środa, 26 maja 2010

Zofia, Tadeusz i kwitnący bez



Dom zwany pensjonatem "Pogodna Jesień". Pani Zofia - lat 94, pan Tadeusz - lat 89. Odnaleźli się tu przypadkiem. On - czeka na żonę, która jest teraz w szpitalu, ale będzie z nim, tu w tym miejscu, będą mieli wspólny pokój, będą razem już niedługo, jak tylko wszystko dobrze pójdzie. Ona - samotna, wdowa od ponad czterdziestu lat. Wie, że teraz to jest jej dom. Tu zostanie do końca. Wnuczka odwiedzająca ją w miarę regularnie co tydzień przywozi z jej dawnego mieszkania drobiazgi przypominające przeszłość i nadające temu pokojowi nieco przytulności i swojskości. Właśnie od czasu jej ostatniej wizyty na ścianie, tuż nad stołem wisi olejny obraz - impresjonistyczna wizja weneckiego placu św. Marka. Namiastka domu.
Jeszcze chwilę temu nie wiedzieli o swoim istnieniu, zagubieni w samotności, zamyśleni nad splotem tylu okoliczności, które ich sprowadziły, aż tutaj. Jednak zupełnie przypadkiem zaczęli ze sobą rozmawiać. Jak pięknie jest na nich patrzeć: pan Tadeusz na krześle tuż przy stole, siedzi wspierając dłonie na swojej czarnej, lśniącej lasce, pani Zofia tuż obok na fotelu, obłożona poduszkami. Mogą tak siedzieć godzinami, śmiać się, żartować, wspominać życie, które było, przeżywać to, które jest teraz. Widać błyski radości i energii w ich starych już oczach.
Odkryli z przerażeniem, że poza sobą nie mają w tym miejscu nikogo z pensjonariuszy, z kim mogliby sensownie porozmawiać. Codzienne patrzenie na otaczającą ich smutną, schorowaną starość i pomieszanie zmysłów napawa ich strachem.... Mają nadzieję, że ich to nie spotka. Że nie będą pensjonariuszami drepczącymi nerwowo, małymi kroczkami, nieustannie do siebie mamroczącymi, wykrzykującymi do innych zdania całkiem odarte z sensu. Że nie będą co chwilę zaglądać do cudzych pokoi, wkładając w szparę w uchylonych drzwiach swoją siwą głowę i nie będą patrzeć rozbieganym wzrokiem i pytać: czy jest już mecenas?, a potem mamrotać coś zrozumiałego już tylko dla nich samych. Że nie będą szukali okazji do kleptomanii, nie będą grzebali w torebkach, należących do obcych przyjeżdżających w odwiedziny, w poszukiwaniu portfela albo czegokolwiek co nagle wyda im się potrzebne. Że nikt przez to nie chwyci ich za rękę zaciskającą cudzą własność, nie nakrzyczy, nie będą siłą odprowadzani do swojego pokoju. Że nie będą się zakradali do cudzej łazienki, by w całej swojej nieświadomości wynieść z niej w fałdach swetra czyjś grzebień i zapierać się, że należał on przecież od zawsze do nich...
Tak bardzo by chcieli do końca pozostać sobą.
Teraz stanowią małą, dwuosobową wyspę w przestrzeni tego pensjonatu. Dzięki swojej obecności mają motywację by wstać, ubrać się, by nie popadać w smutną melancholię, by łatwiej się było pogodzić z tym, że właśnie tu się znaleźli. Spędzają ze sobą cały dzień. Przez lupę czytają sobie gazety, stawiają pasjanse. Czekają z niecierpliwością na panią Krystynę, żonę pana Tadeusza, bo wtedy będzie im raźniej. Szykują już dla niej lekcję - instrukcję przetrwania tutaj. Gdy robi się ładnie, po podwieczorku idą pod rękę, małymi, niepewnymi krokami na spacer do ogrodu podziwiać kwitnący bez...

niedziela, 16 maja 2010

Przyjaciel to ktoś kto...

przyjaciel to ktoś kto przychodzi
do twojego domu z pakunkiem książek
i nie dba o nic a najmniej
o siebie kiedy go zagadnąć o zdrowie

przyjaciel to ktoś kto o nieoznaczonej
porze przychodzi do twojego domu
i nie zostawia cię z pakunkiem pięciu
sześciu książek lecz pięknie

opowiada gdzie był i u czyjego grobu po raz
pierwszy dowiedział się prawdy o sobie

/Eugeniusz Tkaczyszyn-Dycki, Piosenka o zależnościach i uzależnieniach/

niedziela, 9 maja 2010

Nie ma nic bardziej pustego niż pusta skrzynka na listy

"Nie ma nic bardziej pustego niż pusta skrzynka na listy"
/z historyjek Snoopiego/
Nasza współczesność jakoś nie lubi pisania listów. Jak zapisała Wisława Szymborska:
Żyjemy dłużej,
ale mniej dokładnie
i krótszymi zdaniami.
Z drugiej strony każdy z nas lubi dostawać listy, pocztówki, e-maile od bliskich nam ludzi. A przecież wystarczy jedno, dwa zdania, by zapełnić pustą skrzynkę na listy.

czwartek, 6 maja 2010

Na beskidzkim szlaku


"Krzyże i kapliczki wznoszą się ku niebu jak strzeliste akty modlitwy, świadectwa pobożności ludu (...) przeciwstawiały się poziomej codzienności przestrzeni pól, linii dróg niknących w oddali (...) według nich orientował się wędrowiec, one kierowały jego myśli ku niebu".
/A. Jackowski, "Polska sztuka ludowa"/

środa, 5 maja 2010

Tylko jedno okrążenie - refleksja nad czasem

1. Wieczna powtarzalność czy linia prosta

Powszechnie uważa się, iż istnieją dwie podstawowe religijne koncepcje czasu. Pierwsza – nazywana cykliczną – głosi wieczną powtarzalność i przedstawiana jest często symbolicznie jako okrąg. Druga koncepcja czasu – nazywana linearną – uznaje, że istnieje określony punkt początkowy dziejów, a wszystko zmierza do konkretnego zakończenia. Tę drugą koncepcję przyjęły wszystkie trzy religie monoteistyczne: judaizm, chrześcijaństwo i islam. Ale czy chrześcijańską ideę czasu można przedstawić jako symboliczną linią prostą z charakterystycznymi punktami na początku i końcu?

Z pozoru wszystko jest proste. Początek czasu – to stworzenie świata, a koniec – paruzja, ponowne przyjście Chrystusa w chwale. Zatem linia prosta: od stworzenia do paruzji. Jednak, gdy spojrzeć na tę kwestię z głębszej perspektywy teologicznej, pojawia się jeszcze inna możliwość.

2. Od Chrystusa do Chrystusa

„Od stworzenia aż do końca świata, poprzez opór materii i poważniejszy jeszcze sprzeciw stworzonej wolności, poprzez szereg etapów, z których najważniejszym jest Wcielenie – realizuje się ten sam plan Boży. (…) Jeżeli dane nam przez Boga zbawienie jest zbawieniem całego rodzaju ludzkiego, a rodzaj ludzki żyje i rozwija się w czasie, to przedstawienie zbawienia ludzi z natury rzeczy przybiera formę historii: są to dzieje przenikania Chrystusa w ludzkość” – pisze Henry de Lubac w „Katolicyzmie”.

Późniejszy kardynał Kościoła katolickiego zwraca uwagę na intuicję Ojców Kościoła, która wszelkiego początku, a zarazem końca czasu upatruje w osobie Chrystusa. Świat stworzony został w Chrystusie i do Chrystusa zmierza, a wszystko to, co jest pomiędzy, to „przenikanie Chrystusa w ludzkość”. Za pośrednictwem Kościoła i żyjącego w nim Ducha Świętego.

Francuski teolog przywołuje znamienne słowa św. Augustyna: „Chrystus dla ciebie poddał się czasowi, abyś ty stał się wieczny”. I tak je komentuje: „Każdy wierny winien – na wzór Chrystusa – uczciwie przyjąć stan zaangażowania w czasie, stan wiążący go z całokształtem historii…”

Zatem czas jest ważny, niezwykle istotny, skoro nawet Słowo Boże poddało się pod jego działanie. To właśnie w tym czasie działa Kościół, który „nie oczekuje innych triumfów niż chwała Oblubieńca królującego na krzyżu i wie, że w czasie nie ma nic poza krzyżem”.

3. Tylko jedno okrążenie

Tak pojęty czas nie może zatem być przedstawiany jako linia prosta. Przecież zarówno początkiem jak i końcem tej linii jest Chrystus. A żadną miarą nie da się wyodrębnić „dwóch Chrystusów”. Skoro zaś Chrystus jest jeden, to i początek z końcem muszą mieć jedno i to samo miejsce. Daje nam to jednoznacznie obraz okręgu.

Ale nie jest to okrąg, po którym czas płynie cyklicznie i wiecznie – jak to spotykamy w starożytnych religiach Wschodu. Chrześcijańska koncepcja dziejów zakłada, że wszystko raz się zaczęło i raz zakończy. Oczywiście w Chrystusie. Dlatego można ją przyrównać do biegu po okręgu, gdzie droga obejmuje tylko jedno okrążenie i gdzie miejsce startu jest jednocześnie metą.

4. Post scriptum

Tak na marginesie – niezwykle popularne w naszych czasach przysłowie „czas to pieniądz” posiada bardzo ciekawą historię. Otóż zostało ono rozpowszechnione przez Anglików w prostej formule „time is money”. Okazuje się jednak, że było to spore uproszczenie wobec oryginału. Tym zaś jest zdanie zapisane przez ucznia Arystotelesa, greckiego filozofa Teofrasta (ok. 370-287 przed Chr.) i brzmi następująco: „Czas to kosztowny wydatek”. Nic dodać, nic ująć.

środa, 21 kwietnia 2010

Dyskryminacja mężczyzn - na przecenach

Hasło reklamowe umieszczone na ulotce jednej z wiodących firm odzieżowych: Tylko do 15 kwietnia wszystkie swetry Damskie - 49.90 MĘSKIE - 69.90. I gdzie tu równouprawnienie? Zaczynam zastanawiać się nad założeniem partii hoministycznej... Tak, tak - w opozycji do feministycznej. Feministki, rzecz jasna, mają swoje racje, ale nie przeszkadza to temu, bym i ja miał swoje. Otóż oficjalnie sprzeciwiam się dyskryminacji mężczyzn przez sklepy z ubraniami. Wystarczy wejść do byle jakiego sklepu, gdzie akurat są przeceny i porównać skalę przecen dla kobiet i mężczyzn. Efekt zawsze jest taki sam - dla mężczyzn przecen albo nie ma w ogóle, albo są dużo mniejsze od tych dla kobiet.

Tak, tak, znam wytłumaczenie ekonomiczne - mężczyźni kupują mniej ubrań, zatem mniej się ich szyje, a zatem koszt wyprodukowania jednostkowej sztuki odzieżowej męskiej jest wyższy od damskiej. Ale tu przypominam, że argument ekonomiczny podnoszony na przykład przez pracodawców zatrudniających więcej mężczyzn niż kobiet, jest mocno oprotestowany jako nierówność i niesprawiedliwość na tle płciowym. Pracodawcy też mają ekonomiczny argument - mężczyzna nie zachodzi w ciążę i nie chodzi na urlopy wychowawcze czy macierzyńskie, zatem więcej mamy go w pracy, a zatem mniej nas w efekcie kosztuje i jest wydajniejszy. Ekonomiczna prawda? Prawda. Ale czy sprawiedliwość?

No więc, czy dyskryminowanie mężczyzn w przecenach ubraniowych jest sprawiedliwe?

sobota, 10 kwietnia 2010

10 kwietnia 2010...

"Nie próbuj zrozumieć tego, czego nie da się zrozumieć. Aby znieść ciężar tego świata, trzeba zrezygnować ze zrozumienia tego co ciebie przekracza (...) Kochaj innych, tych, którzy Ci zostali i mów im to. Nie zwlekaj. To jedyna rzecz, której śmierć może nas nauczyć: że nie ma nic pilniejszego niż miłość".
/Eric Emmanuel Schmitt/

czwartek, 8 kwietnia 2010

Sen o błękicie nieba

Miałem sen. To było którejś nocy spędzanej pod lizbońskim niebem. Którejś nocy pod tym przepięknym błękitnym niebem, które wydawało się tak czyste i przejrzyste, jakby człowiek miał stamtąd odrobinę bliżej do niebios...

Oto nagle patrzę w dół - mocno pochylając głowę, przyciskając brodę do piersi - i bardzo blisko mnie widzę twarz. Rozpoznaję od razu i mówię głośno: - To jest Pan! Tak, to była twarz Chrystusa. Jednak nie był to któryś ze znanych powszechnie wizerunków. Nie była to twarz Jezusa zapamiętana dobrze z ikon czy obrazów sakralnych. Żaden Rublow, żaden Chmielowski, ani Caravaggio czy Zurbaran, nawet nie wizerunek Jezusa miłosiernego z obrazu namalowanego według wizji Faustyny. A jednak wiem to bez wątpienia - to była twarz Jezusa.

I wtedy oblewa mnie potok szczęścia. Świadomość, że jestem blisko Boga daje mi tak niewyobrażalną błogość, iż nie da się tego uczucia porównać z żadnym innym ziemskim wrażeniem. Odczuwam to bardzo mocno. Pamiętam wyraźnie swoją myśl ze snu: jakże dobrze jest być przy Panu. I pragnę, żeby tak już zostało. Chcę już na zawsze być tak niesamowicie szczęśliwy.

Nagle przychodzą do mnie myśli jakby z pogranicza snu i jawy. Zaczynam logicznie rozważać: czyli ja już jestem w niebie? Dobrze mi tu i chciałbym zostać. Ale co się ze mną stało? Jak umarłem? Nic nie pamiętam. Czy miałem jakiś wypadek? A skoro ja jestem tu w niebie, to co stało się z Hanią? A właściwie to może ja tylko śnię? Ale wcale nie chcę, żeby to był sen, bo jest mi tak dobrze, że za nic w świecie nie chcę opuszczać tego stanu. No ale muszę jakoś sprawdzić, czy to sen, czy naprawdę jestem w niebie. Muszę spróbować się obudzić - myślę. - Jeśli mi się uda obudzić, to znaczy, że to tylko sen. A jeśli się nie obudzę, to znaczy, że jednak jestem w niebie.

Spróbowałem więc we śnie wyjść z tego mistycznego snu, czując się jakby na granicy snu i rzeczywistości. I obudziłem się. Nadal była lizbońska noc. Hania spokojnie spała obok mnie. Na myśl o tym, że już za kilka godzin spojrzę w ten przeczysty błękit nieba, uśmiechnąłem się do siebie i ponownie zasnąłem.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Kafelkowy nałóg

W Lizbonie nie potrafiłam minąć obojętnie kafelków - azulejos, które pojawiają się w różnych miejscach miasta. W czasie naszej lizbońskiej wędrówki śledziłam z przyjemnością każdy ich ślad, tropiłam nowe wzory i kolory. To był taki mój kafelkowy, wyjazdowy nałóg. Momentami biegałam jak szalona z aparatem i chciałam ich mieć uwiecznionych ciągle więcej i więcej. Nie mogłam się po prostu oprzeć ich jakże prostemu urokowi. Kafelki te ozdabiają fasady budynków, klatki schodowe, kościoły, tarasy czy nawet ściany lizbońskiego metra. Pojawiają się nagle, przyciągają wzrok.

Umiejętność produkowania tych ceramicznych płytek przybyła do Portugalii razem z Maurami. Termin azulejo pochodzi od arabskiego al-zulaycha, co oznacza "mały kamyk" i odnosił się najpewniej do malutkich kafelków, czy kamyczków będących składnikami tradycyjnych mozaiek. Pierwsze azulejos, które ozdobiły niemauretaństkie budowle w Portugalii pojawiły się w XIII wieku, a sztuka ich układania i produkcji rozkwitła na dobre w XVI wieku wraz ze stylem hiszpańsko-manuelińskim. To król Manuel I zapoczątkował podobno modę na zdobienie ścian ceramicznymi, malowanymi, szkliwionymi płytkami - zgodził się na wykorzystanie takiego elementu wystroju wnętrza w Palacio National w Sintrze. Początkowo z kafli powstawały obrazy o tematyce religijnej, ale wraz z ekspansją kolonialną Portugalii zaczęły pojawiać się także motywy egzotyczne czy sceny rodzajowe. W XVII wieku popularne stały się azulejos w tonacji biało-błękitnej, inspirowane kaflami holenderskimi i chińską ceramiką z czasów dynastii Ming. Po trzęsieniu ziemi, które zniszczyło Lizbonę w 1755 roku odżyła moda na kafle, którymi wykładano całe fasady odbudowywanych budynków, oprócz funkcji dekoracyjnej miały chronić elewacje przed wiatrem i deszczem. Wzory kafli zmieniały się wraz z modą, pojawiały się ich nowe kolory i nowe kompozycje, które do dzisiaj cieszą oko takich kafelkowych nałogowców jak ja.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Katyń

Pomiędzy wrześniem a grudniem 1939 roku Armia Czerwona aresztowała kilkadziesiąt tysięcy polskich "jeńców wojennych". Część z nich przetrzymywano w najróżniejszych więzieniach, a większość zamknięto w trzech obozach specjalnych NKWD - w Kozielsku, Ostaszkowie i Starobielsku. Łącznie prawie 15 tyś. uwięzionych w obozach. Z tej liczby połowę stanowili oficerowie, a w drugiej połowie znaleźli się cywile: urzędnicy, policjanci, celnicy, sędziowie, prokuratorzy, nauczyciele, lekarze, inżynierowie, dziennikarze, profesorowie...

5 marca 1940 Stalin osobiście wydał rozkaz. W okresie od kwietnia do maja 1940 funkcjonariusze NKWD na terenie Lasu Katyńskiego zamordowali strzałem w tył głowy 14 522 polskich jeńców z trzech obozów. W tym samym czasie w licznych więzieniach Zachodniej Białorusi i Zachodniej Ukrainy zginęło dodatkowo 7305 polskich więźniów. Łącznie prawie 22 tysiące ludzi.

Józef Wissarionowicz Dżugaszwili Stalin zmarł 5 marca 1953 roku. Dokładnie 13 lat po wydaniu wyroku śmierci na Polaków.

sobota, 3 kwietnia 2010

Życzenia na Wielkanoc 2010

Święta Wielkanocne to święta życia - Życia, które po śmierci na krzyżu cudownie powstaje w odmienionej, lepszej postaci.

Życzymy Wam (i sobie samym) wiary w to, że nasze życie może być coraz lepsze, może się poprawiać, odmieniać i być cudownie przemienianym.

czwartek, 1 kwietnia 2010

Na Wielki Czwartek

Jezus umywa nogi swoim uczniom
Autor: Julius Schnorr von Carolsfeld

"Jeśli tedy Ja, Pan i Nauczyciel, umyłem nogi wasze, i wy winniście sobie nawzajem umywać nogi. Albowiem dałem wam przykład, byście i wy czynili, jak Ja wam uczyniłem"
J 13, 14-15

Beethovenowski motyw losu

Beethoven na pytanie, jak interpretować słynny czteronutowy motyw otwierający V symfonię i przewijający się przez wszystkie jej części, miał rzekomo odpowiedzieć: Tak oto Los puka do drzwi. Motyw ten zwany jest z tego powodu "motywem losu".

V symfonia Beethovena - słuchana na żywo w warszawskiej filharmonii - przeszywa pięknem i doskonałością. Jak to możliwe, że człowiek potrafi stworzyć coś tak cudownego?

Beethoven gdy zaczął tracić słuch, pomyślał o samobójstwie. Jednak odrzucił tę myśl, wziął się do roboty i napisał m.in. dziewięć wielkich symfonii... Przyjął na siebie los muzycznego geniusza.

poniedziałek, 29 marca 2010

Warszawski Trójkąt Bermudzki

Rzecz się dzieje w Warszawskim Trójkącie Bermudzkim (w skrócie WTB), czyli w okolicach Galerii Mokotów. Jak wiadomo jest to dzielnica biznesu i prestiżu, pełna eleganckich biurowców z siedzibami banków, wydawnictw, agencji reklamowych, firm ubezpieczeniowych itp. A w tychże biurowcach dziesiątki tysięcy młodych i prężnych, dobrze wykształconych, żądnych sukcesu pracowników w krawatach.

Otóż siedzę sobie w sercu WTB, w jednej z licznych eleganckich kafeterii, zwanych tu też lunczowiskami i chcąc nie chcąc słyszę rozmowę z sąsiedniego stolika. Rozmawiają: dwóch młodych przedstawicieli biznesokracji - oczywiście w krawatach oraz jedna tejże kasty przedstawicielka, najwyraźniej nie Polka. Rozmowa toczy się w języku angielskim.

- Co to jest panteon? - pyta kobieta.
- Nie mam pojęcia, nigdy o tym nie słyszałem - odpowiada jeden z mężczyzn. I tu moje zmysły się wyostrzają.
- Ja też nie. A gdzie to widziałaś? - pyta drugi z mężczyzn.
- Nad wejściem do restauracji tu niedaleko - wyjaśnia kobieta.
- Aaaaaaa - słyszę okrzyk jednego z mężczyzn, jakby sobie coś przypomniał. I myślę - lepiej późno niż wcale, dobrze że sobie coś ze szkoły średniej przypomniał. - Już wiem - kontynuuje mężczyzna z triumfalnym błyskiem w oku - to jest nazwa znanej sieci restauracji greckich!

I szczęka mi opadła. Tak, tu znajdujemy się w centrum biznesowym stolicy europejskiego kraju. Tu leży naszej ojczyzny przyszłość. WTB - Warszawski Trójkąt Bermudzki - to tutaj znika w niewyjaśnionych okolicznościach kultura narodu...

PS Panteon - dawniej np. w starożytnej Grecji, ogół bóstw, wszyscy bogowie razem wzięci. A także świątynia poświęcona wszystkim bogom. Obecnie to również okazała budowla, najczęściej w kształcie rotundy, będąca mauzoleum, miejscem pochówku znamienitych postaci danego kraju.

niedziela, 14 marca 2010

Blekit lizbonskiego nieba

Pierwsze co nas uderzylo, gdy wyladowalismy w Lizbonie, to przepiekne, niebieskie i niezmacone chmurami niebo. Ten blekit nie jest tym samym kolorem, ktory znamy z naszego polskiego powszedniego nieba. Jest tu jakas soczystosc barwy, intensywnosc i glebia, ktore patrzacego przenosza w inne swiaty. Dobrze jest czlowiekowi z urocza swiadomoscia, ze pod takim niebem zasypia...

środa, 10 marca 2010

Daj mi słowa

daj mi słowa abym kres
nazwał umiejętnie kresem
i w nim tańczył (żebym
z radością zatoczył koła

które będą kołami nicości
i moimi kresami) i abym pojął
abym szalony nie wybiegł
z domu bo i dokąd zawiedzie mnie

natchnienie jak nie do Pana Boga

Eugeniusz Tkaszyszyn-Dycki, Piosenka o zależnościach i uzależnieniach.

sobota, 27 lutego 2010

Czy taki lód to nie cud?


Krucha, lodowa koronka pokrywająca zamarzniętą jeszcze o poranku kałużę, mieniąca się w słońcu swoimi kryształkami. Czyż Bóg nie jest artystą? Ile radości można mieć patrząc na takie małe dzieło natury :)

czwartek, 25 lutego 2010

Uważność

"Według książki buddyjskiego mnicha, którą czytam, samą istotą buddyzmu jest mindfulness. Chyba można to przetłumaczyć jako uważność (słowo jest już u Mikołaja Reja) albo bycie uważnym. Znaczy to przyjmować z uwagą to, co jest teraz, zamiast zwracać się ku temu, co było, albo do tego, co będzie. Zbawienne dla męczenników sumienia, przeżuwających swoje dawne upadki, zbawienne dla niespokojnych, wyobrażających sobie ze strachem, co zdarzy się jutro".
/Czesław Miłosz, Piesek przydrożny/

Przeglądając i czytając fragmenty Pieska przydrożnego, pomyślałem nagle, że Miłosz - gdyby żył - mógłby z powodzeniem pisać tę książkę w formie bloga. Jest to bowiem bez wątpienia coś na kształt bloga z epoki przedinternetowej. Jego "wpisy" są tu pięknym przykładem uważnego przeżywania codzienności, starannym zapisywaniem "dzisiaj".

czwartek, 18 lutego 2010

Kołysanka dla Malutkiej B.

"Zbliża się zmierzch do Twoich stóp
Za chwilę będzie tu
Przyniesie Ci
Ziarenka snu
Będziesz mógł biegać po nich boso

Niech twoje sny są cudowne jak żywy świat
Gdzie w kępie mchu
Kosmate ćmy
Myją swe skrzydła kroplą rosy"

/M.Kydryński "Piosenka dla Stasia"/

środa, 10 lutego 2010

Jutro tłusty czwartek

"Zamiast więc płakać nad sobą, nad swoją marnością, zamiast skupiać się na sobie, trzeba się radować. Zastawiać stoły świątecznymi potrawami, ucztować, gdyż ten, kto poznał smak radości, prędzej poradzi sobie z niedolą".
Wacław Oszajca SJ, TP 4/2010.