piątek, 28 września 2012

Notatka z przeszłości


Zwykłe porządki, w szafie ukrywającej skarby układane tu delikatnie w szufladach dłońmi których już nie ma. Ostatnie skarby Babci, która przez kilka tygodni była gościem w tym pokoju. Papiery, dokumenty, stare gazety, notes. Wszystko zapakowane do szafy, do przejrzenia kiedyś… gdy będzie na to czas. I właśnie wczoraj, w czasie przekładania tych drobiazgów i cierpliwego szukania im nowego miejsca, w którym mogłyby przeczekać  spokojnie kolejne miesiące - odnaleziony został  przez O. fragment przeszłości. Notatka uczyniona ręką Babci, na małej karteczce. Pismo jak zawsze staranne, wykaligrafowane, równe, zgrabne literki pisane przez 86 letnią lekko już drżącą dłonią trzymającą długopis. Czarny tusz wlewający w te kilka zdań skrawek przeszłości, zatrzymane wspomnienie:

Niedziela 28.09.2008
27 września 2008 r. ostatni raz byliśmy na działce w 2008 r.
Hania,  Jurek, Anulka i Konrad (na rowerach z Ogórkowej) i ja Babcia Marysia Zembrzuska.
Urosła kania, zebrali ją Jurkowie.
Babciu! Czyż to nie jest niezwykłe? Przesłałaś nam kartkę w idealnym terminie.  Trzymamy w dłoni papier z Twoim pismem, które pojawiło się  na nim dokładnie 4 lata temu. Wtedy byliśmy jeszcze wszyscy, w komplecie.  Po co pisałaś to wszystko na tym małym karteluszku? Czy tak sobie siedząc samotnie w niedzielny wieczór, przy herbacie wspominałaś i utrwalałaś czarnymi literami to co było dla Ciebie ważne?  Rodzinny pobyt na działce. Radość chwili w postaci rosnącego grzyba z wielkim kapeluszem! Czy pisząc te słowa zamykałaś w przerwach oczy schowane za okularami lekko spadającymi z nosa? Czy czułaś wtedy zapach lasu i słyszałaś jego szum? Czy przypominałaś sobie słodkie chwile w słońcu, gdy usadowiona na swoim wygodnym  rozkładanym krześle w ciepłych promieniach zatapiałaś się w swoich lekturach? Byliśmy tam razem.  Na tę działkę już więcej nie wróciłaś, nie zobaczyłaś kolejnych pokoleń kaniowej rodziny. To było dla Ciebie prawdziwe i wieczne zamknięcie sezonu – przecież dokładnie 4 miesiące później 27 stycznia 2009 r.  już Cię z nami nie było…

środa, 12 września 2012

Domy przedmieścia

W jesienne bezsłoneczne popołudnie Pan Cogito
Lubi odwiedzać brudne przedmieścia. Nie ma –
mówi – czystszego źródła melancholii.


Domy przedmieścia o podkrążonych oknach
domy kaszlące cicho
dreszcze tynku
domy o rzadkich włosach
chorej cerze

tylko kominy marzą
chuda skarga
dochodzi do brzegu lasu
na brzeg wielkiej wody

        chciałbym wam wymyślać imiona
        napełniać zapachem Indii
        ogniem Bosforu
        gwarem wodospadów

domy przedmieścia o zapadniętych skroniach
domy żujące skórkę chleba
zimne jak sen paralityka
których schody są palmą kurzu
domy stale na sprzedaż
zajazdy nieszczęścia
domy które nigdy nie były w teatrze

        szczury domów przedmieścia
        zaprowadźcie je na brzeg oceanu
        niech usiądą w gorącym piasku
        niech oglądają noc podzwrotnikowa
        niech fala ich nagrodzi burzliwą owacją
        jak przystoi tylko zmarnowanym żywotom

Zbigniew Herbert, z tomu Pan Cogito

Oto wiersz piękny, wiersz prawdziwy, zrodzony z doświadczenia i pragnienia. Porównanie człowieka do domu niewątpliwie daje do myślenia. Wychodzę na jesienny, popołudniowy spacer w brudne przedmieścia i bez dwóch zdań - jest melancholia. Domy stają się ludźmi, przechodnie starymi kamienicami o „podkrążonych oknach”. Człowiek jest stworzeniem o nieciekawej kondycji. Często nieszczęśliwy, codziennie się starzejący, nieustannie ciążący ku śmierci. Tylko kominy, co ku niebu wystrzelają, potrafią marzyć. Ale to marzenie zamienia się w skargę, w wyrzut skierowany do nieba.

Chciałbym wam wszystkim pokazać sens życia! – wołała poeta – uszczęśliwić każdego z was pięknem, jakie w tym świecie, choć ukryte, mieszka. Ale przeciętny człowiek jest sterany i zagubiony, gotów czasem oddać bardzo wiele za odrobinę szczęścia. Nie każdy przecież doświadcza pocieszeń typu duchowego, kulturalnego, nie każdy odkrył inny świat wewnątrz samego siebie.

A wy, ukryte namiętności, pragnienia utajone, wyprowadźcie człowieka ku odrobinie radości! Bo przystoi człowiekowi nieszczęśliwemu i cierpiącemu codzienność, by „szczury” jego duszy powiodły go ku śladom choćby szczęśliwości. Res sacra miser. Wtedy może się okaże, iż to marne życie nie jest tak do końca zmarnowane.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Rok innego życia

To już dzisiaj, Mamusiu. Nierzeczywista i nieprawdopodobna rocznica – Twojego przejścia do innego życia. Minął cały rok, jakieś 8 784 godzin, jakieś 527 040 minut bez Ciebie. Mogę Cię dzisiaj obdarować tylko wiązanką gałązek jodły przetykanych żółtymi, radosnymi słonecznikami i szeptem modlitwy. Nie przytulę Cię jak zawsze, nie usłyszę Twojego ciepłego głosu.  Jak to możliwe, że to już rok?

Czas mi się jakoś dziwnie skurczył. Wszystko co dotyczy Ciebie traktuję tylko i wyłącznie w kategoriach „przed chwilą” i „wczoraj”. Nie czuję zupełnie tej czasowej przepaści całego roku – jest nierealna. To musi być dowód na to, że jesteś cały czas ze mną, tuż obok, towarzysz mi nieustannie. Ile razy łapię się na myśli by do Ciebie zadzwonić?  Twój numer przecież ciągle mieszka w moim telefonie. Byłaś i jesteś ciągle - tylko inaczej.

Obdarowujesz mnie okruchami swojej obecności. Twój uśmiech wypatrzony niespodziewanie na jakimiś starym zdjęciu w jednym z komputerowych katalogów, znaleziona w kurtce karteczka z listą zakupów pisanych Twoją ręką, stary zeszyt z przepisami, którego strony wertowałaś nieraz w poszukiwaniu kulinarnych inspiracji; odnalezione nagle całusy od Ciebie przesłane mi w wydrukowanym liściku, który podpisałaś „Cmok Mamki”, liściku, który kiedyś schowałam wśród dokumentów, a przy ostatnich porządkach się tak po prostu odnalazł. Bransoletka, którą zakładam, a była przecież prezentem od Ciebie. Twój szal, który zabrałam po cichu z Twojej szafy, gdy już Cię nie było. Niezwykłe życie wspomnień, osobisty, wewnętrzny film pełen strzępek rozmów, codziennych sytuacji, miejsc, zapis wymienianych spojrzeń, przywołanie Twojego dotyku i przytulenia.

Tylko że to, co pamiętam najbardziej namacalnie, to Ty w czasie Twoich ostatnich dni, godzin i minut. Momentami, gdy zamknę oczy – jestem z Tobą tam, wtedy – czuję, słyszę, przenoszę się w czasie. Twoje cierpienie, Twoje odchodzenie i Twoja twarz z anielskim spokojem, chwilę po tym jak zaczęłaś inne życie. I wtedy, niezmiennie do oczu napływają mi wielkie, słone łzy, które turlają się szybko po policzkach. Cały czas mam ochotę krzyczeć – dlaczego miało być właśnie tak?  Twoja śmierć jest od roku częścią mojego życia, jest we mnie, boli i zmienia patrzenie na świat. Mamo, proszę – przyśnij mi się zdrowa i uśmiechnięta – takiej tak bardzo Cię codziennie potrzebuję.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Spacer po nieistniejącym świecie


W te letnie, wakacyjne dni nic nie powinno zakłócać naszego spokoju i wypoczynku. Morza, góry, jeziora, plaże, lasy, europejskie stolice, średniowieczne miasteczka – rzucamy się zachłannie w ciszę natury lub gwar pięknych miast by przez chwilę pooddychać innym niż szaro-codziennym powietrzem. Nasze polskie miasta i miasteczka porzucamy z radością, zapominając o nich na kilka tygodni.

A one – te polskie miasta i miasteczka – w te letnie, wakacyjne dni żyją wspomnieniem czasu sprzed 70 lat. Próbują sobie przypomnieć stary, nieistniejący już układ ulic, odtworzyć w pamięci budynki, których nie ma i przede wszystkim przywołać ludzi, którzy tak nagle zniknęli z list meldunkowych i książek telefonicznych.

Łódź – 23 czerwca, Warszawa – 22 lipca, Lwów – 10 sierpnia, Otwock – 19 sierpnia, Siedlce – 22 sierpnia, Nowy Sącz – 23 sierpnia… i tak dalej, i tak dalej. Te sucho dziś brzmiące daty wyznaczają początek końca wielu światów – to dni rozpoczęcia akcji likwidacyjnych gett żydowskich w 1942 roku. Niemiecka nazistowska machina śmierci niekiedy potrzebowała długich tygodni, by dokonać spustoszenia. A czasem było tak – jak w Otwocku – że wystarczył jeden dzień. Jeden długi, upalny sierpniowy dzień, by 50 bydlęcych wagonów wypchać szczelnie ludzkimi ciałami w liczbie około 8 tysięcy i skierować na tor do Treblinki.

Ten akt bestialskiego mordu na ludziach był jednocześnie zaplanowanym aktem zniszczenia całego świata, jaki od wieków istniał na terenie Rzeczypospolitej. Wraz z żydowskimi mieszkańcami polskich miast i miasteczek ginęły na zawsze całe dzielnice. Ich świat – tych, który odeszli – zginął bezpowrotnie. Nasz świat – tych, którzy zostali – zmienił się nieodwracalnie.

Czy miasta tęsknią? Czy warszawski Muranów tęskni za gęstą siecią ulic, za setkami kamienic i oficyn? Czy otwocki bruk z nostalgią wspomina stukot kół dorożek, którymi kuracjusze z kolejowej stacji spieszyli do pensjonatów? Czy miejsca, w których stały sochaczewska synagoga i cheder nadal słyszą hebrajskie modlitwy?

Gdy już wrócimy z wakacji, wypoczęci i pełni wrażeń, warto wybrać się na spacer po tym nieistniejącym świecie. By poszukać jego nielicznych śladów, by westchnąć na miejscach, w których dokonywała się zagłada, by pomodlić się przy torach kolejowych, po których odjechały wagony pełne płaczu. To nie do końca prawda, że ten świat odszedł bezpowrotnie. Jeśli powróci w naszej pamięci i modlitwie, to już będzie coś. A coś to znacznie więcej niż nicość, pustka i zapomnienie.

poniedziałek, 30 lipca 2012

niedziela, 29 lipca 2012

Ucieczki

Kontynuujemy nasze nadmorskie wyciszenie. Na plaży oddalamy się jak najdalej od gorącego  tłumu mrowiącego się na każdym niemal centymetrze piasku przy głównym wejściu na miejscową plażę. Mijamy setki kolorowych parawanów, parasole, koce, ręczniki, dmuchane materace, latawce, gromady dzieci  bawiące się  na brzegu morza – poznające słoność wody i jej zimne, nagłe okrucieństwo w zalewaniu piaskowych babek i  raptownym, podstępnym porywaniu kolorowych foremek.   Mijamy  liczne królestwa piaskowych zamków o architekturze proste albo bardziej finezyjnej, z  blankami ozdobionymi freskiem mokrego piasku i kamyków. Zadziwiamy się nieustannie patrząc na różowe, spieczone plecy, ramiona i brzuchy, których właściciele nadal z całą beztroską i pełną świadomością nadal wystawiają się na zdradliwe pieszczoty promieni słońca.

Gwar, tłok, duchota ludzkich ciał, szum rozmów, błąkający się nad gorącym piaskiem papierosowy dym, butelki piwa zakopane po szyjki w nabrzeżnym piasku i chłodzone coraz bardziej z każdą falą.  Melodyjne pokrzykiwania handlarzy wędrujących niestrudzenie brzegiem: „Chrupiace naaaczoosy! Orzeeeszkiii w kar- me-lu! Mrożona kawa! Zimne browary”…..  Wymykamy się, uciekamy dalej, jeszcze dalej. Wystarczy tak niewiele, przemaszerować brzegiem 20 minut zostawiając za plecami cały ten tłum. Tu  już jest cisza w której słychać tylko uspokajający szum morza. To możemy się zaszyć za naszym parawanem.  

Hasło wakacji – „Nic nie muszę”. Więc możemy trochę się poopalać, możemy siedzieć w cieniu naszego materiałowego daszku, możemy się kąpać, albo tylko brodzić przy brzegu mocząc nogi w zimnej, przejrzystej morskiej wodzie, możemy czytać książki, gazety, albo zamyślić się na trochę patrząc na falujące od wiatru trawy na wydmach, albo wyciszać się zerkając na błękit nieba. Jest cudownie. Z plaży zbieramy się zwykle jako ostatni. Wyrwani ze świata książkowych historii, nieco nieobecni, odurzeni zapachem morza i wiatrem czule czochrającym włosy. Wygrywa niespieszność. Mamy w sobie pokłady szumiącego w nas spokoju, dającego radości życia. 

Wędrujemy więc z powrotem morskim, piaszczystym brzegiem – czas wracać do tutejszego, wakacyjnego domu. Puste już o tej porze wyjście z plaży, pojedyncze osoby czekające na zachód słońca. Wystarczy minąć ostatnie sosny i resztki piasku przypominające o tym, że plażowy czas już za nami, a wtedy  wkraczamy w obcy nam świat. Bardziej zagubieni chyba dawno się nie czuliśmy. Nie należymy do tego poplażowego świata, jesteśmy tego pewni. Patrzymy sobie z K. w oczy i już wiemy – trzeba się ukryć, uciec jak najszybciej, ochronić tę wewnętrzną ciszę, którą w sobie nosimy, pielęgnować ją ile tylko sił. Bo poplażowe życie wolno przetacza się nawet najmniejszymi uliczkami nadmorskiego miasteczka. Oferuje wszystko, atakuje ze wszystkich stron, obezwładnia otępiałe od słońca umysły urlopowiczów, poluje, wciąga, obezwładnia. Wplątujemy się w powolnie snujący, niezdecydowany tłum. Obserwujemy uciekając jednocześnie. 

Wybierajcie Państwo, kupujcie, nie krępujcie się niczym: może owocowy koktajl, lody włoskie z automatu, lody w kulkach, gofry według unikalnej receptury, dmuchany materac w kształcie krokodyla a może lepiej dmuchane koło, 8 metrowy parawan, może plażowy namiot? Okulary słoneczne, kostium kąpielowy, wybór chust i szali? Hamburgery, ryba smażona, kebaby? Obiady domowe, pierogi , naleśniki, 60 centymetrowe zapiekanki, sprężynki kartoflane – hit lata, tak samo jak kukurydza gotowane. Drugie piwo gratis i losowanie - zostańcie tylko na karaoke, będziemy śpiewać, już śpiewamy, głośniej, jeszcze głośniej. Automaty do gry,  kiwająca się na boki ryba, na której można się przez 2 minuty pokołysać, trampoliny do skakania, kolorowe balony, migoczące kulki. A może pamiątki? Kule ze śniegiem spadającym na morskie potwory, duży wybór muszli oraz smutnych, brzydkich morskich Syrenek z plastiku, latarnie morskie. Obrazki wyklejane bursztynem - w ofercie wszystko: morskie krajobrazy, Żyd z pieniążkiem, statki i papież Jan Paweł II z włosami z bursztynowych drobinek, który nad swoją błogosławioną głowa słyszy  ryczące piosenki typu umc-umc-umc z refrenem o „zuchwałym chwacie”. Ozdoby? Naszyjniki, kolczyki, bransoletki, opaski. Nowe klapki? Sandały? Rzeźby afrykańskie. Promocja. Na każdym rogu, jedne obok drugich, stragany, budki, sklepiki z tym samym. Lawa wszystkiego zbędnego. Tatuaże henną – duży wybór wzorów, od 3 złotych sztuka, drugi tatuaż gratis. Kolorowe warkoczyki doczepiane do włosów. Kapelusze, czapki z daszkiem, parasole. Plastikowe koparki, jaskrawe łopatki, zestawy foremek jagodzianki, bita śmietana i wata cukrowa. Uwaga! Ciuchcia na kołach, kolorowa, bajkowy koszmar turla się przez tłum, codziennie, tą samą trasą nieskończoną ilość razy. Piosenki dla dzieci mieszają się z rytmami z knajp i knajpeczek, ze smażalni, pierogarni. Kakofonia. I głosy na około nas, które docierają do nas pomimo wszystko: „Kochanie masz już trzy ciężarówki, po co Ci kolejna”, „ Maju jak będziesz się zachowywała tak jak teraz, to na pewno drugiego loda już nie dostaniesz” , „ Mateusz, ale to już jest ostatni lizak dzisiaj. Koniec.”, „ Mamo ja chcę gofra!”, „Ja jeszcze będę skakać, słyszysz?”.

Jesteśmy już na miejscu, przekraczamy bramę.  Jesteśmy uratowani – nie poddamy się w poszukiwani błogosławionej ciszy.

niedziela, 22 lipca 2012

Odszumianie


Dotarliśmy tutaj, nad piękny brzeg polskiego morza, 530 kilometrów od domu. Dzisiaj rozpoczęliśmy wakacyjne "odszumianie". Wędrując plażą, mocząc nogi w zimnej, bałtyckiej wodzie, stąpając po drobnych, obłych kamykach wyrzucanych przez pieniste fale na brzeg, zerkając na piaskowe wydmy i błękitne niebo, szumimy razem z morzem. Wszystkie nasze wewnętrzne zagubienia, mętliki w głowie, warszawskie szaleństwo ulatuje z wiatrem.

czwartek, 28 czerwca 2012

Pan Telewizor

Już zapomniałam jak dobrze sobie usiąść w ogrodowym fotelu postawionym na zielonej trawie i pochłonąć niemal jednym tchem dobrą lekturę. Przeniknąć zadrukowane czarną czcionką kartki i przenieść się w inny świat w nich zapisany. Zapomnieć o rzeczywistości, zatopić się, zapaść. Wyłowić z książki małe ziarenka, które potem kiełkują w głowie i zaprzątają myśli. Na przykład takie:

"Telewizor: według niego ustala się rytm dnia, pory posiłków i wypoczynku. Pory snu. Spotkania z przyjaciółmi. Meble rozstawia się tak, aby było go widać z każdego kąta, krzesła, fotela, kanapy, a gdy postawi się talerz i weźmie łyżkę do ręki, można wtedy - chlipiąc zupę - patrzyć w ekran. Oświetlenie nie może przyćmiewać jego oblicza, bo zniekształci to, co on zechce nam pokazać (...) On, telewizor, prowadzi nas od dnia do dnia, jak niegdyś anioł stróż nad przepaścią".

"Telewizja to nieustający program dla całej rodziny; bez niej rodzina nie wie, co ze sobą zrobić. Bez telewizji czujemy się ze sobą źle. Ona jest jak nieprzyzwoita przyzwoitka, skraca do minimum czas, w którym musielibyśmy spojrzeć sobie w oczy i coś sobie powiedzieć".

"Pan Telewizor nie do wyproszenia. Był. I będzie. Kiedyś był stół i ciepłe światło lampy. Podobno wystarczało".
/ Dorota Terakowska , Ono/

Bolesne, trudne, irytujące. Ile razy tak właśnie było? Ile razy taki telewizorowy gość uczestniczył w jakieś części świątecznego obiadu, przerywał różne opowieści swoimi punktualnymi wiadomościami, zagłuszał wyznania i trudną ciszę?

Tak cieszę się, że już dawno uwolniłam się od tego telewizyjnego szaleństwa, bo na prawdę można żyć bez tego Pana i w dodatku jego brak nie wzbudza ani grama mojej tęsknoty.  Jest lepiej, jest spokojniej, jest piękniej!

Zawsze już stanowczo i bez zawahania wybieram: ciepłe światło lampy, herbatę, stół i spojrzenie sobie w żywe, prawdziwe, ludzkie oczy. Uczę się prawdziwego rozmawiania.

sobota, 23 czerwca 2012

Dla Taty

Tatusiu, tak rzadko mówię Ci, że jesteś najlepszym Tatą pod słońcem!

Dziękuje Ci za całą miłość i troskę jaką mi dajesz przez cały czas mojego istnienia. Pewnie gładziłeś Mamę czule po brzuchu, gdy byłam jeszcze w środku, rozmawiałeś ze mną gdy jeszcze mnie nie było. A potem czule przytulałeś małą mnie w tetrowych pieluszkach i jak szalony, z radością kręciłeś filmy na taśmie 8mm ze mną w roli głównej.

Dziękuję Ci za pokazywanie i objaśnianie mi świata, gdy już się na nim pojawiłam. Za to, że uczyłeś mnie życia i dawałeś bezpieczeństwo.

Patrzę jak zajmujesz się teraz małą B. i wiem,  jestem pewna, że tak rozmawiałeś też ze mną. Poświęcałeś mi tyle uwagi, cierpliwości i czułości. Uczyłeś samodzielnego myślenia, pobudzałeś wyobraźnię.

Dziękuję Ci za te wszystkie spacery o każdej porze roku, za zimowe wyprawy na sanki, wyprawy do parku, zbieranie jesiennych liści i lśniących kasztanów, za pokazywanie wiosny, za wszystkie wakacje w górach i nad morzem, za wchodzenie na Nosal, dzięki czemu jestem pewna już wtedy pokochałam góry, za naukę pływania, oswajanie jeziora, chodzenie do teatru, za zabawę w księgarnię, za to, że dzięki Twoim pomysłom mogłam być trzyletnią sekretarką zamawiającą śrubki czy też udzielającą porad sprzedawczynią w księgarni z książkami dla dzieci. Za wspólne picie oranżady i to, że sadzałeś mnie wtedy taką małą, na wysokim barowym krześle, za czapeczki robione z chustki do nosa, które pasowały na moją trzyletnią głowę.

Dziękuje Ci za jeżdżenie autobusem i zabawę w liczenie bagażników oraz za wszystkie pytania łatwe, średnie i trudne. Dziękuje Ci za wszystkie wieczory, które spędziłeś na usypianiu mnie, za wszystkie linijki przeczytanych przez Ciebie bajek i wszystkie słowa składające się na wymyślone historie. Dziękuję Ci za wszystkie zadane przez Ciebie podchwytliwe pytania.

Dziękuje Ci za to, że z Tobą mogłam wbijać gwoździe, piłować, chodzić po dachu, wywoływać zdjęcia, używać papieru ściernego, robić kulki z cyny i lutować, chłodzić rozgrzane po wierceniu w betonie wiertło w kubku z zimną wodą, być małym pomocnikiem dla Ciebie - złotej rączki. Za naukę jazdy na rowerze w wyschniętym parkowym stawie, za oswajanie robaków, pająków i ciemności, za wspólne oglądanie „Robin Hooda”. Dziękuję Ci za "pychotliwą" herbatę z cytryną, za trzymanie za rękę i obrazowe tłumaczenie tego, co było skomplikowane w fizyce, na przykład za to, że wcielałeś się w rolę elektronu, że pokazywałeś jak powinno wyglądać pismo techniczne i cierpliwie uczyłeś wyprowadzania matematycznych wzorów.

Dziękuję Ci Tato, za poczucie humoru, że nieustannie uświadamiałeś mnie, że bez niego życie jest dużo trudniejsze.

Dziękuje Ci po prostu, za to, że jesteś. Dziękuję Ci, że byliśmy razem przy Mamie odchodzącej na drugą stronę, za całą Twoja troskę i miłość, którą okazywałeś jej przez trzydzieści pięć lat małżeństwa. Czuję, że nie nauczyliśmy się jeszcze rozmawiać prawdziwie jak Córka i Tata, czuję Twoje zagubienie w mówieniu o uczuciach i tym co dotyczy wnętrza, uczmy się tego - proszę!

Życzę Ci Tato z całego serca odwagi do układania sobie życia na nowo, odnajdywania swojego miejsca w świecie bez Niej, do poszukiwania drugiej miłości i szczęścia. Zasługujesz na to. Kocham Cię!

środa, 13 czerwca 2012

piątek, 8 czerwca 2012

Epitafium bieszczadzkiego poety



W Cisnej tuż obok słynnej knajpy o przemiłej nazwie „Siekierezada” urzęduje Ryszard Szociński, bieszczadzki poeta. Zaprasza gości do środka swojego sklepiku, który jednocześnie pełni funkcje galerii i salonu literackiego. Nim się obejrzeliśmy, już nam czytał swoje wiersze a potem prosił nas byśmy też je czytali na głos. Wiersze są proste ale pełne uczucia, ubogie w poetycką frazę ale bogate w emocje.

Bieszczadzki poeta uraczył nas też opowieścią – nikt nie wie czy prawdziwą – o tym, że niespodziewanie wpadł na pomysł, by do najnowszego wyboru jego poezji dołączyć epitafium, które właśnie wymyślił i które życzy sobie mieć na swoim nagrobku. Podobno zadzwonił natychmiast do wydawcy i zażądał dodania epitafium na pierwszej stronie. Ale okazało się, że tomik już jest prawie w druku i ewentualnie dadzą radę dodać je na końcu. Tak też się stało. I faktycznie, na ostatniej stronie książeczki zatytułowanej „Słowa z widokiem na Bieszczad” można przeczytać te słowa:


Ciało nakarmić możesz
chlebem i mlekiem
- duszę
tylko miłością
Ciało wyleczyć możesz lekiem
- duszę
tylko wolnością

czwartek, 7 czerwca 2012

Na szlaku


Jesteśmy w Bieszczadach. Przyjechaliśmy wczoraj by się na chwilę zaszyć w tym innym górskim świecie, by mieć czas i wolność, by wymknąć się miejskiemu szaleństwu, by się na nowo odnaleźć.  

Jak bardzo tęskniłam za tym, by znowu znaleźć się na górskim szlaku! Obrany cel, rozpracowana trasa, niecierpliwość duszy. Ruszamy. Równy marsz, przyspieszony oddech gdy wędrujemy mozolnie pod górę. Pierwsze oszołomienie czystym powietrzem i wiatr czochrający delikatnie włosy.

Uwielbiam wpadać w ten wędrówkowy świat, inny rytm chwili, taka prosta radość, wyostrzenie zmysłów. Szum zielonych liści nade mną, szelest uschniętych, zeszłorocznych zabłąkanych, brązowych liści pod stopami, zgrzyt małych kamyków uciekających spod nóg,  delikatny plusk błotnistej drogi,  niezwykła miękkość podmokłej ziemi, trzaski łamiących się małych gałązek, zimny dotyk mokrych liści na skórze łydki, miarowy rytm kroków, cudowny, nieporównywalny z niczym smak wody pitej w czasie krótkiego odpoczynku, szemranie zimnego potoku i ten lecący ku niebu ptasi śpiew – wierny towarzysz drogi.

Ciągle dalej i dalej przed siebie. Tyle dźwięków świata, tyle barw, tyle się dzieje w tej niby ciszy. Z każdym kolejnym metrem czuję się bardziej radośnie. I ten przepełniający mnie coraz bardziej wewnętrzny spokój i duchowe oczyszczenie. Odkrywanie w sobie zagubionej ostatnio umiejętności cieszenia się życiem. Patrzenie co jakiś czas maszerującemu K.  prosto w jego błękitne, radosne oczy. Pocałunek na szczycie.  Jestem tu, na tym szlaku po prostu szczęśliwa.

środa, 6 czerwca 2012

Bieszczadzkie anioły

















Anioły są wiecznie ulotne
Zwłaszcza te w Bieszczadach
Nas też czasami nosi
Po ich anielskich śladach

One nam przyzwalają
I skrzydłem wskazują drogę
I wtedy w nas się zapala
Wieczny bieszczadzki ogień

Anioły bieszczadzkie, bieszczadzkie anioły
Dużo w was radości i dobrej pogody
Bieszczadzkie anioły, anioły bieszczadzkie
Gdy skrzydłem cię trącą już jesteś ich bratem

Stare Dobre Małżeństwo
Słowa: Adam Ziemianin
Muzyka: Krzysztof Myszkowski
fragment piosenki - a w całości do posłuchania TUTAJ 

sobota, 26 maja 2012

Dzień Mamy

Jak trudny jest Dzień Matki bez fizycznej obecności Ciebie, Mamo? Pierwsze takie święto, w którym zamiast dotknięcia Ciebie, pocałowania Twojego gładkiego policzka, uściskania Twojego drobnego, ciepłego ciała, popatrzenia Ci w patrzące na mnie czule oczy mogę pogłaskać dłonią i poczuć pod palcami chropowate litery na nagrobnej, chłodnej tablicy układające się w Twoje imię.

Jeszcze rok temu przytulając Cię mocno, życzyłam Ci z całego serca tylko jednego - zdrowia. Kiwałaś głową i mówiłaś: Tak, niczego więcej mi nie trzeba, to najważniesze. Miałam wtedy jakaś niewytłumaczalną wiarę, że się uda, że w jakiś cudowny, nieziemski sposób zostaniesz uzdrowiona, że obudzisz się Ty i my wszyscy razem z Tobą z tego coraz bardziej rozpędzającego się koszmaru. Uwolniłaś się za niespełna trzy miesiące - odeszłaś w niebiańskie przestworza. 

Jesteś obecna wszędzie, tyle pamiątek, wspomnień, wszystko tak wyraźne. Dziękuję Ci Mamo, że byłaś, że jesteś. Dziękuję Ci za pozostawione w książce kucharskiej kartki z kalendarza, na które ostatnio się natknęłam szukając przepisu na barszcz ukraiński. Kartka z 6 października 1979 roku. To urodziny Taty, ale i ja już rosnąca w Tobie. Może szykowałaś jakieś danie imieninowe dla Taty, głaszcząc się czule po brzuchu, w którego otchłaniach ja fikałam koziołki?

Dziękuję Ci za czułość, ciepło i troskę wychowania. Za bezpieczeństwo. Za uśmiech. Za to, że tyle mnie nauczyłaś. Za siłę, za dowód na to, że nie można się poddawać i da się znieść z pokorą nawet najgorsze fizyczne cierpienie. Ucz mnie dalej, proszę. Chcę czuć Twoją obecność w kroplach łez, które spływają mi teraz po policzkach. Niech to będą Twoje matczyne, najlepsze na świecie pocałunki.

niedziela, 13 maja 2012

Małżeństwo to przekraczanie granic

Decyzja o ślubie przyszła całkowicie naturalnie. Była po prostu kolejnym etapem rozwoju znajomości i naszego zakochania. Podszyta ekscytacją i czystą radością, taką, jaką odczuwa się przed czymś niezwykle ważnym - mrowiące ściskanie w środku i niecierpliwość ogarniająca całe ciało od stóp do głów...

Na zaproszenie portalu DEON.pl zgodziliśmy się wspólnie napisać tekst o małżeństwie. Można go przeczytać TUTAJ

środa, 9 maja 2012

Książki patrzą w morze

W Gdyni u szczytu Skweru Kościuszki tuż nad morzem postawiono pomnik. Żołnierzom? Wyzwolicielom? Rybakom? Coś religijnego? Nie. Stoi tu wykuty w kamieniu Joseph Conrad (Józef Teodor Konrad Korzeniowski) - pisarz, który pokochał morze, a także marynarz i człowiek morza.

Co można piewcy morza na pomniku napisać? Pewnie jakiś cytat pasujący do tematu. Zgadza się, jest cytat - z przodu. A co z tyłu - od morza? A tak - tytuły jego doskonałych książek! "Tajfun", "Lord Jim", "Zwycięstwo", "Smuga cienia", "Jądro ciemności". Takie proste, a przecież tak bardzo na miejscu.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Sześć lat

Jak to możliwe, że wczoraj mineło już sześć lat od momentu, kiedy o godzinie 15.00, z uśmiechami od ucha do ucha, przy dźwiękach pieśni "Oto są Baranki młode", w kościele świętego Marcina na Piwnej wędrowaliśmy do ołtarza? Ja w długiej sukni, Ty K. w brązowym garniturze. Pamiętam ten wewnętrzny spokój i radość, że to już, że zaczynamy kolejny etap naszej wspólnej, życiowej przygody.

Nawet już nie pamiętam zimna i deszczu towarzyszącego nam przez cały tamten dzień. Takie mamy ładne zdjecia z kraciastym parasolem. Ekspresowa sesja ślubna: dżdżysto-staromiejska. Ile od tamtego czasu się wydarzyło? Takie bogactwo przeżyć, miejsc, wydarzeń, spotkań. Tyle wspólnych rozmów tych zabawnych i tych trudnych. Tyle dni nieustannego uświadamiania sobie, że bycie razem, to nieustanna praca, której nie można zaniedbać.

Dziękuję Ci Meżu Kochany, za to, że ciągle masz siłę do tej naszej wspólnej pracy, do pielęgnowania naszej bliskości. Za to, że udało nam się stworzyć wspólny świat, w którym możemy wędrować i włóczyć się razem kilometrami, wierząc, że tylko ta wspólna, czasem wertepiasta i błotnista droga ma sens. Za to, że mamy świadomość, że gdy tylko się przez chwilę zaniedbamy, zagubimy naszą cichą rozmowę i bliskość w bezsensownym pędzie codzienności, to MY zaczynamy się kruszyć i psuć, a wtedy wszystko traci sens. Że wiemy, iż  w  takich beznadziejnych chwilach niekochania nie potrafimy się prawdziwie cieszyć niczym, bo to radość tylko połowiczna. Dziękuję Ci za to, że możemy się upominać i sprowadzać na ziemię, gdy któreś z nas się zagalopuje w jakieś odrealnione przestworza. Proszę, wędrujmy dalej. Trzymajmy się za ręce. Wiem, że oglądanie świata z czułością wspólnymi oczami jest największą i najlepszą przygodą :)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Zielone odrodzenie


Codziennie śmielej szukają słońca i ciepła. Budzą się w cudowny sposób z zimowego uśpienia. Jaka siła każe im ponownie wracać do życia? Czy to ich kolejne wcielenie? Poprzednie pokolenia pąków dojrzały, zmieniając się u kresu swego życia w kolorowe, spadające liście. Ich zastępy zginęły przysypane śniegiem. Dlaczego mieszkańcy cebulek szafirków znowu próbują i z niezwykłą siłą przebijają ziemię by wydostać się bliżej nieba? Patrzę na nie z zachwytem. W myślach modlę się o siłę by teraz i tu czuć wiosnę, by czuć radość życia, by mieć w sobie spokój i pewność, że zima będąca śmiercią nie jest wcale końcem.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Bankiet wieków


Wczoraj wieczorem w sposób nieco przypadkowy znalazłem się w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku, która mieści się w krakowskich Sukiennicach. Była to pierwsza moja wizyta w tym miejscu. I przyznaję – zostałem mile zaskoczony. 

Piękne przestronne sale, a w nich dziesiątki arcydzieł. Tu „Czwórka” Chełmońskiego, tam „Szał” Podkowińskiego, a jeszcze dalej monumentalny „Hołd pruski” Matejki. Mnie chyba najbardziej zainteresowała „Bitwa pod Samosierrą” Piotra Michałowskiego. Wspaniałe dynamiczne płótno, które Jacek Kaczmarski „wyśpiewał” w jednej ze swoich piosenek.

Jak się tam znalazłem? Ktoś wpadł na genialny pomysł, by bankiet po premierze zrekonstruowanej cyfrowo „Ziemi obiecanej” Wajdy zorganizować w tejże galerii. Nagle więc w towarzystwie mistrzów polskiego malarstwa XIX wieku znaleźli się mistrzowie polskiego kina wieku XX: Andrzej Wajda, Witold Sobociński, Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Wojciech Pszoniak i wielu innych. Do tego pretekstem do tej uroczystości była przecież premiera filmu w wersji cyfrowej i pięknie przez The Chimney Pot odnowionej, co niewątpliwie jest pozytywnym wkładem wieku XXI z jego najnowszymi technologiami na czele. 

Wyszło więc tak, że te trzy światy, reprezentujące trzy wieki, spotkały się przy sushi i lampce białego wina w krakowskich Sukiennicach. Rozmowy toczyły się właśnie w tych trzech wymiarach. XIX-wieczne malarstwo i rzeźba z ich historycyzmem i realizmem świetnie pasowały do niektórych wątków powieści Reymonta  i dzieła Wajdy (zabory, schyłek polski szlacheckiej, polska religijność). Aktorzy i twórcy filmu przywoływali lata 70. XX wieku, kiedy „Ziemia obiecana” powstawała i kiedy wszyscy oni byli młodzi i zdolni – jak zaznaczył sam reżyser. Wielu obecnych na premierze i bankiecie zachwycało się technologicznymi możliwościami XXI wieku oraz podziwiali kunszt młodych specjalistów, którzy doprowadzili do tego, że jeden z najciekawszych polskich filmów, kręcony prawie 40 lat temu, wygląda teraz tak, jakby zrobiony został wczoraj (opinia Wojciecha Pszoniaka).

Teraz, gdy o tym piszę, myślę o nas, Polakach, o współczesności, cywilizacyjnych zmianach i zadaję sobie pytanie: czy wiek XXI z całą jego doskonałością technologiczną stać na coś więcej niż tylko piękne wspominanie dzieł wieków minionych? Czy jedynym lub głównym wkładem obecnego stulecia w dzieje kultury będzie utrwalenie w dobrej jakości tego, co stworzyły minione pokolenia? A w naszej polskiej perspektywie jaki wpływ na to wszystko ma fakt, że Matejko i Reymont tworzyli pod zaborami, Wajda w czasach komunizmu, a teraz żyjemy w zupełnej wolności?

*Reprodukcja - Piotr Michałowski "Bitwa pod Samosierrą" Muzeum Narodowe w Krakowie

sobota, 7 kwietnia 2012

Wielkanoc 2012

Niech dobre przeżywanie Triduum Paschalnego i Świąt Wielkanocnych umacnia w nas wiarę, że to, co po ludzku wydaje się niemożliwe, jednak możliwe bywa. Oby te Święta Zmartwychwstania oswajały nas też z myślą o śmierci i łagodziły ból utraty tych, którzy od nas niedawno odeszli.

Fragment Drogi krzyżowej w Czerwińsku nad Wisłą.
Autor: ks. Tadeusz Furdyna