piątek, 27 września 2013

Widoki nieziemskie na świat



Ponownie jesteśmy w górach i z radością wędrujemy po jesiennych już Tatrach. Ogrom piękna jakie nas otacza jest tak wielki, że nie sposób go wprost opisać, przerasta ale jednocześnie daje niezwykłą wewnętrzną, czystą radość.  Na szlaku widzimy istne cuda!  Dzisiaj w czasie wspinaczki wracały do mnie słowa piosenki i cicho szumiały mi w głowie razem z górskim wiatrem:

(…)

stąd do ziemi dalej niż do gwiazd
zachwytu swego nie wysłowisz

rosną skrzydła u ramion
czas się w wieczność przemienia
obłocznieją wszystkie ziemskie sprawy
gdy zbliżamy się do szczytu po kamieniach

rosna skrzydła u ramion
czas się w wieczność przemienia
góry i wolność dokoła
chyba dostąpimy tu wniebowstąpienia

(…)

rosna skrzydła u ramion
rosną przepastne błekity
życie pełne olśnień i zachwytów
tyś wędrówką najwytrwalszą ku szczytom


/sł. Józef Baran, "Ballada z gór", muz. P.Myszkowski, wykonanie: Stare Dobre Małżeństwo/







niedziela, 8 września 2013

Psalm niedzielny


Dzisiejszy psalm - tak prosty i piękny. Od momentu, w którym go dzisiaj przeczytałam jest nieustannie we mnie. Śpieszmy się kochać, zachwycajmy się codziennością  i miejmy w sobie niezwykłą radość - dar Stwórcy. Nasza ziemska przygoda jest tak krótka i krucha. Szkoda czasu na brak zachwytu.

Obracasz w proch człowieka
i mówisz: „Wracajcie, synowie ludzcy”.
Bo tysiąc lat w Twoich oczach
jest jak wczorajszy dzień, który minął,
albo straż nocna.
Porywasz ich, stają się niby sen poranny,*
jak trawa, która rośnie:
rankiem zielona i kwitnąca,
wieczorem więdnie i usycha.
Naucz nas liczyć dni nasze,
byśmy zdobyli mądrość serca.
Powróć, o Panie, jak długo będziesz zwlekał?*
Bądź litościwy dla sług Twoich!
Nasyć nas o świcie swoją łaską,
abyśmy przez wszystkie dni nasze mogli się radować i cieszyć.
Dobroć Pana Boga naszego niech będzie nad nami
i wspieraj pracę rąk naszych,
dzieło rąk naszych wspieraj.

/Ps 90,3-6.12-14.17/

piątek, 23 sierpnia 2013

Dwa lata

Właśnie przed chwilą minęła 23.23. Dokładnie dwa lata temu, dokładnie o tej porze w mroku sypialni na trzecim piętrze, w Twoim domu zamykaliśmy Ci z Tatą powieki. Ukryliśmy pod nimi jak pod cielistą zasłoną nieruchome oczy – tak by mogły patrzeć już tylko na ten inny, sekretny dla nas świat. 

Nie zapomnę Twojej pięknej, tak spokojnej wtedy twarzy, z której w tej jednej sekundzie wraz z ostatnim oddechem zniknęło całe cierpienie i ból. Pełna łagodność i taki lekki czający się w kącikach ust uśmiech. To dla mnie dowód na to, że tam, gdzie jesteś, musi być pięknie,  musi tam być wszechogarniające dobro, miłość, otulająca Cię światłość i ogromny spokój. Ty to już wiesz.

Dwa lata, które minęły skurczyły się we mnie do jakichś kilku tygodni lub miesięcy. Ten czas od tamtego momentu nie istnieje i nie potrafi wrócić na swoje zwykłe tory. Jesteś obecna niewidzialnie – czuję Twoją obecność, choć ze sobą nie możemy porozmawiać, ani się zobaczyć. Łapię się na tym, że chciałabym do Ciebie zadzwonić. Nie wykasowałam jeszcze Twojego już nie istniejącego numeru telefonu. Opowiadam Ci życie w myślach. Brakuje mi Ciebie choć czuję, że jesteś - tylko inaczej.

Dwa lata temu kiedy wychodziliśmy z K. z domu. Drzwi zamykał za nami Tata, który chciał zostać w pokoju, w którym jeszcze była resztka Twojego ciepła i całe wasze wspólne małżeńskie życie. Rodzinny dom, w którego ściany wsiąkło Twoje cierpienie, smutek i ciche rozmowy o tym, co nieuniknione, z akompaniamentem lekkiego świstu aparatu tlenowego. Dzisiaj, te same drzwi i ściany chłoną przede wszystkim gwar dwóch małych dziewczynek patrzących z radością na świat, tupanie ich bosych stóp po podłodze, grzechotanie klocków, kolejne wersy bajek i ich bezgraniczna ufność w spojrzeniu. Tyle się zmieniło. Widzisz? 

Dzisiaj odwiedziliśmy Cię w komplecie samych Ci najbliższych – byliśmy z Tobą i dla Ciebie. Kwiaty, znicze, modlitwa, wspólna eucharystia. Potem kolacja właśnie w tym Twoim domu. Byłaś z nami w myślach i wypowiadanych na głos wspomnieniach. O. dobrze zauważyła, że piliśmy przy deserze po lampce porto, które przecież tak lubiłaś i zachowywałaś butelkę tego trunku tylko na specjalne okazje. Mieliśmy taką dzisiaj - z Tobą i dla Ciebie.

I tak sobie myślę, że nie poznałaś osobiście (choć wiedziałaś, że się pojawi) tylko jednej osoby z tych, które się dzisiaj spotkały – malutkiej T. Minęłyście się na życiowej drodze Ty odeszłaś – ona przyszła. Tata teraz ją bardzo często trzyma za rękę i prowadzi bezpiecznie przed siebie.  Widzisz? Pięknie razem wyglądają, prawda? 


sobota, 3 sierpnia 2013

Dziadek

Nie dane mi było go poznać. 2 sierpnia mijają 52 lata od jego nagłej i zbyt szybkiej śmierci. Wczorajsze wędrówki po albumach i dokumentach rodzinnych, które przejęłam po Mamie zaowocowały moim wewnętrznym smutkiem za tym, czego już nie odwrócę, czego nie złapię, co się nie odstanie. Za zagubionymi historiami najbliższych, niektóre z nich kiedyś wysłuchałam z wypiekami na twarzy, kiwając głowa i wierząc naiwnie, że je zapamiętam. Że uwolnione z ust Babci czy Mamy zakiełkują we mnie i po prostu tam będą… Ale tak nie jest. 
A teraz brakuje i tych dwóch ukochanych osób i ich opowieści rodzinnych. Zaczynam więc budować wszystko niejako na nowo. Zadaję pytania tym, którzy jeszcze są i mogą ocalić kilkoma zdaniami postaci tych, którzy odeszli. Czekam, aż we mnie się coś obudzi i otrząśnie ze snu, aż usłyszę w sobie te historie składające się w jedną całość. Bo te wszystkie słowa i istnienia przecież gdzieś żyją równolegle.

Dlatego dzisiaj otworzyłam kolejny segregator, tropiąc ślady Dziadka. Ostatni tydzień jego życia. Są strzępki. Najpierw jedno ze zdjęć. Uśmiechnięta twarz, ciepłe spojrzenie, oczy w  których mieszkały iskierki humoru.

List Babci pisany z Ustronia Morskiego 27 lipca 1961 r. adresowany do jej siostry Basi do Warszawy. Babcia przyjechała właśnie z Warszawy, przez Kołobrzeg do Ustronia. Na dworcu w Ustroniu czekał Dziadek Henryk z trójką dzieci (11, 9 i 7 lat) i był „nawet z kwiatami”. Dziadek był w Ustroniu od dwóch tygodni razem z dziećmi i prababcią Emilią. Kropił deszcz, ale później w ciągu dnia się rozpogodziło, choć nie było za wiele słońca. Około 17 dotarli na plażę, była kąpiel w morzu – tylko Babcia, jak pisze, nie odważyła się na całkowite zamoczenie, a tylko pobrodziła po płytkiej wodzie i wymoczyła nogi. 
Dziadek zarezerwował dla nich osobny, mały pokój, który niespodziewanie zwolniły dwie panie zawiedzione złą pogodą, więc „spało się fantastycznie”. Prababcia gotuje wszystkim obiady, choć czuje się nie najlepiej. „Obecnie trochę narzeka, ale rusza się dobrze i chodzi co dzień do kościoła”. Dzieci zafascynowane są grą w bierki do tego stopnia, że w grę wciągnięta jest cała rodzina, a dziadek Henio gra z najstarszą córką w siatkówkę. 
Babcia z Dziadkiem wybierają się do Ustronia na zakupy i przy okazji wrzucają do skrzynki list, którego lekko pożółkłe kartki trzymam teraz w dłoni. Plan jest taki: w poniedziałek 31 lipca Dziadek z Prababcią Emilią wracają do Warszawy, w Ustroniu na dwa tygodnie zostaje Babcia z dziećmi. Dziadek ma zabrać dwie walizki z brudnymi i niepotrzebnymi rzeczami, tak by zostało tu na miejscu jak najmniej zbędnego bagażu. Babcia prosi ciocię Basię, by nie odbierała ich z dworca, bo Dziadek sam sobie poradzi. Prosi natomiast o kupienie czegoś na poniedziałkowy obiad – „Henio tu podpowiada, że według własnego apetytu”.
Są więc jeszcze przez kilka dni razem, całą rodziną. Uśmiechnięci i szczęśliwi, w komplecie. Potem uściski i pocałunki na pożegnanie. Dziadek pewnie przytula Babcię, całuje i szepcze jej do ucha, by była dzielna i korzystała z wakacji opanowując dzieciaki. Może przed odjazdem mówi, że ją kocha i że zobaczą się za dwa tygodnie w domu? Nie zobaczyli się już.

Dziadek z Prababcią przyjechali cali i zdrowi do Warszawy. Ciocia Basia nie odbierała ich z dworca, zrobiła za to zakupy i przygotowała powitalny obiad. Prababcia Emilia zabrała się zapewne za pranie brudnych rzeczy z dwóch przywiezionych waliz. Dziadek wrócił po urlopie do pracy. Od listopada 1954 roku pracował na stanowisku starszego technika kontroli technicznej  w Rzemieślniczej Spółdzielni Specjalistycznej Elektryków Zaopatrzenia i Zbytu przy ul. Ogrodowej 51 w Warszawie.

W środę 2 sierpnia 1961 roku doszło do wypadku. W czasie przeprowadzania próby wytrzymałości elektrycznej grzejników. Dziadek został porażony prądem. Przez jego 48 letnie ciało przepłynęło 15kV.

O ile dobrze pamiętam wiadomość o jego śmierci wiozła nad morze do Babci Ciocia Basia. Bała się okrutnie, dlatego jechała z kimś samochodem (a może taksówką) do Ustronia w szaleńczym pędzie, by powiedzieć osobiście swojej 40 letniej siostrze, że została wdową z trojką małych dzieci…

piątek, 2 sierpnia 2013

Zatrzymanie

1 sierpnia. Godzina „W”, 17.00. Nie mogłam się zatrzymać na ulicy wraz z innymi, nie mogłam poczuć ogromnej mocy tego tak prostego, wspólnotowego gestu pamięci. Zatrzymałam się więc w pracy, sama. Wstałam od biurka i wyszłam na taras. Na Zawadach syren nie było słychać. Ale dźwięczały mi w wyobraźni i dzwoniły w uszach. Zamknęłam oczy na tę minutę tak krótką a trwającą wieki. I w jakiś niezwykły sposób czułam to co minęło. Szaleństwo walki, determinację, rozpacz, okrucieństwo, cierpienie, odwagę i ogromny strach. Wszystko jak drobne ziarenka piasku przesypujące się w duszy. 

Zatrzymałam się dla tych wszystkich, którzy byli w tym mieście 69 lat temu. Dla mojej 23 letniej wtedy Babci Marysi; dla jej 21 letniej siostry Basi, która w ogniu Powstania straciła swojego ukochanego i po tym nic już nie było dla niej takie samo; dla zastrzelonej przez Niemców praprababci Klementyny, którą znalazły wnuczki Marysia i Basia i same z trudem pochowały na jednym z żoliborskich podwórek, zawijając jej kruche ciało w znaleziony stary kawałek dywanu; dla tych wszystkich, którzy walczyli, którzy musieli uciekać, a potem zamiast domów zastali tlące się ruiny i pył, który przysypał ich dawne ślady. Dla tych wszystkich, których normalne życie zatrzymało się przez wojenny zamęt. Dla tych, którzy mają jeszcze tyle siły by dzielić się z nami tymi wspomnieniami. Możemy słuchać tego, czego wyobrazić się po prostu nie da. Możemy co roku pamiętać. Zatrzymać się, zamknąć oczy i poczuć pod powiekami gorące łzy.

Zdjęcie zrobione 1 sierpnia 1946 r.; znalezione dzisiaj w  rodzinnym albumie, podpisane na odwrocie ręką Cioci Basi: Warta przy miejscu stracenia więźniów na rogu Alej Jerozolimskich i Marszałkowskiej.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Moje miasto

Niedawno uświadomiłem sobie, że w Warszawie mieszkam już dłużej niż mieszkałem w rodzinnym Sochaczewie. 19 lat. I choć od lat tu pracuję, tu płacę podatki, dopiero przed miesiącem zameldowałem się w stolicy na stałe. Pokochałem to miasto. Z jego tragiczną historią, katastrofą architektoniczną, cudem odbudowaną Starówką, z rozpierduchą urbanistyczną, z barwnymi mieszkańcami z całej Polski i oryginalnymi warszawiakami. No i z piękną dumą miasta walczącego. Pokochałem to miasto, takie jakie jest. Dziś, w rocznicę wybuchu Powstania, z dumą mówię: moje miasto. 

niedziela, 21 lipca 2013

Proste piękno


Siedzę w ogródku pod naszym szumiącym dębem Emkiem, odchylam głowę do tyłu i patrzę w błękit nieba. Ostatni dzień urlopu. Jutro powrót do pracującej rzeczywistości. Ale jestem bogatsza o wspomnienia, zostało we mnie głęboko w środku uczucie wolności i cudnego wakacyjnego nic-nie-muszenia. Oby udało się je pielęgnować jak najdłużej, by zmieniało perspektywę nie urlopowego życia. 

Bo wystarczy, że zamknę oczy i znowu mknę na rowerze jedną z warmińskich dróg. Ileż radości jest w takim jeżdżeniu. Ukochany K. mknie przede mną. W uszach świst wiatru, którego czuły dotyk czuję na twarzy. Ciepłe fale powietrza znad pół i łąk przetykane chłodniejszymi z lasów i znad jezior. To niesamowite, że w takim rowerowym pędzie z ogromu zapachów można wyłowić nagle intrygującą nutę - niteczkę słodkiego i ciepłego zapachu leśnych poziomek. 

Tyle jest piękna naokoło nas – tak prostego, na wyciągnięcie ręki. Wystarczy tylko na chwilę zapomnieć trochę o sobie i chłonąć naturę całym ciałem. Dać się obezwładnić i otulić. Widoki, kolory, zapachy. Miliony źdźbeł zbóż tańczących w rytm powiewów wiatru, małe wzgórza, pojawiające się nagle srebrzyste, pomarszczone delikatnie jeziora, pola ozdobione najpiękniejszymi kwiatami, które w wazonie nigdy już nie wyglądają tak pięknie, łąki mające tyle odcieni zieleni, że aż wydaje się to niemożliwe, zapach wilgotnej ziemi i suchych sosnowych igieł, ogromne, ciepłe krople letniego deszczu spadające na twarz, piękne motyle, wszystkie odcienie ciepłych pomarańczów i żółci malowanych na niebie przez zachodzące słońce, plusk wody dotykającej deski pomostu. Wreszcie tyle mijanych wiosek rozsianych wśród pól, tyle domów pełnych czyjegoś życia. Małe kapliczki i krzyże przypominające o obecności Kogoś jeszcze. Bezkres, bezczas, radość tu i teraz. 

Życzę sobie z całych sił zachowania tego wszystkiego dalej pod powiekami. To daje radość.

Z wizytą u Gałczyńskiego


W leśniczówce
Tu, gdzie się gwiazdy zbiegły
w taką kapelę dużą,
domek z czerwonej cegły
rumieni się na wzgórzu:
to leśniczówka Pranie
nasze jesienne mieszkanie.

Chmiel na rogach jelenich
usechł już i się sypie;
w szybach tyle jesieni,
w jesieni tyle skrzypiec,
a w skrzypcach, byle tknięte,
lament gada z lamentem.

Za oknem las i pole
las - rozmowa sosnowa;
minął dzień i na stole
stoi lampa naftowa,
gadatliwa promienna
jak ze stołu Szopena.

W nocy tu tyle nuceń
i śpiewań, aż do rana.
Księżyc w srebrnej peruce
gra jak Bach na organach
i płynie koncert wielki
przez dęby i przez świerki -
to leśniczówka Pranie:
nocne koncertowanie.

Chodzi wiatr nad jeziorem
znów zaświecamy lampy;
o, leśniczówko Pranie:
lamp lśnienie, migotanie
księżyc na każdej ścianie,
nocne muzykowanie.

Gwiazdy jak śnieg się sypią,
do leśniczówki wchodzą
każdą okienną szybą,
każdą wrześniową nocą,
w twoim małym lusterku
noc świeci gwiazdą wielką.

Konstanty Ildefons Gałczyński

czwartek, 11 lipca 2013

Warmiński Frasobliwy



Siedzi cichutko w kapliczce tuż przy drodze, skryty w cieniu liści kasztanowca, zapatrzony w zachodzące słońce topiące się co wieczór w wodach jeziora. Przed Jego oczami przetacza się nieustannie cały chaos ziemskiego życia, tylu mijających go rozpędzonych codziennością ludzi. Tylko On taki spokojny, zadumany i ciągle obecny - pomimo wszystko. Wysłucha modlitwy każdego, kto wypatrzy z oddali Jego czerwoną suknię i zbliży się by spojrzeć w Jego zafrasowane oczy.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Czereśniowo


Rwane prosto z drzewa, ciepłe od słońca, soczyste i dojrzałe czereśnie. Dotykają swoimi krągłościami chłodnej blaszanej miski. Odpoczywają w niej po swoim jakże intensywnym i szybkim dojrzewaniu. Kolejne warstwy pięknych owoców w misce.  I jest jeszcze łaskocząca zielona trawa pod bosymi stopami. Zapach  początku lata i szczęścia w rodzinnym domu.

niedziela, 23 czerwca 2013

Esencja radości

Raz w tygodniu odwiedzam rodzinny dom, w którym królują  obecnie dwie małe dziewczynki:  Mała B i Malutka T.  
Dla Małej B. jestem Ciocią Hanią świetną do układania klocków, asystowania w kąpieli, w której odbywa się zabawa w sklep z sokami z pianą, albo leczenie rąk okładami  z piany i zastrzyki lecznicze robione butelką. Okazało się też, że jestem specem od mycia włosów i zabawy z cyklu Mała Pani B. w salonie fryzjerskim. Po kąpieli jest wyciąganie z wanny i wycieranie małego ciała dużym ręcznikiem, pomaganie w zakładaniu piżamy z sową albo dinozaurem. Zawsze klękam na podłodze bo lubię zapomnieć o moim wzroście i móc Małej B. patrzeć w oczy. Właśnie  przy wycieraniu jej mokrych włosów ręcznikiem jest moment, w który Mała B. nakrywa ręcznikiem swoją i moją głowę. W półmroku, którym nagle jesteśmy otoczone widzę jej otwarte szeroko, błyszczące oczy. Patrzy prosto na mnie, zbliża coraz bardziej swoje małe czoło do mojego czoła, zaczyna tajemniczo szeptać „Ciocia Hania ja będę wilkiem, dobrze?”. Dotykamy się już prawie nosami, cały czas patrząc na siebie , ona podnosi wtedy małe ręce i machając palcami tuż przed moją twarzą zaczyna ryczeć jednocześnie się śmiejąc, a ja zaczynam się bać , robię przerażoną minę i głośne „aaaaaaaa” też połączone ze śmiechem. Sceniczny szept Małej B. i jej błyski radości w oczach w czasie tego całego rytuału są po prostu bezcenne. Potem jest wspólne nakładanie sobie pasty na szczotkę małą jej i dużą- moją i mycie zębów połączone z nuceniem starej piosenki „myję zęby bo wiem dobrze o tym kto ich nie myje ten ma kłopoty”, potem jeszcze wspólna, rodzinna modlitwa i czytanie ulubionej bajki- obecnie wygrywa Tupcio Chrupcio.  Jest to piękny wspólny czas odrywający mnie psychicznie na kilka godzin od całej dorosłej rzeczywistości.

Jest i Malutka T., która z każdym tygodniem pnie się coraz bardziej w górę, zmienia nieustannie  i coraz uważniej patrzy na świat. Rozbraja wszystkich swoim pięknym uśmiechem ukazującym coraz więcej zębów. Gada po swojemu snując długie opowieści i naśladuje Małą B. wędrując  za nią niemal krok w kok. Ale jest coś co potrafi tylko Malutka T. To powitanie Dziadka, czyli mojego Taty.  Gdy widziałam tą scenę Malutka T. dopiero co odważyła się sama chodzić.  Stała na końcu korytarza schowana za jego zakrętem. Gdy tylko usłyszała zgrzyt otwieranego zamka najpierw zza rogu wychyliła się jej jasna głowa, potem dwoje niebieskich oczu śledzących z uwagą to co się dzieje w odległym nieco przedpokoju. Gdy pokazała się znajoma postać - Malutka T. przytrzymując się  jeszcze delikatnie dla asekuracji rączką o ścianę pokrytą boazerią wyłoniła się w całym swoim jestestwie. Rozpoznała go. Na jej małej buzi pojawił się rozbrajający, promienny uśmiech, śmiała się nawet oczami. Zaczęła dreptać w jego stronę, piszcząc radośnie, stawiała kroki powoli, ostrożnie, asekurując się ciągle rączką wodzącą po boazerii. Wystarczyły rozchylone na powitanie ramiona Dziadka i już odważniej, stawiając małe kroczki bosymi stopami zdecydowała się sama też wyciągnąć dwie ręce do przodu, porzuciła podparcie i jeszcze nieco chwiejnie ruszyła do przodu. Coraz szybciej, coraz radośniej, przyspieszając na ostatniej prostej wpadła w bezpieczne ramiona i mocno się przytuliła. Cała była radością od małych stóp do czubka malutkiej głowy.  Prawdziwie promieniała. To był widok tak rozczulający i piękny, że nie zapomnę go nigdy. Esencja czystej radości. Naprawdę istnieje.

niedziela, 2 czerwca 2013

Śmierć jako narzędzie postępu

"Myślę, że ludzie muszą się poważnie zastanawiać nad sensem życia tu i teraz właśnie dlatego, że wiedzą, że kiedyś umrą. Gdyby miało się zawsze, zawsze tak po prostu żyć, nikt nie zastanawiałby się poważnie nad życiem. Nie byłoby takiej potrzeby. A nawet gdyby była, to można by sobie powiedzieć: Mam jeszcze mnóstwo czasu. Pomyślę o tym kiedy indziej. Ale tak nie jest. Musimy myśleć teraz, tutaj, w tej chwili. Dlatego dla ewolucji koniecznie potrzebna jest śmierć".

Haruki Murakami, Kronika ptaka nakręcacza

Zdjęcia z pudełka


Podkusiło mnie dzisiaj, chwilę temu, tuż przed północą, by otworzyć stojące na półce w pokoju pudełko ze starymi zdjęciami. Pudełko z pokrywką pod którą czaił się cały tabun dziecięcych uśmiechów, zadziwień odkrywanym światem, błysków szczęścia w oczach i zatrzymanych na fotografiach  oznak najpawdziwszej radości. Wydostały się więc na chwilę, a razem z nimi mimo późnej pory obudziło się to dawne dziecko we mnie. Mamo i Tato - dziękuję Wam za każdą waszą chwilę mi poświęconą, za naukę życia, za piękne dzieciństwo, mój cenny skarb.



czwartek, 30 maja 2013

Wspomnienie

Pojawiło się dzisiaj nagle. Przebłysk. Przeniesienie się nagle w czasie. Wspomnienie. Wizja mglista nieco i postrzępiona, ale mimo to wyciągnęła z jakieś głębokiej i dawno zamkniętej szuflady mojej pamięci dziecięce wspomnienie. To niesamowite, że w ciągu kilku zaledwie sekund powróciły kolory, zapachy, dźwięki i moje pewnie czteroletnie wówczas uczucia. 

Jesteśmy tam, w dawnym dużym pokoju starego mieszkania, w którym mieszkaliśmy przy ulicy Kobielskiej. Z tego pokoju wychodzi się na balkon z widokiem na ulice. Jest upalny dzień, do pokoju wdziera się przez firanki i lekko zasunięte ciemne zasłony słoneczne światło, którego promienie tańczą na drewnianej klepce pamiętającej chyba czasy wojny. Czuję ciepły zapach rozgrzanego żelazka. 

Tak jak dzisiaj jest uroczystość Bożego Ciała, tuż pod naszymi oknami będzie dzisiaj szła uroczysta procesja. Swoją małą osobą czuję, że będzie się działo coś ważnego. Trzymam w dłoni uprasowaną koronkową serwetkę. Na stole leży bukiet peonii. Kilka zielonych łodyg zakończonych ogromnymi pękającymi pąkami, płaczącymi kropelkami lepkiego soku i kilka kwiatów już rozkwitłych: pierzaste, ciemnoróżowe płatki, które w sposób iście cudowny ukryte były wcześniej w pąku. Na wolności są olbrzymim, delikatnym, pachnącym pióropuszem. Peonie zachwycają mnie do dzisiaj. Pomiędzy nimi plącze się gałązka zielonego asparagusa. 

Jest też święty obraz – przed oczami mam Matkę Boską Częstochowską, która zawsze wisiała w pokoju Babci, zerkając na domowników zza szklanej ramki. Wiem, że Babcia szykuje ozdobę balkonu. Na jakimś materiale, którego nie mogę sobie przypomnieć, choć wiem, że był, jakiś mechaty, miękki plusz? Czerwony? Zielony? Przymocowany był  ten obraz, wokół niego kwiaty i chyba też koronkowe serwetki dla ozdoby. Wszystko przewieszane było przez balustradę naszego balkonu. By był piękny i uroczysty, by godnie i pięknie towarzyszył procesji, patrzył na sypane na ulicy płatki kwiatów, by wdychał woń kadzidła. 

Nie umiem powiedzieć czy to co dzisiaj do mnie po latach wróciło jest prawdą. Ale dzisiejsze świąteczne wspomnienie było niezwykle realne. Taki prezent na dzisiejsze Boże Ciało.

niedziela, 26 maja 2013

Dla dwóch Mam

Do Mamy H.
To już drugi Dzień Mamy, bolący i kłujący w środku. Nie ma Ciebie. Nie mogę przytulić Cię mocno i objąć. Śmiesznie to nasze obejmowanie się musiało wyglądać. Wysoka i niska. Mała i duża Hania. Gdy stałyśmy tak przytulone, mogłam oprzeć brodę na Twojej głowie, a Twoje włosy  przetykane srebrzystymi nitkami czasu łaskotały mnie w twarz. Mocno mnie obejmowałaś i bujałaś na boki, mrucząc Moja malutka córeczka… 

Nie pamiętam zupełnie jak to było gdy to ja sięgałam Ci do ramienia. Ile laurek narysowanych na dzień Mamy Ci przekazałam? Jak Cię znam, są pewnie gdzieś zamknięte jak cenne historyczne okazy, w teczce spoczywającej na dnie szafy strzeżonej teraz przez Tatę? Ile usłyszałaś ode mnie wierszyków, ile bukietów kwiatów Ci wręczyłam? Czy myślisz, że umiałam Ci powiedzieć jak bardzo Cię kocham? Mam nadzieję, że czułaś to niezależnie od majowego święta, do samego końca… a może raczej początku innego Twojego życia, mojego życia? 

Teraz  kroczysz za mną codziennie, idziesz moimi śladami, czasami patrząc przelotnie w lustro dostrzegam Twoje spojrzenie w moich oczach. Dziękuję Ci Mamo za to, że jesteś. Jak specjalny Anioł Stróż.  Za to, że jesteś choć tak inaczej niż dawniej.

Do Mamy J.
Jakie to szczęście, że prawdziwie objąć mocno mogę drugą Mamę – otrzymaną w prezencie razem z moim K. Bez Ciebie nie miałabym takiego Męża! Nigdy nie potrafiłam powiedzieć o Tobie teściowa, bo to słowo według mnie jest zupełnie beznadziejne i nijak nie pasuje do Ciebie. Jesteś moją drugą, cenną Mamą. 

Dziękuję Ci za troskę o mnie, za wszystkie rozmowy i rady, za wszelkie instrukcje kulinarne, wspólne szykowanie świąt i wspólnych obiadów, koszenie trawy, nalewkę z wiśni, za to, że pamiętasz tyle historii opowiedzianych przez moją Mamę i możesz mnie teraz w jej zastępstwie oświecać. Za spacery, pedałowanie rowerami wśród zielonych pól i nagłe poprawki krawieckie. Za to, że z przyjęłaś mnie tak od razu, do ciepłego, rodzinnego domu, do miejsca na ziemi gdzie chce się wracać.
Dziękuję!

czwartek, 16 maja 2013

Pani Zofia, szparagi i kwitnący bez

Nie można już dzisiaj tradycyjnie wpaść do Niej z wizytą, odeszła z tego świata mając 95 lat i zabrała ze sobą magiczny czas proszonej herbaty imieninowej. Droga Pani Zofia. Myślę o niej dzisiaj od samego rana. Gdy tylko przymknę oczy, pod powiekami roi się od wspomnień, obrazów, takich błysków obecności, innego czasu. 

Odkąd ją poznałam co roku 15 maja był czasem popołudniowego, imieninowego spotkania. W jej małym mieszkanku w kamienicy, z trzeszczącą pod stopami klepką zawsze zjawiało się grono osób jej w jakiś sposób bliskich. Część z nich, tak jak mnie, kiedyś uczyła francuskiego. Grono jej najbliższych przyjaciół z dawnych czasów topniało z każdym rokiem, im więcej jej przybywało lat, tym częściej wykreślała ze swojego notesu kolejne nazwiska. Ich właściciele znikali z kolejnych imienin Zofii, milkły ich opowieści o przeszłości, wszystkie anegdoty i żarty, milkły kolejne głosy tworzące imieninowy gwar. Ale Ci, którym jeszcze dane było przybyć mogli wąchać unoszący się zapach świeżych  konwalii i białego bzu, które chyba zawsze, o ile pamiętam, pojawił się w jakimś wazonie stojącym na brzegu regału. 

Pani Zofia odziana w ulubioną biel - zapinaną na małe guziczki bluzkę, białą spódnicę sięgającą do połowy bardzo szczupłej łydki, z nieodłączną srebrną bransoletką na przegubie dłoni i naszyjnikiem z drobnych perełek przylegającym do szyi. Zawsze ze starannie ułożoną, krótką fryzurą i białymi włosami ułożonymi w delikatna falę nad czołem. Zza lekko przyciemnianych okularów zerkały na wszystkich niezwykłe, szkliste oczy, w kolorze, którego nie potrafię już określić, które do samego końca życia ich właścicielki miały w sobie żywe ogniki wesołości. Tylko marznące wiecznie stopy były odziane dodatkowo tak jak zawsze, w białe, podciągnięte wysoko ponad kostkę skarpetki i ciepłe domowe bambosze. Tak łatwiej się chodziło, drobnymi, prężnymi krokami między małą kuchnią a salonem wypełnionym gwarem gości.

Jak imieniny Zofii, to obowiązkowe danie na ciepło – czyli białe szparagi z wody, polane masłem z bułką tartą. To dzięki tym wizytom pierwszy raz jadłam „to coś”, które było wcześniej warzywem tak dziwnym i nieoswojonym jak nieregularna odmiana czasowników francuskich. A tu na talerzu rozpływało się w ustach, miękkie i przepyszne. Dzięki tej pięknej znajomości z ich wierną fanką zagościły także na naszym stole. 

Pamiętam inne, już codzienne spotkanie z panią Zofią, na którym uczyła mnie co z tymi szparagami począć. Stałyśmy obydwie w jej małej kuchni, ona trzymała w dłoniach pęczek cienkich, białych szparagów. Aniu, kotuchna, pamiętaj im cieńsze tym lepsze, muszą skrzypieć gdy się o siebie ocierają, wtedy są świeże. Szparagi rozsypane na stoliku pod oknem i cierpliwa lekcja ich wspólnego obierania. Mały nożyk w dłoniach pani Zofii, sprawnie zabierający się do dzieła. Te stare, szczupłe dłonie, z coraz bardziej cienką, papierową jakby skórą, cały czas były pięknie zadbane. Na serdecznym palcu mieszkał srebrny rodowy sygnet z herbem.

W czasie innego specjalnego spotkania uczyłam się razem z nią robić jej specjalność – tort orzechowy z kremem kawowym. Przysmak, który też pojawiał się zawsze jako deser na jej imieninach i cudownie smakował popijany herbatą. Mam przepis pisany jej ręką i moje do niego skrzętne notatki. Nigdy sama go jednak nie wykonałam, jakoś zabrakło mi odwagi.Teraz czuję, że nadszedł czas by uczcić jakoś specjalnie majowe imieniny Zofii, tak by mogła się z góry do nas uśmiechnąć i wiedzieć, że te imieninowe popołudnia z nią są ciągle w nas. Będą więc szparagi, będzie tort, będzie zapach bzu.

poniedziałek, 29 kwietnia 2013

7 lat

Dzisiaj punkt 17.00, dokładnie 7 lat po ślubie, 700 m mozolnego podejścia na Babią Górę (1725 m npm) i jesteśmy. Trud, pot, potknięcia, wzajemne wsparcie, trzymanie się za rękę, droga na szczyt ramię w ramię, wspólne patrzenie i zachwycanie się pięknem. Szczęście :)

Mężu: dziękuję Ci za to, że pokazałeś mi góry, że od samego początku mogliśmy ruszyć na wspólną wędrówkę, za tyle wydreptanych kilometrów, za zachwyty nad krokusami, chmurami i wszystkimi widokami, za to, że każda górska wyprawa umacnia i zbliża.
Dziękuję Ci za te niezwykłe chwile bliżej nieba!

sobota, 20 kwietnia 2013

W Żelazowej Woli


Powietrze pachnące wiosną, delikatna muzyka Chopina oplatająca mnie z czułością jak niewidzialna mgła, nuty wpadające jedna po drugiej prosto do wnętrza duszy i szukające schronienia w jej zakamarkach. Ziarna nostalgii oraz spokój i radość, że znowu mogę tu być. Niezachwiana pewność, że na końcu parkowej alejki wyłonią się tak samo jak poprzednio bielone ściany dworku, dwie proste kolumny, gontowy dach. 

Przestrzeń pamięci, nieobecna obecność. Pierwszy krzyk narodzonego dziecka, noce w małej kołysce, zaledwie kilka miesięcy później wyjazd całej rodziny do Warszawy, potem jeszcze kilka krótkich świątecznych i wakacyjnych odwiedzin w tym miejscu, pierwsze dźwięki fortepianu, zagrane nuty ulatujące w niebo, ostatnia przelotna wizyta 20-letniego Fryderyka w tym miejscu i jego ostatnie spojrzenie na oddalający się dom. 

Czy wracał tu myślami będąc w Paryżu? Czy komponując zamykał oczy i czuł delikatny powiew wilgotnego wiatru znad Utraty? Teraz z pokoju, w którym się urodził zamiast jego dziecięcego płaczu wydobywa się skomponowana przez niego muzyka. Chopin rodzi się w tych dźwiękach nieustannie, ciągle na nowo. Porusza kolejne dusze. Powietrze w Żelazowej Woli pełne jest jego nieuchwytnej obecności.

Ożywienie


sobota, 13 kwietnia 2013

Po zimie

Gdy tylko rosnąca z każdym dniem temperatura pożerała wielkimi kęsami zalegający w naszym ogródku śnieg, wgryzając się w niego z dzikim zapamiętaniem i połykając w otchłań kolejne jego porcje; gdy deszcz i wiatr dokończyły misterne dzieło, niszcząc ostatnie oznaki zbyt leniwie odchodzącej od nas zimy; gdy ziemia poczuła  pierwsze prawdziwie, ciepłe promienie słońca - oto zjawiły się i wyrosły ekspresowo na wiosennych drożdżach nasze ogródkowe krokusy. Uśmiecham się patrząc na ich kolorowe delikatne główki ozdabiające nasz pozimowy pseudotrawnik niczym egzotyczne broszki.
Piękne jesteście krokusiki ze swoją siłą życia. Zarażajcie nas wiosenną radością!