czwartek, 28 czerwca 2012

Pan Telewizor

Już zapomniałam jak dobrze sobie usiąść w ogrodowym fotelu postawionym na zielonej trawie i pochłonąć niemal jednym tchem dobrą lekturę. Przeniknąć zadrukowane czarną czcionką kartki i przenieść się w inny świat w nich zapisany. Zapomnieć o rzeczywistości, zatopić się, zapaść. Wyłowić z książki małe ziarenka, które potem kiełkują w głowie i zaprzątają myśli. Na przykład takie:

"Telewizor: według niego ustala się rytm dnia, pory posiłków i wypoczynku. Pory snu. Spotkania z przyjaciółmi. Meble rozstawia się tak, aby było go widać z każdego kąta, krzesła, fotela, kanapy, a gdy postawi się talerz i weźmie łyżkę do ręki, można wtedy - chlipiąc zupę - patrzyć w ekran. Oświetlenie nie może przyćmiewać jego oblicza, bo zniekształci to, co on zechce nam pokazać (...) On, telewizor, prowadzi nas od dnia do dnia, jak niegdyś anioł stróż nad przepaścią".

"Telewizja to nieustający program dla całej rodziny; bez niej rodzina nie wie, co ze sobą zrobić. Bez telewizji czujemy się ze sobą źle. Ona jest jak nieprzyzwoita przyzwoitka, skraca do minimum czas, w którym musielibyśmy spojrzeć sobie w oczy i coś sobie powiedzieć".

"Pan Telewizor nie do wyproszenia. Był. I będzie. Kiedyś był stół i ciepłe światło lampy. Podobno wystarczało".
/ Dorota Terakowska , Ono/

Bolesne, trudne, irytujące. Ile razy tak właśnie było? Ile razy taki telewizorowy gość uczestniczył w jakieś części świątecznego obiadu, przerywał różne opowieści swoimi punktualnymi wiadomościami, zagłuszał wyznania i trudną ciszę?

Tak cieszę się, że już dawno uwolniłam się od tego telewizyjnego szaleństwa, bo na prawdę można żyć bez tego Pana i w dodatku jego brak nie wzbudza ani grama mojej tęsknoty.  Jest lepiej, jest spokojniej, jest piękniej!

Zawsze już stanowczo i bez zawahania wybieram: ciepłe światło lampy, herbatę, stół i spojrzenie sobie w żywe, prawdziwe, ludzkie oczy. Uczę się prawdziwego rozmawiania.

sobota, 23 czerwca 2012

Dla Taty

Tatusiu, tak rzadko mówię Ci, że jesteś najlepszym Tatą pod słońcem!

Dziękuje Ci za całą miłość i troskę jaką mi dajesz przez cały czas mojego istnienia. Pewnie gładziłeś Mamę czule po brzuchu, gdy byłam jeszcze w środku, rozmawiałeś ze mną gdy jeszcze mnie nie było. A potem czule przytulałeś małą mnie w tetrowych pieluszkach i jak szalony, z radością kręciłeś filmy na taśmie 8mm ze mną w roli głównej.

Dziękuję Ci za pokazywanie i objaśnianie mi świata, gdy już się na nim pojawiłam. Za to, że uczyłeś mnie życia i dawałeś bezpieczeństwo.

Patrzę jak zajmujesz się teraz małą B. i wiem,  jestem pewna, że tak rozmawiałeś też ze mną. Poświęcałeś mi tyle uwagi, cierpliwości i czułości. Uczyłeś samodzielnego myślenia, pobudzałeś wyobraźnię.

Dziękuję Ci za te wszystkie spacery o każdej porze roku, za zimowe wyprawy na sanki, wyprawy do parku, zbieranie jesiennych liści i lśniących kasztanów, za pokazywanie wiosny, za wszystkie wakacje w górach i nad morzem, za wchodzenie na Nosal, dzięki czemu jestem pewna już wtedy pokochałam góry, za naukę pływania, oswajanie jeziora, chodzenie do teatru, za zabawę w księgarnię, za to, że dzięki Twoim pomysłom mogłam być trzyletnią sekretarką zamawiającą śrubki czy też udzielającą porad sprzedawczynią w księgarni z książkami dla dzieci. Za wspólne picie oranżady i to, że sadzałeś mnie wtedy taką małą, na wysokim barowym krześle, za czapeczki robione z chustki do nosa, które pasowały na moją trzyletnią głowę.

Dziękuje Ci za jeżdżenie autobusem i zabawę w liczenie bagażników oraz za wszystkie pytania łatwe, średnie i trudne. Dziękuje Ci za wszystkie wieczory, które spędziłeś na usypianiu mnie, za wszystkie linijki przeczytanych przez Ciebie bajek i wszystkie słowa składające się na wymyślone historie. Dziękuję Ci za wszystkie zadane przez Ciebie podchwytliwe pytania.

Dziękuje Ci za to, że z Tobą mogłam wbijać gwoździe, piłować, chodzić po dachu, wywoływać zdjęcia, używać papieru ściernego, robić kulki z cyny i lutować, chłodzić rozgrzane po wierceniu w betonie wiertło w kubku z zimną wodą, być małym pomocnikiem dla Ciebie - złotej rączki. Za naukę jazdy na rowerze w wyschniętym parkowym stawie, za oswajanie robaków, pająków i ciemności, za wspólne oglądanie „Robin Hooda”. Dziękuję Ci za "pychotliwą" herbatę z cytryną, za trzymanie za rękę i obrazowe tłumaczenie tego, co było skomplikowane w fizyce, na przykład za to, że wcielałeś się w rolę elektronu, że pokazywałeś jak powinno wyglądać pismo techniczne i cierpliwie uczyłeś wyprowadzania matematycznych wzorów.

Dziękuję Ci Tato, za poczucie humoru, że nieustannie uświadamiałeś mnie, że bez niego życie jest dużo trudniejsze.

Dziękuje Ci po prostu, za to, że jesteś. Dziękuję Ci, że byliśmy razem przy Mamie odchodzącej na drugą stronę, za całą Twoja troskę i miłość, którą okazywałeś jej przez trzydzieści pięć lat małżeństwa. Czuję, że nie nauczyliśmy się jeszcze rozmawiać prawdziwie jak Córka i Tata, czuję Twoje zagubienie w mówieniu o uczuciach i tym co dotyczy wnętrza, uczmy się tego - proszę!

Życzę Ci Tato z całego serca odwagi do układania sobie życia na nowo, odnajdywania swojego miejsca w świecie bez Niej, do poszukiwania drugiej miłości i szczęścia. Zasługujesz na to. Kocham Cię!

środa, 13 czerwca 2012

piątek, 8 czerwca 2012

Epitafium bieszczadzkiego poety



W Cisnej tuż obok słynnej knajpy o przemiłej nazwie „Siekierezada” urzęduje Ryszard Szociński, bieszczadzki poeta. Zaprasza gości do środka swojego sklepiku, który jednocześnie pełni funkcje galerii i salonu literackiego. Nim się obejrzeliśmy, już nam czytał swoje wiersze a potem prosił nas byśmy też je czytali na głos. Wiersze są proste ale pełne uczucia, ubogie w poetycką frazę ale bogate w emocje.

Bieszczadzki poeta uraczył nas też opowieścią – nikt nie wie czy prawdziwą – o tym, że niespodziewanie wpadł na pomysł, by do najnowszego wyboru jego poezji dołączyć epitafium, które właśnie wymyślił i które życzy sobie mieć na swoim nagrobku. Podobno zadzwonił natychmiast do wydawcy i zażądał dodania epitafium na pierwszej stronie. Ale okazało się, że tomik już jest prawie w druku i ewentualnie dadzą radę dodać je na końcu. Tak też się stało. I faktycznie, na ostatniej stronie książeczki zatytułowanej „Słowa z widokiem na Bieszczad” można przeczytać te słowa:


Ciało nakarmić możesz
chlebem i mlekiem
- duszę
tylko miłością
Ciało wyleczyć możesz lekiem
- duszę
tylko wolnością

czwartek, 7 czerwca 2012

Na szlaku


Jesteśmy w Bieszczadach. Przyjechaliśmy wczoraj by się na chwilę zaszyć w tym innym górskim świecie, by mieć czas i wolność, by wymknąć się miejskiemu szaleństwu, by się na nowo odnaleźć.  

Jak bardzo tęskniłam za tym, by znowu znaleźć się na górskim szlaku! Obrany cel, rozpracowana trasa, niecierpliwość duszy. Ruszamy. Równy marsz, przyspieszony oddech gdy wędrujemy mozolnie pod górę. Pierwsze oszołomienie czystym powietrzem i wiatr czochrający delikatnie włosy.

Uwielbiam wpadać w ten wędrówkowy świat, inny rytm chwili, taka prosta radość, wyostrzenie zmysłów. Szum zielonych liści nade mną, szelest uschniętych, zeszłorocznych zabłąkanych, brązowych liści pod stopami, zgrzyt małych kamyków uciekających spod nóg,  delikatny plusk błotnistej drogi,  niezwykła miękkość podmokłej ziemi, trzaski łamiących się małych gałązek, zimny dotyk mokrych liści na skórze łydki, miarowy rytm kroków, cudowny, nieporównywalny z niczym smak wody pitej w czasie krótkiego odpoczynku, szemranie zimnego potoku i ten lecący ku niebu ptasi śpiew – wierny towarzysz drogi.

Ciągle dalej i dalej przed siebie. Tyle dźwięków świata, tyle barw, tyle się dzieje w tej niby ciszy. Z każdym kolejnym metrem czuję się bardziej radośnie. I ten przepełniający mnie coraz bardziej wewnętrzny spokój i duchowe oczyszczenie. Odkrywanie w sobie zagubionej ostatnio umiejętności cieszenia się życiem. Patrzenie co jakiś czas maszerującemu K.  prosto w jego błękitne, radosne oczy. Pocałunek na szczycie.  Jestem tu, na tym szlaku po prostu szczęśliwa.

środa, 6 czerwca 2012

Bieszczadzkie anioły

















Anioły są wiecznie ulotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Nas też czasami nosi
Po ich anielskich śladach

One nam przyzwalają
I skrzydłem wskazują drogę
I wtedy w nas się zapala
Wieczny bieszczadzki ogień

Anioły bieszczadzkie, bieszczadzkie anioły
Dużo w was radości i dobrej pogody
Bieszczadzkie anioły, anioły bieszczadzkie
Gdy skrzydłem cię trącą już jesteś ich bratem

Stare Dobre Małżeństwo
Słowa: Adam Ziemianin
Muzyka: Krzysztof Myszkowski
fragment piosenki - a w całości do posłuchania TUTAJ 

sobota, 26 maja 2012

Dzień Mamy

Jak trudny jest Dzień Matki bez fizycznej obecności Ciebie, Mamo? Pierwsze takie święto, w którym zamiast dotknięcia Ciebie, pocałowania Twojego gładkiego policzka, uściskania Twojego drobnego, ciepłego ciała, popatrzenia Ci w patrzące na mnie czule oczy mogę pogłaskać dłonią i poczuć pod palcami chropowate litery na nagrobnej, chłodnej tablicy układające się w Twoje imię.

Jeszcze rok temu przytulając Cię mocno, życzyłam Ci z całego serca tylko jednego - zdrowia. Kiwałaś głową i mówiłaś: Tak, niczego więcej mi nie trzeba, to najważniesze. Miałam wtedy jakaś niewytłumaczalną wiarę, że się uda, że w jakiś cudowny, nieziemski sposób zostaniesz uzdrowiona, że obudzisz się Ty i my wszyscy razem z Tobą z tego coraz bardziej rozpędzającego się koszmaru. Uwolniłaś się za niespełna trzy miesiące - odeszłaś w niebiańskie przestworza. 

Jesteś obecna wszędzie, tyle pamiątek, wspomnień, wszystko tak wyraźne. Dziękuję Ci Mamo, że byłaś, że jesteś. Dziękuję Ci za pozostawione w książce kucharskiej kartki z kalendarza, na które ostatnio się natknęłam szukając przepisu na barszcz ukraiński. Kartka z 6 października 1979 roku. To urodziny Taty, ale i ja już rosnąca w Tobie. Może szykowałaś jakieś danie imieninowe dla Taty, głaszcząc się czule po brzuchu, w którego otchłaniach ja fikałam koziołki?

Dziękuję Ci za czułość, ciepło i troskę wychowania. Za bezpieczeństwo. Za uśmiech. Za to, że tyle mnie nauczyłaś. Za siłę, za dowód na to, że nie można się poddawać i da się znieść z pokorą nawet najgorsze fizyczne cierpienie. Ucz mnie dalej, proszę. Chcę czuć Twoją obecność w kroplach łez, które spływają mi teraz po policzkach. Niech to będą Twoje matczyne, najlepsze na świecie pocałunki.

niedziela, 13 maja 2012

Małżeństwo to przekraczanie granic

Decyzja o ślubie przyszła całkowicie naturalnie. Była po prostu kolejnym etapem rozwoju znajomości i naszego zakochania. Podszyta ekscytacją i czystą radością, taką, jaką odczuwa się przed czymś niezwykle ważnym - mrowiące ściskanie w środku i niecierpliwość ogarniająca całe ciało od stóp do głów...

Na zaproszenie portalu DEON.pl zgodziliśmy się wspólnie napisać tekst o małżeństwie. Można go przeczytać TUTAJ

środa, 9 maja 2012

Książki patrzą w morze

W Gdyni u szczytu Skweru Kościuszki tuż nad morzem postawiono pomnik. Żołnierzom? Wyzwolicielom? Rybakom? Coś religijnego? Nie. Stoi tu wykuty w kamieniu Joseph Conrad (Józef Teodor Konrad Korzeniowski) - pisarz, który pokochał morze, a także marynarz i człowiek morza.

Co można piewcy morza na pomniku napisać? Pewnie jakiś cytat pasujący do tematu. Zgadza się, jest cytat - z przodu. A co z tyłu - od morza? A tak - tytuły jego doskonałych książek! "Tajfun", "Lord Jim", "Zwycięstwo", "Smuga cienia", "Jądro ciemności". Takie proste, a przecież tak bardzo na miejscu.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Sześć lat

Jak to możliwe, że wczoraj mineło już sześć lat od momentu, kiedy o godzinie 15.00, z uśmiechami od ucha do ucha, przy dźwiękach pieśni "Oto są Baranki młode", w kościele świętego Marcina na Piwnej wędrowaliśmy do ołtarza? Ja w długiej sukni, Ty K. w brązowym garniturze. Pamiętam ten wewnętrzny spokój i radość, że to już, że zaczynamy kolejny etap naszej wspólnej, życiowej przygody.

Nawet już nie pamiętam zimna i deszczu towarzyszącego nam przez cały tamten dzień. Takie mamy ładne zdjecia z kraciastym parasolem. Ekspresowa sesja ślubna: dżdżysto-staromiejska. Ile od tamtego czasu się wydarzyło? Takie bogactwo przeżyć, miejsc, wydarzeń, spotkań. Tyle wspólnych rozmów tych zabawnych i tych trudnych. Tyle dni nieustannego uświadamiania sobie, że bycie razem, to nieustanna praca, której nie można zaniedbać.

Dziękuję Ci Meżu Kochany, za to, że ciągle masz siłę do tej naszej wspólnej pracy, do pielęgnowania naszej bliskości. Za to, że udało nam się stworzyć wspólny świat, w którym możemy wędrować i włóczyć się razem kilometrami, wierząc, że tylko ta wspólna, czasem wertepiasta i błotnista droga ma sens. Za to, że mamy świadomość, że gdy tylko się przez chwilę zaniedbamy, zagubimy naszą cichą rozmowę i bliskość w bezsensownym pędzie codzienności, to MY zaczynamy się kruszyć i psuć, a wtedy wszystko traci sens. Że wiemy, iż  w  takich beznadziejnych chwilach niekochania nie potrafimy się prawdziwie cieszyć niczym, bo to radość tylko połowiczna. Dziękuję Ci za to, że możemy się upominać i sprowadzać na ziemię, gdy któreś z nas się zagalopuje w jakieś odrealnione przestworza. Proszę, wędrujmy dalej. Trzymajmy się za ręce. Wiem, że oglądanie świata z czułością wspólnymi oczami jest największą i najlepszą przygodą :)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Zielone odrodzenie


Codziennie śmielej szukają słońca i ciepła. Budzą się w cudowny sposób z zimowego uśpienia. Jaka siła każe im ponownie wracać do życia? Czy to ich kolejne wcielenie? Poprzednie pokolenia pąków dojrzały, zmieniając się u kresu swego życia w kolorowe, spadające liście. Ich zastępy zginęły przysypane śniegiem. Dlaczego mieszkańcy cebulek szafirków znowu próbują i z niezwykłą siłą przebijają ziemię by wydostać się bliżej nieba? Patrzę na nie z zachwytem. W myślach modlę się o siłę by teraz i tu czuć wiosnę, by czuć radość życia, by mieć w sobie spokój i pewność, że zima będąca śmiercią nie jest wcale końcem.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Bankiet wieków


Wczoraj wieczorem w sposób nieco przypadkowy znalazłem się w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku, która mieści się w krakowskich Sukiennicach. Była to pierwsza moja wizyta w tym miejscu. I przyznaję – zostałem mile zaskoczony. 

Piękne przestronne sale, a w nich dziesiątki arcydzieł. Tu „Czwórka” Chełmońskiego, tam „Szał” Podkowińskiego, a jeszcze dalej monumentalny „Hołd pruski” Matejki. Mnie chyba najbardziej zainteresowała „Bitwa pod Samosierrą” Piotra Michałowskiego. Wspaniałe dynamiczne płótno, które Jacek Kaczmarski „wyśpiewał” w jednej ze swoich piosenek.

Jak się tam znalazłem? Ktoś wpadł na genialny pomysł, by bankiet po premierze zrekonstruowanej cyfrowo „Ziemi obiecanej” Wajdy zorganizować w tejże galerii. Nagle więc w towarzystwie mistrzów polskiego malarstwa XIX wieku znaleźli się mistrzowie polskiego kina wieku XX: Andrzej Wajda, Witold Sobociński, Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Wojciech Pszoniak i wielu innych. Do tego pretekstem do tej uroczystości była przecież premiera filmu w wersji cyfrowej i pięknie przez The Chimney Pot odnowionej, co niewątpliwie jest pozytywnym wkładem wieku XXI z jego najnowszymi technologiami na czele. 

Wyszło więc tak, że te trzy światy, reprezentujące trzy wieki, spotkały się przy sushi i lampce białego wina w krakowskich Sukiennicach. Rozmowy toczyły się właśnie w tych trzech wymiarach. XIX-wieczne malarstwo i rzeźba z ich historycyzmem i realizmem świetnie pasowały do niektórych wątków powieści Reymonta  i dzieła Wajdy (zabory, schyłek polski szlacheckiej, polska religijność). Aktorzy i twórcy filmu przywoływali lata 70. XX wieku, kiedy „Ziemia obiecana” powstawała i kiedy wszyscy oni byli młodzi i zdolni – jak zaznaczył sam reżyser. Wielu obecnych na premierze i bankiecie zachwycało się technologicznymi możliwościami XXI wieku oraz podziwiali kunszt młodych specjalistów, którzy doprowadzili do tego, że jeden z najciekawszych polskich filmów, kręcony prawie 40 lat temu, wygląda teraz tak, jakby zrobiony został wczoraj (opinia Wojciecha Pszoniaka).

Teraz, gdy o tym piszę, myślę o nas, Polakach, o współczesności, cywilizacyjnych zmianach i zadaję sobie pytanie: czy wiek XXI z całą jego doskonałością technologiczną stać na coś więcej niż tylko piękne wspominanie dzieł wieków minionych? Czy jedynym lub głównym wkładem obecnego stulecia w dzieje kultury będzie utrwalenie w dobrej jakości tego, co stworzyły minione pokolenia? A w naszej polskiej perspektywie jaki wpływ na to wszystko ma fakt, że Matejko i Reymont tworzyli pod zaborami, Wajda w czasach komunizmu, a teraz żyjemy w zupełnej wolności?

*Reprodukcja - Piotr Michałowski "Bitwa pod Samosierrą" Muzeum Narodowe w Krakowie

sobota, 7 kwietnia 2012

Wielkanoc 2012

Niech dobre przeżywanie Triduum Paschalnego i Świąt Wielkanocnych umacnia w nas wiarę, że to, co po ludzku wydaje się niemożliwe, jednak możliwe bywa. Oby te Święta Zmartwychwstania oswajały nas też z myślą o śmierci i łagodziły ból utraty tych, którzy od nas niedawno odeszli.

Fragment Drogi krzyżowej w Czerwińsku nad Wisłą.
Autor: ks. Tadeusz Furdyna

niedziela, 1 kwietnia 2012

Spotkanie

"Czyli jutro o 12.30 spotykamy się przy grobie Mamy. Do zobaczenia, pa". Tym zdaniem skończyłam dzisiejszą rozmowę z moją siostrą. Odłożyłam telefon i spojrzałam na Konrada siedzącego po przeciwnej stronie stołu. Patrzył na mnie dziwnie. "Ależ to zabrzmiało....." - powiedział patrząc na mnie smutno. Dopiero w tym momencie popłynęły mi dwie gorące, wielkie jak szkliste grochy łzy i przeturlały się szybko po policzkach, załaskotały przy spadaniu z brody. Dwa, ciemne, mokre ślady na jasnej bluzce.

Właśnie, jak to brzmi... Spotkamy się u Mamy przy grobie... Jak to bardzo boli. Dlaczego to musi być Twój nowy dom? To jest ciągle takie nierzeczywiste. Dopiero wypowiedziane głośno słowo "grób" zawisa w powietrzu tuż nad głową, staje się coraz bardziej namacalne, kłuje, uwiera i powoduje wewnętrzne cierpienie.  Dlaczego nie mogę do Ciebie, Mamo, wpaść na herbatę? O ile bardziej wolałabym spotykać się z Tobą gdzie indziej. Tak bardzo mi Ciebie brakuje. 

Dzisiaj miałam dziwny sen. Pochylałam się nad umywalką w łazience by obmyć twarz chłodną wodą. Gdy podniosłam się i spojrzałam w lustro, zobaczyłam Twoje oczy, a potem cała moja twarz stała się bardzo, ale to bardzo podobna do Twojej. Patrzyłam na siebie - Ciebie, dotykałam swojej - Twojej twarzy i czułam ogromne zadziwienie. Jak to możliwe, przecież nigdy nie byłam do Ciebie tak podobna?!

Obudziłam się, ale zapamiętałam ciepłe, kochające spojrzenie Twoich, a przecież moich oczu. Jutro staniemy nad Twoim grobem, zapalimy znicze, przyniesiemy Ci kwiaty i ciągle będziemy niedowierzać, że nie będziesz z nami w te kolejne już zbliżające się wielkimi krokami Święta. Przecież jeszcze przed chwilą planowałyśmy co jest do przygotowania na Wielkanoc. Miałaś coraz mniej siły, ale dużą ilość mazurków piekłaś sama, stosując do tego jakąś cudowną siłę. Mówiłaś: "To chyba moje ostatnie Święta, chcę byśmy byli wszyscy razem, by było pięknie". Słyszę to jeszcze wyraźnie i przypominam sobie Twój uśmiech przez łzy, gdy siedziałaś za wielkanocnym, zatłoczonym stołem zerkają na wszystkich i wszystko. Chłonąc to spełnione świąteczne marzenie pomimo fizycznego bólu, który był Twoim drugim ja... Jutro porozmawiamy o przygotowaniach do Wielkanocy, jesteśmy umówione. Jutro. U Ciebie na grobie.

piątek, 30 marca 2012

Siostra Rafaela

Najpierw za pośrednictwem poczty elektronicznej, a potem osobiście poznałem siostrę Rafaelę Urszulę Nałęcz. Wszystko to przy okazji organizacji IX Zjazdu Gnieźnieńskiego. Niepozorna, niemłoda już kobieta z radosnymi oczami i pięknym szczerym uśmiechem na twarzy. Jedliśmy razem obiad w zjazdowej stołówce, rozmawialiśmy, a ja myślałem o tym jak wiele jest w stanie zdziałać energia jednej osoby. Taki oto skrócony biogram przygotowaliśmy o niej do materiałów przeznaczonych dla uczestników Zjazdu. 

S. Rafaela Nałęcz FSK – ur. 1934. Misjonarka ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża. Pracowała w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Laskach. Po wprowadzeniu stanu wojennego zaangażowana w prace Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. W 1989 r. utworzyła w Indiach pierwszą placówkę misyjną swojego zgromadzenia. Od 2002 r. pracuje w Afryce, najpierw w RPA. W roku 2006 założyła w Kibeho w Rwandzie placówkę misyjną z ośrodkiem szkolno-wychowawczym dla niewidomych. W roku 2011 została laureatką nagrody „Pontifici – Budowniczemu Mostów” przyznawanej przez warszawski Klub Inteligencji Katolickiej.

Przypomniałem sobie o niej dziś wieczorem u św. Marcina, w kościele, który sąsiaduje z klasztorem, gdzie żyją i pracują siostry z tego samego zgromadzenia. Patrzyłem na młode zakonnice krzątające się po świątyni, usługujące ludziom i pomagające w liturgii. To spośród nich z czasem wyłoni się kolejna s. Rafaela, która wyjedzie gdzieś daleko, by zajmować się niewidomymi dziećmi zgodnie ze swoim powołaniem i w zgodzie z charyzmatem swego zgromadzenia. Ale większość z nich zostanie tu w Polsce, w podwarszawskich Laskach, by prowadzić to niezwykłe dzieło, które od 90 lat kwitnie na skraju Puszczy Kampinowskiej. 

Ojciec Tomasz Dostatni mówił dziś bardzo ciekawie, ale czasem jest tak, że o wiele bardziej niż słowa przemawia do nas postawa, przykład drugiego człowieka. I tak s. Rafaela, która już zapewne wróciła do swojej afrykańskiej misji, stała się dla mnie zdalną rekolekcjonistką. 

W tym samym też kontekście przypomniałem sobie dewizę bp. Jana Chrapka: "Idź przez życie tak, aby ślady twoich stóp przetrwały Cię!" Ślady stóp s. Rafaeli z pewnością ją przetrwają. 

czwartek, 29 marca 2012

Boskie szachy

Był luty roku 1982, gdy do czeskiego więzienia trafił Dominik Duka, dominikanin, który dziś jest praskim metropolitą, prymasem Czech i od niedawna kardynałem Kościoła katolickiego. W tym samym więzieniu spotkał Vaclava Havla, dramaturga i politycznego skazańca, który kilka lat później został prezydentem Czechosłowacji. Wiele ze sobą rozmawiali i szybko zaprzyjaźnili się. O dziwo to Havel był tym, który zainicjował wspólne odmawianie różańca na obowiązkowym spacerniaku. 

W więziennej rzeczywistości odprawianie mszy było niezwykle trudne. Zbliżały się Święta Wielkanocne i szukano sposobu jak tu w sposób religijny i liturgiczny przeżyć ten wyjątkowy czas. Wtedy Havel wpadł na genialny pomysł, by liturgię eucharystyczną odprawić w ramach kółka szachowego, do którego razem z ojcem Duką należeli. A była właśnie Wielka Sobota.

Szczęśliwie się złożyło, że w szachy grał z nimi Josef Vlcek, stary więzień okresu stalinowskiego, który miał już doświadczenie w tajnych celebracjach i który ponadto obdarzony był genialną pamięcią. Dzięki jego pomocy szachownica stała się sekretnym ołtarzem. Niby grali w szachy, a faktycznie odprawiane było misterium Paschy. Vlcek wyrecytował z pamięci prawie bezbłędnie biblijne teksty mszalne i odśpiewał exsultet, a o. Duka recytował z pamięci teksty liturgiczne. I tak oto w mrocznym komunistycznym więzieniu, nad szachownicą wydarzyło się boskie misterium męki, śmierci i zmartwychwstania. 

Historię tą przypomniał kardynał Duka w grudniu ubiegłego roku podczas pogrzebu Havla, a dziś w warszawskim kościele św. Marcina przywołał o. Tomasz Dostatni OP, który głosi tu rekolekcje. Podaję ją tu dalej, bo warta uwagi. A ciąg dalszy refleksji wyniesionych ze wspomnianych rekolekcji nastąpi zapewne jutro. Zatem do jutra!

środa, 21 marca 2012

Maleństwo

Już z nami jest całą sobą. Trafiła na ten świat 14 marca o godzinie 5.10. Ważące 3440 g i długie na 54 centymetry życie jest już tu z nami. Nowe, cudowne istnienie.Witamy Cię na świecie Maleńka A.! Opatulona kocykiem, drzemiesz słodko w ramionach Mamy O. Nieświadoma  jesteś jeszcze zupełnie ogromu świata, który jest na około. Teraz tylko bliskość, ciepło, bezpieczeństwo matczynych ramion, czułość w głosie, słodki sen, zapach i smak mleka - tylko to się liczy. Nic więcej nie jest Ci potrzebne. 

Tyle jeszcze będziesz musiała się nauczyć. Jesteś na początku drogi, po której będą Cię powoli wiodły Twoje stópki, i mała dloń wtulona w dłoń Rodziców. Piękno świata, radość życia, małe cuda codzienności, ale i prawdziwy smutek i ból istnienia to wszystko jeszcze przed Tobą. Dopiero zaczynasz swoją  ziemską przygodę, która jest jedyna i  niepowtarzalna, wiesz? Witamy Cię w naszym niezwykłym świecie. 

Nie mogę się na Ciebie napatrzeć i czuję się obezwładniona kosmosem tego, co jeszcze jest przed Tobą. Ale będziesz miała opiekę i pomoc. Malutka B., która siedziała na moich kolanach z zapałem układając kolejne domki z klocków lego, nagle spojrzała uważnie na swoją mającą zaledwie kilka dni siostrę. Niewiele się zastanawiając porzuciła zabawę, porzuciła moje kolana. Podeszła cichutko do Mamy O. trzymajacej Maleńką A., po krótkim wahaniu wyciągnęła swoją malutką rączkę i delikatnie, leciutko pogłaskala  kilka razy czarne, miękkie włoski na główce śpiacej, młodszej siostry i wyszeptała Tosia o-bu-dź się, o-bu-dź się.  Tak, masz racje B.- obudź się Maleństwo - przecież czas zacząć żyć!

środa, 7 marca 2012

Gdy ciało uwiera

Bliski kontakt z osobą chorą i cierpiącą stał się najważniejszym czasem w moim życiu. Najtrudniejszą i zarazem najpiękniejszą lekcją życia, którą mogłam otrzymać od Mamy....
Od wielu lat odwiedzam raz w tygodniu pewną dziewczynę (...) Nigdy sama nie zje, nigdy sama nie wstanie, nie umyje się, nie skorzysta z toalety, nie wykona żadnych zwykłych, codziennych czynności...
Moja Babcia starzała się pięknie. Do ostatnich swoich dni pozostawała elegancką, dbającą o siebie straszą panią, która nie pokaże się ludziom z niezakręconymi wcześniej siwymi włosami...

Zapraszam do lektury tekstu, który powstał na potrzeby internetowych rekolekcji wielkopostnych Laboratorium WIĘZI i portalu DEON.pl: czytaj tutaj

wtorek, 28 lutego 2012

Pocztówka z Zamościa

Zamojski Ratusz z końca XVI wieku. Zbudowany został według projektu Bernardo Morando, włoskiego architekta, który nadał Zamościowi wizerunek "Padwy Północy". Dziś urzęduje tu między innymi Marcin Zamoyski, prezydent miasta od trzech kadencji. To w prostej linii potomek założyciela Zamościa - hetmana wielkiego i kanclerza koronnego Jana Zamoyskiego (1542-1605) i syn innego Jana Zamoyskiego (1912-2002), ostatniego ordynata Ordynacji Zamojskiej. Tak oto trwa tu tradycja służby Ojczyźnie - od ponad 400 lat.

wtorek, 14 lutego 2012

W powodzi przedmiotów

Dzwonię domofonem. Drzwi otwierają się z bzyczeniem, nie słychać głosu. Jak zawsze, od lat wbiegam na trzecie piętro, dając susy co dwa stopnie. Jestem. Drzwi otwiera mi Tata. Ubrany w nieco rozciągnięte, szare, robocze spodnie od dresu z wypchanymi kolanami, flanelową koszulę w kratę, pokropioną farbą oraz ranną w rękaw w jakieś remontowej bitwie. Poczochrany artystycznie, ze smutnymi brązowymi oczami, drapie się w siwiejącą brodę. Patrzę na niego przenikliwie: Tatusiu wszystko w porządku? Masz taką minę, jakby coś złego się stało... Wiem, że nie ma Mamy.... ale.... Patrzy mi w oczy, bezradny, najukochańszy na świecie i cicho mówi: Córeczko, czy my.... Czy kiedyś się z tego wygrzebiemy? Zatacza ręką znak mający obrazować nieskończoność i  chaos.

Tak, ten remont długo trwa, od końca listopada, ale najgorsze już przeszło, wokół zaczyna się przejaśniać. Okna wymienione, ściany pomalowane, łazienka w całkiem nowej odsłonie, pozostało jedno.... obezwładniające, zwalające z nóg porządkowanie. Mama przed śmiercią mówiła, że będziemy się śmiały z jej zgromadzonych skarbów, ukrytych w licznych szafach przestronnego mieszkania. Miała rację, muszę jej to przyznać smutno kiwając głową. Tyle razy przepraszała nas, że sama nie da rady tego posprzątać, posegregować, powyrzucać...Teraz wiemy co miała na myśli. 

W czasie remontu chcąc nie chcąc ze wszystkich szaf, schowków, pawlaczy, szuflad wywędrowały gromadnie, zostały wręcz wypędzone na przymusową tułaczkę wszelkie skarby. Jak lawa wylewająca się na środek pokoi, otwierająca drzwiczki, uchylająca szuflady – rzeka przedmiotów. Czy możliwe jest posiadanie tego wszystkiego? Jak to możliwe, że wszystkie te rzeczy miały swoje schronienie tutaj, że tak skrzętnie chowały się przed naszym wzrokiem? 

Tata stojący na środku swojego nowo urządzanego pokoju, który pokoju jeszcze za bardzo nie przypomina, otoczony dziesiątkami pudeł, pudełek i pudełeczek, leżących wszędzie na łóżku, na podłodze, piętrzących się na biurku. Tatuś próbujący bezradnie uładzić to morze, które chlusta na niego kolejnymi falami wspomnień... Został napadnięty przez wszystko to, co było kiedyś jego rzeczywistością, przez przedmioty, których nie miał w ręku przez kilka czy kilkanaście lat i które ponownie się pojawiły w polu widzenia. Wypłynęły na powierzchnię, bolą, uwierają, tyle przywołują dawnych chwil, tak trudno się z nimi rozstać... 

Przysiadł na brzegu łóżka, wciskając się choć na chwilę w jakąś bezpudełkową szczelinę. Istna beznadzieja. Marzenie ucieczki. Patrzy w drewnianą podłogę lekko kręcąc głową. Nagle cichy szelest. To malutka B. zakradła się do królestwa Dziadka. Cichutko, na palcach odzianych w bawełniane rajstopy, bada kolejne centymetry podłogi, ostrożnie stawiając małe stopy pomiędzy kartonowymi pudełkami pełnymi różnych skarbów. Kroczy delikatnie, wysoko podnosząc swoje małe nóżki - jakby chodziła pośród wysokich traw. Przystaje tuż obok niego. Uważnie patrzy swoimi pięknymi, pełnymi dziecięcej radości życia oczami na zmęczoną twarz Dziadka. Jestem pewna, że odczuwa jego zagubienie. Po prostu rozumie. Lekko przechyla głowę, wyciąga małą dłoń i mówi, to co od jakiegoś czasu wychodzi jej najlepiej i bezbłędnie: Dzia-dziu-ś  choć....Dzi-a-dz-i-uś choć! Tylko z nią może uciec. Małej B. nie sposób odmówić. Tato - jesteś uratowany!