niedziela, 26 września 2010

Sochaczewscy Żydzi ginęli w Treblince

Żydzi mieszkali w Sochaczewie od średniowiecza. Na przestrzeni wieków liczba wyznawców judaizmu w Sochaczewie stopniowo wzrastała. W 1793 roku żyło tu 997 osób pochodzenia żydowskiego, co stanowiło aż 86% całej populacji. Pod koniec XIX wieku Sochaczew stał się jednym z ważniejszych ośrodków chasydzkich (chasydyzm - żydowski ruch religijny o charakterze mistycznym). W 1883 roku w mieście osiedlił się rabin Abraham Bornstein. Z inicjatywy Bornsteina w Sochaczewie powstała wyższa szkoła religijna. Uznanie przyniosły mu też książki o tematyce religijnej. Wkrótce wokół Bornsteina skupiła się liczna grupa uczniów - chasydów. Dynastię sochaczewskich cadyków kontynuowali jego potomkowie: Samuel i Dawid.

Według spisu ludności z 1931 roku miasto liczyło prawie 11 tyś. ludzi, z czego Żydów ponad 3 tyś. Po zajęciu Sochaczewa przez nazistów, Żydzi zostali poddani licznym represjom. W styczniu 1940 roku na terenie miasta utworzono getto, w którym stłoczono około dwóch tysięcy osób. Cześć Żydów wywieziono do getta w Żyrardowie. Pozostałych w dn. 15 i 16 lutego 1941 roku deportowano do Warszawy, skąd później trafili do obozów zagłady. Holocaust przeżyli nieliczni.

Tyle wiedziałem z historii miasta. Wczoraj uświadomiłem sobie naocznie, że sochaczewscy Żydzi w większości zginęli w obozie zagłady - w Treblince. Upamiętnia ich głaz z napisem "Sochaczew". Nazistowska machina zamordowała tam w sumie około 800 tyś. Żydów z całej Europy.

sobota, 25 września 2010

Jedźcie do Treblinki

Jedźcie do Treblinki
Otwórzcie oczy szeroko
Wyostrzcie słuch
Wstrzymajcie oddech
wsłuchajcie się w głosy wydobywające się tam
spod każdego ziarenka ziemi –

jedźcie do Treblinki
Oni czekają na was, spragnieni głosu waszego życia
znaku waszego istnienia, kroku waszych nóg
ludzkiego spojrzenia
rozumiejącego, pamiętającego
powiewu miłości na Ich prochy –

jedźcie do Treblinki
z własnej, wolnej woli
jedźcie do Treblinki w potędze bólu nad okropnościami
tu dokonanymi
z głębi zrozumienia i serca, które płacze, nie godzi się
wysłuchajcie Ich tam wszystkimi zmysłami

jedźcie do Treblinki
opowie wam tam cisza zielona, złotawa lub biała
niezliczone opowieści
o życiu wzbronionym, niemożliwym – odebranym
jedźcie do Treblinki
spójrzcie, jak czas tam stanął
grzmiące milczenie umarłych
kamieni na model ludzkich postaci w tej głuszy
jedźcie do Treblinki odczuć to przez chwilę –

jedźcie do Treblinki
zasadzić kwiat gorącą łzą, westchnieniem ludzkim
przy jednym z kamieni upamiętnienia zgładzonych
ich popiołami i prochem

Oni czekają na was w Treblince
byście przyszli, wysłuchali ich opowieści unoszących się
w tej ciszy
przynieście Im za każdym razem
wieść o trwaniu waszego życia wtedy zabronionego
o miłości ożywiającej

jedźcie do Treblinki poprzez wszystkie pokolenia
nie zostawiajcie Ich samotnych –

Po powrocie z Polski, 19 września 1986
Halina Birenbaum


Halina Birenbaum (z domu Grynsztejn). Urodziła się w Warszawie. W czasie wybuchu wojny w 1939 roku miała 10 lat. Przeżyła getto warszawskie, w obozie na Majdanku przebywała od maja do lipca 1943 roku, później była więźniarką Auschwitz-Birkenau, Ravensbrück i Neustadt-Glewe. Podczas wojny straciła najbliższą rodzinę: ojca w obozie zagłady w Treblince, matkę na Majdanku, brata i bratową w Auschwitz i wszystkich krewnych. Przeżyła tylko ona i brat. Od 1947 r. mieszka w Izraelu. Jest pisarką, poetką i tłumaczką.

niedziela, 19 września 2010

Muśniecie wiatru

"Czym jest szczęście? Muśnięciem, przebłyskiem w szarzyźnie rzeczywistości. Wiatrem w polu (...) Tak jak Arystoteles mówił, że wieczność dana jest w przebłyskach, tak i szczęście jest na chwilę. Pragnienie, by się stało na zawsze, na zawsze trwało, jest złudzeniem. Bo nie ma nic bardziej kruchego i nietrwałego niż szczęście. Nie ma nic pewnego i wymagającego większej aktywności (...) Czasem szczęściem jest inny człowiek, a czasem samotność. Czasem zmiana, kiedy indziej stabilizacja. Raz miłość, raz jej brak". /prof. Zbigniew Mikołejko/

niedziela, 29 sierpnia 2010

Życie gór


"Góry żyją (...) góry zmieniają się zależnie od miejsca, z którego je obserwujemy, od pory roku, dnia, a nawet nastawienia patrzącego. Dlatego ważne jest, byśmy uświadomili sobie, że zawsze poznajemy tylko jedną część, jedno oblicze góry" /Haruki Murakami, "Przygoda z owcą"/

sobota, 28 sierpnia 2010

Jasności promieniste

Jasności promieniste,
Niebiańskie rosy czyste,
Pomagajcie każdemu
Ziemi doznającemu.

Za niedosiężną zasłoną
Sens ziemskich spraw umieszczono.
Gonimy dopóki żywi,
Szczęśliwi i nieszczęśliwi.

To wiemy, że bieg się skończy
I rozłączone się złączy
W jedno, tak jak być miało:
Dusza i biedne ciało.

Czesław Miłosz, z tomu To.

niedziela, 22 sierpnia 2010

PKO SA (Spółka Anachroniczna)

Któregoś z upalnych sierpniowych dni postanowiłem udać się do placówki banku PKO SA, by zamknąć od dawna nie używane konto. Pora była południowa, upał potężny, więc kiedy przekroczyłem próg banku i poczułem przyjemny chłód klimatyzacji, poczułem wielką ulgę. Ale zaraz, coś jest nie tak - tym razem owładnęło mną uczucie zaniepokojenia. Co było nie tak? Cisza. Jak makiem zasiał. Rozejrzałem się po sali: trzy stanowiska do obsługi klientów - puste, zarówno po stronie pracowników banku, jaki i petentów; dwa okienka z kasami - puste; kilka krzeseł dla oczekujących - puste. Co jest grane? - mówię do siebie. Stoję dobre kilka minut, rozglądam się we wszystkie strony, nie mogę zrozumieć, o co tu chodzi. A tu tylko cisza i pustka...

Nagle słyszę kroki. Ufff nareszcie załatwię sprawę - myślę sobie. Niestety (zawód nr 1) to tylko ochroniarz. Bardzo sympatyczny pan w wieku emerytalnym, najwyraźniej w świetnym humorze, z rozbrajającą szczerością przemówił - No wie pan, wakacje są, urlopy. No a teraz pora obiadowa, wszystkim się należy jakaś przerwa, no nie? Musi pan poczekać z 15-20 minut. No to siadam, wyciągam gazetę, ale nawet nie zacząłem czytać, bo znowu podchodzi ochroniarz. - Ale wie pan co, na górze jest sektor dla VIP-ów i tam jest jedna pani. Może ona pana przyjmie, bo przecież nikogo innego nie ma. No to idę na górę.

Na górze cisza jest równie przejmująca jak na dole. Rzeczywiście jest sektor VIP i rzeczywiście jest jakaś kobieta. Siedzi sama i nie wygląda na zapracowaną. Pukam. - Dzień dobry, tam na dole nikogo niestety nie ma. Czy mogę u pani zamknąć konto? - Jak to nikogo nie ma? Zaraz zadzwonię. No i pani urzędniczka bankowa przez następne kilka minut wystukuje kolejne numery wewnętrzne tylko po to, by potwierdzić, to co właśnie oznajmiłem, czyli że na dole nikogo nie ma. - Rzeczywiście - stwierdza odkrywczo. - Ale ja nie moge zamknąć tego konta - oznajmia stanowczo. - Dlaczego? - Bo tu jest sektor VIP! A pana konto nie jest VIP - tłumaczy z wyższością (zawód nr 2). Schodzę na dół.

Na dole bez zmian. Cisza. Pusto. Siadam, wyciągam gazetę, czytam. Po chwili słyszę kroki i po chwili widzę kobiecą sylwetkę. Niestety, okazuje się, że pani wchodzi do kasy. To kasjerka (zawód nr 3). Znowu czytam. - Czy mogę panu w czymś pomóc? - słyszę niespodziewanie miły głos kasjerki. - Chciałbym zamknąć konto bankowe. Nie wiem, czy może mi pani pomóc. - Oczywiście, mogę, proszę podejść. Muszę przyznać że zaskoczyła mnie kobitka. Tak z własnej inicjatywy poprosiła, takim miłym głosem, no no. - Proszę wczytać kartę i wprowadzić PIN. To robię. Chwila ciszy. - Ojej, niestety nie mogę zamknąć tego konta. - A dlaczego? - Bo pan ma Eurokonto Plus. - I co z tego? - Ja mogę zamykać tylko Eurokonto. A Eurokonto Plus może tylko koleżanka, ale ona jest na objedzie. Musi pan poczekać (zawód nr 4). Wracam na swoje miejsce.

Wyciągam gazetę itp. W międzyczasie pociesza mnie ochroniarz: - Zaraz powinna wrócić. Czekam jakieś 10 minut. Wreszcie pojawia się pani wszechwładna, która podobno może nawet Eurokonto Plus zamykać. - Dzień dobry. Chciałbym to i to... - Tak, oczywiście, proszę wczytać kartę i tak dalej. - Bardzo proszę. - Proszę wypełnić wniosek i podpisać. - Tak oczywiście, proszę bardzo. - Proszę o zwrot karty bankomatowej. - Słucham? - no tak, wszystko szło zbyt łatwo (zawód nr 5). - Przecież karta straciła ważność ponad rok temu i po prostu ją przeciąłem i wyrzuciłem - wyjaśniam ze ściśniętym gardłem. - No tak, ale przecież wysłaliśmy Panu nową - uprzejmie ripostuje pani urzędniczka bankowa. - Ale ja niczego nie dostałem. - Niemożliwe. My zawsze wysyłamy automatycznie nową. - Ale ja niczego nie dostałem. Tu spojrzała na mnie badawczo i z wyrzutem. No tak, jak mogę zarzucać jej świetnie działającej placówce niedopełnienie obowiązku. - No dobrze, pójdę sprawdzić. Poszła.

Czekam kilka minut. Oczywiście nie muszę dodawać, że nadal panuje grobowa cisza. Żadnego klienta, pani z kasy też gdzieś zniknęła. Znowu sam w wielkiej sali. Wraca urzędniczka. O rany - z pustymi rękami. Czyli pewnie porażka będzie. - U nas nic nie ma, czyli musieliśmy do pana na pewno wysłać. Nic się już nie odzywam, bo widzę, że nie ma sensu. Czekam zrezygnowany i pewien, że bez tej karty nic nie załatwię (zawód nr 6). - No trudno - mówi po chwili bogini - urzędniczka. - Pan napisze, że zaginęła. Szok pozytywny nr 1... Napisałem. Podpisałem.

I w ten to niebanalny sposób i w tych barwnych okolicznościach dołączyłem do milionów szczęśliwych ludzi, którzy nie posiadają konta bankowego w PKO SA.

sobota, 21 sierpnia 2010

Nędza - coś gorszego od biedy

"Bieda, braki materialne, uzależnienie od silniejszych są trudne do zniesienia. Natomiast nie do wytrzymania jest pogarda, bezustanne przypominanie, że jest się istotą niższego rodzaju i całkiem bezużyteczną. Jest nie do wytrzymania, gdy nawet najbliżsi traktują człowieka jak istotę pozbawioną godności osobistej. Na tym polega różnica między ubóstwem a nędzą" - ojciec Józef Wrzesiński wie, co mówi. Sam w dzieciństwie doświadczył nędzy. Tak, istnieje bieda i to ogromna. Jest cały tzw. trzeci świat, gdzie brakuje czystej wody, pożywienia, lekarstw, gdzie szerzą się choroby. Ale oprócz tego istnieje świat ludzi, którym nie tylko brakuje chleba, ale którym dodatkowo odbiera się godność, upokarza i wyklucza ze społeczeństwa. Ten świat o. Wrzesiński nazwał "czwartym światem" i również tak nazwał stworzoną przez siebie we Francji organizację: ATD Czwarty Świat (ATD - skrót od francuskiego: Aide à toute détresse - pomoc wszelkiemu nieszczęściu). Stowarzyszenie rozrosło się na cały świat. Działa też w Polsce.

Często wpadamy w stereotyp: gdy mowa o pomocy najbiedniejszym, potrzebującym, widzimy obrazy wygłodniałych dzieci w Afryce. A przecież niezależnie od kraju - czy jest bogaty, czy biedny - wszędzie mamy ludzi bezdomnych, okaleczonych, porzuconych, wykolejonych, uzależnionych itp. Takim ludziom o. Wrzesiński poświęcił swoje życie. Miał wyjątkowe podejście do biednych. Sprzeciwiał się zwykłemu rozdawnictwu, uważał bowiem, że powoduje ono u biorących wstyd i utratę godności. Robił wszystko, by potrzebujący mogli choć w najmniejszym stopniu zapracować na pomoc i traktować ją nie jako jałmużnę, ale jako godziwą zapłatę za pracę. Takie podejście odbudowuje poczucie człowieczeństwa.

Józef Wrzesiński - urodził się w 1917 r. we francuskim Angers. Jego rodzicami byli biedni emigranci: Polak i Hiszpanka, którzy poznali się we Francji. Zmarł w 1988 r.

środa, 11 sierpnia 2010

Ghirlandaio - spojrzenie w tajemnicę

Z całej bogatej kolekcji malarskiej Muzeum Gulbenkiana w Lizbonie ten obraz utkwił mi w pamięci najbardziej - Domenico Ghirlandaio, Portret młodej damy. Jest w nim i piękno, i prostota, delikatność, cudowne kolory. Spojrzenie kobiety kieruje się ku jakiejś nieokreślonej rzeczywistości, której widz nie widzi. To ewidentne zaproszenie do sfery mistycznej. W ten sposób florencki malarz ustami pięknej kobiety jakby chciał powiedzieć: tak, jestem piękna, wiem o tym, ale nie w tym jest moje szczęście, skupienie się na rzeczywistości tego świata prowadzi w efekcie do smutku, który widzicie na mojej twarzy. Ale oczy moje są już w innej rzeczywistości, to tam, w tej tajemniczej krainie mieszka moje szczęście. A moje piękno jest antycypacją i zapowiedzią piękna, które dopiero przyjdzie...

Domenico Ghirlandaio (1449-1494) - florencki malarz okresu quattrocento. Jeden z nauczycieli Michała Anioła. Inspirował się twórczością mistrzów z Italii oraz tych ze szkoły flamandzkiej.

sobota, 7 sierpnia 2010

Warmińskie impresje


"Codziennie patrz na świat, jakbyś oglądał go po raz pierwszy" /Eric-Emmanuel Schmitt/

wtorek, 3 sierpnia 2010

Chatwin: Jak każdy obibok, chciałem pisać

Have gone to Patagonia (Wyjechałem do Patagonii) - telegram o takiej treści wysłał Bruce Chatwin do redakcji Sunday Times Magazine, swego pracodawcy. Miał 34 lata i postanowił diametralnie zmienić swoje życie. Owocem półrocznej podróży stała się słynna książka "W Patagonii". Później, pod koniec krótkiego życia, powie: Jak każdy obibok, chciałem pisać, ale moje wczesne próby spełzły na niczym. A jednak udało się - został pisarzem.

Podziwiany za dar pięknego opowiadania, krytykowany za mieszanie faktów z fikcją. Stał się jednym z wielkich popularyzatorów stylu, który balansuje niebezpiecznie na granicy prawdy i fałszu - faction (z połączenia angielskich słów fiction i fact). Niektórzy uważają, że pisarze tego stylu piszą zaledwie pół prawdy, a reszta to kłamstwa. Inni (jak Ryszard Kapuściński) kultywują i rozwijają faction wierząc głęboko, że w ten sposób zbliżają się do sedna sprawy, do istoty, która kryje się gdzieś głęboko.

Przeczytałem W Patagonii oraz Wicekról Ouidah - dwie pierwsze książki Chatwina. Pierwsza dużo lepsza od drugiej. Na półce mam jeszcze kolejną: Utz. I cóż, muszę przyznać - tak jak Kapuściński uwiódł mnie swoim czarem, tak i Chatwin. Moja natura widocznie nie pożąda prawdy podanej wprost, bo ta często zwodzi subiektywizmem autora. Autorzy faction nie kryją, że są subiektywni, a wręcz uważają, że literatura obiektywna nie istnieje. Za to tworzą świat przemieszanych rzeczywistości, by stworzyć nową. Kto wie, czy nie bliższą istoty rzeczy.

Bruce Chatwin zmarł na AIDS w wieku 49 lat.

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Warmińskie kapliczki z dzwonami

Wędrując po pięknych terenach Warmii, można natknąć się na przydrożne kapliczki z dzwonami. Dziś stanowią zaledwie barwny element warmińskiej krainy, dawniej jednak miały one swoje ważne zadania.

Cel świecki (profanum) - małe dzwony dawały znać mieszkańcom o ważniejszych wydarzeniach w życiu społeczności lokalnej, zwoływały lud do broni, do gaszenia pożarów, do ratowania się przed napadem nieprzyjaciół.

Cel religijny (sacrum) - na Warmii południowej każdy jej mieszkaniec trzykrotnie codziennie odsłuchiwał dźwięków dzwonów wzywających do wspólnej modlitwy, niezależnie od miejsca przebywania - domostwa, pola czy drogi.

Przyjmuje się, że przydrożne obiekty kultu wyposażone w małe dzwonki stanowiły dla całej Warmii powszechny środek komunikacji. Na Warmii południowej to zjawisko było tak powszechne, że doprowadziło do wytworzenia się specyficznego systemu. W każdym osiedlu ludzkim - mówimy tu o przełomie XIX i XX w. - znajdował przynajmniej jeden dzwonek oraz osoba odpowiedzialna za pilnowanie odpowiednich pór dzwonienia.

Dodać trzeba, że kapliczka sama w sobie była najczęściej dziełem sztuki ludowej - szczególnie chodzi tu o rzeźbione krzyże, świątki i figury świętych. Zachwyca mnie ta naturalna symbioza sfery sacrum i profanum w otoczeniu piękna sztuki.

wtorek, 6 lipca 2010

Okno


"Po stokroć chwalę okna wynalazek. To dzięki niemu, tak jak dzięki drzwiom, jeśli w każdej chwili można swobodnie je otworzyć, pomieszczenia, w których przebywamy, w których toczy się nasze życie różnią się od klatek, cel czy komórek. Za sprawą okna właśnie możemy rzucić okiem na to co jest na zewnątrz, a więc wejść w kontakt ze światem tworzącym kontekst naszego życia, choć już nie najbliższy, bo ten ograniczony jest czterema ścianami".
/Michał Głowiński, Kładka nad czasem. Obrazki z miasteczka/.

wtorek, 22 czerwca 2010

Papaver rhoeas


Migające wśród zieloności pola całe tabuny maków. Czerwona, przyciągająca moc. Ile radości z patrzenia na ten piękny kolor, ile przyjemności w dotykaniu delikatnych płatków. Dla mnie maki tak pięknie wyglądają tylko wśród zielonych traw. Tak przerażająco szybko nikną, gdy się je zerwie.
W polskiej kulturze ludowej mak uznawany był za symbol płodności - dawał ogromną ilość, trudnych do zliczenia, drobniutkich ziarenek i zapowiadał tym samym mnogość i dostatek. Ale jednocześnie mak nierozerwalnie wiązał się także ze śmiercią. Używany był jako środek, który dzięki swoim usypiającym, narkotycznym i halucynogennym właściwościom pomagał w przekraczaniu granic świata żywych i umarłych. Sen był traktowany jako wycieczka duszy w zaświaty. Polny mak nazywano czasami kwiatem śmierci. Uznawano go za symbol snu, nocy, zapomnienia i ciszy. Zgodnie z ludowymi wierzeniami mak miał apotropeiczne właściwości czyli chronił żywych przed szkodliwym działaniem wszelkiego rodzaju złych mocy: diabła, demonów czy upiorów. Niech chroni dalej!

niedziela, 13 czerwca 2010

O refleksji

Refleksja - głębsze zastanowienie, rozmyślanie, rozważanie połączone z analizą, wyjaśnieniem, tłumaczeniem, przewidywaniem. To także myśl, wniosek będący owocem rozmyślania, medytacji. Z łaciny: reflectere - odbijać.

Najpierw są zmysły: słucham, czytam, oglądam, czuję, wącham. Różnorodne bodźce wpadają we mnie kanałami zmysłów. Faktem jest, że - z natury ciekawy i uważny - świadomie lub podświadomie poszukuję tego bogatego materiału, który później ma szansę przerodzić się w coś ciekawego w moim wnętrzu.

Potem jest to łacińskie odbicie (reflectere) - w jakiś tajemniczy sposób, nie do końca przeze mnie kontrolowany, ów materiał natrafia na podatny, żyzny grunt mojego ciekawskiego "ja". Odbija się pod odpowiednim kątem i objawia w postaci nagle odkrytej myśli, refleksji właśnie.

Większość z nich pozostaje na zawsze we mnie, tworząc ten pasjonujący obszar tajemniczego życia wewnętrznego. Niektóre jednak - w dobrych okolicznościach - znajdują ujście podczas przyjacielskiej rozmowy. I to jest prawie jak święto, manifestacja kawałka mnie. Zdarza się, że niektóre refleksje zapragnę spisać i podzielić się z tymi, którzy odwiedzają Zarysownik. Tak, są też takie, których wcale nie chcę ujawniać i pozostają tajemnicą. Wszak my wszyscy - homines sapiensis, ludzie myślący - mamy trzy życia: publiczne, prywatne i sekretne (Gabriel Garcia Marquez).

Lubię przywoływać fragment pięknego wiersza Miłosza, gdy myślę o tym całym procesie: od zmysłów do refleksji.
Kto chce malować świat w barwnej postaci,
Niechaj nie patrzy nigdy prosto w słońce.
Bo pamięć rzeczy, które widział, straci,
Łzy tylko w oczach zostaną piekące.

Niechaj przyklęknie, twarz ku trawie schyli
I patrzy w promień od ziemi odbity.
Tam znajdzie wszystko, cośmy porzucili:
Gwiazdy i róże i zmierzchy i świty.

Czesław Miłosz, Słońce, z tomu Ocalenie

niedziela, 6 czerwca 2010

środa, 26 maja 2010

Zofia, Tadeusz i kwitnący bez



Dom zwany pensjonatem "Pogodna Jesień". Pani Zofia - lat 94, pan Tadeusz - lat 89. Odnaleźli się tu przypadkiem. On - czeka na żonę, która jest teraz w szpitalu, ale będzie z nim, tu w tym miejscu, będą mieli wspólny pokój, będą razem już niedługo, jak tylko wszystko dobrze pójdzie. Ona - samotna, wdowa od ponad czterdziestu lat. Wie, że teraz to jest jej dom. Tu zostanie do końca. Wnuczka odwiedzająca ją w miarę regularnie co tydzień przywozi z jej dawnego mieszkania drobiazgi przypominające przeszłość i nadające temu pokojowi nieco przytulności i swojskości. Właśnie od czasu jej ostatniej wizyty na ścianie, tuż nad stołem wisi olejny obraz - impresjonistyczna wizja weneckiego placu św. Marka. Namiastka domu.
Jeszcze chwilę temu nie wiedzieli o swoim istnieniu, zagubieni w samotności, zamyśleni nad splotem tylu okoliczności, które ich sprowadziły, aż tutaj. Jednak zupełnie przypadkiem zaczęli ze sobą rozmawiać. Jak pięknie jest na nich patrzeć: pan Tadeusz na krześle tuż przy stole, siedzi wspierając dłonie na swojej czarnej, lśniącej lasce, pani Zofia tuż obok na fotelu, obłożona poduszkami. Mogą tak siedzieć godzinami, śmiać się, żartować, wspominać życie, które było, przeżywać to, które jest teraz. Widać błyski radości i energii w ich starych już oczach.
Odkryli z przerażeniem, że poza sobą nie mają w tym miejscu nikogo z pensjonariuszy, z kim mogliby sensownie porozmawiać. Codzienne patrzenie na otaczającą ich smutną, schorowaną starość i pomieszanie zmysłów napawa ich strachem.... Mają nadzieję, że ich to nie spotka. Że nie będą pensjonariuszami drepczącymi nerwowo, małymi kroczkami, nieustannie do siebie mamroczącymi, wykrzykującymi do innych zdania całkiem odarte z sensu. Że nie będą co chwilę zaglądać do cudzych pokoi, wkładając w szparę w uchylonych drzwiach swoją siwą głowę i nie będą patrzeć rozbieganym wzrokiem i pytać: czy jest już mecenas?, a potem mamrotać coś zrozumiałego już tylko dla nich samych. Że nie będą szukali okazji do kleptomanii, nie będą grzebali w torebkach, należących do obcych przyjeżdżających w odwiedziny, w poszukiwaniu portfela albo czegokolwiek co nagle wyda im się potrzebne. Że nikt przez to nie chwyci ich za rękę zaciskającą cudzą własność, nie nakrzyczy, nie będą siłą odprowadzani do swojego pokoju. Że nie będą się zakradali do cudzej łazienki, by w całej swojej nieświadomości wynieść z niej w fałdach swetra czyjś grzebień i zapierać się, że należał on przecież od zawsze do nich...
Tak bardzo by chcieli do końca pozostać sobą.
Teraz stanowią małą, dwuosobową wyspę w przestrzeni tego pensjonatu. Dzięki swojej obecności mają motywację by wstać, ubrać się, by nie popadać w smutną melancholię, by łatwiej się było pogodzić z tym, że właśnie tu się znaleźli. Spędzają ze sobą cały dzień. Przez lupę czytają sobie gazety, stawiają pasjanse. Czekają z niecierpliwością na panią Krystynę, żonę pana Tadeusza, bo wtedy będzie im raźniej. Szykują już dla niej lekcję - instrukcję przetrwania tutaj. Gdy robi się ładnie, po podwieczorku idą pod rękę, małymi, niepewnymi krokami na spacer do ogrodu podziwiać kwitnący bez...

niedziela, 16 maja 2010

Przyjaciel to ktoś kto...

przyjaciel to ktoś kto przychodzi
do twojego domu z pakunkiem książek
i nie dba o nic a najmniej
o siebie kiedy go zagadnąć o zdrowie

przyjaciel to ktoś kto o nieoznaczonej
porze przychodzi do twojego domu
i nie zostawia cię z pakunkiem pięciu
sześciu książek lecz pięknie

opowiada gdzie był i u czyjego grobu po raz
pierwszy dowiedział się prawdy o sobie

/Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Piosenka o zależnościach i uzależnieniach/

niedziela, 9 maja 2010

Nie ma nic bardziej pustego niż pusta skrzynka na listy

"Nie ma nic bardziej pustego niż pusta skrzynka na listy"
/z historyjek Snoopiego/
Nasza współczesność jakoś nie lubi pisania listów. Jak zapisała Wisława Szymborska:
Żyjemy dłużej,
ale mniej dokładnie
i krótszymi zdaniami.
Z drugiej strony każdy z nas lubi dostawać listy, pocztówki, e-maile od bliskich nam ludzi. A przecież wystarczy jedno, dwa zdania, by zapełnić pustą skrzynkę na listy.

czwartek, 6 maja 2010

Na beskidzkim szlaku


"Krzyże i kapliczki wznoszą się ku niebu jak strzeliste akty modlitwy, świadectwa pobożności ludu (...) przeciwstawiały się poziomej codzienności przestrzeni pól, linii dróg niknących w oddali (...) według nich orientował się wędrowiec, one kierowały jego myśli ku niebu".
/A. Jackowski, "Polska sztuka ludowa"/

środa, 5 maja 2010

Tylko jedno okrążenie - refleksja nad czasem

1. Wieczna powtarzalność czy linia prosta

Powszechnie uważa się, iż istnieją dwie podstawowe religijne koncepcje czasu. Pierwsza – nazywana cykliczną – głosi wieczną powtarzalność i przedstawiana jest często symbolicznie jako okrąg. Druga koncepcja czasu – nazywana linearną – uznaje, że istnieje określony punkt początkowy dziejów, a wszystko zmierza do konkretnego zakończenia. Tę drugą koncepcję przyjęły wszystkie trzy religie monoteistyczne: judaizm, chrześcijaństwo i islam. Ale czy chrześcijańską ideę czasu można przedstawić jako symboliczną linią prostą z charakterystycznymi punktami na początku i końcu?

Z pozoru wszystko jest proste. Początek czasu – to stworzenie świata, a koniec – paruzja, ponowne przyjście Chrystusa w chwale. Zatem linia prosta: od stworzenia do paruzji. Jednak, gdy spojrzeć na tę kwestię z głębszej perspektywy teologicznej, pojawia się jeszcze inna możliwość.

2. Od Chrystusa do Chrystusa

„Od stworzenia aż do końca świata, poprzez opór materii i poważniejszy jeszcze sprzeciw stworzonej wolności, poprzez szereg etapów, z których najważniejszym jest Wcielenie – realizuje się ten sam plan Boży. (…) Jeżeli dane nam przez Boga zbawienie jest zbawieniem całego rodzaju ludzkiego, a rodzaj ludzki żyje i rozwija się w czasie, to przedstawienie zbawienia ludzi z natury rzeczy przybiera formę historii: są to dzieje przenikania Chrystusa w ludzkość” – pisze Henry de Lubac w „Katolicyzmie”.

Późniejszy kardynał Kościoła katolickiego zwraca uwagę na intuicję Ojców Kościoła, która wszelkiego początku, a zarazem końca czasu upatruje w osobie Chrystusa. Świat stworzony został w Chrystusie i do Chrystusa zmierza, a wszystko to, co jest pomiędzy, to „przenikanie Chrystusa w ludzkość”. Za pośrednictwem Kościoła i żyjącego w nim Ducha Świętego.

Francuski teolog przywołuje znamienne słowa św. Augustyna: „Chrystus dla ciebie poddał się czasowi, abyś ty stał się wieczny”. I tak je komentuje: „Każdy wierny winien – na wzór Chrystusa – uczciwie przyjąć stan zaangażowania w czasie, stan wiążący go z całokształtem historii…”

Zatem czas jest ważny, niezwykle istotny, skoro nawet Słowo Boże poddało się pod jego działanie. To właśnie w tym czasie działa Kościół, który „nie oczekuje innych triumfów niż chwała Oblubieńca królującego na krzyżu i wie, że w czasie nie ma nic poza krzyżem”.

3. Tylko jedno okrążenie

Tak pojęty czas nie może zatem być przedstawiany jako linia prosta. Przecież zarówno początkiem jak i końcem tej linii jest Chrystus. A żadną miarą nie da się wyodrębnić „dwóch Chrystusów”. Skoro zaś Chrystus jest jeden, to i początek z końcem muszą mieć jedno i to samo miejsce. Daje nam to jednoznacznie obraz okręgu.

Ale nie jest to okrąg, po którym czas płynie cyklicznie i wiecznie – jak to spotykamy w starożytnych religiach Wschodu. Chrześcijańska koncepcja dziejów zakłada, że wszystko raz się zaczęło i raz zakończy. Oczywiście w Chrystusie. Dlatego można ją przyrównać do biegu po okręgu, gdzie droga obejmuje tylko jedno okrążenie i gdzie miejsce startu jest jednocześnie metą.

4. Post scriptum

Tak na marginesie – niezwykle popularne w naszych czasach przysłowie „czas to pieniądz” posiada bardzo ciekawą historię. Otóż zostało ono rozpowszechnione przez Anglików w prostej formule „time is money”. Okazuje się jednak, że było to spore uproszczenie wobec oryginału. Tym zaś jest zdanie zapisane przez ucznia Arystotelesa, greckiego filozofa Teofrasta (ok. 370-287 przed Chr.) i brzmi następująco: „Czas to kosztowny wydatek”. Nic dodać, nic ująć.