niedziela, 7 maja 2017

Lwowskie migawki

Lwów. Znaleźliśmy się w nim przez opatrznościowe zbiegi okoliczności. Dane nam było w nim świętować 11 rocznicę naszej małżeńskiej podróży przez życie. Przez pięć dni wędrowaliśmy wzdłuż i wszerz lwowskimi ulicami i uliczkami, wydreptaliśmy tymi spacerami prawie 73 kilometry.

Rozglądaliśmy się z zachwytem wokoło. Tyle pięknych kamienic, tyle uroczych architektonicznych szczegółów, drobiazgów przyciągających wzrok. Tyle części miasta odnowionych i jeszcze więcej czekających z nadzieją na troskliwy remont. Płaczące odpadającą farbą sztukaterie czy zaniedbane podwórka chwytające za serce. Nad ulicami plątanina drutów i zawieszone na nich na środku ulicy proste lampy i tramwaje jeżdżące przez środek rynku.

Zapuszczaliśmy spojrzenia w otwarte bramy, w miejskie zakamarki, nogi wiodły nas szlakami nie zawsze turystycznymi. I to jest cenne, bo widzieliśmy miasto od kuchni. Chodziliśmy pod prąd mijając tłoczne promenady. Patrzyliśmy w oczy pięknych ikon, modliliśmy się w ciszy ormiańskiej katedry, która stała się nam chyba najbardziej bliska.

Milczeliśmy w przestrzeni pamięci po żydowskiej dzielnicy Lwowa oraz w ciszy przemierzając Cmentarz Łyczakowski. Korzystając z krótkiego słonecznego przebłysku wdrapaliśmy się na punkt widokowy ratuszowej wieży, by zachwycić się widokami miasta jeszcze bardziej.

Czuć, że Lwów tętni historią. Tropiliśmy dawne ślady polskości, jednocześnie z pełną świadomością kibicując odradzaniu się ukraińskiej tożsamości. Było nam swojsko, było nam dobrze. Na swojej drodze spotkaliśmy przemiłych ludzi. Znaleźliśmy nasze ulubione miejsce kawiarniane na lwowskim rynku, do którego chciało się wracać i wracać. Czujemy, że jeszcze kiedyś ze Lwowem się spotkamy :)


Kamienice na lwowskim rynku.

Lwów.

Kamienica Czarna przy lwowskim rynku.

Cmentarz Łyczakowski.

Lwowskie zakamarki.


Lwowska ulica.

29 kwietnia 2017 - nasza 11 rocznica ślubu.

Panorama Lwowa z ratuszowej wieży.

Lwów i my :) na ratuszowej wieży.

Lwów z ratuszowej wieży.

Drabina do nieba.

Lwowska ulica.

Lwowska starówka z ratuszowej wieży.

Cmentarz Łyczakowski.

Lwowska ulica.

Lwów.

Pomnik ku czci ofiar represji politycznych 1941 r.

Katedra Ormiańska. Lwów.

Poruszająca polichromia "Pogrzeb św. Odilona" autorstwa Jana Henryka Rosena, Katedra Ormiańska, Lwów.

Katerda Ormiańska. Lwów.

Bojkowski krzyż przydrożny. Skansen we Lwowie.

Skansen we Lwowie. Cerkiew łemkowska.

Przed byłym kościołem sióstr Benedyktynek.

Tyle detali. Lwów.

Lwów.

Lwowskie zakamarki.

Sielsko. Skansen we Lwowie.

Kaplica Boimów. Lwów.

Lwów.

Lwowskie widoki.

Teatr Wielki i Opera. Lwów.

Uliczki Lwowa.

Dawny kościoł dominikański. Lwów.

Łzy w sałatce



Siedzieliśmy przy kawiarnianym stoliku, pod parasolem dającym trochę cienia. Lwowski rynek tętniący gwarem. Cieszyliśmy się ostatnimi chwilami naszej lwowskiej majówki, błękitnym niebem i tym pięknym słońcem, które zaszczyciło nas swoją obecnością dodając wszystkiemu wokół tyle kolorów.

Brama wejściowa do kamienicy widoczna tuż obok była zdecydowanie bardziej niebieska niż kiedy mijaliśmy ją wcześniej. Drewniane okrągłe stoliczki miały blaty wypolerowane do żywego ze starych warstw lakieru, o lekko chropowatej powierzchni, którą czuć było gdy musnęło się stolik opuszkami palców. Delektowaliśmy się chwilą, tym czasem i szczęściem nam danym tu i teraz. Wertowaliśmy przewodniki, przeglądałam zrobione już zdjęcia, obserwowaliśmy z uśmiechami lwowski świat popijając dobrą kawę i planując ostatni przed wyjazdem spacer.

W tym przelewającym się wokół nas szmerze rozmów, gwarze rynku, ulic, różnych języków uchwyciłam coś, co mnie poruszyło, wytrąciło z wartko płynącego nurtu. To były szybko wypowiadane słowa przetykane łzami. Łamiący się szept. Jego źródło było tuż obok mnie, przy sąsiednim stoliku, nieco za moimi plecami. Odwróciłam się dyskretnie, bo odkąd wyłapałam te emocje wiszące tuż obok w moich uszach odgłos płaczu prowadził moje myśli. Spojrzałam tylko raz, przez krótką, kilkusekundową chwilę, by nie zakłócać cudzej intymności. Utrwaliłam w sobie tę scenę, scenę której byłam nieoczekiwanym świadkiem na zalanym słońcem lwowskim rynku.

Spotkanie dwóch młodych dziewczyn. Na ich stoliku nie tknięty głęboki talerz z zieloną sałatką, filiżanka z nie wypitą jeszcze kawą, dwie szklanki wody z wkrojonymi plasterkami cytryny. Jedna z kobiet siedzi podparta łokciami o drewniany blat stolika i uważnie słucha przechylając głowę i patrząc z troską. Druga przysiadła na krześle tuż obok. Zrobiła to w jakimś gnającym ją wewnętrznym pośpiechu, bo nawet nie zdjęła szarego płaszcza zbyt ciepłego jak na dzisiejszy słoneczny dzień, na kolanach trzymała dużą, czarną torebkę. W palcach kurczowo ściskała mokrą coraz bardziej od łez chusteczkę. Zapłakaną twarz przesłaniały delikatnie uciekające zza ucha niesforne kosmyki lekko kręconych, sięgających do ramion, rozpuszczonych, ciemnych włosów. Padały z jej ust niezrozumiałe dla mnie słowa, ale to nie ma znaczenia - nie chciałam i nie potrzebowałam ich rozumieć.

Urwana, szeptana opowieść o czymś trudnym, bolesnym, czymś co wyciska z oczu łzy rozpaczy i bezradności. Ten moment, gdy chce się to wszystko opowiedzieć komuś bliskiemu jak się da najszybciej, chce się być wysłuchanym tu i teraz, dlatego przysiada się na skraju kawiarnianego, drewnianego krzesła i wyrzuca z siebie kolejne słowa zmoczone słonymi, gorącymi łzami; gdy coraz trudniej się oddycha przez zapchany nos i usilnie, podświadomie walczy się by przez to płakanie nie rozmazał się makijaż. Ten czas, gdy nic wokoło nie ma znaczenia, ani ludzkie ukradkowe spojrzenia, ani ruchliwe miejsce, ani to, że łzy kapią do nietkniętej sałatki. Czas jakby przez chwilę zatrzymał się na rynku we Lwowie, w którym przy kawiarnianych stolikach sąsiadowały ze sobą jej łzy i tajemnicza opowieść oraz nasze małżeńskie szczęście. Mikstura życia.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Wielkanoc 2017



Alleluja! Grób Pański już pusty.

Życzymy Wam by Ten, który Zmartwychwstał dawał nam wszystkim nowe spojrzenie na życie, by ożywiał w nas miłość, dobro i nadzieję. Pięknego czasu!  
Hania i Konrad

sobota, 4 marca 2017

Przeprowadzki

Wreszcie było - wyczekane, wypracowane z trudem początku lat osiemdziesiątych, mieszkanie czteropokojowe na nowo budowanym osiedlu. Małżeństwo z dwójką małych dzieci mieszkające do tej pory z Babcią szykuje się na zmiany. On lat 35, Ona lat 33 przed nimi coś, co zowie się świetlaną przyszłością.

Będą wreszcie na swoim, po swojemu, u siebie całkiem. Ogromna radość. Może jakieś ziarnko niepewności, jak sobie poradzą. Pakowanie starego życia z grochowskiej kamienicy, dziesiątki pięknie zapakowanych kartonowych pudeł, oznaczonych flamastrami. Wyciekały ze starego mieszkania jak strumień, przechodziły z rąk do rąk bliskich przyjaciół pomagających z całych sił w przeprowadzce. Przenosili, przewozili, wspierali, cieszyli się ich radością.

Nowe mieszkanie pachnące farbą, z niebieskimi kwadratami płytek PCV i kafelkami w łazience, na które nie można było wybrzydzać. Biała pustka pokoi oswajana. Zasiedlana stopniowo w miarę możliwości i sił. Na początek starzy towarzysze pamiętający dawne czasy: narożnik w salonie, regały meblościanki, szafki w kuchni, stół, krzesła, zielone szafeczki z szufladami. Jeden pokój dla małych dziewczynek, salon będący tymczasowo jednocześnie małżeńska sypialnią, w dwóch kolejnych składowisko rzeczy różnych.

Znikały kartony, których zawartość rozpływała i ukrywała się gdzieś tajemniczo w przestrzeni. Potem On rysował autorskie projekty zabudowy wnętrza, optymalne wykorzystanie przestrzeni - szafy w przedpokoju, pawlacze, półki na książki po bokach okien. Złota rączka, najlepszy na świecie “Zoś samoś”. Było więc mierzenie, kupowanie, wożenie autobusem, bo samochodu brak - wielu metrów sześciennych boazeri. A potem piłowanie, szlifowanie, wiercenie, chłodzenie rozgrzanych wierteł i masa złamanych w twardym jak skała betonie. Było pożyczanie błogosławionych wiertarek z udarem, wbijanie setek kołków.

Było i towarzystwo małych Córek-pomocników, które nie bały się papieru ściernego i dzielnie wygładzały wręczone im deseczki, nauczyły się posługiwać młotkiem, były też cennymi “odważnikami” i “trzymaczami”. Ściany za budowanymi szafami, zanim stawały się na wiele lat zakryte, utrwalały chwilę - datę bieżącą, jakieś hasło, wzrost dziewczynek. Takie skarby na przyszłość - jak zakopane skrzynki z przekazem dla przyszłych pokoleń. Mieszkanie ożywało, wypełniane rodzinnym życiem, miłością w codzienności, gotowaniem, kolejnymi świętami, szczerym śmiechem, złościami, przyjaciółmi, łzami czy sprzeczkami.

Przez kolejne dwadzieścia lat zmieniało ono swoje oblicze: drewniana mozaika na podłodze zamiast płytek pcv, salon stał się salonem, On i Ona mieli już swoją sypialnię z prawdziwego zdarzenia, a narożnik zniknął z ich życia, dziewczynki miały osobne pokoje. Było wspólne malowanie, w którym dali się ponieść porzuceniu białych ścian na rzecz delikatnych pasteli. Kuchnia dostała w prezencie nowe szafki. Przestrzeń mieszkania, wszystkie jego ściany chłonęły toczące się w nim życie. Patrzyły milcząco na upływ czasu, towarzyszyły: dzieciom - w dojrzewaniu i nauce od podstawówki przez licea po studia, Jemu w zmianach pracy, Jej w problemach ze zdrowiem. Było ich przestrzenią, budowaną z mozołem, cenną i bliską.

Gdy On miał 57, a Ona 55 lat, zaczęli swoje życie w tym mieszkaniu od nowa. Obie córki wyszły za mąż. Mieli dom dla siebie, czas dla siebie, który wykorzystywali coraz bardziej na codzienną, mozolną walkę z Jej chorobą - a ta nie dawała o sobie zapomnieć i panoszyła się coraz bardziej. W Jej cierpieniu był błysk radości - pierwsza wnuczka, wspólne rodzinne święta, w coraz większym, pączkującym gronie. Mieszkanie wypełniało się gwarem rozmów, serdecznością i śmiechem.

Przyszła sierpniowa noc, gdy On, niespełna 60 letni, został sam w mieszkaniu, w sypialni, w której odeszła Ona. Był przy niej do końca. Cisza. Ciemność. Moment, który zmienił wszystko. Od tamtej pory nic nie było już takie samo. Nie ma pełni, nie ma bliskości, nie ma rozmowy, nie ma małżeńskiej wspólnoty. Ból. Tęsknota. Oswajanie słowa nie chcącego przejść przez gardło - wdowiec.

Zaproponował, by dzieliła z nim mieszkanie córka z powiększającą się rodziną. Tak było rozsądniej, najlepiej. Czekał w tym czasie na budujące się jeszcze nowe miejsce dla siebie - jak kiedyś, dawno temu. Pomagał z trójką wnucząt, które zawsze o każdej porze mogły zapukać do jego pokoju.

Teraz Oni - młodzi, chcieli się zadomowić, oswoić, poczuć jak u siebie w tych czterech kątach. Za Jego zgodą odnawiali to dwudziestopięcioletnie mieszkanie. Zdejmowali boazerię, kładzioną wcześniej Jego rękami, malowali ściany. Oddawali niepotrzebne przedmioty, robili porządki wprowadzając do tego starego wnętrza swoje życie i dziecięcy rozgardiasz. On zbierał to, co chce zatrzymać i przenieść dalej, w nowe miejsce ze sobą za trochę. Towarzysze z przeszłości, pamiątki.  Proces oddawania przestrzeni,  topnienia elementów starego, nieistniejącego już życia - tego sprzed Jej odejścia. Wewnętrznie bolało. Podświadomie kuło. Wpisywało się w przeżywanie żałoby i szukanie nowego początku. Przysparzało milczenia.

Wycofywał się powoli i pomału do swojego nowego, mniejszego mieszkania. Oni nie naciskali wiedząc, że przeprowadzka jest dla Niego trudna, opuszcza swoje kąty, swój dotychczasowy świat, wspomnienia. Przenosił się po cichu, po trochu, bez łańcucha przyjaciół, którzy ponosiliby mu kolejne kartony z zapakowanym życiem. Dużo się zmieniło. On się zmienił. Przeżywał po swojemu - milczał.

Jego nowe mieszkanie uświęcone zostało w grudniu pierwszymi, rodzinnymi świętami. To była Jego piękna propozycja. Gwarno, swojsko, dobrze. Czy teraz już może się czuć tu jak u siebie? Jeszcze testował, przymierzał się powoli, dowoził brakujące rzeczy.

Ostatnio nieśmiało oznajmił: To już czas - jadę tam nocować i zostaję.

Dzwoniłam do niego wieczorem,  gdy właśnie w nowej kuchni szykował sobie kanapki do pracy na kolejny dzień.  Jak się czujesz w Twoim nowym miejscu, Tato? - zapytałam. Dobrze… choć jest jakoś inaczej - odpowiedział.

Mając 65 lat, zaczął nowe życie, w nowej przestrzeni, całej jego, urządzonej tak, jak chciał, wypełnionej skrawkami przeszłości.

Z całego serca życzę ci, Tato, byś potrafił zapełniać ją szczęściem. Zasługujesz na to.

sobota, 25 lutego 2017

Aerozol morski


Uciekliśmy na chwilę od codziennego pędu, światowego zwariowania i rutyny. Wybraliśmy morze. Pojechaliśmy odkrywać inne, drugie życie nadbałtyckich nadmorskich miejscowości - inne niż to, tak nam dobrze znane w sezonie letnim (Ucieczki).

Ten nadmorski, upalny zgiełk, gwar, tłok i natłok, od którego zawsze i tak staraliśmy się uciekać jak najdalej - teraz w lutym nie istnieje. Zatem miejsce dla nas idealne. Trafliśmy w sam środek spokoju. Plaża momentami pusta po horyzont albo z pojedynczymi ludzkimi postaciami dzielnie maszerującymi w ciszy wzdłuż brzegu. Jest niespieszność, jest spokój.

Oddech pełną piersią, bałtycki aerozol wypełniający głowy, owiewający twarze, szum fal, szmer wiatru, twardy, ubity zimny piasek pod butami zapisujący na chwilę historię życia morza. Zamiast zamków z piasku - naturalne kształty zbudowane przez wiatr. Taka wiatru zabawa z tym, co pod ręką: miliardami miliardów ziarenek piasku, muszelek i obłych, wypieszczonych przez morską wodę kamyków, które najpierw utuliła, a potem porzuciła jakby nigdy nic na brzegu…



Nie przeszkadza kilkudniowa szarość, mgła czy mżawka. Radość tym większą sprawia wtedy choć chwila słońca i skrawek błękitnego nieba. Wędrujemy dzielnie przez kolejne kilometry plaży, idziemy przed siebie trzymając się za ręce. Chłoniemy to, co nas otacza, dźwięki natury. Porozumiewamy się tylko spojrzeniami, by nie burzyć tego, w czym uczestniczymy. A można zobaczyć wiele - choćby “kształt” wiatru zaklętego w wijące się tajemniczo wokół nas smugi pędzącego w nieznane piasku.



Z każdym kolejnym krokiem wlewa się w nas szumiący spokój, wypycha z głowy kłębiące się chaosy myśli. Czujemy, że nasze istnienie w obliczu całej tej potęgi żywiołów i czasu, to nic - takie małe ziarnko piasku. Dajemy się więc porwać Duchowi.





niedziela, 8 stycznia 2017

Praprababcia Klementyna




Co jakiś czas mam ochotę cofnąć się w czasie. Wyciągam wtedy nieco starych rodzinnych zdjęć, które znalazły u mnie schronienie. Miałam nadzieję odnaleźć jakieś zdjęcia zimowe, które pasowałby do dzisiejszej mroźnej aury. Ale zupełnie nieoczekiwanie w jednej z kopert natrafiłam na kilka zdjęć, których - jestem pewna - nigdy wcześniej nie widziałam. Przekładając różne odziedziczone papiery i dokumenty, musiałam ją jakoś dotychczas skutecznie pomijać.

I właśnie dzisiaj, w zimowy wieczór spotkałam moją praprababcie Klementynę - w słonecznym parku. Szeroka alejka, szum liści, drewniana ławka z zakręconymi ozdobnie okuciami. A ona przysiadła na chwilę, oświetlona słońcem. Jest lekki wiaterek - gdyż widać falujące jej na karku niteczki siwych włosów, których najwyraźniej nie udało się wpiąć do małego koczka z tyłu głowy. Jak zawsze - co wiem z rodzinnych opowieści - ubrana jest w długą, ciemną suknię, która ma jednak jakiś delikatny wzorek i małą falbankę na piersi.

Siedzi prosto, zamyślona delikatnie, patrzy gdzieś w bok tak łagodnie zatroskana. W prawej dłoni trzyma jakiś owoc. Lewą podtrzymuje delikatnie małą dziewczynkę w jasnej sukience, która mruży oczy od słońca. Przed chwilą pewnie biegała po parku i zrywała z trawnika stokrotki - bo w małej piąstce wypatrzyłam jakieś kwiatki. Za plecami prababci Klementyny widać przewieszone przez oparcie ławki jakieś rzeczy - może zabrane na wszelki wypadek okrycie? Z kim była na tym spacerze - może z rodzicami dziewczynki? Kto zrobił to piękne zdjęcie?

Opis z tyłu zdjęcia, w którym rozpoznaję bezbłędnie pismo mojej Babci bardzo krótki: Babcia Klimcia z Lilą córką Ciotki Włady.  Moją praprababcię nazywano czule Klimcią. Była babcią mojej babci. Władysława to młodsza córka Klementyny, a rodzona siostra Emilii (która była moją prababcią). Lila (faktycznie Irena Zofia) to córka Włady urodzona w ostatnich dniach września 1929 r. w Warszawie.

Dziewczynka, którą moja praprababcia trzyma na kolanach, ma pewnie ze 2 lata i jest jedną z jej młodszych wnuczek. Ponieważ aura na zdjęciu jest zdecydowania ciepła, zatem wydaje mi się, że zdjęcie musiało być robione w 1931 roku. Praprababcia Klementyna ma wtedy 67 lat.


piątek, 6 stycznia 2017

Kadzidło i kreda

W uroczystość Trzech Króli zawsze wraca do mnie jedno ze wspomnień z dzieciństwa. Za oknem śnieg i ciemno, warszawskie rodzinne mieszkanie na Grochowie rozjaśnione ciepłym światłem. Jest i spora, żywa choinka rozświetlona kolorowymi lampkami przyczepionymi klipsami do gałązek, otulona przezroczystym „włosem anielskim” oraz kłaczkami waty udającymi śnieg.

Jest i szufelka do węgla (używana na co dzień do kuchni z fajerkami) w ręku Babci. Na niej kilka rozżarzonych węgielków wyjętych z kuchennego paleniska i ten zapach, tak specyficzny: żywiczno-ziołowy. Szare stróżki dymu unoszące się do góry, oplatające Babcię esami-floresami, mknące do sufitu, widoczne w świetle lamp. Dziwna obecność.

Babcia szła, a ja za nią dreptałam krok w krok, ciągle nie mogąc nadziwić się temu zapachowi pojawiającemu się w naszym mieszkaniu tylko raz w roku. Szła z pokoju do pokoju, trzymając przed sobą szufelkę, kreśliła nią w powietrzu znak krzyża i prosiła o błogosławieństwo. Czułam, że dzieje się coś ważnego; coś, czego nie umiałam wtedy wytłumaczyć; że ten pachnący dym ma sprawić, iż będzie nam tutaj wszystkim lepiej i że nas w jakiś sposób ochroni.

Dopiero po tej czynności odbywało się rytualne pisanie białą kredą na drzwiach. Równe, zgrabne literki i cyfry roku – kreślone ręką Babci. Pamiętam, że zawsze odbywało się to niejako komisyjnie – by potwierdzić, czy jest ładnie i równo. Taki stempel na naszych drzwiach.... więcej na Aleteia.pl.

Misterium kobiet

Chore, ułomne ciało, niedołężność starości odzierającej je każdego dnia coraz bardziej ze złudzeń o samodzielności. A ta wydaje się istotą wolności.

Dostałam pewnego rodzaju dar - tak to traktuję. W jakiś zupełnie naturalny sposób wielokrotnie wkraczałam w łazienkowe, szpitalne lub domowe, misterium bliskich mi kobiet. Jak się tylko da najciszej. Próbując stawać się niewidzialną, towarzyszyłam im w czynnościach bardzo intymnych. Stawałam się ich dawnymi sprawnymi rękami, dawałam im swoją siłę. W zamian otrzymywałam czułe, wdzięczne spojrzenia, których nigdy nie zapomnę.

***
Posadziłam Ją na siedzeniu chodzika w łazience, tuż przy szpitalnej umywalce. Plan - wieczorna toaleta. Ręce ma coraz mniej sprawne, a nie można zamoczyć wenflonu umiejscowionego na wierzchu dłoni. Ogarnia Ją jakaś smutna bezradność. Otulam ją ręcznikiem, by nie zmoczyć koszuli nocnej, sama moczę myjkę w ciepłej wodzie i delikatnie przecieram jej tak bardzo naznaczone zmarszczkami czoło, gładszą szyję. Przyjemnie, świeżo. Zamyka oczy z ulgą.

Tak niewiele potrzeba? Ożywia się trochę. Dostaję instrukcję, że w kosmetyczce jest krem do twarzy. Faktycznie. Podaję. Z małymi trudnościami, ale odkręca pokrywkę. Nabiera białej konsystencji na wskazujący palec. Przykucnęłam przy Niej i trzymam lusterko tak, by mogła zobaczyć swoją twarz. Obserwuję ją zza lusterka. Nakłada krem na nos, na czoło, na policzki. Rozsmarowuje go, podejrzliwie zerkając na swoje odbicie, marszczy brwi, wzdycha, kręci głową z niedowierzaniem. Delikatnie wklepuje krem w skórę, tak jak robiła to pewnie zawsze w zaciszu swojej domowej łazienki. Czy widzi tak jak ja, w tym zimnym świetlówkowym świetle, że ma coraz bardziej zabarwioną na żółto skórę?

Czas na mycie zębów. Mamy plastikowy kubek, nałożoną na szczoteczkę pastę. Trzymam je w rękach. Nachyla głowę nieco nad umywalkę. Zastyga. W ciszy rozpiętej między nami czuję ogromne wahanie. Zerka na mnie kątem oka. Bada mnie wzrokiem, wyraźnie bije się z myślami. Uśmiecham się delikatnie. Ona podejmuje decyzję. Tak. Niech tak będzie. Po raz pierwszy zobaczę ją inną… Nie taką, jaką widziałam odkąd sięgam pamięcią. Sprawnie wyjmuje wyuczonymi przez dziesiątki lat ruchami dwie części protezy zębowej. Trzyma je jak skarby w dłoni tuż nad umywalką. Odwraca głowę w moją stronę. W oczach błyszczy całkowita bezbronność. Jest bezzębną babuleńką z wystającą spiczastą brodą i gołymi dziąsłami. Poznałam Jej drugie bardzo intymne “ja”.

***
Wprowadziłam Ją pod rękę do małej łazienki z prysznicem. Miała trudności by się schylić. Klękam więc ja, a ona podnosi powoli jedną spuchniętą nogę, potem drugą - ściągam jej skarpetki. Dwie bose stopy na miękkim dywaniku. Zmęczone noszeniem ponad siedemdziesięcioletniego ciała, sękate, wykrzywione, suche, z grubymi paznokciami. Przeszły tyle kilometrów życia. Pomagam jej zdjąć szlafrok. Od jej chorego ciała oddziela mnie tylko bawełniana koszula nocna. Nie widziałam jej nigdy nagiej, choć znam Ją całe moje życie.

W milczeniu pomagam Jej zdjąć przez głowę koszulę. Czochra jeszcze bardziej krótkie włosy, które z boku wyleżały się, zmierzwiły nieco od całodniowego leżenia na poduszce i sterczą zabawnie. Pomagam jej zrobić krok do prysznicowego brodzika. Stoi przygarbiona, opierając się dwiema rękami o przeciwległe, narożne ściany. W ciszy czeka na strumień ciepłej wody i orzeźwienie. Widzę, że zamyka oczy gdy zaczynam ją polewać prysznicem i mydlić jej gąbką plecy. "Mocniej" - prosi. Ramiona, szyja. Pośladki wychudzone z coraz bardziej zwisającą skórą, nogi naznaczone siniakami i siatkami popękanych naczyń. Jest i pierś. Jedna. Obok równa, lekko skośna blizna po drugiej. Okaleczona. Oswojona. Pogodzona.

Wycierałam Ją potem dużym ręcznikiem w tej ciepłej, wilgotnej zaparowanej łazience. Pomagałam ubierać w świeżą nocna koszulę, stanęłyśmy wtedy twarzą w twarz. Czułość i wdzięczność w spojrzeniu. Ulga. Uśmiech. Pocałowała mnie nagle w czoło. Mokry ślad. Słowa nie są potrzebne. To wystarczy.

***
Poprosiła, bym umyła Jej włosy. Stała w łazience w niebiesko-białym szlafroku zawiązanym w nonszalancką kokardę na brzuchu. Rozwiązała ją, a ja przejęłam okrycie i odwiesiłam na wieszaku. Stała przede mną odziana w bieliznę i nieodłączną halkę, która była zawsze niezależnie od pogody obowiązkowym elementem jej codziennego stroju. Wydawała się teraz taka krucha, jakaś mniejsza, drobniejsza, jakby było Jej mniej w tym osiemdziesięciokilkuletnim ciele, a przez to nadmiar skóry zwiotczał i ozdabiał jej szyję i ramiona.

Oparła się dłońmi o brzeg wanny i pochyliła się nieco do przodu. Wyregulowałam temperaturę wody i wzięłam w rękę prysznic. Stojąc za Nią, polewałam Jej krótkie białe włosy, które nagle stawały się niewidzialne, zamoczone jakby nikły w oczach. Moje palce produkowały na Jej głowie obłok szamponowej piany, mogłam poznać dokładnie kształt Jej czaszki. Jeszcze spłukanie. Zawinięcie ręcznika w turban na głowie. Koniec.

Wyprostowała się, a ja podałam Jej szlafrok. Znowu zawiązała go w kokardę na brzuchu. I tak trwałyśmy w tej małej łazience wyłożonej czarnymi kafelkami. Ona stała przy owalnej umywalce i osuszała włosy. A ja usiadłam tuż obok na zamkniętej klapie toalety, oparłam się plecami o szafkę. Zapatarzyłam się na Nią. Na tą starą już kobietę, która niestrudzenie od lat nawija swoje włosy na różowe wałki, a z kosmyków zbyt krótkich układa małe kółeczka, które przypina specjalnymi metalowymi, małymi klipsami. Trwałyśmy tak razem otoczone wilgocią i zapachem szamponu.

Na koniec wyjęła żółtą, trójkątną siateczkę na włosy, którą zabezpieczyła wszystkie wałki i spinki, owinęła końcówki wokół głowy i zawiązała na małą kokardkę. Obejrzała się krytycznie w lustrze, robiąc śmieszną minę. Miała zaróżowione od ciepła policzki i nos, z małym wklęśnięciem - śladem po ospie z dzieciństwa. Była piękna. Poklepała mnie czule po ramieniu mówiąc: "Dziękuję, Anulko. To co, robimy herbatę?".  Wróciłyśmy do rzeczywistości.

***
Zdaję sobie sprawę, jak wiele każdą z nich kosztowało poproszenie o pomoc w tych tak intymnych czynnościach. Cicho towarzyszyłam ich wahaniu i podejmowaniu tej trudnej decyzji. Bo była ona jawnym przyznaniem się do swojej słabości, starości, choroby. W mojej obecności przekraczały granicę - do tej pory ich ciała były dla postronnych pewną zakrytą świętością. Odzierały się z niej stopniowo przede mną. Mogły być sobą - z całą prawdą o ich starzejącym się, chorym ciele, czy nieuchronnym zbliżaniu się do śmierci. W ich oczach dostrzegałam ulgę i ogromną wdzięczność za moją obecność. Te chwile z nimi to była ogromna lekcja życia. Jestem im za nią wdzięczna.

niedziela, 25 grudnia 2016

Rodzinne tradycje.

Przedświąteczny czas przygotowań. To właśnie teraz. Robię wszystko, by nie dać się wpędzić w szaleństwo zupełnie niepotrzebne i paraliżujące zmysły.

Pamiętam z rodzinnego domu wcześniejsze rozpisywanie wigilijnego menu. Babcia z Mamą siadały przy stole w kuchni i notowały, która z nich co przygotuje na świąteczny czas. Tworzyły listy niezbędnych zakupów. Gdy zamknę oczy, udaje mi się przenieść na chwilę do tych momentów zapamiętanych z dzieciństwa.

Ostatnie dni przed Wigilią i świętami kojarzą mi się niezmiennie z zaparowaną, gorącą kuchnią, zapachem duszonej kapusty, grzybów, nutą cynamonu w powietrzu, ze szronowymi kwiatami wymalowanymi na kuchennych oknach, jest też w tej pamięci miejsce na wilgotność pary buchającej spod pokrywek garnków i zapach pieczonego ciasta.

We wspomnieniach jest i krzątanina, która była dla mnie stałym elementem przygotowań do pięknego rodzinnego spotkania. Od małego zawsze chciałam się przydać w tych kuchennych pracach. Babcia uszyła mi nawet fartuszek – kopię jej fartucha kuchennego. Zakładałam go z dumą przez głowę, kokardę z tyłu wiązała mi Babcia lub Mama i w takim rynsztunku byłam gotowa do pracy... więcej na Aleteia.pl

piątek, 11 listopada 2016

Mgła i buki

Pojechaliśmy na chwilę. Góry Świętokrzystkie przyjęły nas listopadową, lepką mgłą. 

Ruszyliśmy na szlak. To już coraz bardziej szara jesień, większość drzew już bezlistnych, nagich i bezbronnych. Polna grusza wyglądała jakby ktoś zerwał z niej liściastą sukienkę, a jej wilgotne strzępy brązowiały teraz i wolno czerniały równo ułożone wokół jej pnia na ziemi.

Stąpaliśmy po mokrych kamieniach. Maszerując obok siebie. Jak bardzo uwielbiam to natężenie odgłosów wędrówki. To oczyszczające tu i teraz. Chrzęst kamieni, chlupnięcia wody z kałuży, w którą wstąpiło się, robiąc zbyt duży krok, ciche mlaśnięcia błota, ta miękkość zwilgotniałej ziemi. Umieranie traw. Zaschnięte, siwiejące, puchate pióropusze nawłoci, sczerniałe liście. Radość oglądania pozostawionych przez jesień skarbów na jabłoniach. Bezlistne gałęzie obwieszone czerwieniejącymi jabłkami - jak bombkami. Te, które spadły, skąpały się w głębokiej, zimnej kałuży pełnej liści.




Smutek przemijania i jednocześnie świadomość, że to nie koniec historii, że za kilka miesięcy wszystko wybuchnie i rozkwitnie na nowo z wielką siłą. Nadzieja, że może będzie nam dane doświadczać wiosny po raz kolejny. W takich chwilach czuję tak mocno, że moje życie jest włączone w ten cykl świata, należy do niego, a idąc w ciszy, bezwarunkowo udaje mi się akceptować upływ czasu, z którym nie da się walczyć. Tak ma być.



Weszliśmy w las. Smukłe pnie buków osnute gęstniejącą mgłą. Tajemnica. Jest i świetlistość bukowych liści leżących jak dywan na szlaku. To one dają ciepło, jasność, przytulność. Wciągają nas, prowadząc wyżej i wyżej. Dobrze nam tu. Bez milionów kolorowych liści pod nogami byłoby tak okropnie szaro i smutno. Krople deszczu padają nam na twarze. Trzymamy się za ręce. Przystajemy na przeciwko siebie otoczeni tym cicho żyjącym lasem. Skrzypienie gałęzi, szczebiot ptaków, szmer wody, zapach wilgoci i gnijących liści. Patrzymy sobie w oczy niemal stykając się czołami. W naszych spojrzeniach pulsuje czysta radość i wdzięczność za to miejsce na ziemi, za nas. Nie potrzeba słów - giną w ulatujących z naszych ust białych obłoczkach pary. Mieszają się ze sobą, lecąc ku niebu. Górska modlitwa.




















środa, 2 listopada 2016

Listopadowe święta

Wszystkich Świętych, Dzień Zaduszny. Kolejne w moim życiu. Uczyłam się ich od dziecka. Co roku była to rodzinna wyprawa na groby bliskich, rozsiane po kilku warszawskich cmentarzach. Jako dziecko byłam zafascynowana tym, że Mama ma w głowie trasy dojścia do większości grobów: cyferki, literki. Tylko czasami wyciągała mały kieszonkowy kalendarzyk, a w nim pod literą C – były cmentarze, ze wszystkimi danymi potrzebnymi, by się odnaleźć. Wtedy ruszała dalej pewnie przed siebie.

Często był pośpiech i para z ust. Były opowiadane przez nią ciągle na nowo rodzinne koligacje, byśmy z siostrą wiedziały, kim dla nas była ta osoba, której nazwisko widzimy na grobie. „Musicie to wiedzieć, bo kiedyś mnie zabraknie” – tak mówiła do nas, dziewczynek kilkuletnich, potem nastoletnich. W jakim byśmy nie były wieku, brzmiało to jakoś tak nierealnie. Słuchałyśmy niby uważnie, ale teraz wiem, jak wiele opowieści uleciało… WIĘCEJ na Aleteia.pl


.

czwartek, 15 września 2016

Puste mieszkania

Kryją się w wieżowcach i kamienicach. W różnych miejscach miasta. Stają się widzialne i znaczące tylko dla tych, którzy przywiązane mają do nich jakieś cieniutkie niteczki wspomnień i myśli. Zaznaczone są na mapie naszych osobistych światów, ciągle są, pulsują wspomnieniami, które jednak stopniowo, z tygodnia na tydzień, bledną. 

Niektóre nagle brutalnie wycięte znikają z rodzinnej mapy pamięci - zmieniają właściciela. Zaczynają wtedy żyć swoim życiem - już nam nieznanym i niezależnym. Wystarczy jednak chwila - gdy przechodzi się lub przejeżdża obok nich - od razu, mimo upływu czasu, kłują nas w środku czyjąś nieobecnością.

One. Osierocone przez swoich właścicieli. Tęskniące pustką. Mieszkania.

Niektórzy, jak Dana, szykowali się od dłuższego czasu na to, że ich choroba w pewnym momencie posunie się tak daleko, że uniemożliwi samodzielne życie. Będzie potrzebna ewakuacja. Hospicjum umówione. Ale jeszcze nie teraz, jeszcze można zrobić porządki. Przy jednej z wizyt w jej małej kawalarce zostałam stanowczo wysłana na krzesło, by lepiej widzieć książki ustawione na wysokich półkach.

Bierz co chcesz, bo oddam dalej. Kto po mnie będzie sprzątał? Oddaję, co mogę. Ubrania, zastawę. Im mniej zostanie, tym lepiej, nikomu moje rzeczy nie będą głowy zawracać. Ubywało po trochu. A Ona, gdy z bólu nie mogła spać, siedziała i darła swoje stare zdjęcia i dokumenty, które nic nikomu po jej śmierci nie powiedzą. Bolały ją palce po tym nocnym przemienianiu swojej przeszłości w papierowe strzępki.

Inni - jak pewna znajoma kobieta - wyszli z domu i już do niego nie wrócili. Gorsze samopoczucie, szybka wizyta u lekarza, nagły udar, szpital, kilkutygodniowa śpiączka. Śmierć. Jak trudno pojawić się w jej mieszkaniu. Ogołoconym z jej obecności tak nagle.

Ciche skrzypnięcie drzwi wejściowych. Półmrok przedpokoju i czekające grzecznie na stopy właścicielki, w stałym, ustalonym miejscu, miękkie domowe pantofle. Płaszcz wiszący na wieszaku, z kieszeni wystająca apaszka. Odłożona na stoliku dopiero co czytana książka, z zakładką wsuniętą na stronę 70. Urwany wątek.

Gdy siadała na fotelu, pewnie okrywała się czarną, szydełkową chustką leżącą ma brzegu fotela. Ciągle tam leży i czeka, by otulić znajome ciało. Kwiaty na parapecie tęsknią za jej obecnością i głosem. Kuchnia z przetworami robionymi chwilę temu schowanymi w zakamarki szafek. I zawsze obecna pod ręką metalowa puszka z kruchymi ciastkami - by były do herbaty dla tych co wpadną z nienacka. Wypełniona po brzegi teraz ugościć może tych, którzy przyszli uprzątnąć mieszkanie po jej życiu…

A na jednej z półek albumy ze zdjęciami i pudełko po starych czekoladkach z likierem wiśniowym. Uchyliłam nieśmiało, a w nim czarno-białe fotografie - zatrzymana przeszłość, bogactwo istnienia. A na wierzchu - jej uśmiech - promienny uśmiech właścicielki tego mieszkania. Spojrzałyśmy sobie w oczy. Zamknęłam wieczko. Ale ten uśmiech uciekł z pudełka, wykradł się z niego niepostrzeżenie, by zawisnąć gdzieś w przestrzeni tego coraz bardziej zasnutego kurzem, pustego mieszkania.

wtorek, 23 sierpnia 2016

5 lat - Mama i morze



To już 60 miesięcy – 5 lat. Dzisiaj, za chwilę będzie moment, który był końcem Jej życia. Mama przeszła na drugą stronę – sama, choć z nami tuż obok.  Ta chwila się zatrzymała, zamroziła i trwa równolegle do mojej egzystencji. Towarzyszy mi. Gdy zamknę oczy, mogę ją odtworzyć. Nie zapomnę Jej świetlistej twarzy pozbawionej rysującego się na niej wcześniej wyraźnie bólu i cierpienia, policzka, który gładziłam gdy powoli stawał się coraz chłodniejszy.  Właśnie ta jasność, którą widziałam utwierdza mnie, w tym, że odchodzimy w światłość i coś pięknego. Nie może być inaczej. Tam się spotkamy.

Tyle dni, tyle wspomnień, tyle myśli. Migawki wspólnych ostatnich spotkań, łez, bezsilności. Mojego milczenia, gdy siedziałyśmy przy kuchennym stole, a Ona zwiesiła głowę i cicho powiedziała: Umieram, wiem, czuję to. Tak jest. I podniosła na mnie pełne gorących łez oczy. Tylko zegar miał odwagę tykać, zagłuszając otaczającą nas gęstniejącą ciszę. Odliczał sumiennie. Czas. Ile pozostało gestów, słów do wypowiedzenia, wzajemnej czułości? Trzeba się spieszyć.

W tym roku po raz pierwszy nie jestem w tę rocznicę w Warszawie. Przyjechałam nad Bałtyk z Jej towarzystwem. Jestem pewna, że cieszyłaby się naszym odpoczynkiem i morską radością. Towarzyszy nam. Tyle wspomnień ze wspólnych rodzinnych wakacji nad morzem, tyle świetlistych, słonecznych kadrów z Nią w roli głównej. Wyławiam je z wypchanej po brzegi teczki „dzieciństwo” –  leżącej w jednej z często używanych szufladek w mojej głowie.

Opowiadam ukochanemu K. :
  •  o wyprawach do Kątów Rybackich, gdy jedynym środkiem transportu był pociąg do Gdańska i przesiadka w autobus, o tachaniu walizek po stromych schodach,
  • o domkach typu „Brda”, w których zawsze Mama najbardziej brzydziła się grubych pająków;
  • o tym, że nie chciała zorganizowanego wyżywienia na stołówce, bo zbyt krępowało plan dnia;
  • o długich spacerach w stronę plaży i kwitnących wrzosach
  • o tym, że dawno temu Mama sama uszyła - z białego bawełnianego materiału w piaskowe pasy - parawan, który przez wiele lat wspólnych wyjazdów służył nam za najdłuższy chyba na każdej plaży parawan. Tylko Tata miał za zadanie zbierać w drodze na pierwsze plażowanie jak najbardziej proste patyki, które będą pasowały do materiałowych przestrzeni
  • o patencie na przyszycie troczków do rogów kremowego prześcieradła, które służyło za świetny daszek chroniący od słońca, z którego korzystamy zresztą do teraz
  • o olbrzymim błękitnym plażowym prześcieradle, które ciągle przechodzi z rąk do rąk rodzinnych tych, którzy udają się nad morze
  • o tym, że Mama nie umiała pływać więc wybierała stałą miejscówkę za bezpiecznym parawanem i czytała, rozwiązywała krzyżówki jolki i serwowała nam obliczone na cały dzień przegryzki
  •  o wspólnym  zbieraniu do słoiczka małych bursztynów, wybieranych spośród czarnych patyczków wyrzucanych na brzeg przez wody Zatoki
  • o jej piegowatym od słońca nosie i tym, jak bardzo krępowała ją pionowa blizna na brzuchu po trzech cesarskich cięciach.
I o całej masie innych spraw. Na przykład: co by było, gdyby nie wydarzyło się pięć lat temu to, co się wydarzyło i gdzie dzisiaj przyjechałaby z Tatą na wakacje.

I jeszcze wczoraj K. czytając „Księgi Jakubowe” Olgi Tokarczuk wyłowił słowa, którymi się ze mną natychmiast podzielił:  Zmarli chcieliby, żeby o nich mówiono, tego są głodni, to jest ich strawa. Chcą od żywych uwagi.

Wszystko się łączy. Rozmawiamy o Tobie, Mamo. Wiem, że słyszysz. 



poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Fala za falą

Gdy jakiś czas temu – wcale nie odległy - myśleliśmy nieśmiało o naszych wakacjach i zamykaliśmy oczy, by zobaczyć gdzie się przenosimy pod powiekami – co wiemy już, że jest najlepszym barometrem marzeń o wypoczynku – i ja i K. czuliśmy powiew morskiego wiatru i piasek pod stopami. Decyzja zapadła. Jedziemy nad morze. 




Ileż radości może wyzwolić znalezienie się na plaży. Pobiegliśmy na nią późnym popołudniem tuż po przyjeździe. Buty i skarpetki powędrowały do plecaków, nogawki spodni podwinięte czym prędzej, by biec, biec ile sił po chłodnym już piasku prosto na brzeg, by poczuć zimny dotyk bałtyciej fali na bosej stopie. A potem by iść dalej i dalej brzegiem morza, pozwalać chłodnemu wiatrowi targać włosy, zachwycać się niebem, ciepłym, pomarańczowym światłem zachodzącego powoli słońca. Patrzeć na wędrujące razem z nami kłębiaste chmury, na czochrane dotykiem wiatru wydmowe trawy, usłyszeć nawoływanie mew. Tyle obłych kamyków pod stopami, tyle faktur piasku. Gładkie patyki wyplute przez fale. Życie plaży, życie morza, życie wydm.




O tej porze pusta plaża. Tylko my z naszym życiem przywiezionym tu, by odetchnąć, naprawić się, zatrzymać się na ten czas i w nawias wziąć całe warszawskie życie. By pobyć w tym miejscu równomiernie szumiącym, kojącym wszelkie wewnętrzne chaosy.

Biegliśmy brzegiem rozpryskując stopami morską wodę. Rozpierająca energia, nowe siły, zachwyt nad tym co dane, tak ogromna, rozpierająca wręcz wdzięczność. Piękna modlitwa.



Patrzyłam na ślady stóp które K. zostawił na piasku, biegnąc przede mną. Co chwilę porywane wielkimi kęsami przez kolejne fale - znikały.  
Od razu zaczęłam pod nosem nucić piosenkę:

Przypływ, odpływ, fala za falą
Wieczną mantrę morze nuci
Przypływ, odpływ, oddech czasu
Co odeszło kiedyś wróci

Jesteś, jestem. Ślady na piasku
Trwają po nas tylko chwilę
Mijasz, mijam. Przypływ, odpływ
Tylko tyle i aż tyle

/płyta „Upojenie” A.M. Jopek, muzyka: Pat Metheny, sł. Magda Czapińska/






poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Wspomnienie


Przeglądałam rodzinne dokumenty, próbując wyłowić z nich jakieś kolejne niteczki opowieści, z których upleść będzie można kolejny mały, stały i rozświetlony punkt na mapie wspomnień.  Trzymałam w ręku segregator z materiałami skrzętnie podzielonymi przez moją Mamę. Wyjęłam z koszulki plik dokumentów opisanych jako Ciocia Basia - tyle materialnie zostaje po czyimś życiu. Ocalone szkolne świadectwa, dyplomy ukończenia kursów, kilka zdjęć, jakieś pismo do urzędu, kilka kartek wyrwanych z kalendarza z zapisaną ołówkiem notatką o narodzinach lub śmierci. Włożone kiedyś do jakieś szuflady, nieme pamiątki istnienia.

Była wśród nich także mała, pożółkła już, gładka kartka złożona na czworo. Tekst pisany na maszynie, dwustronnie, dlatego pod palcami wyczuwałam wypukłości kolejnych rzędów równo wystukanych liter. Delikatnie rozłożyłam połowę papieru. Zobaczyłam zapisaną do połowy stronę a na dole miejsce i datę: Warszawa 24.VIII.1945 r.  Rozchyliłam papier i przewróciłam go na drugą stronę - Moje wspomnienia nagłówek podkreślony przerywaną linią. Siedem akapitów maszynopisu, w którym odczytuję teraz po tylu latach kłębiące się emocje: zakrzyżykowane błędne słowa i fragmenty zdań, literówki, czy mocniejsze akcenty w stawianych na końcu kolejnych zdań kropkach. Krzyczący tekst.

Moja Ciocia - Basia (siostra mojej Babci) w dniu, gdy wkręcała ten papier w wałek jakiejś maszyny miała 22 lata, wiem, że trzy lata wcześniej w 1942 roku kończyła  prywatny kurs pisania na maszynie na który uczęszczała w Al. Jerozolimskich 25.

Siedziała więc teraz gdzieś, przy jakimś stole, przed nią maszyna do pisania, pewnie milczała, szukała słów… W pewnej chwili podjęła decyzję, że zacznie uderzać w klawisze. Kolejne czcionki z impetem uderzały w papier nanosząc na niego słowa i zdania. Tworzyła się opowieść, wypływała z gonitwy myśli. Jak szybko pisała? Charakterystyczne stukanie przeplatało się ze zgrzytaniem wałka i przesuwaniem niżej linijek.

Oto głos tej młodej, pięknej dziewczyny układający się z maszynowych czcionek - oto fragmenty tego co czytam po ponad 70 latach:

“Rok temu w taki dzień jak dzisiejszy samoloty niemieckie bombardowały Warszawę (...) Na pięknym niebie nie widać było żadnej maleńkiej chmurki nawet tylko nam patrzącym z prawego brzegu Wisły widoczne były dymy, które od poprzedniego dnia unosiły się nad Warszawą, wzniecone przez bomby, pociski zapalające i tzw. “krowy” - broń na której wspomnienie, strach ponownie ogarnia mimo tego, że skończyło się to już bezpowrotnie.

Z Warszawy dolatywały  odgłosy nierównej walki - samobójczej wprost, ale cóż nikt karty już nie odmieni, powstanie zaczęte musi trwać do zwycięstwa lub do klęski. Przez głowę przesuwały się tysiące myśli - co robić: siedzieć bezczynnie tu i być tylko narażonym na łapanki, które Niemcy urządzają codziennie, czy nie lepiej znaleźć się tam i być tak bezbronnym, ginąć, ale mieć świadomość, że na coś, że życie moje nie było puste, bezcelowe, że przydało się na coś, że może bieg spraw potoczy się inaczej, jeśli ja tam będę - ale jak się dostać do Warszawy która stała się odległa i Wisła dzieli nas od niej jak gdyby tysiącami kilometrów, problem niestety nie do rozwiązania.


A w Warszawie znajdują się wszyscy moi najbliżsi: rodzina, znajomi i koledzy, z którymi 5 lat okupacji przeżyłam i który są mi bliscy jak rodzina moja, myśli kołatały się po głowie szukając wyjścia, ale bezcelowo. Przypuszczenia jedne po drugich nasuwały się co robią tam, a może nie żyją - przecież każda kula czy pocisk niesie śmierć. Modlitw brakowało z najgorętszymi prośbami do Boga - ocal ich, pomóż, pozwól zwyciężyć..


Każdy nowy dzień to koszmar - to dwadzieścia maszyn co godzina z nowym ładunkiem bomb, to nowe zniszczenia, nowa rozpacz i łzy niejednej matki czy żony. Samoloty te przy pięknej pogodzie widoczne są  jak na dłoni, co kilka chwil widoczne były odrywające się bomby przeważnie po trzy, widok bardzo ciekawy, ale jak straszny w skutkach.
….
Każdy dzień wydawał się bliższy celu, że może wkrótce już zobaczę i Warszawę i swoich.”


Czy gdy wykręciła tą kartę z wałka maszyny, od razu ją złożyła i schowała, a potem umieściła w jakichś dokumentach, w których to wystukane wspomnienie przeleżało tyle lat i mogę je trzymać w ręku? Czy z kimś się dzieliła tym, co napisała? 

Ciocia Basia zobaczyła Warszawę i swoich, choć już niestety nie wszystkich.

To dla niej i da wszystkich innych, którzy byli wtedy w Warszawie zatrzymuję się i milczę w godzinę W.

niedziela, 24 lipca 2016

Krzyżówki

Wydobyłam ostatnio z szafki egzemplarz “Rozrywka. Jolki”, w którym większość zadań krzyżówkowych rozwiązywaliśmy z K. kilka lat temu, gdy kolejny dzień w czasie naszego pobytu w Tatrach za oknem lało, a góry i całe Zakopane spowijały grube, ciężkie szare chmury.

Była wersalka w zacisznym pokoju na poddaszu, leżeliśmy na niej na brzuchach, podparci na łokciach, głowa przy głowie, nachyleni nad jolkowym zadaniem. Ołówek i gumka, zgadywanie, emocje, grzebanie w szufladkach pamięci, wpisywanie kolejnych haseł i ogromna satysfakcja, gdy okazywało się, że wszystko zaczyna się układać w diagramie jak trzeba. Uzależniające rozwiązywanie jolek.

***
Pisała dobrze zatemperowanym ołówkiem, miała zawsze pod ręką temperówkę z żyletką, jakiś zapasowy ołówek i małą gumkę do ścierania. Krzyżówki typu Jolka lubiła najbardziej. Mówiła, że dają większą frajdę i lepiej ćwiczą głowę, bo trzeba wykombinować, w które miejsce wpisać odgadnięte hasła. Dlatego była wniebowzięta, gdy w sprzedaży pojawiło się wydanie “Rozrywka. Jolki”, w której były niemal tylko one.

Siedziała często przy stole w kuchni, na którym rozłożony był numer “Rozrywki”. Skupiona, czytała hasło po haśle, wodziła ołówkiem po kartce, liczyła litery, w krzyżówkowych kratkach wpisywała tabuny kształtnych, drukowanych liter układających się w kolejne słowa. Odhaczała krzyżykami już odgadnięte hasła. Nigdy nie zapisywała odgadywanych wyrazów przy hasłach, bo twierdziła, że zaburza to obraz całości i za bardzo się do nich człowiek przywiązuje, a słowo będące rozwiązaniem może być zupełnie inne.

Kombinowała, główkowała i złościła się bardzo, gdy przez błędne miejsce wpisania jakiegoś słowa nic się nie układało dalej i trzeba było ścierać, przerabiać i przestawiać. Ale po chwili irytacji wracał jej jeszcze większy zapał, że bliższa jest rozwiązania całej Jolki. Robiła wszystko by nie mieć ani jednej kratki wolnej. Cel - odgadnąć wszystkie hasła. Z upływem lat stała się specem od trudnych słów. Otoczona słownikami, poradnikami krzyżówkowiczów, miała swoje notesy - ściągi. To była jej odskocznia, jej małe zwycięstwa, sposób spędzania wolnego czasu.

To właśnie od niej - od Mamy - dostałam pierwsze krzyżówki dla dzieci. A potem, już starsza, tak bardzo lubiłam siadać obok niej w kuchni i zaglądać jej przez ramię do Jolki. Fascynował mnie ten jej świat słów, z którym się zmagała. Jaka była moja radość, gdy po raz pierwszy odgadłam jakieś hasło, którego nie wiedziała. Czułam się jakbym przeszła jakąś krzyżówkową inicjację.

***
Bywało i tak, że obok ciemnej głowy Mamy nad kuchennym stołem pochylała się jeszcze całkiem biała głowa Babci. Każda nad swoim egzemplarzem krzyżówki.  Cisza i skupienie. Herbata na stole. Skrobanie ołówków na papierze i rzucone cicho: Na 6 liter i drugie Z - wiesz może?
I te ich uśmiechy piękne, których nie zapomnę, i błyszczące oczy, i radość wpisania ostatniej litery. Dzięki nim wiem, jak to jest.

wtorek, 28 czerwca 2016

Letnia ulewa




Po niedawnej burzy i ulewie, gdy otworzyłam balkon, otulił mnie ten niepowtarzalny zapach deszczu i mokrej ziemi, ten rodzaj świeżości wyrywającej się z tłamszących uścisków upału. Było czym oddychać. Włosy targał mi chłodny, przyjemny wiatr. 

Ta chwila, ten zapach przeniosły mnie w ułamku sekundy w przeszłość. Taka deszczowa magdalenka. To też byłam ja, tylko kiedyś, dobre piętnaście lat temu, w środku upalnego lata.

Właśnie wyszłam od Babci,  pożegnałam ją, ucałowałam w ciepły, zaczerwieniony, gładki, pachnący kremem policzek. Odprowadziła mnie wąskim korytarzem do drzwi.  Wychodząc, w progu jeszcze raz uścisnęłam jej coraz drobniejszą postać, a w nos połaskotały mnie jej lekko zakręcone trwałą, całkiem białe włosy. Tak się zagadałyśmy przy wieczornej herbacie, że niepostrzeżenie zrobiło się bardzo późno. Czas ruszać do domu.
 
Jak zawsze zbiegłam schodami cztery piętra w dół, ignorując istnienie windy. Wybiegłam z wypełnionej ciepłym światłem klatki schodowej bloku. Wpadłam w ciemność późnego, letniego wieczoru, w oblepiającą wszystko duchotę, która zapowiadała ulewę. Niebo zaczynało mruczeć burzowo, liście drzew, które mijałam w drodze do metra, trzepotały coraz silniej. Spadły pierwsze wielkie, ciepłe krople deszczu, które za moment już wysypywały się coraz szybciej i szybciej  z nieba, jak przezroczyste korale z bezdennego worka trzymanego przez anioły. Silne podmuchy wiatru mieszały powietrze, niteczki gorące, niteczki zimne. Przyjemna mikstura.
 
Parasolka przestawała mnie chronić. To była ulewa z idącą za nią w oddali burzą. W ciągu krótkiej chwili zrobiła się ściana deszczu. Mokra skóra, coraz bardziej mokra spódnica przylepiająca się do nóg, woda przelewająca się przez sandały. Rwące potoki na chodnikach i na ulicach, niosące liście, pyłki i kurz całego gorącego dnia. A to wszystko razem wzięte tak przyjemne, oczyszczające.

Wędrowałam w tej ulewie, nie zważając na kałuże, uśmiechając się do wiatru i tego granatowego deszczowego nieba, śmiejąc się z chybotliwych płyt chodnikowych, które po nadepnięciu dodawały smakowity chlupot do szumu deszczu,  no i zerkając na różowe dżdżownice pławiące się beztrosko w wodzie.  Gdy byłam już blisko zejścia do podziemi metra, przestawało już padać. Po 10 minutowej ulewie wszystko się wyciszało. A mnie otaczał zewsząd ten właśnie zapach - wilgoci, ziemi, odświeżonego, podeszczowego świata.

Teraz jestem tu i teraz, wróciłam z tej dawnej wycieczki. Spotkałam się dzięki niej znowu z Babcią, której od siedmiu lat już tu z nami nie ma. Czuję na sobie je ciepłe spojrzenie i wycieram z twarzy ostatnie krople deszczu. Jakieś słone są...