisławy Szymborskiej. Nieźle to sobie wymyśliła…

Zastanawiam się nad tym parasolem z ostatniego wersu. Po co nam – czytelnikom jej poezji – w taki dzień parasol? Przecież sama poetka pisze, że dzień zapowiada się słonecznie. Mam tu niestety smutne skojarzenia. „Dwukropek” został wydany w 2005 roku, czyli niedługo po śmierci Czesława Miłosza. Łączy ich sporo – poezja, Kraków, Nobel – ale również romans z komunizmem za młodu. Czy Szymborska pisząc ten wiersz i stawiając na końcu ten złowieszczy parasol nie miała świeżo w głowie owej smutnej dyskusji o pochówku Poety tuż po jego śmierci? Czy przypadkiem nie przewiduje tu, że na nią również posypią się pośmiertne gromy ze strony „wybitnych patriotów”, przeciwko którym trzeba będzie wyciągnąć parasol, by się ich jadem nie ubrudzić?

Niemniej dziś, nazajutrz po jej śmierci, wszyscy jesteśmy poetami. Wszyscy jakoś czujemy wspólnotę z tą piękną, mądrą i dowcipną kobietą, która rozsławiła nasz kraj po wszystkich kontynentach. Wszyscy przypominamy sobie jej wiersze, uszczypliwe limeryki, lepieje i jakoś dobrze się z tym dziedzictwem czujemy. A jednocześnie gdzieś głęboko opłakujemy jej odejście. Ale czy tylko to?

„Ci, którzy mają się za żywych, sądzę, że opłakują swoich zmarłych, a tymczasem opłakują własną śmierć, własną rzeczywistość, która przestała istnieć w świadomości tych, co odeszli” – napisał Luigi Pirandello. Czyż tak właśnie nie jest dzisiaj? Wisława Szymborska swoim boskim talentem wypowiadała to, czego my – nie poeci – nie potrafimy i robiła to w taki sposób, że pod większością jej wierszy chcielibyśmy się podpisać. Była w ten sposób „nasza” – „nasza Noblistka” mówiło się często z dumą. A dziś rano okazało się, że ta „naszość” skończyła się. Owszem jej wiersze zostaną, będzie zapewne tomik pośmiertnie wydany, ale jednak to nie to samo, co żywa i niezmordowanie pisząca w swoim krakowskim mieszkaniu Poetka.

Płaczmy zatem po jej odejściu, płaczmy nad sobą – uboższymi, czytajmy wiernie jej wiersze, chwalmy się nimi po całym świecie, a w naszej i Jej ojczyźnie, na wszelki wypadek otwórzmy parasol.

Wiersz Nazajutrz – bez nas, z tomu „Dwukropek”, Wydawnictwo a5, Kraków 2005.
Cytat Luigiego Pirandello  - „Zeszyty Literackie” 113/2011.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Przed oczami Dziadka

Odwiedziliśmy Dziadka. Uściskał nas mocno podając dużą, szorstką dłoń i z radością, energicznie przytulając do siebie. Tak dawno się nie widzieliśmy. Zaprosił nas do zajmowanego przez lata pokoju, w domu, który sam budował. Ta sama trzeszcząca drewniana podłoga, po której stąpało tyle par nóg zmęczonych codzienną gospodarską pracą, skrzypiące łóżko, narzuta z frędzlami, w rogu piec. Półmrok. 

Wygląda na to, że przeszkodziliśmy nieco Dziadkowi w drzemce. Na rozłożonym łóżku odciskał się jeszcze wyraźnie kształt jego ciała, odłożone duże słuchawki, których zawsze używa leżały na poduszce. 

Usiadł na drewnianym krześle, wskazał nam dwa inne. Usiedliśmy na nich naprzeciwko niego. Patrzymy na siebie. Potężny Dziadek w swetrze opinającym się na wydatnym brzuchu, lekko przekrzywiona głowa, nieco świszczący oddech i te niepowtarzalne, jasno błękitne oczy patrzące nieprzerwanie od osiemdziesięciu sześciu lat na świat. Chwila ciszy. Będę umierał. Zmęczony już jestem, źle się czuję. Nie mam siły więcej - odezwał się z całkowitym spokojem. 

Co odpowiedzieć na takie słowa? Tak czujesz Dziadku, a to można czuć? Może jeszcze nie czas? Cisza. Dziadek uważnie nam się przygląda swoimi szklistymi oczami, błyszczą się w półmroku. Nikt nie zapala światła. Tak chyba jest lepiej, przytulniej, kameralniej. Pokój tonie w gęstniejącej szarości, tylko z korytarza przez uchylone lekko drzwi wpada ciepłe, żółte światło. W takiej atmosferze łatwiej słuchać. 

Dziadek nagle stał się zamyślony, schowany jakby wgłąb siebie. Odzywa się do nas znowu. Wiecie, jak tak sobie siedzę lub leżę, przebiegają mi przed oczami ruchome obrazy. Oglądam całe swoje życie - wszystko po kolei, od dzieciństwa, wszystkie wydarzenia - jak film. To tak jakby się to naprawdę jeszcze raz działo. Takie jest rzeczywiste. I nie mogę się od tego opędzić. Siedzę i widzę. Na przykład to jak o piątej rano mnie budzą rodzice, dają pajdę chleba i ja z krowami idę na cały dzień. A to było jak miałem sześć lat. Codziennie taki film w odcinkach oglądam. 

Jak to jest widzieć taki film? Jak to jest przeżywać wszystko na nowo? Widzieć jak żywych tych, których już nie ma? Czy obejrzenie najbardziej intymnego, osobistego i niepowtarzalnego filmu z dedykacją dla nas samych może szykować do umierania?

* Dziękujemy Piotrkowi za niezwykłe zdjęcie Dziadka, którego fragment tu wykorzystuję.

niedziela, 22 stycznia 2012

sobota, 21 stycznia 2012

Pochwała fragmentu


Fragment. Zawsze fragment, wycinek całości. Ogarnąć całości się nie da, ale fragment? Całość lepiej pozostawić w rękach sił bardziej kompetentnych, ale fragment? Całość przytłacza lub przynajmniej onieśmiela, ale fragment? Tak, fragmentem warto się dobrze zaopiekować!

Nie, nie parafrazuję tu Różewicza, nawet nie znam tego popularnego tomu (mea culpa...), po prostu patrzę na to zdjęcie rozglądam się po moim najbliższym "dookoła" i tak jakoś spod palców mi wychodzi. W końcu z tych fragmentów cała całość się składa. 

Podoba mi się wyrażenie "opis fragmentaryczny". Czy tak naprawdę istnieje jakikolwiek inny? Opisywać fragmenty, opowiadać o nich, troszczyć się o ich dobrą pamięć - tak, to jest dobra sprawa, której również tym blogiem służę. I za to chętnie wypiję ;-)


Radosne, białe wyciszenie

Postanowiliśmy na chwilę uciec. Razem - trzymając się za ręce. Wymaszerować to, co trudne, po polach zasypanych śniegiem. 

Czuć na policzkach, zaczerwienionych od lekkiego mrozu, wiatr dający nową siłę do życia.  Zachwycić się białym i bajkowym mazurskim światem. 

Dziękować nieustannie za wspólne życie. Pomilczeć, patrząc na zimowe, puste jeziora. 

A wieczorem po prostu się przytulić w ciepłym, wypełnionym blaskiem ognia z kominka pokoju.

środa, 4 stycznia 2012

Kto zrobi makiełki?

W piątek tuż przed Wigilią turlałam się przez chwilę samochodem w małym korku. Jest to zawsze czas na modlitwę, nucenie sobie czegoś pod nosem czy wyławianie z budzącego się o poranku umysłu jakichś cennych iskierek czegoś bardziej wartościowego. I właśnie w takiej chwili doznałam czegoś, co mogę nazwać olśnieniem. W mojej głowie pojawiło się jasno postawiona kwestia: Ale kto w tym roku zrobi na Wigilię makiełki? Jak mogą być Święta bez makiełek? Jak to sobie wyobrażasz? Tak po prostu być nie może! Odczułam to jak jawną interwencję z zaświatów. 

W naszej rodzinnej tradycji makiełki - czyli pochodzącą z Poznania potrawę wigilijną z maku, miodu, bakalii i bułki moczonej w mleku - najpierw robiła Prababcia, która nauczyła Babcię, potem Babcia, która nauczyła Mamę, a ostatnio Mama. Żadnej z nich nie ma już z nami, więc kto zrobi makiełki? Decyzja przyszła błyskawicznie i przybrała postać przeświadczenia o takiej pewności działania i determinacji, jakiej chyba dawno nie miałam - tym razem to moja kolej! 

Przecież pomagałam Mamie w szykowaniu tego wigilijnego smakołyku odkąd tylko pamiętam. Zawsze ciągnęło mnie do kuchni, a tym bardziej przedświątecznego misterium kulinarnego. Jak to było? Na pewno wiem tyle: wieczorem moczenie maku, który spał sobie w wodzie do rana. W Wigilię go odcedzamy, potem przekręcanie przez maszynkę - dwa razy, za drugim razem ze szklanką cukru. Tak pamiętam maszynkę: najpierw była stara, żeliwna, która nie chciała za nic trzymać się kuchennego stołu, a od jej nieustannie spadającej rączki robiły się odciski. Potem z dziką radością korzystałyśmy z ekspresowej maszynki elektrycznej. 

Kuchnia w przedświątecznym rozgardiaszu, nasza krzątanina, z radia pierwsze dźwięki kolęd i piosenek bożonarodzeniowych, a w powietrzu unosił się zapach pieczonego sernika. My rozmawiałyśmy o tym co jeszcze przed nami, ja pytałam nieustannie Mamo, a jak to zobić? A tak dobrze siekam? A w co to przełożyć?. Współdziałałyśmy z radością: sparzenie rodzynek i migdałów, krojenie orzechów, skórki pomarańczowej wyławianej ze słodkiego syropu, migdałów, które brane w palce wyskakiwały ze swoich wcześniej rozmoczonych brązowych ubranek, siekanie suszonych moreli i daktyli. Bułka, tak, musi być bułka pszenna, obrana ze skórki, pokrojona w kawałeczki, które następnie zalewa się gorącym mlekiem, tak by spęczniały i namokły. Potem bakalie trafiały do wielkiej miski ze zmielonym już dwa razy makiem, do tego jeszcze trochę roztopionego masła i płynny miód i.... tak, jeszcze sok z wiśni albo z malin. Mama zawsze prosiła mnie o mieszanie powstałej masy, a sama co jakiś czas próbowała i z miną makiełkowego fachowca oceniała czy nasza produkcja się nadaje: O, teraz bardzo dobre - i robiła jedną ze swoich słodkich min łakomczucha. No to ostatnia faza. Naczynia przygotowane: warstwa maku, warstwa bułki, wastwa maku, bułki, maku.... No i pięknie ozdabiamy. Gotowe!

Zdążyłam dojechać do pracy gdy zadzwoniła do mnie moja Siostra z pytaniem: Hania, a co z makiełkami?Pamiętasz jak się robi? Przecież powinny być na Święta, co? Czy to zbieg okoliczności? Nie, to znak! Mamo, upomniałaś się o makiełki, bo sama nigdy o nich nie zapomniałaś.

Po pracy, gdy w głowie ułożyłam sobie listę brakujących mi do makiełkowego szczęścia składników, pomknęłam w te pędy do sklepu. Przy okazji od Taty zabrałam gruby zeszyt z przepisami Mamy, by na wszelki wypadek poszperać w nim i sprawdzić czy o niczym istotnym nie zapomniałam. Ale.... przepisu na makiełki tam nie było ani śladu. Zrozumiałam, że zupełnie nieświadomie dane mi było uczestniczyć w kobiecej, ustnej tradycji makiełkowej. Przypomniało mi się także, że zgodnie z tradycją ludową mak pojawiał się w polskich potrawach tylko raz w roku na wigilijnym stole. W obrzędach świątecznych łączono jego funkcję praktyczną (właściwości usypiające) i symboliczną (usypianie jako droga w zaświaty) i traktowano go jako najlepszy poczęstunek dla tych, którzy stamtąd przychodzą na ziemię.

Mamo, te pierwsze samodzielne makiełki były dla Ciebie! Myślę, że możesz być ze mnie dumna!


wtorek, 3 stycznia 2012

O statystach w Kościele

„Statyści też śpiewają!” – zagrzmiał rozkazującym tonem pewien warszawski duszpasterz, gdy tuż przed mszą wierni niemrawo śpiewali kolędy. Pokiwał jednocześnie na nas czyli wiernych, żeby nie było wątpliwości kogo ma na myśli. I zadziałało – od razu śpiew zabrzmiał głośno i uroczyście… Ale żeby od razu „statyści”?

Jak to często w takich przypadkach bywa, mszę już miałem z głowy. To znaczy uczestniczyłem, odpowiadałem, modliłem się, słuchałem ale gdzieś z tyłu głowy wciąż miałem ten bolesny epitet. No właśnie – dlaczego bolesny? Dlaczego poczułem się dotknięty? Rozważałem. Eeee – mówię do siebie – pewnie chodziło mu tylko o to, że słabo się udzielaliśmy w śpiewie, że w jego oczach nie braliśmy w należyty sposób udziału w tym śpiewanym spektaklu przed liturgią i stąd porównanie do biernych statystów. Tak, tak, na pewno o to chodziło.

Zdanie zmieniłem dopiero przy komunii. Podchodzimy procesyjnie, bardzo pięknie, aż tu nagle tuż przed księdzem wyrasta klęcznik. Rozglądam się w prawo, w lewo, oceniam sytuację i właśnie w tym momencie rozumiem, co miał na myśli duszpasterz, wołając na nas „statyści”. To on tu jest mistrzem ceremonii, on dyktuje reguły gry i gdy ustawia klęcznik przed sobą, nikomu nie daje wyboru: komunia musi być przyjęta na klęczkach i prosto do ust.

Nie, nie ma w tej formie przyjmowania komunii nic złego, wszystko odbywa się w ramach ortodoksji – tłumaczę sobie w drodze powrotnej do swojego krzesła. Jednak do mojego rozumienia Kościoła i liturgii bardziej pasuje postawa stojąca oraz komunia na rękę. Jeśli warszawski Kościół daje mi możliwość równoprawnego wyboru, to chciałbym korzystać z tej drugiej możliwości. Tu mi ją zabrano. I rzeczywiście, było tak, jak chciał ten ksiądz – poczułem się jak statysta.

Ale co tam, nie ma się czym przejmować. Komunia była? Była. Msza ważna? Ważna. Przykazanie wypełnione? Wypełnione. No to o co chodzi?

Pewien znajomy, gdy mu tę historyjkę opowiedziałem, niespodziewanie mnie zapytał:

- A to ksiądz z twojej parafii?
- Nie – odpowiedziałem. – A dlaczego pytasz?
- Bo jakby był, to by przyszedł do ciebie z kolędą.
- I co z tego?
- No wtedy mógłbyś mu dać w kopercie przykładowo 10 000 rupii indyjskich… Kolęda była? Była. Wspólna modlitwa była? Była. Wsparcie na utrzymanie parafii było? Było. No to o co chodzi?

PS Tożsamość księdza znana jest tylko autorowi, wspomniany znajomy również, a do przytoczonego pomysłu autor nikogo nie zachęca.

niedziela, 25 grudnia 2011

Okruchy boskości


Świętować narodzenie Boga w Betlejemskiej stajence to także świętować fakt, iż ten odległy Bóg nagle stał się tak bliski, wręcz na wyciągnięcie ręki. 

Obyśmy w nadchodzącym 2012 roku potrafili dostrzegać okruchy tej boskości, które porozsiewane są tuż obok nas, w codziennych wydarzeniach i w spotykanych ludziach. 

Dobrych spokojnych i ciepłych Świąt Bożego Narodzenia oraz Szczęśliwego Nowego Roku 2012!

Konrad i Hania

sobota, 17 grudnia 2011

Życie liczone Romana Opałki

W paryskim Centrum Pompidou, czyli w Narodowym Muzeum Sztuki Nowoczesnej, nie znajdziemy wielu polskich akcentów. Ale jest jeden istotny - trzy płótna Romana Opałki. Ten jeden z najbardziej znanych na świecie polskich artystów współczesnych zmarł w sierpniu tego roku w Rzymie, tuż przed swymi 80 urodzinami.

Gdy w 2003 roku znalazłem się w małym francuskim miasteczku nad Morzem Śródziemnym, miałem okazję poznać młodego miejscowego artystę. Julien o Polsce nie wiedział praktycznie nic, ale znał i podziwiał jednego polskiego artystę. Był nim właśnie Roman Opałka. A ponieważ znałem już wtedy prace Opałki z pewnej wystawy w warszawskiej Zachęcie, mieliśmy świetny temat do konwersacji. Pamiętam dobrze, że rozpierała mnie duma, gdy ten młody adept francuskiej sztuki nowoczesnej z tak wielkim szacunkiem mówił o polskim malarzu.

Przypomniałem sobie tę historię podczas niedawnej wizyty w Centrum Pompidou, gdy zupełnie przypadkowo natknąłem się na płótna Opałki ze słynnej serii "Obrazy liczone". Zaczął je malować już w roku 1965 i zaplanował, że będzie to praca na resztę jego życia. Tak się też stało. Zawsze ten sam rozmiar i zawsze białą farbą równiutko malowane cyfry kolejnych liczb. Tło początkowo było czarne, ale w każdym kolejnym obrazie dodawał 1 procent bieli, tak że z upływem lat zmieniało się w ciemno szare, szare i coraz bledsze. W zamyśle twórcy ostatnie płótno miało mieć idealnie białe tło, a namalowane na nim również białą farbą liczby, miały pozostać niewidoczne. Całość koncepcji nazwał "Opałka 1965/ od 1 do nieskończoności".

A to wszystko po to, by w tej niezwykłej koncepcji artystycznej po prostu odliczać czas swojego życia, oswajać smutek przemijania, każdą chwilę odznaczać symbolem kolejnej liczby i tak aż do końca. Podobno doszedł do liczby 5 590 000. Podobno też marzył, by doczekać magicznego nagromadzenia siódemek 7 777 777, ale nie udało się. 

Jednak "Obrazy liczone" to nie wszystko. Oprócz nich Opałka nagrywał swój spokojny głos, który zwolna czyta własne płótna, czyli po prostu liczy, odlicza kolejne chwile swego życia. A dopełnieniem dzieła były zdjęcia - autoportrety, które dołączał zwykle do danego obrazu, by udokumentować proces starzenia - wizualny efekt odliczanych chwil. Tak wyglądała spójna całość jego dzieła: obrazy, głos i zdjęcia. I tak wyglądała też ekspozycja w Zachęcie w latach 90-tych. Niestety paryskie Pompidou prezentuje jedynie same płótna, spłycając w ten sposób zamysł artysty.

Niby niepozorna praca polskiego malarza została bardzo wysoko oceniona przez krytyków i kolekcjonerów. Na aukcji w 2010 roku za 3 obrazy Opałki zapłacono ponad 700 tys. funtów angielskich.

niedziela, 11 grudnia 2011

Pakowanie życia

Ciągle się oswajam, że Cię Mamusiu nie ma tu z nami. Gdy się wpadnie w wir pracy czy wyjazdów jest prościej, ale potem szybko można być sprowadzonym na smutną i bolesną ziemię. Tak jak wczoraj. Trzeba próbować zaczynać nowe życie porządkując Twoje rzeczy, które nie są już Ci potrzebne. Zapakować i oddać Twoje ubrania w większości za małe na Twoje wyrośnięte córki. Pamiętam jak mówiłaś o tym, że będziemy znajdowały skarby przy tych porządkach. Słyszałam wczoraj w głowie te Twoje słowa.

Tak trudno jest pakować życie do kolejnych toreb. Ubrania, które pamiętam na Tobie, które kojarzą się nieraz z konkretnymi wydarzeniami: w tej bluzce z błyszczącymi, srebrnymi cekinami pojawiłaś się kiedyś na naszej rodzinnej imprezie Sylwestrowej ku zaskoczeniu wszystkich obecnych - Postanowiłam być odważna!- tak powiedziałaś z zakłopotaniem patrząc w nasze okrągłe ze zdumienia oczy.

Jakże trudne jest zaglądanie do kieszeni, w których już nigdy nie będziesz trzymała małej dłoni. Oto znaleziska: kasztan, krótkie końcówki ołówków, bo przecież nigdy nie wiadomo czy nie trzeba będzie czegoś zanotować, stare listy zakupów - do kupienia ciągle są oliwki, chleb, margaryna i siemię lniane- równe literki napisane Twoją ręką, kilka monet - złotówki do wózka w sklepie?, pomadka do ust, stare chusteczki - niektóre pogniecione i może noszące ślady Twoich wyschniętych łez? Patrząc na to wydawało mi się, że za chwilę będziesz się wybierała na spacer albo zakupy. A już nie pójdziesz. Swoją drogą ciekawe czy w niebie są supermarkety?

Kazałaś nam nie mieć sentymentów i wyrzucać, oddawać wszystko to z czym Ty nie potrafiłaś się sama rozstać. Zakurzona torba cienkich rajstop czekających na zacerowanie, plastykowa torebka ze skrawkami materiałów po skracanych spodniach, jakieś bluzki Babci, które po jej śmierci zostały i zamieszkały w Twojej szafie. A czy kiedyś będziesz kończyła jeszcze robione na drutach czapki i swetry? Z wewnętrznym bólem otwierałam kolejne zakamuflowane w stojącej w przedpokoju szafie torby i torebeczki. Czułam się jak w kopalni prowadzącej wgłąb do przeszłości. Trzymałam w ręku druty, a na nich napoczęty ściągacz swetra, na kolejnych zaczęty szalik albo prawie ukończona czapka. Pożółkłe kartki w kratkę z pieczołowicie zaznaczonymi krzyżykami i oczkami: lewe, prawe, lewe, prawe... Nie mogę sobie tylko przypomnieć kiedy ostatni raz trzymałaś w ręku takie druty... Miałaś pewnie nadzieję, że kiedyś to wszystko dokończysz. Ale nie ma już tego kiedyś. Ja ze łzami w oczach zdejmowałam z drutów zaczęte kiedyś przez Ciebie dzieła, by je pogrzebać w wiecznym niedokończeniu...

Myślałam, że jestem silniejsza, a po tym dniu porządków, dotykania Twojej obecności, pakowania Twojego życia rozpadłam się zupełnie. Gorące łzy lecą mi po policzkach, w środku ściska mnie coś mocno i nie chce puścić. Mam ochotę krzyczeć, choć wiem, że to nie sprawi, że wrócisz. Tęsknię za Tobą okrutnie. A zostało jeszcze tyle do zapakowania.

poniedziałek, 5 grudnia 2011

Muzeum Jacquemart-André w Paryżu

Oglądając w Paryżu ciekawą wystawę zatytułowaną "Fra Angelico i mistrzowie światła", przy okazji zwiedziliśmy Muzeum Jacquemart-André, w którym kolekcja florenckich mistrzów była prezentowana. Okazało się, że pochodzący z rodziny bogatych protestanckich bankierów Édouard André wraz ze swą żoną malarką Nélie Jacquemart zgromadzili niezwykle pokaźną kolekcję, a w niej znajduje się kilka prawdziwych perełek malarskich. 

Najpierw Rembrandt i jego "Wieczerza w Emaus" (ok. 1628). Jak to u Rembrandta - piękna gra światłem, którego źródła nie widzimy. Potem Andrea Mantegna "Ecce Homo", Sandro Botticelli "Ucieczka do Egiptu", Paolo Uccello "Św. Jerzy ze smokiem" i sporo innych arcydzieł.

A wszystko to w otoczeniu pięknie urządzonych apartamentów w pałacu, który Édouard André wybudował sobie przy Bulwarze Haussmanna. Przez wiele lat gromadził w nim swoją kolekcję, a po jego śmierci dzieło kontynuowała żona. Ta w końcu pałac wraz z kolekcją przekazała Akademii Francuskiej, by w 1913 roku otworzyć funkcjonujące do dziś muzeum. 

Francuzi nie byliby sobą, gdyby w tych pięknych okolicznościach nie urządzili jakiegoś lokalu gastronomicznego... Oczywiście funkcjonuje tu świetna kawiarenka, usytuowana w pięknej stylowej sali, gdzie podobno serwują fantastyczne ciastka ;-) Po dość męczących wizytach w przytłaczającym Luwrze czy nawet Galerii Orsay pobyt w przyjaznych wnętrzach Muzeum Jacquemart-André jest prawdziwą przyjemnością.


piątek, 2 grudnia 2011

Kara śmierci – powtórka z Katechizmu

Odkąd PiS powrócił do swego starego pomysłu na przywrócenie kary śmierci, zaczęło się pojawiać wiele głosów za i przeciw. Jak na w dużej mierze katolickie społeczeństwo przystało, sporo z tych głosów powołuje się na wykładnię Katechizmu Kościoła Katolickiego. Uważny obserwator tej dyskusji może jednak doznać poważnej konfuzji, gdyż nie dość, że nie do końca wiadomo czy Kościół jest za czy przeciw, to jeszcze można natrafić na dwa nieco inaczej brzmiące zapisy katechizmowe.

wtorek, 29 listopada 2011

Powrót in vitro, czyli zamrożony problem

Sprawa in vitro wróci do Sejmu, i to szybko (...) Skoro nie mamy w Polsce ustawy, która by te procedury regulowała, ewentualne finansowanie inicjatyw lokalnych będzie się odbywało na zupełnie dowolnych zasadach. Na ten aspekt sprawy powinni zwrócić uwagę politycy prawicowi oraz środowiska chrześcijańskie: im również powinno bardzo zależeć na jak najszybszym uchwaleniu ustawy o in vitro.

Czytaj więcej w artykule: Konrad Sawicki, Zamrożony problem, "Tygodnik Powszechny" 49/2011.

sobota, 19 listopada 2011

Grób Cortázara

¿ENCONTRARIO A LA MAGA? - ktoś mazakiem napisał na paryskim grobie Julio Cortázara. Każdy prawdziwy miłośnik "Gry w klasy", nawet nie znając hiszpańskiego, szybko domyśli się, że jest to cytat z pierwszego zdania powieści. Zofia Chądzyńska przetłumaczyła to zdanie tak: "Czy udałoby mi się spotkać Magę?"

Cmentarz Montparnasse to niezwykła nekropolia. Obok Cortázara pochowani tu są m.in.: Charles Baudelaire, Simone de Beauvoir, Samuel Beckett, Emil Cioran, Eugène Ionesco, Guy de Maupassant, Ludwik Mierosławski, Man Ray, Jean-Paul Sartre, Susan Sontag. Gdy słynny Montmartre stał się dzielnicą zbyt drogą, wielu przedstawicieli paryskiej cyganerii osiedliło się właśnie w dzielnicy Montparnasse. I stąd tak liczne przedstawicielstwo artystyczne na miejscowym cmentarzu. 

W 1984 roku w Paryżu zmarł Julio Cortázar, genialny pisarz Argentyński. Zostawił po sobie kilka świetnych książek, z "Grą w klasy" na czele. Maga to bohaterka tej niezwykłej opowieści. Jedną z jej cech charakterystycznych było gromadzenie rożnych dziwnych przedmiotów, przywiązanie do rzeczy, które przeciętnemu człowiekowi do niczego nie są potrzebne: suchych liści, kamyków, skasowanych biletów itp. 

Wiedziałem o tym wszystkim zanim tej jesieni odwiedziłem Cmentarz Montparnasse. Jednak widok grobu Cortázara i tak mnie zaskoczył. 
Najpierw ten namazany napis nad imieniem i nazwiskiem zmarłego. "Czy udałoby mi się spotkać Magę?" A potem ten rozgardiasz, wręcz bałagan na płycie nagrobka. Po chwili zrozumiałem. Przywołanie słynnej bohaterki "Gry w klasy" oraz ta kupa śmieci niewiadomego pochodzenia świetnie tu współgrają, a fan prozy Argentyńczyka czuje ten sam klimat, co w jego książkach. Ten grób po prostu żyje swoim odrębnym życiem.

Kasztany, uschnięte kwiaty, skrawki materiałów, świstki papieru, skasowane bilety z paryskiego metra, jakieś zdjęcia, kamienie, naklejki, dziesiątki napisów i cytatów, muszelki... A tuż obok świeże kwiaty w doniczkach i dopiero co wypalony znicz. Ludzie tu przychodzą, przywołują pamięć pisarza i jego bohaterów, czasem pomilczą, a czasem zostawią jakąś pamiątkę. Jestem pewien, że Cortázar jest z tego powodu szczęśliwy.

czwartek, 17 listopada 2011

Fotoreportaż z manifestacji Oburzonych

Gdy w ubiegłym roku Stéphane Hessel pisał swój manifest zatytułowany „Indignez Vous!” (Oburzajcie się!), z pewnością w najśmielszych snach nie przewidywał, że duchowi spadkobiercy zawartych w tej książeczce idei tak szybko i na taką skalę ruszą do boju. A już na pewno nie przyszło mu do głowy, że jest możliwa akcja okupacyjna, którą jego rodacy zorganizują w paryskiej dzielnicy biznesowej La Défense.

Pomyślałem o manifeście tego 94-letniego Francuza 8 listopada tego roku, gdy spacerując po La Défense, natknąłem się na głośny protest tzw. Oburzonych. Poczytałem sobie ich hasła wypisane na kartonach i aż w głowie mi się zakręciło od bogactwa tej literatury kartonowej. Oto kilka przykładów.

Co znaczy oburzać się? Szanować człowieka i naturę. Działać i wspólnie interweniować. Ale także odnaleźć na no nowo (zapewne utracone) uśmiech i miłość. A więc oburzanie się to więcej człowieczeństwa i więcej miłości...

"Jestem tutaj, ponieważ gdy patrzę przed siebie, nie widzę nic..." - mówi kolejne hasło francuskich manifestantów z La Défense. Ten dramatyczny slogan tłumaczy, dlaczego przynajmniej niektórzy z kilkudziesięciu protestujących zdobyli się na niebagatelny bądź co bądź wysiłek tkwienia w deszczowy dzień pod gołym niebem (od 3 nocy i 4 dni, jak informuje inny kartonowy napis). 

Oburzeni pragną więc "Tworzyć przyszłość", jak głosi następny slogan. Nie chcą czekać aż działać zaczną przywódcy państw i nasi reprezentanci w parlamentach. Pragną brać sprawy w swoje ręce i dlatego manifestują - w Hiszpanii, USA, Polsce, Francji...

Wygląda jednak na to, że brakuje im cnoty cierpliwości. "Chcemy wszystkiego i chcemy tego teraz" - wołają młodzi manifestanci. Ale za to nie są egoistami. "Szczęście dla wszystkich" - mówi następne hasło.


A z następnego sloganu nie są chyba zadowoleni nadawcy telewizyjni.


"Wyłączcie telewizor. Spójrzcie przez okno" - wołają (nie bez racji) francuscy Oburzeni. Jak widać bogactwo tematyczne ich poglądów i postulatów jest bardzo szerokie. Z tego co wiem, do dziś okupują fragment centralnego placu La Défense.

środa, 2 listopada 2011

O miłości

"Miłość nie polega na dokonywaniu rzeczy nadzwyczajnych i bohaterskich, ale na spełnianiu rzeczy zwykłych z czułością."
/Jean Vanier/

wtorek, 25 października 2011

Część życia

"Śmierć nie jest przeciwieństwem życia a jego częścią (...) Żyjąc, jednocześnie pielęgnujemy w sobie śmierć. Lecz jest to tylko jedna z prawd, jakie musimy poznać (...) żadna prawda nie może uleczyć smutku po stracie ukochanej osoby. Nie może go uleczyć żadna prawda, żadna uczciwość, żadna siła, żadna dobroć. Przeżywszy ten smutek w pełni, możemy się jedynie czegoś z niego nauczyć, lecz to, czego się nauczymy, wcale nam się nie przyda, kiedy nadejdzie następny, niemożliwy do przewidzenia smutek."
/Haruki Murakami, Norwegian Wood/