niedziela, 31 stycznia 2010

sobota, 30 stycznia 2010

Pióro jako łopata

"Chyba w pisaniu szukałem ucieczki... ucieczki i ratunku dla samego siebie. I wreszcie musiała nadejść ta noc, że wśród ciemności ujrzałem i pojąłem naturę mojej pracy, która w istocie rzeczy nie jest niczym innym jak dalszym kopaniem tego samego grobu, który inni zaczęli kopać dla mnie w powietrzu, ale nie wystarczyło im czasu... Gdyż tylko tak zyskuje sens to wszystko co się wydarzyło, co zrobiłem, co ze mną zrobiono, tylko tak może mieć sens moje bezsensowne życie... bo przecież pióro jest moją łopatą, kiedy patrzę przed siebie, widzę tyko to, co jest za mną, kiedy spoglądam na papier, spoglądam wyłącznie w przeszłość..."

Imre Kertesz, Kadysz za nienarodzone dziecko.

Imre Kertesz - pisarz węgierski żydowskiego pochodzenia. Ur. w 1929 r. w Budapeszcie. Jako nastolatek wywieziony do obozu Auschwitz, a potem Buchenwald. Podczas wojny zginęła cała jego rodzina. Po wojnie pracował jako dziennikarz. Dwukrotnie zwolniony z pracy. Zaczął tłumaczyć z niemieckiego: Nietzschego, Freuda, Rotha, Wittgensteina. W latach 70. zaczął pisać. Wszystkie jego książki podszyte są wspomnieniem Zagłady. W 2002 r. otrzymał literacką nagrodę Nobla. Mieszka w Berlinie.

piątek, 29 stycznia 2010

Pan Bóg w sklepie

"Pewnej kobiecie przyśniło się, że za ladą swojego ulubionego sklepu spotkała Pana Boga. - To ty, Panie Boże? - zakrzyknęła uradowana i zaskoczona. - To ja - odpowiedział Bóg. - A co u Ciebie można kupić? - zapytała kobieta. - Wszystko - padła krótka odpowiedź. Kobieta postanowiła skorzystać z tej wyjątkowej okazji i po niedługim namyśle, wyrecytowała swoją listę zakupów: - W takim razie poproszę o zdrowie, szczęście, urodę, mądrość, znaczenie i pieniądze. Pan Bóg życzliwie się uśmiechnął i oddalił się na zaplecze po zamówiony towar. Po dłuższej chwili wrócił z malutką, papierową torebeczką i położył ją na ladzie. - To wszystko?! - wykrzyknęła zdziwiona i rozczarowana kobieta. - Tak, to wszystko - odpowiedział Bóg. I, widząc jej rozczarowanie, dodał: - Chyba zapomniałaś, że u mnie można dostać tylko nasiona i to od ciebie zależy, co z nich wyhodujesz.

Tak więc świątynia nie jest supermarketem, gdzie można kupić sobie zbawienie, spełnienie egocentrycznych marzeń, ubezpieczenie na życie po życiu i na dodatek zarezerwować apartament w Niebie".

Opowiadanie: Anthony de Mello, cytat za: Tadeusz Bartoś, Wojciech Eichelberger, Wojciech Szczawiński, W poszukiwaniu mistrzów życia. Rozmowy o duchowości.

czwartek, 28 stycznia 2010

Taksim

Taksim to duży plac w Stambule, w europejskiej części miasta. Tu odgrywa się finałowa scena powieści Andrzeja Stasiuka. Zacząłem ją czytać wczoraj wieczorem, a skończyłem o 3 w nocy. To książka, która wciąga po pierwsze akcją, a po drugie słowem. Stasiuk kolejny raz dowodzi, że jest mistrzem słowa.

Wszyscy zajmują się życiem w sposób tymczasowy. Tymczasowość rzeczy i istnień to ukryty bohater tej powieści. Po co uganiać się za czymkolwiek, skoro za kilka dolarów można kupić chińską podróbkę wszystkiego, a życie można stracić w każdej chwili? Przekonał się o tym pewien Azjata w dramatycznym spotkaniu z dziką lochą...

Stasiukowy sposób na ten świat to słowo i droga. Nieustanne bycie w drodze i nieustanne opowiadanie. Słowo, które zbawia. Droga, która daje życie. Homo viator.

środa, 27 stycznia 2010

Babcia

Dokładnie rok temu odeszła. Zgon - 27 stycznia, godzina 22.50. Nie wiem zupełnie kiedy ten czas minął. Dla mnie Ona cały czas jest. Łapałam się wielokrotnie przez ten okrągły rok na tym, że wybierałam się do niej na niespodziankową herbatę i pogaduchy o wszystkim... Tyle raz tak do niej wpadałam, zawsze witała mnie z radością, nieraz cudownie zakłopotana, gdy zjawiałam się wieczorem i zastawałam ją w różowej podomce i lokówkach. O tyle rzeczy chciałbym ją jeszcze zapytać. Rok temu wieczorem wszyscy byliśmy przy niej, gdy w pokoju, na podłodze sanitariusze ją reanimowali. Odchodziła patrząc na nas, mam nadzieję, że nasza obecność, czułość i miłość w spojrzeniach, które widziała do ostatniej chwili dodawała jej otuchy... A może widziała raczej nasze przerażenie i wypisaną na naszych twarzach świadomość, że jesteśmy całkiem bezradni wobec tej siły, która ją właśnie zabierała?Jak czuje się śmierć? Reanimacja, intubacja, defibrylacja, kolejne zastrzyki, długa, nieznikająca, ciągnąca się w nieskończoność pozioma kreska na monitorze EKG. Cisza, czekanie, agonia... Głaskałam ją cały czas po głowie i czułam jej obecność, ale nie w ciele, które coraz zimniejsze wydawało się tylko jakimś porzuconym przebraniem, była gdzieś obok, nad nami...
Babciu! Wiem, że czułaś, iż nadchodzi ten czas, wierzę, że byłaś spokojna i pogodzona z tym co się dzieje. Odeszłaś we wtorek. A jeszcze chwilę wcześniej - od piątku do niedzieli byłaś u nas w domu. Spędziliśmy z Tobą cudowny weekend, który teraz to wiem, był najpiękniejszym pożegnaniem. Pomagałam Ci się myć, robiłam manicure, suszyłam włosy. Wklepując w swoje ciągle gładkie policzki krem, zerkałaś w małe lusterko i krzywiłaś się mówiąc "Ale jestem stara baba". Rano, wyspani, w szlafrokach zasiedliśmy do naszego okrągłego stołu i jedliśmy powolne śniadanie. Taka byłaś radosna, że można siedzieć przy stole w szlafroku, rozmawiać, nigdzie się nie spieszyć, że jest tak inaczej niż zwykle. Pytałaś nas, czy zastanawialiśmy się może kiedyś, co się będzie działo po śmierci, czy od razu się idzie do nieba?No i jak może wyglądać to niebo? Jakie są teorie teologiczne w tej kwestii? Zabraliśmy Cię na spacer po okolicy, mamy z niego, ostatnie jak się okazało wspólne zdjęcie. Po powrocie do domu zrobiłam ciepłe kakao na rozgrzewkę. Pamiętam Twoje radosne oczy - oczy lubiącego czekoladę i wszelkie słodkości łakomczucha, zachwyconego tym, że pije coś o czym zapomniał, że jest przecież takie dobre i przez to nie pil od dawna. "Babcia gapcia" - tak o sobie mówilaś. Słuchaliśmy wspólnie muzyki, czytaliśmy Ci na głos, bo bolały Cię oczy, robiliśmy na nie okłady z rumianku, który jeszcze stoi w słoiku na półce w kuchni... Dużo się modliłaś, byłaś wyciszona. A w niedzielę pojechaliśmy z Tobą na Służew do oo. Dominikanów na mszę, chciałaś pójść do spowiedzi - i poszłaś, przyjęłaś też Eucharystię. Promieniałaś! Pięknie było na Ciebie patrzeć. Dziękowałaś nam wieczorem z całego serca za ten wspólny, weekendnowy czas. Zostaliśmy przez Ciebie mocno wyściskani, czuję ten uścisk jeszcze teraz. Wiem, że byłaś szczęśliwa.
Dokładnie rok temu, w ostatnim Twoim dniu tu na ziemi, kupiłam zupełnie przypadkiem kwitnącego storczyka. Byłam już przy kasie, gdy zadzwoniła Mama z wiadomością, że z Tobą jest źle i czekacie na karetkę. Storczyk razem z nami gnał do Ciebie na łeb na szyję. Miał być dla kogoś prezentem, ale został ze mną, nie potrafiłam go oddać, stał się symbolem. Po Twoim pogrzebie bardzo szybko opadły z niego kwiaty. Odliczał po swojemu czas i właśnie w tym tygodniu, w rocznicę Twojego odejścia, dokładnie po roku odpoczynku pieknie zakwitł! Uśmiecham się patrząc na niego. Uwielbiałaś storczyki. Miałaś w domu jednego, który mimo wszystkich Twoich czułych zabiegów nie chciał nigdy drugi raz zakwitnąć. Babciu, ale teraz się udało! Widzisz, to jest Twój kwiat! Wiem, że się razem ze mną uśmiechasz.

niedziela, 24 stycznia 2010

Mieliśmy piękną filharmonię

W ramach Roku Chopinowskiego wybraliśmy się na koncert do Filharmonii Narodowej. Przepiękne Rondo à la Krakowiak w towarzystwie Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Narodowej wykonał młody, dwudziestoletni krakowianin, Marcin Koziak. Orkiestrą dyrygował Rosjanin, Aleksander Lazarev, a inny Rosjanin, Dimitri Alexeev, zagrał koncert fortepianowy Aleksandra Skriabina fis-mol. Niezwykłym i bardzo odmiennym od tego, co do tej pory znaliśmy, było wykonanie II Symfonii d-mol Siergieja Prokofiewa. Sto lat późniejsza od kompozycji Chopina muzyka okazała się zaskakująco inna, z zupełnie nowego muzycznego świata, o cechach tak zwanej muzyki maszynistycznej.

Przez cały koncert chodziła mi po głowie uporczywa myśl. Dotyczyła gmachu filharmonii. Coraz częściej spacerując po Warszawie mam wrażenie, że stąpam po gruzach niegdyś pięknej Stolicy. Coraz częściej wydaje mi się, że to, co widzę, jest jedynie marną prowizorką, ersatzem tego, co odeszło bezpowrotnie w niepamięć. To samo dotyczy właśnie filharmonii. Filharmonia Warszawska została wzniesiona w latach 1900-1901 według projektu Karola Kozłowksiego, który wzorował się na paryskiej Opéra Garnier. Budynek ten zdumiewał bogactwem rzeźb, popiersi, portretów i najrozmaitszych zdobień. Olśniewający efekt z zewnątrz dopełniał kopulasty dach, a w środku neogotyckie szatnie, wytworne foyer oraz niezwykle elegancka sala główna z wielkim plafonem - malowidłem Antoniego Strzałeckiego Życie muz na Olimpie.

Filharmonia Warszawska została spalona w czasie oblężenia miasta we wrześniu 1939 r. a podczas powstania warszawskiego uległa zbombardowaniu i znacznemu zniszczeniu. Po wojnie można ją było jeszcze uratować i odbudować, wykorzystując sporo zachowanych dekoracji. Ale w 1953 roku usunięto wszystko to, co zostało po świetności dawnego gmachu i do 1955 roku zbudowano zupełnie nowy budynek w stylu bliżej nie znanym... Oczywiście nie zmienia to faktu, że ta szacowna instytucja prezentuje muzykę i muzyków najwyższej klasy.

sobota, 23 stycznia 2010

Ciało bez instrukcji obsługi

"Anioły, jeżeli istnieją, zrywają z nas boki ze śmiechu. Dostać ciało i nic o nim nie wiedzieć. Bez instrukcji obsługi...

Mam pewną swoją Teorię. Stała się mianowicie straszna rzecz, że móżdżek nie został należycie i właściwie połączony z mózgiem. Być może jest to największy kiks naszego oprogramowania. Ktoś nas źle stworzył. Z tego powodu powinniśmy jako model iść do wymiany. Gdybyśmy mieli móżdżek należycie podłączony z mózgiem, posiadalibyśmy pełną wiedzę o naszej anatomii, o tym co się dzieje w środku naszego ciała. O, mówilibyśmy sobie, spadł nam poziom potasu we krwi. Trzeci krąg szyjny ma jakieś napięcia. Marne mamy dziś ciśnienie krwi w obwodzie, trzeba się poruszać, a po wczorajszych jajkach w majonezie poziom cholesterolu został przekroczony, więc uwaga na to, co jemy.

Mamy to nasze ciało, kłopotliwy bagaż, naprawdę nic o nim nie wiemy i potrzebujemy różnych Narzędzi, żeby się dowiedzieć o najbardziej naturalnych procesach. Czy to nie skandal...? Jedyne, toporne i prymitywne Narzędzie, jakim nas obdarowano na pocieszenie, to ból" - Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych.

piątek, 22 stycznia 2010

Umiera piękno


"Płonie muzeum. Jak słoma
pali się piękno
czczone przez pokolenia.
Bezcenne
jak ciało człowieka.

Człowiekowi, który żył na świecie
tylko po to, żeby strzec muzeum,
udało się przybiec na czas.

Jeśli przeżyje, zaświadczy
dla przyszłych pokoleń,
jak pięknie umierało w płomieniach
piękno."

/Anna Świrszczyńska "Umiera piękno" /
Poetka Walczącej Warszawy

"Warszawa wyludniła się. W okresie II wojny światowej zniknęło z niej 800 tys. osób. Jedni zostali zabici, inni wysiedleni i nigdy już nie wrócili. Nieznana jest dokłada liczba wszystkich ofiar. Wiadomo, że stolica straciła 350 tys. Żydów, a około 200 tys. w większości młodych ludzi poległo lub zostało zamordowanych w czasie powstania. Zniszczenia objęły 84-85% budynków, w tym 90% zabytków, 90% obiektów przemysłowych i 70% domów mieszkalnych".
/Adam Dylewski, Warszawa i okolice/

niedziela, 10 stycznia 2010

Krowa z niezapominajkami w pysku

"Dołem, u stóp wału, pędzili krowy... Jedna z nich trzymała w pysku pęk niezapominajek - i nie połykała go". Jarosław Iwaszkiewicz, Tatarak.

Za to lubię Iwaszkiewicza. Smutna powojenna historia o śmiertelnie chorej kobiecie, która podczas wojny straciła dwóch synów, a także o młodym życiu niespodziewanie przerwanym przez nagłą śmierć. A tu - w tej niewesołej i "ibsenowskiej" scenerii - pojawia się mimochodem krowa, która niesie w pysku pęk niezapominajek i - o dziwo - nie zjada kwiatów! Jakiż symboliczny obraz. Interpretację pozostawiam czytelnikom :-)

czwartek, 7 stycznia 2010

Szczęśliwy Syzyf

"Syzyfa - głosi mit - powinniśmy sobie wyobrażać jako szczęśliwca. Bez wątpienia. Syzyf - i służba pracy - są wprawdzie wieczne, ale sama skała nie jest wieczna. Wciąż toczona po wyboistej drodze, w końcu niszczeje, i Syzyf nagle łapie się na tym, że, pogwizdując z roztargnieniem, od dawna już kopie przed sobą w pyle drogi mały szary kamień"
Imre Kertesz, Fiasko.

O szczęśliwym Syzyfie dowiadujemy się naturalnie nie z samego greckiego mitu, ale ze słynnego tekstu Alberta Camusa Mit Syzyfa. Imre Kertesz prawdopodobnie świadomie wodzi czytelnika za nos, by naprowadzić go na trop filozofa. I ja, jako czytelnik Fiaska, poszedłem za tropem węgierskiego noblisty.

Albert Camus był egzystencjalistą i uważał się za ateistę. Syzyf - według filozofa - "za pogardę dla bogów, nienawiść śmierci i umiłowanie życia zapłacił niewypowiedzianą męką: całe istnienie skupione w wysiłku, którego nic nie skończy. Oto cena jaką trzeba zapłacić za miłość tej ziemi" . Autor wyobraża sobie bohatera w momencie, kiedy schodzi z góry. Czas schodzenia "jest czasem świadomości Syzyfa". I dalej pisze Camus: "Jeśli ten mit jest tragiczny, to dlatego, że bohater jest świadomy. Bo też na czym polegałaby jego kara, jeśli przy każdym kroku podtrzymywałaby go nadzieja zwycięstwa?" Zatem Syzyf świadom jest absurdalności swej kary, nigdy nie wtoczy głazu na szczyt góry, nie ma nadziei - i na tym właśnie polega jego tragizm. Ale zrozumienie owego absurdu jest zwycięstwem Syzyfa: "Jasność widzenia, która powinna mu być udręką, to jednocześnie jego zwycięstwo (...), druzgocąca prawda ginie, gdy zostanie rozpoznana". Dlatego zejście z góry, choć w pewne dni może być cierpieniem, to jednak w inne - może być radością. "Świat jest tylko jeden, a szczęście i absurd są dziećmi tej samej ziemi. Są nierozłączne". I autor konkluduje: „Trzeba wyobrażać sobie Syzyfa szczęśliwym”.

Dla Camusa mit Syzyfa jest alegorią sytuacji człowieka w świecie. Świat jest pełen niepotrzebnego cierpienia, na które Bóg pozwala, dlatego Bóg "zostaje wygnany". Skoro Boga nie ma, los staje się sprawą człowieka. Nikt z zewnątrz nie ma wpływu na jego życie - tylko on sam. Człowiek, którego Camus nazywa "człowiekiem absurdalnym", stwierdza, iż los jest w jego rękach, gdyż Bóg nie istnieje. Z drugiej jednak strony człowiek musi umrzeć i ten fakt od niego nie zależy. Oto absurd ludzkiej egzystencji. Wobec niezrozumiałej i nieuchronnej śmierci możliwa jest tylko jedna postawa - pogarda. Według Camusa Syzyf uczy człowieka "wierności wyższej", która "neguje bogów i podnosi kamienie".

Albert Camus, urodził się 7 listopada 1913 r. w skolonizowanej przez Francuzów Algierii, zginął w wypadku samochodowym 4 stycznia 1960 r we Francji.

niedziela, 3 stycznia 2010

Bąbelki na molo

Ostatni dzień 2009 roku zaskoczył nas nieoczekiwanym pomysłem na spędzenie Sylwestra nad morzem. Ruszyliśmy z domu o 16.00, by Nowy Rok powitać na sopockim molo, popijając z gwinta owocowe wino z bąbelkami, zwane szumnie szampanem :-) Naszemu nocnemu spacerowi po plaży towarzyszyła czarodziejska pełnia księżyca, a atmosfera była magiczna. Oj, pięknie smakuje realizowanie spontanicznych pomysłów! Wszystko się do nas uśmiechało, nawet oświetlone lampkami kutry rybackie. Życzymy Wam i sobie w dopiero co rozpoczętym 2010 roku jak najwięcej cudownie niespodzianych pomysłów oraz sił i odwagi do ich realizacji !!!

wtorek, 29 grudnia 2009

Wymaszerować można wszystko

Te właśnie nogi wędrowały dzisiaj dzielnie przez Puszczę Kampinoską w okolicach cmentarza w Palmirach. Cichość lasu, świeże powietrze i trochę zmęczenia to jak się okazało najlepszy sposób na wszelkie niezidentyfikowane smutki trapiące bez sensu i przyczyny. Jak to mawiała Afonia, bohaterka ostatniego filmu J. J. Kolskiego, wymaszerować można wszystko. Dzisiaj zadziałało :)

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Śnieg

"śnieg przychodzi do nas ze świata innego
leczy nerwy za darmo
lepi z ciotki anioła
nie pamięta złego"

fragment wiersza "Śnieg" ks. Jana Twardowskiego

Kto by się spodziewał powrotu zimy po tej niemal wielkanocnej, wiosennej aurze, którą miało w tym roku nasze Boże Narodzenie? A dzisiaj niespodzianka. Otwieram oczy i zerkam przez okno, a tu inny świat. Biało i śnieżnie. Z nieba sypie od rana bez przerwy, nie widać końca tego szaleństwa. Okolica zasypana coraz grubszą, białą, wyciszającą pierzynką. Spacer w śniegu koi nerwy i raduje oczy. Świat cudownie wypiękniał. A nasz Emek ponownie przywdział śniegowy, puchaty szlafrok.

piątek, 25 grudnia 2009

Uratowana przez Święta

Już jest i trwa - kolejne Boże Narodzenie. Jak to się dzieje, że przychodzi jakby zbyt prędko? Przecież dopiero co wysyłaliśmy życzenia świąteczne AD 2008... W tym roku niestety od końca listopada dałam się złapać w kilkutygodniową pułapkę przepracowania, która skutecznie pozbawiła mnie cząstki życia prywatnego i odbierała czas wolny. Stąd moje milczenie i tu, na Zarysowniku... Czuję, że w ostatnim momencie uratowały mnie z tego niezdrowego szaleństwa Święta. Jak to dobrze, że się pojawiły, że są, że jeszcze trwają! Dzisiaj, już po wigilii z najbliższymi, po pięknej pasterce, po świątecznym spotkaniu z rodziną wiem, że dostałam w prezencie nową siłę! Boże Narodzenie dało mi radość, spokój i wyciszenie. Czuję, że jestem w stanie wszystko na nowo w sobie poukładać. I teraz, przed północą, kiedy patrzę na naszą choinkę ubraną w gwiazdki z piernika, ze słomy, z papieru, w kolczate jeże z bibuły, gdy zerkam na jemiołę zawieszoną na ścianie, gdy nucę sobie pod nosem kolędy, popijam pachnącą goździkami i imbirem herbatę, gdy widzę twarze wszystkich, którzy odwiedzili nas od wczoraj - czuję, że jestem cudownie szczęśliwa :)

Na Święta


Życzymy Wam na Boże Narodzenie 2009 oraz Nowy Rok 2010 pięknego daru niespieszności. Daru, który daje dystans, spokój oraz pozwala w tym co pospolite, co nas otacza, w codzienności dojrzeć to, co jest unikalne i cudowne. Bo cud najczęściej jest zupełnie cichy. Tak jak narodziny Jezusa.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Choinka - czyli o tym jak Niemcy nam drzewo wciskali

Choinkowa tradycja, jak wiadomo, przywędrowała do nas z terenów niemieckich w okresie zaborów. Mało kto jednak w katolickiej Polsce wie, że to niemieccy protestanci rozpowszechnili zwyczaj stawiania i przystrajania choinki w wigilię Bożego Narodzenia. Nie kto inny, jak Marcin Luter był wielkim propagatorem tej tradycji.

Skąd u niemieckich protestantów pomysł, by ścinać upatrzonego w lesie iglaka i wciągać do domu? Nie do końca wiadomo. Niektórzy powołują się na związek z drzewami z biblijnego raju, inni na odniesienie do drzewa krzyża, a jeszcze inni przytaczają ten wers z Księgi Izajasza: "Chwała Libanu do ciebie przyjdzie, jodła i bukszpan, i sosna społem, aby przyozdobić miejsce świętości mojej" (Iz 60,13).

Ale wróćmy do pierwszego zdania tego tekstu: Choinkowa tradycja, jak wiadomo, przywędrowała do nas z terenów niemieckich w okresie zaborów. Jak to - w okresie zaborów Polacy przejęli jakiś zwyczaj od okupanta??? Na nasze usprawiedliwienie dodajmy, że pośrednikiem w tym dziwnym transferze kulturowym byli niemieccy mieszczanie zamieszkujący miasta Wielkopolski. Od nich to właśnie moda poszła na cały kraj. Moda? Ano zacytuję mistrza Kopalińskiego: "Zwyczaj rozpowszechnił się w Europie i Ameryce Płn. w okresie mody na rzeczy niemieckie po ślubie brytyjskiej królowej Wiktorii w 1840 z niemieckim księciem Albertem Sachsen-Coburg-Gotha, a w XX w. również w świecie niechrześcijańskim, np. w Japonii". Wygląda na to, że w owych czasach wpływ ówczesnych celebrytów na kulturę masową był porównywalny do obecnego... A niech tam, dobre wzory brać można nawet od wroga :-)

Trzeba jeszcze wspomnieć, że najbardziej opornym terenem na element obcy kulturowo była polska wieś. W wiejskich domach tak na dobre choinka zadomowiła się dopiero po drugiej wojnie światowej. Stało się tak nie bez przyczyny. Otóż nasza wieś od wieków pielęgnowała własną odrębną tradycję - podłaźniki lub podłaźniczki. Były to boże drzewka, gałęzie świerku, sosny lub jodły, które wieszano pod pułapem izby i ozdabiano wszystkim, co oznaczało życie - jabłkami, cukierkami, piernikami, herbatnikami, orzechami i "światkami" z opłatków.

Ufff na szczęście, gdy człowiek zobaczy pod choinką prezenty, to już nic z tego wszystkiego, co powyżej napisałem nie będzie pamiętał...

niedziela, 20 grudnia 2009

Dziwne pytania na okres przedświąteczny

Z przyczyn niejasnych,
w okolicznościach nieznanych
Byt Idealny przestał sobie wystarczać.

Mógł przecież trwać i trwać bez końca,
ociosany w ciemności, wykuty w jasności,
w swoich sennych nad światem ogrodach.

Czemu, u licha, zaczął szukać wrażeń
w złym towarzystwie materii?

Na co mu naśladowcy
niewydarzeni, pechowi,
bez widoków na wieczność?

Wisława Szymborska, z wiersza Platon, czyli dlaczego, z tomu Chwila.

Takie pytania zadaję sobie wraz z poetką w przeddzień święta Bożego Narodzenia. Jakie motywy stały za niezwykle ryzykowną decyzją, by Bóg stał się człowiekiem? Jakie wydarzenia miały na to wpływ - Sodoma i Gomora czy może wręcz przeciwnie: wielka wiara patriarchów i proroków? Kiedy ta decyzja została podjęta - czy stwarzając świat, Bóg już wtedy wiedział, że pewnego dnia pośle swego syna na ziemię? I dalej - czy już wtedy wiedział, że ludzie go ukrzyżują?

A teraz inna perspektywa pytań. Skoro Bóg stał się człowiekiem, a element boski konsekwentnie żyje w nas wszystkich, to czy możliwe jest tak dokładne zniszczenie tegoż elementu, by skazać się na wieczne potępienie? Czy można wyobrazić sobie zatem, że piekło jest puste? Skoro Bóg tak doskonale zjednoczył się z ludzką materią, skoro jest bytowo tak blisko mnie, to właściwie o co mi chodzi w tych wszystkich pytaniach?

niedziela, 13 grudnia 2009

Spoza nas

Skąd w nas (niektórych) jest pragnienie mitu, wiary, odniesienia do sfery spoza nas? Odpowiedzi mamy zapewne całe mnóstwo, dziś przytoczę dwie ciekawe myśli. Skąd te pragnienia? Z nieodpartej potrzeby sensu oraz bardzo ludzkiego poszukiwania szczęścia.

Czytam Obecność mitu Leszka Kołakowskiego. To jedna z dwóch, wedle opinii filozofa, najważniejszych jego prac. Pisana była w latach 1966-67, a zatem w czasie, gdy Kołakowski miał opinię najzacieklejszego rewizjonisty komunizmu, a jego pisma cenzura objęła zakazem druku. Jaki jest według niego motyw potrzeby mitu?

To pragnienie unieruchomienia czasu fizycznego przez nałożenie nań mitycznej formy, tj. takiej, która pozwala w przepływie rzeczy dopatrywać się nie przemiany tylko, lecz kumulacji, albo pozwala wierzyć, że to, co minione, przechowuje się - co do wartości - w tym, co trwa; że fakty nie są faktami tylko, lecz cegiełkami świata wartości, które można ocalić bez względu na nieodwracalność zdarzeń. Wiara w celowy ład, utajony w potoku doświadczenia, daje nam prawo sądzić, że w tym, co przemija - rośnie i przechowuje się coś, co nie przemija właśnie; że w nietrwałości wydarzeń kapitalizuje się niewidoczny wprost sens, że więc rozkład i zniszczenie dotykają tylko widomej warstwy istnienia, nie dotykając drugiej, odpornej na ruinę.

Inną ciekawą myśl wypowiada Wacław Oszajca, warszawski jezuita. Uważa on, że kto choć raz szczęścia posmakował, już o nim nie może zapomnieć, gdyż to doznanie powoduje w nim głód szczęścia coraz większego, coraz pełniejszego, a w konsekwencji - szczęścia wiecznego. Stąd wiara. Wiara nie ze strachu lub na wszelki wypadek, ale wiara z pragnienia szczęścia.

sobota, 12 grudnia 2009

Midrasz o winie

Gdy Noe zabrał się po potopie do sadzenia, pojawił się zaraz Szatan i zapytał go: – Co sadzisz? A on odpowiedział: – Winnicę. – A co się z tego robi, zapytał Szatan. – Jeśli owoce są słodkie, można z nich zrobić wino, które przynosi sercu radość. Wtedy Szatan zapytał: – Czy moglibyśmy razem sadzić, ty i ja? Noe się zgodził.

Co uczynił Szatan? Przyprowadził owcę i zabił ją w winnicy, potem przywiódł lwa i też go tam zaszlachtował, dalej sprowadził małpę i ją zarżnął, a na koniec zabił świnię. Potem zmieszał krew tych zwierząt z winem i zwrócił się do Noego: – Gdy ktoś pije jedną szklankę, jest jak owieczka, skromny i łagodny. Gdy dwie, czuje się potężny i silny jak lew, zaczyna gadać dumny i wyniosły, powiadając: kto się ze mną zmierzy! Gdy trzy, staje się jak małpa, tańczy, podskakuje i poniża swoje usta, udając, że wie to, czego nie wie. Gdy jednak wypija cztery szklanice i więcej, jak świnia tarza się w błocie i brudzie.
(Tygodnik Powszechny nr 24, 14 czerwca 2009)

czwartek, 10 grudnia 2009

Miłosz na jesień

Bieg
Radosny mój bieg po ciemnych parkach jesienią,
Kiedy na ścieżkach igliwie albo szelest liści,
I polany pod dębami pustoszeją,
Gasną sine oka telewizji.

Takiej lekkości kroków nigdy nie miałem,
Chyba dawno, w moje poranki ośmioletniego.
Uniesiony nad ziemię, napojony światłem,
Nie ustaję w napowietrznym biegu.

Nieżyczliwie mnie wita przebudzona jawa.
W dzień o lasce powoli pełznę, astmatyczny.
Ale noc mnie na długie podróże wyprawia
I tam, jak na początku, świat nowy i śliczny.

Czesław Miłosz, z tomu To