sobota, 19 kwietnia 2014

Misteria domowe

Chciałbym zauważyć, że obok tych pięknych i niepojętych misteriów Triduum Paschalnego, które dzieją się w tych dniach w naszych kościołach, równolegle sprawowane są inne misteria. 

Obserwuję jak moja Miła wypieka mazurki wielkanocne: wszystkie te rodzinne sposoby na ciasto, robienie różnych mas, lukru, polew... Wszystko to jest dla mnie tajemnicą. I wiem, że w wielu innych domach dzieją się teraz podobne historie: szykowanie koszyczka, malowanie pisanek, przygotowywanie potraw wielkanocnych. To również są piękne misteria domowe.

Chciałbym więc dziś złożyć hołd wszystkim tym, którzy o te misteria w naszych domach się troszczą. A są to w ogromnej większości kobiety. To one są kapłankami domowych tajemnic. Chwała im za to!

czwartek, 3 kwietnia 2014

Czapski

Fot. Hania Sawicka
Idziemy dalej, wspinając się na poddasze i strych. To właśnie te strome schody pamiętają wysoką i szczupłą postać Józefa Czapskiego, który mieszkał tu przez wiele lat, tu miał swoją malarską pracownię i w tym właśnie domu zmarł. Przemierzał tę trasę wielokrotnie – z dołu do swojego „mieszkanka na górce” i z powrotem. Może z kleksami kolorowych farb na dłoniach i jak zawsze z lekko rozwianym siwym włosem, zatopiony w myślach, trzymając pod pachą jednego ze swoich nieodłącznych towarzyszy – duży notes, w którym skrzętnie notował swoje szaleńczo goniące myśli, szkicował uchwycone obrazy, by zatrzymać i utrwalić jak najwięcej z ulotności tego świata. W korytarzu zostało jeszcze kilka namalowanych przez niego obrazów – emanują ciepłem, jak kiedyś ich autor.

Dzisiaj wśród natłoku wiadomości wypatrzyłam przypomnienie o rocznicy urodzin Józefa Czapskiego (3 kwietnia 1896), artysty malarza, pisarza i jednego z twórców paryskiej "Kultury". Od razu przypominała mi się nasza wyprawa do siedziby Instytutu Literackiego w podparyskim Maisons-Laffitte, którą opisaliśmy wspólnie w "Więzi" 7/2012. Te zdania powyżej to właśnie fragment tej publikacji. 

poniedziałek, 31 marca 2014

Hrabalowe zdania

"Bo ja gdy czytam, to właściwie nie czytam, biorę piękne zdanie do buzi i ssę jak cukierek, jakbym sączył kieliszeczek likieru, tak długo, aż w końcu ta myśl rozpływa się we mnie jak alkohol, tak długo we mnie wsiąka, aż w końcu nie tylko jest w moim mózgu i sercu, lecz pulsuje w mych żyłach, aż po końce naczynek włosowatych"
Bohumil Hrabal, "Zbyt głośna samotność"

W tym miesiącu minęło 100 lat o jego urodzin.

sobota, 15 lutego 2014

One

Siedziałam tuż przy jej łóżku i patrzyłam jak pochyla się nad nią jej mama. Oparła się łokciami o materac tuż przy jej poduszce. Pogłaskała ją czule po głowie, odłamywała kawałki słodkiego wafelka i wkładała jej do ust, tak by ta mogła go pogryźć i połknąć.

Przy kolejnym kawałku, coś się we wnętrzu tej siwej już kobiety o pulchnych dłoniach rozpędziło, coś co nie chciało usiedzieć w niej dłużej, tłamszone rozsądkiem. Z jej ust popłynęły słowa: „Widzisz, nawet sama nie potrafisz trzymać w dłoni wafelka, nie zjesz sama. Kto Cię nakarmi jak umrę? Bo przecież umrę, jestem tyle starsza od Ciebie. Takie jest życie. Rodzice umierają”.

Gorzkie słowa przetykane słodkim wafelkiem. Ona spojrzała uważnie na matkę. Szerzej otworzyła zwykle półprzymknięte powieki. Byłam świadkiem skrzyżowania się spojrzeń tych dwóch kobiet, spojrzeń pełnych miłości i bólu.  Zacisnęła szczękę, tak mocno, że aż słychać było zgrzytnięcie zębów. Wpatrywała się w swoją mamę nieruchomo, spięła całe ciało, wyprężyła się na łóżku. W jej oczach pojawiły się ogromne kulki łez, które natychmiast spłynęły po jej okrągłej twarzy, a za nimi w ślad pierwszych następne i następne. Korale łez. 

I nagle wydobyła ze swojego niepełnosprawnego ciała głęboki, nieludzki krzyk.  Z głębi duszy, krzyk straszliwie rozdzierający, pełen niezmierzonej rozpaczy, złości i bezsilności. Krzyczała nieustannie, coraz głośniej, zanosząc się płaczem  i spazmami. Nie mogła się uspokoić. Po momencie ciszy, zaciskała powieki i wszystko zaczynało się na nowo. Krzyk bólu i bezradności. Dobrze wie, że słowa jej mamy są prawdą. Są gorzkie i niosą zwierzęcy strach.

Przychodzę do niej co tydzień. Poświęcam jej godzinę mojego czasu. Siadam przy jej łóżku i czytam jej książkę po angielsku, wspólnie powtarzamy i razem tłumaczymy kolejne wyrazy i zdania. Ma ponad trzydzieści lat i porażenie mózgowe. Prawie całe swoje dotychczasowe życie spędziła leżąc. Niedowidzi, ma niesprawne nogi i ręce, stale zgięte nadgarstki i silnie zaciśnięte dłonie, mówi bardzo niewyraźnie, ale im dłużej się z nią przebywa, tym łatwiej ją zrozumieć, cierpi na epilepsję, ma nieproporcjonalne ciało. 

Otacza ją miłość rodziców,  przemieszczających się coraz cięższym i wolniejszym krokiem między pokojami, by spełniać jej codzienne prośby i żądania. To życie potwornie zmęczonych aniołów na posterunku, a ich warta trwa odkąd Ona pojawiła się na świecie. Są dla niej całym światem. Jej krzyk zostanie we mnie już na zawsze. Obija się echem w mojej głowie cały czas.

niedziela, 2 lutego 2014

Rodzinne zdjęcie z psem

Pradziadek Stanisław Sawicki był kowalem i zajmował się naprawą ówczesnych maszyn rolniczych. Na początku XX wieku miał posadę w majątku Przewodowo koło Pułtuska, gdzie z powodzeniem wykonywał swój zawód. Po I wojnie światowej – jak to się mówi – poszedł na swoje. W pobliskiej miejscowości Bartodzieje pozyskał ziemię w centralnej części wsi, przy skrzyżowaniu dróg. Tam zbudował dom oraz kuźnię, w której pracował.

W 1920 roku tu właśnie urodził się mój dziadek, Henryk Sawicki. Niestety pradziadek Stanisław zmarł w 1930 roku, w wieku 42 lat. Więc 10-letni wówczas Henryk bardzo szybko musiał dorosnąć. Z tego też powodu w 1939 roku nie został zmobilizowany - jako żywiciel rodziny.

Pod koniec II wojny światowej ożenił się z Marianną Milczarczyk, córką miejscowego sołtysa. To zdjęcie zrobiono prawdopodobnie w 1949 roku w Bartodziejach. Z Babcią i Dziadkiem są dwaj najstarsi synowie: Jerzy i Zdzisław (na kolanach), czyli mój Tata. Towarzyszy im suka Dora.

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Niebiańskie lodowisko

Dzisiaj przed chwilą minęło dokładnie pięć lat od momentu gdy odeszła. Na parapecie okiennym jak co roku na rocznicę Jej śmierci zakwitł storczyk, ten w jej ulubionym kolorze.

To kwiat kupiony dokładnie w dniu jej odejścia w 2009 roku. Towarzyszył nam wtedy tego wieczoru w szaleńczym rajdzie ulicami Warszawy. W doniczce usadzonej pomiędzy siedzeniami samochodu zapakowany w cienki celofan, który jakimś cudem ochronił go przed styczniowym chłodem jechał z nami do Niej. Wtedy robiliśmy wszystko by zdążyć z Nią być, bo nagle jej stan się pogorszył. Oddalała się z tego świata. Zdążyliśmy.

Dzisiaj za oknem prószy śnieg, jest biało i mroźno. Ja w ramach wspominania przeglądałam moje ulubione stare zdjęcia, na których można podejrzeć zatrzymane na chwilę życie, którego już nie ma.

I zobaczyłam właśnie to zdjęcie tak pasujące do dzisiejszej aury za oknem. Fotografia sprzed 80 lat, a na nim moja trzynastoletnia Babcia na łyżwach, w czapce z pomponem i zawadiacko przerzuconym na szyi długim szalikiem. Piękny uśmiech i dziecięca radość. Zdjęcie zrobione w 1934 roku, kiedy w komplecie była jeszcze cała rodzina, a o okropieństwach wojny nikt jeszcze nie myślał. Mogła marzyć o niebieskich migdałach, jeździć na łyżwach i rozcierać szczypiące od mrozu lekko zaróżowione policzki. I właśnie dzisiaj wyobrażam Ją sobie właśnie taką pełną życia pomykającą z gracją, delikatnie i lekko na niebiańskich lodowiskach.

środa, 22 stycznia 2014

Niepoznany

Nie udało mi się poznać  żadnego z moich dwóch Dziadków. Tak ułożyły się ich życiowe historie, że odeszli za wcześnie, zupełnie nagle, tragicznie. Nie dostali od Pana Boga szansy na trzymanie za rękę swoich wnuków, rozpieszczanie ich i pokazywanie im świata. Nie mogli otrzymać dziecięcej laurki na dzień Dziadka. Historie o nich jakoś dziwnie się ukryły, może wspominanie jest cały czas zbyt bolesne, choć minęło już tyle lat od ich śmierci. 

Moja Mama swojego Taty prawie nie pamiętała, nie potrafiła o nim opowiadać, ale udało mi się uchwycić kilka nitek jego historii.  Jednak dzisiaj uzmysłowiłam sobie, że nic ale to prawie nic nie wiem o drugim Dziadku. Przeraziło mnie to. Nie umiem pytać? Nie jestem wystarczająco dociekliwa? To jakieś okrutne, niewybaczalne zaniedbanie, które mnie dzisiaj zawstydziło i wycisnęło z oczu łzy. 

Tato, pamiętam jak kiedyś powiedziałeś mi po prostu: „byłby fajnym, dobrym Dziadkiem”  i tyle. Kropka. Nie jesteś wylewnym opowiadaczem. Gdy zerkam na to jak z czułością patrzysz na Małą B. i Malutką T.,  to jestem pewna, że takie spojrzenie miał  też Twój Tata,  a mój niepoznany Dziadek. 

Mogę sobie więc wyobrażać, że masz w sobie coś z Niego. Taka obecność jego cech w Tobie. Czy myślisz, że też biegłabym w stronę drzwi na pierwszy dźwięk przekręcanego przez niego klucza? Czy tak jak Malutka T. z otwartymi ramionami rozpędzałabym się całą swoją małą istotą by biec, stawiać małe kroczki i uśmiechnąć się promiennie mówiąc „Dzia- dziu-ś”, gdy tylko bym go zobaczyła w drzwiach? I chciałabym znaleźć się czym prędzej na jego rękach, na wysokości, frunąć nad ziemią w czułym objęciu? Ściągałabym mu czapkę i dotykała go małą rączką po policzku – tak jak teraz robi to Malutka T. Tobie patrząc Ci radośnie w oczy?

Ja wiem, że jesteś najlepszym Dziadkiem pod słońcem – dziewczynki mają ogromne szczęście. Tyle objaśniania świata, codziennych czynności, wkręcania śrubek, rozbierania choinki,  kiszenia kapusty, wspólnego oglądania bajek, robienia pociągów z kanapek, rozpoznawania jabłek,  naprawiania spłuczki i cierpliwego odpowiadania na liczne pytania „dlaczego” . Jesteś najlepszym specjalistą od zadawania bardzo podchwytliwych pytań, na które nie wypada wprost odpowiedzieć inaczej niż robi to Mała B. Czyli przekrzywić delikatnie głowę, zmrużyć  lekko brwi i z niejakim zawahaniem , powoli patrząc Ci prosto w oczy powiedzieć  „Dziadziuś żartuje?”.

Tato, a czy mój Dziadek żartował? Opowiedz mi proszę jak najszybciej. Ta jego historia nie może zniknąć.

wtorek, 21 stycznia 2014

Krótkie wspomnienie o Babci

Gdy o niej dziś myślę, przed oczy rzucają mi się dwa obrazy. Pierwszy to Babcia krzątająca się po domu i gospodarstwie. Niezmiernie pracowita, od wczesnego rana do wieczora na nogach. Wciąż miała coś do zrobienia. Naturalnie nie dla siebie, tylko dla nas, dla rodziny. Niezwykle gościnna, dla wnuków czuła i dobra. To jej w dużej mierze zawdzięczam, że wiejskie wakacje z dzieciństwa pamiętam jako wielką przygodę. Takiej wolności, jaką ona wraz z Dziadkiem, dawali nam – kilku, kilkunastoletnim chłopcom z łukiem albo procą w dłoni – nigdy się nie zapomina. A po powrocie z dnia spędzonego w lasach, na polach i łąkach zawsze czekała Babcia o dobrych oczach, z gotowym posiłkiem na stole.

Drugi obraz – równie silny – to Babcia przed snem odmawiająca różaniec. Nie wiem skąd do tego czerpała siły. Po całym dniu pracy, często w polu, ta modlitwa była czymś tak stałym jak dzień i noc. Takie obrazy nigdy nie zostają bez wpływu na dziecko.

A potem ten cholerny rak. Do dziś czuję wyrzuty sumienia, że zbyt rzadko odwiedzałem ją w szpitalu. Mój Boże, jak ona cierpiała! Chyba bałem się patrzeć na to cierpienie, choć miałem już dwadzieścia kilka lat.

I ostatnie wspomnienie. Na wsiach zachował się piękny zwyczaj odprowadzania zmarłego do granic wioski czy też do krzyża na skrzyżowaniach. Tak, niosłem wraz z wujkami, bratem, ciotecznymi braćmi i sąsiadami trumnę z Babcią. Ten ciężar drewnianej skrzyni – gdy szliśmy w zimnym listopadowym deszczu przez wieś – zapamiętam na zawsze.

Kazimiera Czyżewska z domu Bondel (1926-1998).

piątek, 27 grudnia 2013

Prapradziadek Jan Jasiński

Jan Jasiński – urodził się w 1877 roku we wsi Trzciniec koło Pułtuska (parafia Przewodowo). Ojciec miał na imię Roch a matka Rozalia. W 1905 roku ożenił się z Marianną Bochenek. Mieli 4 córki i 2 synów. Jedna z tych córek, Stanisława, wyszła za Józefa Czyżewskiego i urodziła syna Stanisława. Ten z kolei ożenił się z Kazimierą Bondel by na świat powołać Jadwigę, moją mamę.

Mój prapradziadek wywodził się z drobnej szlachty wileńskiej. Rodzinna historia przekazywana przez pokolenia mówi, że w pierwszej połowie XVIII wieku jego przodek popadł w jakiś konflikt, który zmusił jego oraz kilku innych właścicieli sąsiednich majątków do nagłego opuszczenia rodzinnej ziemi. Uciekinierzy od wileńskiego biskupa otrzymali list polecający do biskupa płockiego i w ten sposób znaleźli się w okolicach Pułtuska. Tu też założyli wieś Trzciniec, w której dwa wieki później urodziła się moja mama.

Jan Jasiński był postacią wyjątkową. Wszechstronnie uzdolniony, znał się na szewstwie, kowalstwie, stolarce i mechanice. Co więcej parał się medycyną ludową. Zbudował sam coś na kształt bani parowej, która miała podobno właściwości lecznicze. Mówi się, że przychodziły do niego na te kąpiele również miejscowe kobiety, co naturalnie nie bardzo podobało się mojej praprababce Mariannie (która nota bene była wiejską akuszerką). 

Samodzielnie zaprojektował i wykonał na zamówienie maszynę służącą do mielenia zboża. Dzięki niej można było obyć się bez młyna. Podobno stoi ten wynalazek do dziś w sąsiedniej wsi i gdyby nie zużyte elementy, działałby dalej. 

Zmarł 17 marca 1944 roku w rodzinnym Trzcińcu.

wtorek, 24 grudnia 2013

Boże Narodzenie 2013

Nasi Drodzy!
Niech ten świąteczny czas będzie dobrą okazją do spotkań i rozmów. Może też do spotkań po latach, które odnowią zaniedbane przyjaźnie. Tak jak dzielimy się dziś opłatkiem, obyśmy potrafili dzielić się z innymi naszym czasem. Z takiego dzielenia zawsze może wypłynąć jakieś niespodziewane dobro.

Wszystkiego dobrego na Boże Narodzenie oraz na cały Nowy Rok 2014!
Konrad i Hania

piątek, 6 grudnia 2013

Siostra

Z niecierpliwością czekałam na jej pojawienie się na świecie. To był taki niezwykły mikołajkowy prezent, lepszy niż wszystkie inne, jakie kiedykolwiek dostałam. Pamiętam, że gdy jako mała, niecierpliwa 3,5-letnia dziewczynka czekałam na to, by zjawiła się w domu przywieziona przez Rodziców ze szpitala, bawiłam się siedząc w jakimś kartonowym pudle, pogubiłam gdzieś swoje kapcie i na dodatek na kilka strasznych chwil nagle zabrakło prądu. Babcia rozjaśniała zimową ciemność popołudnia świeczkami. Kiedy została przyniesiona do pokoju i mogłam na nią spojrzeć to od razu się tak zachwyciłam, że miałam ochotę ją ściskać i nosić na rękach. Mama stanowczo mi wtedy zabroniła, co potem do końca jej trochę wypominałam – choć obydwie dobrze wiedziałyśmy, że moje zapędy tamtego dnia, gdy po raz pierwszy zobaczyłam na świecie moją małą siostrę – nie były bezpieczne.  

Gdy pojawiła się w moim świecie ta dziewczynka, nic już nie było takie samo. I to jest najpiękniejsze! Tyle bogactwa się wraz z nią pojawiło, tyle beztroskiego śmiechu, wspólnych zabaw, tyle złości i łez, a potem tyle najczulszych siostrzanych przytuleń i buziaków z cyklu „przepraszam, już więcej nie będę”, tyle irytacji, gorzkich słów prawdy powiedzianej prosto w nastoletnie oczy. 

Był wspólny pokój, który w pewnym momencie podzieliłyśmy sprawiedliwie na połowę niewidzialną dla innych linią demarkacyjną. Pozwalała nam ona być obok siebie i jednocześnie ze sobą. Co jakiś czas zamieniałyśmy się tymi połowami przenosząc wszystkie swoje rzeczy z jednej na drugą – tak jakby każda z nas wprowadzała się do innego zupełnie pokoju. Były zabawowe pokazy mody, śpiewanie do mikrofonów z plastikowych kręgli lub grubych flamastrów. Było przeszkadzanie sobie w odrabianiu lekcji grą na drewnianym flecie, co doprowadzało ją albo mnie do bezsilnej złości i płaczu. Było pilnowanie się wzajemnie na podwórku, spędzanie całych dni zimowych ferii na osiedlowym lodowisku i rozgrzewanie zmarzniętych rąk, a w lecie niekończące się skakanie w gumę. Wspólne wakacje, przegadane wieczory i wspólne tajemnice.  Wzbogacające ostre różnice zdań, dające obu stronom do myślenia. Zawsze jednak pewność siostrzanej obecności i pomocy, bliskość i wsparcie. 

Razem przeszłyśmy właśnie równo 30 lat życia. Olu! Olucho! Olku! Ol! Ty moja Siostro Kochana! Dziękuję Ci za ten cały nasz wspólny czas. Z okazji Twoich pięknych, kształtnych, bo okrągłych urodzin życzę Ci tego, byś czuła się każdego dnia szczęśliwa! Niech patrzenie na Twoje Małą B. i Malutką T. przypomina Ci to nasze całe bogactwo, którego nie da się tak prosto opisać :)

wtorek, 3 grudnia 2013

Urodziny, których nie będzie

Mogę to sobie tylko wyobrazić – Twoją radość, że masz nas wszystkich przy jednym stole. Tak jak w Twoją wymarzoną ostatnia Wigilię, gdy udało Ci się zgromadzić w jednym miejscu, na wyciągniecie ręki tych, którzy byli ci najbliżsi. 

Świętowalibyśmy Twoje okrągłe 60 urodziny. Zapewne śmiesznie marszcząc piegowaty nos zerkałabyś na nas szeroko otwierając oczy i mówiąc:  „Oj, jaka stara baba jestem…”. Zrobilibyśmy Ci może jakąś niespodziankę – tak, na pewno byłby tort ze świeczkami, a mała B. śpiewałaby swojej Babci nieodłączną urodzinową piosenkę. A jeszcze mniejsza T. patrzyłaby na Ciebie rozbrajająco swoimi niezwykłymi  radosnymi oczami, które przekazać mogą do wnętrza każdego, kto w nie uważnie spojrzy tyle ufności i prostego szczęścia, że od razu jakoś łatwiej żyć w naszym dorosłym świecie. 

W całym domu byłby radosny rozgardiasz i krzątanina szemrząca krokami pomiędzy kuchnią i salonem, dotyk różnych mniejszych i większych kapci na kafelkach i drewnianej coraz bardziej wytartej podłodze. Brzęk filiżanek, talerzyków, dorabianie kolejnych porcji herbaty, dokrajanie ciasta, a w tle sączące się z głośników jazzowe brzmienia przetykane gwarem dziecięcych głosów i pisków. Na pewno byłabyś nieco oblężona, bo małe dłonie łapałyby Cię za kolana i dłonie i robiłyby wszystko byś pomogła małemu ciału bezpiecznie wgramolić się na Twoje kolana. Byłoby łapanie okruchów ciasta i tamowanie herbacianych potopów. Byłby najczystszy radosny śmiech. 

Wszystkich obecnych spowijałoby poczucie, że właśnie tu i teraz to najważniejszy wspólny czas na tym świecie. Rodzinna wieź niewidoczna choć taka wyczuwalna, unosząca się w słowach i gestach, otulająca wszystkich bez wyjątku.  Jestem pewna, że tak by było. 

Na zawsze jednak pozostaniesz o trzy lata młodsza. Dziś, 3 grudnia, nie będzie urodzinowego tortu i Twojej radości, którą moglibyśmy zobaczyć. Zniknęłaś stąd, choć cały czas jest Twoje krzesło przy stole. Wszystko toczy się dalej. Będziemy też pili herbatę z cytryną przygotowaną przez Tatę – taką jak lubiłaś. Dwie małe dziewczynki będą biegały po Twoich śladach ciągle obecnych w tym domu. Pożegnają mnie machaniem.  Drzwi odgrodzą tętniące dziecięcym gwarem mieszkanie od ciszy i półmroku klatki schodowej. Będę zbiegała po schodach w dół z trzeciego piętra – szczęśliwa, że wszystko toczy się dalej, ale jednocześnie pełna ogromnego bólu, że toczy się bez Ciebie tu z nami. To nie mija, rozumiesz? Zimne grudniowe powietrze schłodzi i zatrzyma mi na policzku łzy. Widzisz nas? Prawda? Wszystkiego najlepszego, Mamusiu!

czwartek, 7 listopada 2013

Urodziłem się 7 listopada

A skoro urodziłem się 7 listopada, nie da się nad tym faktem tak po prostu przejść do porządku dziennego. Ta data ma jednak swój ciężar gatunkowy wynikający z historii. Bowiem 7 listopada :

- Krążownik Aurora wypalił na wiwat, co było sygnałem do rozpoczęcia Rewolucji Październikowej, co jak wiadomo w konsekwencji miało potężny wpływ historię świata (1917)
- Jeszcze przed świtem (tak jak ja) narodził się rząd lubelski z Daszyńskim jako premierem, czyli de facto pierwszy polski wolny gabinet po stuleciu zaborów (1918)
- Car Aleksander (wówczas również król Polski) zgodził się na powołanie Uniwersytetu Warszawskiego (1816)
- w fabryce w Zwickau (NRD) z linii produkcyjnej zjechała pierwsza maszyna marki trabant (1957), zresztą później pierwszy samochód moich rodziców, który potem moja Mama z fantazją rozbiła na wiejskim zakręcie (bez ofiar), za co podobno jako dziecko czyniłem jej wyrzuty: „Nie kocham Cię! Trabcia rozbiłaś!”, czego osobiście nie pamiętam , ale w prawdopodobieństwo wierzę
- urodziła się Maria Skłodowska-Curie (1867)
- urodził się Lew Trocki (1879)
- urodził się Albert Camus (1913)

Z tym oryginalnym dziedzictwem – lewicowym, intelektualnym i agnostycznym – chcąc nie chcąc, muszę się mierzyć. Jedni może potraktują to jako dobre usprawiedliwienie, inni może jako przyczynek do oskarżenia. Ja widzę to jako wyzwanie, i już. 

sobota, 2 listopada 2013

Utracone opowieści

Cmentarne aleje, którymi mkną widzialni, żywi, pobrzękują im w siatkach znicze, szeleszczą torby wypełnione kulami chryzantem. Szukają adresów brzmiących nieraz intrygująco - choćby „A3 Tuje”, „284a Wprost” - potem odliczanie:  numer rzędu i numer wiecznego mieszkania. Chodzą po alejach samotni, starsi, młodsi, zakochani, zrozpaczeni, zobaczyć można całe rodziny i odczytywać pokrewieństwo patrząc na ich twarze, a małe  dzieci ciągnięte za rękę, lepką od biało-różowej „pańskiej skórki”, pytają: „Idziemy do dziadziusia? A gdzie jest? Tu? Ale gdzie?”. Jak wytłumaczyć im obecność  tego drugiego, niewidzialnego świata?  Między żywymi są Ci niewidzialni, otuleni mgłą nieobecności.

Ile razy jestem na cmentarzu w dniu Wszystkich Świętych albo w Dniu Zadusznym  myślę o tym pomieszaniu życia i śmierci, nas jeszcze obecnych i tych których z nami nie ma tu na ziemi. Są wśród nas, tylko inaczej. Czy gdyby ktoś wszechmocny i wszystkowidzący spojrzał na nas z góry, dostrzegałby w tej cmentarnej przestrzeni niezwykłe przenikanie żywych i zmarłych? Dotykanie nawzajem swoich śladów, nieuchwytne gesty dłoni, powracające wspomnienia skraplające się w gorące łzy - mokre pocałunki z z zaświatów.

Kiedyś chodziłam tymi samymi trasami cmentarnymi z tymi, których już nie ma. Idę teraz ich dawnymi, niewidzialnymi już śladami, może nieświadomie w ten sam sposób ustawiam znicze i kupuję je zawsze w takich samych kolorach jak kiedyś z Mamą albo kładę tak samo gałązki jodły na grobie pradziadków, bo przecież tak było od zawsze, odkąd pamiętam.

Sceneria  cmentarna wydaje się niemal ta sama -  jakby zatrzymana w czasie, choć tuje i jałowce przy grobie pamiętają już coraz więcej i sięgają coraz bliżej nieba. Zmieniają się jednak bohaterowie tej scenerii, przemieszczają się z mojego „tu” do niewidzialnego „tam”. Zaczynam odwiedzać cmentarne mieszkania tych, których dotyk pamiętam, których głos jestem w stanie we wspomnieniach usłyszeć, którzy żyli ze mną przez kawałek mojej historii. 

I to, co odczuwam ciągle najboleśniej i co powoduje we mnie bezsilną złość i smutek:  to historie, które umarły razem z tymi wszystkimi  bliskimi, z którymi rozmawiałam jeszcze tak niedawno. Zabrali je ze sobą, bo ja nie słuchałam zawsze tak jak trzeba, nie zapamiętałam wszystkiego, nie zapisałam, bo wydawało mi się, że jeszcze jest czas. A ten się nagle skończył.

Utracone rodzinne opowieści giną bez czułego opiekuna, rozpływają się i nikną.  Bez pomocy żywych nie przeżyją ani jednej chwili. Nad grobami wirują trudne do złapania wspomnienia. Modlę się o olśnienie z zaświatów i jakieś cienkie niteczki podpowiedzi, które dodałyby mocy i charakteru temu co już wiem. Może jeszcze da się coś z tego wszystkiego upleść, tak by przekazać tym, którzy dopiero zaczynają dreptać razem z nami po cmentarnych alejach.

piątek, 27 września 2013

Widoki nieziemskie na świat



Ponownie jesteśmy w górach i z radością wędrujemy po jesiennych już Tatrach. Ogrom piękna jakie nas otacza jest tak wielki, że nie sposób go wprost opisać, przerasta ale jednocześnie daje niezwykłą wewnętrzną, czystą radość.  Na szlaku widzimy istne cuda!  Dzisiaj w czasie wspinaczki wracały do mnie słowa piosenki i cicho szumiały mi w głowie razem z górskim wiatrem:

(…)

stąd do ziemi dalej niż do gwiazd
zachwytu swego nie wysłowisz

rosną skrzydła u ramion
czas się w wieczność przemienia
obłocznieją wszystkie ziemskie sprawy
gdy zbliżamy się do szczytu po kamieniach

rosna skrzydła u ramion
czas się w wieczność przemienia
góry i wolność dokoła
chyba dostąpimy tu wniebowstąpienia

(…)

rosna skrzydła u ramion
rosną przepastne błekity
życie pełne olśnień i zachwytów
tyś wędrówką najwytrwalszą ku szczytom


/sł. Józef Baran, "Ballada z gór", muz. P.Myszkowski, wykonanie: Stare Dobre Małżeństwo/







niedziela, 8 września 2013

Psalm niedzielny


Dzisiejszy psalm - tak prosty i piękny. Od momentu, w którym go dzisiaj przeczytałam jest nieustannie we mnie. Śpieszmy się kochać, zachwycajmy się codziennością  i miejmy w sobie niezwykłą radość - dar Stwórcy. Nasza ziemska przygoda jest tak krótka i krucha. Szkoda czasu na brak zachwytu.

Obracasz w proch człowieka
i mówisz: „Wracajcie, synowie ludzcy”.
Bo tysiąc lat w Twoich oczach
jest jak wczorajszy dzień, który minął,
albo straż nocna.
Porywasz ich, stają się niby sen poranny,*
jak trawa, która rośnie:
rankiem zielona i kwitnąca,
wieczorem więdnie i usycha.
Naucz nas liczyć dni nasze,
byśmy zdobyli mądrość serca.
Powróć, o Panie, jak długo będziesz zwlekał?*
Bądź litościwy dla sług Twoich!
Nasyć nas o świcie swoją łaską,
abyśmy przez wszystkie dni nasze mogli się radować i cieszyć.
Dobroć Pana Boga naszego niech będzie nad nami
i wspieraj pracę rąk naszych,
dzieło rąk naszych wspieraj.

/Ps 90,3-6.12-14.17/

piątek, 23 sierpnia 2013

Dwa lata

Właśnie przed chwilą minęła 23.23. Dokładnie dwa lata temu, dokładnie o tej porze w mroku sypialni na trzecim piętrze, w Twoim domu zamykaliśmy Ci z Tatą powieki. Ukryliśmy pod nimi jak pod cielistą zasłoną nieruchome oczy – tak by mogły patrzeć już tylko na ten inny, sekretny dla nas świat. 

Nie zapomnę Twojej pięknej, tak spokojnej wtedy twarzy, z której w tej jednej sekundzie wraz z ostatnim oddechem zniknęło całe cierpienie i ból. Pełna łagodność i taki lekki czający się w kącikach ust uśmiech. To dla mnie dowód na to, że tam, gdzie jesteś, musi być pięknie,  musi tam być wszechogarniające dobro, miłość, otulająca Cię światłość i ogromny spokój. Ty to już wiesz.

Dwa lata, które minęły skurczyły się we mnie do jakichś kilku tygodni lub miesięcy. Ten czas od tamtego momentu nie istnieje i nie potrafi wrócić na swoje zwykłe tory. Jesteś obecna niewidzialnie – czuję Twoją obecność, choć ze sobą nie możemy porozmawiać, ani się zobaczyć. Łapię się na tym, że chciałabym do Ciebie zadzwonić. Nie wykasowałam jeszcze Twojego już nie istniejącego numeru telefonu. Opowiadam Ci życie w myślach. Brakuje mi Ciebie choć czuję, że jesteś - tylko inaczej.

Dwa lata temu kiedy wychodziliśmy z K. z domu. Drzwi zamykał za nami Tata, który chciał zostać w pokoju, w którym jeszcze była resztka Twojego ciepła i całe wasze wspólne małżeńskie życie. Rodzinny dom, w którego ściany wsiąkło Twoje cierpienie, smutek i ciche rozmowy o tym, co nieuniknione, z akompaniamentem lekkiego świstu aparatu tlenowego. Dzisiaj, te same drzwi i ściany chłoną przede wszystkim gwar dwóch małych dziewczynek patrzących z radością na świat, tupanie ich bosych stóp po podłodze, grzechotanie klocków, kolejne wersy bajek i ich bezgraniczna ufność w spojrzeniu. Tyle się zmieniło. Widzisz? 

Dzisiaj odwiedziliśmy Cię w komplecie samych Ci najbliższych – byliśmy z Tobą i dla Ciebie. Kwiaty, znicze, modlitwa, wspólna eucharystia. Potem kolacja właśnie w tym Twoim domu. Byłaś z nami w myślach i wypowiadanych na głos wspomnieniach. O. dobrze zauważyła, że piliśmy przy deserze po lampce porto, które przecież tak lubiłaś i zachowywałaś butelkę tego trunku tylko na specjalne okazje. Mieliśmy taką dzisiaj - z Tobą i dla Ciebie.

I tak sobie myślę, że nie poznałaś osobiście (choć wiedziałaś, że się pojawi) tylko jednej osoby z tych, które się dzisiaj spotkały – malutkiej T. Minęłyście się na życiowej drodze Ty odeszłaś – ona przyszła. Tata teraz ją bardzo często trzyma za rękę i prowadzi bezpiecznie przed siebie.  Widzisz? Pięknie razem wyglądają, prawda? 


sobota, 3 sierpnia 2013

Dziadek

Nie dane mi było go poznać. 2 sierpnia mijają 52 lata od jego nagłej i zbyt szybkiej śmierci. Wczorajsze wędrówki po albumach i dokumentach rodzinnych, które przejęłam po Mamie zaowocowały moim wewnętrznym smutkiem za tym, czego już nie odwrócę, czego nie złapię, co się nie odstanie. Za zagubionymi historiami najbliższych, niektóre z nich kiedyś wysłuchałam z wypiekami na twarzy, kiwając głowa i wierząc naiwnie, że je zapamiętam. Że uwolnione z ust Babci czy Mamy zakiełkują we mnie i po prostu tam będą… Ale tak nie jest. 
A teraz brakuje i tych dwóch ukochanych osób i ich opowieści rodzinnych. Zaczynam więc budować wszystko niejako na nowo. Zadaję pytania tym, którzy jeszcze są i mogą ocalić kilkoma zdaniami postaci tych, którzy odeszli. Czekam, aż we mnie się coś obudzi i otrząśnie ze snu, aż usłyszę w sobie te historie składające się w jedną całość. Bo te wszystkie słowa i istnienia przecież gdzieś żyją równolegle.

Dlatego dzisiaj otworzyłam kolejny segregator, tropiąc ślady Dziadka. Ostatni tydzień jego życia. Są strzępki. Najpierw jedno ze zdjęć. Uśmiechnięta twarz, ciepłe spojrzenie, oczy w  których mieszkały iskierki humoru.

List Babci pisany z Ustronia Morskiego 27 lipca 1961 r. adresowany do jej siostry Basi do Warszawy. Babcia przyjechała właśnie z Warszawy, przez Kołobrzeg do Ustronia. Na dworcu w Ustroniu czekał Dziadek Henryk z trójką dzieci (11, 9 i 7 lat) i był „nawet z kwiatami”. Dziadek był w Ustroniu od dwóch tygodni razem z dziećmi i prababcią Emilią. Kropił deszcz, ale później w ciągu dnia się rozpogodziło, choć nie było za wiele słońca. Około 17 dotarli na plażę, była kąpiel w morzu – tylko Babcia, jak pisze, nie odważyła się na całkowite zamoczenie, a tylko pobrodziła po płytkiej wodzie i wymoczyła nogi. 
Dziadek zarezerwował dla nich osobny, mały pokój, który niespodziewanie zwolniły dwie panie zawiedzione złą pogodą, więc „spało się fantastycznie”. Prababcia gotuje wszystkim obiady, choć czuje się nie najlepiej. „Obecnie trochę narzeka, ale rusza się dobrze i chodzi co dzień do kościoła”. Dzieci zafascynowane są grą w bierki do tego stopnia, że w grę wciągnięta jest cała rodzina, a dziadek Henio gra z najstarszą córką w siatkówkę. 
Babcia z Dziadkiem wybierają się do Ustronia na zakupy i przy okazji wrzucają do skrzynki list, którego lekko pożółkłe kartki trzymam teraz w dłoni. Plan jest taki: w poniedziałek 31 lipca Dziadek z Prababcią Emilią wracają do Warszawy, w Ustroniu na dwa tygodnie zostaje Babcia z dziećmi. Dziadek ma zabrać dwie walizki z brudnymi i niepotrzebnymi rzeczami, tak by zostało tu na miejscu jak najmniej zbędnego bagażu. Babcia prosi ciocię Basię, by nie odbierała ich z dworca, bo Dziadek sam sobie poradzi. Prosi natomiast o kupienie czegoś na poniedziałkowy obiad – „Henio tu podpowiada, że według własnego apetytu”.
Są więc jeszcze przez kilka dni razem, całą rodziną. Uśmiechnięci i szczęśliwi, w komplecie. Potem uściski i pocałunki na pożegnanie. Dziadek pewnie przytula Babcię, całuje i szepcze jej do ucha, by była dzielna i korzystała z wakacji opanowując dzieciaki. Może przed odjazdem mówi, że ją kocha i że zobaczą się za dwa tygodnie w domu? Nie zobaczyli się już.

Dziadek z Prababcią przyjechali cali i zdrowi do Warszawy. Ciocia Basia nie odbierała ich z dworca, zrobiła za to zakupy i przygotowała powitalny obiad. Prababcia Emilia zabrała się zapewne za pranie brudnych rzeczy z dwóch przywiezionych waliz. Dziadek wrócił po urlopie do pracy. Od listopada 1954 roku pracował na stanowisku starszego technika kontroli technicznej  w Rzemieślniczej Spółdzielni Specjalistycznej Elektryków Zaopatrzenia i Zbytu przy ul. Ogrodowej 51 w Warszawie.

W środę 2 sierpnia 1961 roku doszło do wypadku. W czasie przeprowadzania próby wytrzymałości elektrycznej grzejników. Dziadek został porażony prądem. Przez jego 48 letnie ciało przepłynęło 15kV.

O ile dobrze pamiętam wiadomość o jego śmierci wiozła nad morze do Babci Ciocia Basia. Bała się okrutnie, dlatego jechała z kimś samochodem (a może taksówką) do Ustronia w szaleńczym pędzie, by powiedzieć osobiście swojej 40 letniej siostrze, że została wdową z trojką małych dzieci…

piątek, 2 sierpnia 2013

Zatrzymanie

1 sierpnia. Godzina „W”, 17.00. Nie mogłam się zatrzymać na ulicy wraz z innymi, nie mogłam poczuć ogromnej mocy tego tak prostego, wspólnotowego gestu pamięci. Zatrzymałam się więc w pracy, sama. Wstałam od biurka i wyszłam na taras. Na Zawadach syren nie było słychać. Ale dźwięczały mi w wyobraźni i dzwoniły w uszach. Zamknęłam oczy na tę minutę tak krótką a trwającą wieki. I w jakiś niezwykły sposób czułam to co minęło. Szaleństwo walki, determinację, rozpacz, okrucieństwo, cierpienie, odwagę i ogromny strach. Wszystko jak drobne ziarenka piasku przesypujące się w duszy. 

Zatrzymałam się dla tych wszystkich, którzy byli w tym mieście 69 lat temu. Dla mojej 23 letniej wtedy Babci Marysi; dla jej 21 letniej siostry Basi, która w ogniu Powstania straciła swojego ukochanego i po tym nic już nie było dla niej takie samo; dla zastrzelonej przez Niemców praprababci Klementyny, którą znalazły wnuczki Marysia i Basia i same z trudem pochowały na jednym z żoliborskich podwórek, zawijając jej kruche ciało w znaleziony stary kawałek dywanu; dla tych wszystkich, którzy walczyli, którzy musieli uciekać, a potem zamiast domów zastali tlące się ruiny i pył, który przysypał ich dawne ślady. Dla tych wszystkich, których normalne życie zatrzymało się przez wojenny zamęt. Dla tych, którzy mają jeszcze tyle siły by dzielić się z nami tymi wspomnieniami. Możemy słuchać tego, czego wyobrazić się po prostu nie da. Możemy co roku pamiętać. Zatrzymać się, zamknąć oczy i poczuć pod powiekami gorące łzy.

Zdjęcie zrobione 1 sierpnia 1946 r.; znalezione dzisiaj w  rodzinnym albumie, podpisane na odwrocie ręką Cioci Basi: Warta przy miejscu stracenia więźniów na rogu Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Moje miasto

Niedawno uświadomiłem sobie, że w Warszawie mieszkam już dłużej niż mieszkałem w rodzinnym Sochaczewie. 19 lat. I choć od lat tu pracuję, tu płacę podatki, dopiero przed miesiącem zameldowałem się w stolicy na stałe. Pokochałem to miasto. Z jego tragiczną historią, katastrofą architektoniczną, cudem odbudowaną Starówką, z rozpierduchą urbanistyczną, z barwnymi mieszkańcami z całej Polski i oryginalnymi warszawiakami. No i z piękną dumą miasta walczącego. Pokochałem to miasto, takie jakie jest. Dziś, w rocznicę wybuchu Powstania, z dumą mówię: moje miasto.