poniedziałek, 12 maja 2014

Wędrówka małżeńska



Wróciliśmy z naszej wędrówki z wewnętrznym spokojem, z rozpierającą nas radością, z zachwytem  nad pięknem, którego nie da się prosto opisać słowami, bo wydaje się, że żadne słowo dobrze nie odda tego, co widzieliśmy.  Próbujemy wkroczyć do tego innego świata co roku w majówkę. Pakujemy do plecaków to, co najważniejsze, jedziemy w góry i ruszamy na szlak. Trasa na każdy dzień zaplanowana, ale z dużą przestrzenią wolności, bo plany te można zmienić zależnie od pogody.
Uwielbiam chwilę startu. Poprawianie wiązania butów, zakładanie plecaków, których ciężar w pierwszym momencie wydaje się nie do uniesienia i te nasze pierwsze, zwykle mozolne kroki. Wystarczy wyjść na polną lub leśną ścieżkę, zostawić za sobą gwar miasteczka, które było początkiem wędrówki, porzucić miejskie życie i stawiać  kolejne kroki. Wkracza się nimi w wędrówkowy bezczas. 


Jest to niezwykłe, ale tu czas płynie zupełnie inaczej, wszystko spowalnia, wydłuża się, nie ma pośpiechu i pędu warszawskiej codzienności. Jest za to marsz, zerkanie na mapę i kolejne etapy trasy. Kolejne wzgórza, szczyty, kolejne polany i łąki, mijane kapliczki przydrożne, schowane w dolinach małe wioski. Góra, dół, góra, dół. Pot, zmęczenie, uspokajanie oddechu, poprawienie uwierających w ramiona pasków plecaka. Przystanki na odpoczynek i wypicie wody. 

A łyk chłodnej wody w czasie wędrówki staje się fizyczna przyjemnością. Bo gdy zamknie się oczy mając ją w ustach i zacznie się wolno ją połykać, to czuć jak wlewa się w nas, w każdy zakamarek naszego ciała, jak jest pochłaniania, jaką przynosi ulgę. Jest też milczenie, jest wyciszanie się wewnętrzne, modlitwa. Słyszy się więcej. W niepowtarzalne melodie zmienia się chrzęst kamieni, szum wiatru, śpiew ptaków, własny oddech, szelest trawy, plaskanie błota i chlupot poruszonej przy nieuważnym kroku kałuży. Czuje się więcej: ciepło promieni słońca, różną temperaturę powietrza, ciepłe prądy w rozgrzanym lesie i chłód niesiony przez wiatr na szczycie, miękkość mokrej ziemi… I ciągle więcej i więcej. 

Wszystkie sprawy we mnie układają się w jakimś sensownym porządku, przepada chaos myśli, zastępuje go spokój. No i co najważniejsze, gdy wejdzie się wyżej i zobaczy się wszystko wokół z perspektywy przełęczy czy szczytu, zapomina się o zmęczeniu, nawet plecak staje się naturalną częścią mnie. Jest ogromna radość, niewypowiedziany zachwyt nad pięknem krajobrazu, który ma się przed oczami, namacalny cud uczestniczenia w tak niezwykłym świecie i olbrzymia wdzięczność za dar wędrówki, za ten marsz o własnych siłach, za kolejne kilometry. Gdy znajdzie się miejsce z widokiem na te ziemskie cuda ma się poczucie, że chce się tu zostać i patrzeć, chłonąć to piękno, dawać mu się przenikać bez końca, bez przeszkód. Otwierać się na dane przez Boga dary. 

A gdy w tej wędrówce uczestniczy ukochana osoba, z którą dzieli się małżeńskie życie,  to wszystko się jakby podwaja, jeszcze bardziej rośnie, jeszcze bardziej raduje i sprawia, że chce się dziękować całym sobą za miłość, jaka jest nam dana i którą możemy się obdarzać. Majówka jest czasem naszego świętowania – tym bardziej, że od 8 lat zbiega się z naszą rocznicą ślubu. Najkochańszy K., dziękuję Ci za małżeńską wędrówkę, tę górską i tę codzienną. Jestem szczęśliwa :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz