środa, 28 stycznia 2015

Sklep

Równy rząd małych, kolorowych, gumowych zabawek ustawiony  na białym brzegu wanny. Małe, wilgotne paluszki dotykają delikatnie każdej z nich: i pękatego zielonego wieloryba z namalowanym szerokim uśmiechem, i czerwonego konika morskiego ze śmiesznie wypiętym brzuchem, i żółtą kaczkę patrzącą na nas wielkimi czarno-białymi oczami spod niebieskiej czapki. Jeżeli któraś z nich nagle, niespodziewanie zawadzona małą ręką, fiknie spektakularnego koziołka do wody od razu szybko jest ze śmiechem wyławiana i na nowo ustawiania na swoim miejscu.

Mamy więc piękny, równy szereg. To jest wystawa sklepowa. Gotowe. Malutka T. - prawie trzyletnia, patrzy na mnie z radością w oczach. Usiadłam na kolanach tuż przy wannie, w takiej pozycji jestem wzrostu tej małej, szczuplutkiej sprzedawczyni siedzącej po turecku w waniennych ciepłych odmętach.

- Dzień dobry! Co Pani kupi? - pyta mnie śmiało wczuwając się w swoją rolę  - Tu są zabawki. Do wanny.
- Dzień dobry! O ja bardzo chętnie kupię jakieś dwie zabawki dla moich siostrzenic. Czy może Pani mi coś doradzić? Ma Pani na pewno większe doświadczenie w tej kwestii. Które będą się podobać? - pytam.

Mała T. przygląda mi się bardzo uważnie, oczy jej się śmieją, ale bardzo, ale to bardzo stara się zachować powagę. Szczupła rączka krąży nad zabawkową wystawą, zastyga na moment i bierze w dłoń gumową, zieloną rybkę.

- Oooo rybki, zielone rybki – pokiwała z namysłem głową, a jasne kosmyki spadające na czoło przyczepiły się delikatnie do skóry -  wieloryb i ryba.
- Wspaniale! Kupuję. Może Pani policzyć ile płacę?
- Tak. Tak. 

Wybrane zabawki zostają przytulone mocno przedramieniem do nagiego, mokrego brzucha.  A uwolniona w ten sposób dłoń stuka paluszkami w powierzchnię wanny tuż nad poziomem wody. Tuk tuk tuk. Następnie szybko uwalnia z objęć  zielonego wieloryba i przytyka go w to samo miejsce, w które stukała.

Piiikkkk  - mała sprzedawczyni wydaje charakterystyczny dla sklepowych kas dźwięk skanera kodów kreskowych. Zaraz za wielorybem to samo spotyka następną zieloną rybkę. Piiiikkkk
- Ja kasuję, wiesz, Ciociu?
- Proszę Pani  ile płacę? Już wiadomo? - dopytuję.
- ….yyyy.... Sześć groszów. Zapakować?
- Jeżeli ma Pani jakieś ładne torebki na prezenty, to tak poproszę.
- O.... tak.... tu.  -  Mała T. nieco się zasapała, ale udało jej się włożyć małe zabawki do cienkiej, czerwonej, siateczkowej torebeczki pływającej w wodzie - Proszę. 

Wyciągnęła w moją stronę ociekającą siateczkę ze złowionymi rybami- zabawkami. Zerkały na mnie swoimi dużymi, namalowanymi oczami. A ja wyciągnęłam dłoń z niewidzialnymi pieniędzmi.  Z uśmiechami od ucha do ucha dokonałyśmy zakupowej transakcji. Kiedy tak T. mocowała się z pakowaniem tych zakupów ja zerkałam na nią spomiędzy ustawionych na brzegu wanny pozostałych zabawek. Była tak skupiona, tak dokładna, tak zaangażowana. Taka piękna i rozbrajająca w tej czynności. 

Po zabawie i myciu przyszedł czas na wyciągnie z wanny. W moją stronę wyciągnęły się dwie małe rączki. No to siup! Szybko opatuliłam T. w ręcznik. Wycierałam ją dalej klęcząc. A stanęła małymi stópkami na chodniczku przy wannie i zastygła w moich rękach otulona ręcznikiem. Zbliżyła mokry jeszcze nos do mojego i przez kilka sekund patrzyła mi z bliska w oczy. A w oczach ma takie pokłady czystej radości, życia, energii, że aż trudno to opisać.  Następnie zarzuciła te swoje szczupłe rączki na moją szyję i perliście się śmiejąc z całych sił mnie uścisnęła.

W takich momentach zatrzymuje się na kilka chwil mój dorosły świat. Nie ma miejsca na jakieś zawahania – jest tylko czułości i czysta, niczym niezakłócona radość wypełniająca całą mnie. I tyle wdzięczności za to piękno.

Wczoraj gdy przytulałam malutką, kruchą T. moje myśli krążyły jednak jeszcze w jednym kierunku. Dokładnie sześć lat temu, też we wtorek 27 stycznia, w tej samej łazience, w miejscu gdzie klęczałam zasłabła Babcia Marysia i było to początkiem jej kilkugodzinnego odchodzenia. Znowu wszystko w przedziwny sposób się ze sobą powiązało. Dziecięcy śmiech i cichość umierania. Pełnia.

sobota, 24 stycznia 2015

Nocowanie u cioci

Kiedy miałam pięć czy sześć lat, co jakiś czas rodzice zgadzali się, bym spędziła wieczór i noc u Cioci Basi. To uczucie, które mi wtedy towarzyszyło i które pamiętam, było pomieszaniem ogromnej radości, niecierpliwości i silnego przekonania, że przeżyję jakąś przygodę. Nocowanie z dala od domu u ukochanej Cioci było zawsze sygnałem, że będzie inaczej niż zwykle, że zostanę wpuszczona do jej domowego świata.

Ciocia Basia, siostra Babci Marysi, była samotna, nigdy nie założyła własnej rodziny. Poświęciła swój czas i serce pomagając w wychowywaniu swoich siostrzenic i siostrzeńca, a potem „wnuków” czyli mnie i mojej siostry. Tak bardzo lubiłam jej poczucie humoru i czułość. Zaproszenie do niej na noc było czymś wspaniałym i wyczekiwanym.

Pamiętam klatkę schodową kamienicy na Grochowie, wspinałyśmy się na kolejne piętra, by skręcić w lewo w głąb korytarza, który prowadził do drzwi jej mieszkania. Szczęk kluczy w zamku, skrzypnięcie otwieranych drzwi, pstryk światła w przedpokoju włączanego wprawną ręką właścicielki. W mieszkaniu był mały przedpokój, na wprost wejście do łazienki, po lewej drzwi do całkiem sporej kuchni, a po prawej do pokoju pełniącego rolę sypialni i salonu. Skrzypiąca klepka, zapach pasty do podłogi i takie filcowe, prostokątne szmatki, na których można było stawać stopami i posuwistymi ruchami pomykać po przestrzeniach pokoju by froterować podłogę.

Przekroczenie progu tego domu wyznaczało dla mnie wieczór szczególny. Był to czas tylko dla nas, wtedy obie dla siebie byłyśmy najważniejsze. Czułam się tam bezpiecznie. Mam przed oczami jakieś obrazy z tych wizyt. Takie migawki. Wspólne szykowanie kolacji. Wyjmowanie talerzyków i sztućców z kuchennego kredensu, dreptanie między kuchnią i pokojem, przeciągły gwizd czajnika. Smak nietypowej przekąski, która zawsze była gotowa, gdyby na coś nagle się miało ochotę: słone paluszki maczane w majonezie...

Wieczorne rozkładanie polowego łóżka, powlekanie kołdry i poduszki pachnącymi, wykrochmalonymi białymi poszwami. To skrzypiące polowe łóżko, na którym zawsze spałam stawało tuż obok dużego łóżka Cioci. Gdy przykładałam głowę do poduszki i układałam się na lewym boku mogłam patrzeć na nią leżącą na swoim posłaniu. Spod przymkniętych powiek podglądałam ją układającą się ze snu. Na jej nocnej szafeczce stała lampa, którą uwielbiałam za jej światło jakim obdarowywała półmrok pokoju. Lampa ta miała klosz, który rzucał na ścianę i sufit setki odblasków. Zachwycające drobiny ciepła rozrzucone po pokoju. Teraz tę właśnie ciociną lampę mamy u siebie w sypialni. Jest dla mnie skarbem.

Ale to, co najbardziej utkwiło mi w pamięci to fakt, że Ciocia Basia udostępniała mi swój dorosły, kobiecy świat. Mogłam za jej zgodą otworzyć ciężko wysuwającą się szufladę w dużej komodzie pełną zachwycających drobiazgów. Dotykałam małymi palcami misternie wykończonych modelinowych broszek w kształcie kwiatów, zakładałam na palce dużo za duże pierścionki z cyrkoniami i innymi kolorowymi oczkami, przymierzałam niezliczone sznury koral i koralików, zakładałam na małe uszy kolejne pary barwnych klipsów.

Układałam, przekładałam, dotykałam tych cudów z dziecięcą radością w oczach, zwiedzałam wszystkie szufladowe zakamarki. Były jeszcze dwa miejsca, do których miałam dostęp. Za drewnianymi drzwiczkami dużej szafy wnękowej pachnącej naftaliną była półka, a na niej nylonowe halki, białe, kremowe, delikatnie różowe, z koronkami i bez. Za zgodą Cioci stawały się one moimi balowymi suknami, takimi powłóczystymi, lejącymi się. Do tego oczywiście buty na obcasach wydobyte w głębin małej szafki w przedpokoju z której pachniało mieszaniną pasty do butów, skóry i potu.

I był jeszcze ogromny wybór szydełkowych, trójkątnych chust z frędzlami mieszkających na jeszcze innej półce. Fantastycznie nadawały się na nakrycie głowy. Mogłam się dokładnie obejrzeć, od stóp do głów w tych pięknych kreacjach, gdyż w korytarzu wisiało duże lustro, w którym widziałam się cała.

A rano uwielbiałam się przyglądać Cioci robiącej makijaż. Zawsze siadała przy stole, wyciągała z kosmetyczki malutkie okrągłe lusterko, siadała twarzą do balkonowego okna i przyglądała się sobie uważnie. Pociągała brwi czarnym ołówkiem, malowała usta koralową szminką. Patrzyłam z zachwytem na śmieszne miny, które  przy tym robiła.

Ostatnio moja siostrzenica, pięcioletnia już B. ni stąd ni zowąd przytuliła się do mnie mocno. Zaczęła mnie delikatnie głaskać po włosach, a że akurat siedziałam, a ona stała tuż przy mnie to mogłam patrzeć prosto w jej błyszczące, uważnie patrzące na świat oczy.

Ciociu Haniu, bo ja to Cię bardzo kocham – powiedziała wolno. - Czy możemy zrobić tak, że ty się z moją mama umówisz i ja bym do Ciebie przyjechała do domu? Bo ja bym chciała u Ciebie i Wujka nocować... Poukładałbym Ci kolczyki i bransoletki, dobrze?

Spojrzała na mnie z ogromną nadzieją. A ja w jej oczach widziałam siebie, małą, właśnie w jej wieku. Wróciło do mnie to uczucie, które miałam gdy wiedziałam, że będę nocowała u Cioci Basi. Historia zatacza koło. Mała Hania nocowała u Cioci B. Mała B. będzie nocowała u Cioci Hani. Tak kochana B. tak właśnie zrobimy! Jak najszybciej.

środa, 21 stycznia 2015

Dzień Babci

Ostatni raz wyściskałam ją z okazji Dnia Babci sześć lat temu. Niecały tydzień później odeszła na zawsze – mogę ją więc objąć i przytulić się do niej świątecznie tylko we wspomnieniach i w myślach.

Babcia Marysia – to najbliższa mi Babcia, z którą spędziłam najwięcej swojego dziecięcego i dorastającego życia.

Ileż to było wspólnie odliczonych godzin i minut, razem wykonywanych codziennych czynności, tabunów opowieści o tym co ważne i o tym co najzwyklejsze, ile trudnych rozmów, różnicy zdań, nauki życia i śmiania się z siebie, rodzinnych historii, pomagania w kuchni, wspólnego gotowania, ile usłyszanych porad, ile wypitych wspólnie herbat zagryzionych czymś słodkim, bo przecież jak wiadomo na słodycze jest z w brzuchu osobna przegródka! Ileż opowiedzianych marzeń.

Babciu! Nie da się tego przecież policzyć. To chwile bezcenne. Takie, które rozłożone na czynniki pierwsze, nie dają się tak po prostu ogarnąć. To Twoja osoba, Twój czas, który przeplatał się z moim przez niemal 29 lat życia. Za to Ci z całego serca dziękuję.

wtorek, 6 stycznia 2015

Pewna styczniowa rocznica

Zaczęło się dzisiaj od przeglądania starych rodzinnych zdjęć. Co jakiś czas sięgam do nich, jakby przyzywana dawnymi czasami, osobami bliskich, których już nie ma, których często nawet nie zdążyłam poznać. Ale patrzenie na ich twarze zatrzymane na czarno-białych fotografiach zawsze wywołuje na mojej twarzy uśmiech, rozczulenie i pewien rodzaj wzruszenia. Chłonę ich spojrzenia, uśmiechy, wpatruję się w detale tła. Chcę z całych sił uchwycić coś jeszcze, to „coś” zatrzymane w spojrzeniach, gestach, „coś” nadające tym fotografiom życie, sprawiające, że stają się bardziej przestrzenne, głębsze, bardziej mi bliskie.

Odziedziczyłam kilka albumów starych fotografii, a także kilkaset zeskanowanych pieczołowicie przez moją Mamę i dokładnie przez nią podzielonych na opisane foldery zdjęć rodzinnych, pochodzących z różnych źródeł. Wszystko przez to, że Mama miała w sobie bakcyla genealogicznego, który sprawiał jej ogromną radość i który ujawnił się z większą mocą, gdy już była chora. Tak jakby świadomość, iż jej czas się kurczy, gnał ją do porządków i katalogowania dziedzictwa rodzinnych zdjęć.

Znalazłam dzisiaj album opisany „Ślub rodziców”. Otworzyłam go dzisiaj, dokładnie w 68 rocznicę tego wydarzenia uwiecznionego na zdjęciach. Chodzi o ślub moich dziadków Babci Marysi i Dziadka Henryka, którzy w poniedziałkowy poranek 6 stycznia 1947 roku o godzinie 9.45 w kaplicy Kościoła Matki Boskiej Zwycięskiej na warszawskim Kamionku ślubowali sobie miłość i wierność. Ona 25 letnia, on prawie 34 letni. 


Pamiętam opowieść Babci, że w tym ślubnym dniu był ogromny mróz, który sprawił, że zamarzł jej  ślubny bukiet, któremu nie pomogło nawet porządne owinięcie go papierem. Na jednym ze zdjęć zrobionych przed kościołem Babcia trzyma go w objęciach opatulonego w biały papier. Nie było pompy, nie było białej sukni, a skromny komplet z białą koszulą, z dużym kołnierzem oraz elegancki biały toczek na głowie. Z tego co widzę, Babcia mimo mrozu do swojego palta z lisim kołnierzem założyła wiosenne pantofle. Dziadek występował w długim płaszczu i kapeluszu. Mimo zimna ich piękne uśmiechy mówią wszystko. Ślubowali sobie z miłością i radością.

Po uroczystości w rodzinnym mieszkaniu obyło się poślubne przyjecie. Tłum ludzi, wszystko przygotowywane zapewne własnym sumptem. To pierwsze powojenne lata, nie było łatwo, nie przelewało się. Świąteczny obiad, potem pewnie herbata i ciasto. Było tłoczno, gwarno, słychać było szczęk filiżanek, goście ciasno stłoczeni wokół stołu, z tyłu widać kaflowy piec. Siostra panny młodej – Ciocia Basia jest w jasnej sukience z krótkim rękawem, więc domyślam się, że w pokoju musiało być ciepło. Może w tle sączy się jakaś muzyka puszczana z gramofonu zagłuszana coraz głośniejszymi rozmowami?

No i jest Para Młoda. Z czającymi się w kącikach ust uśmiechami. Zerkający na siebie z czułością, objęci, przytuleni, trzymający się za ręce. Tyle radości. Początek wspólnego życia, plany wbiegające w przyszłość. Piękni byli. Wtedy, 68 lat temu, nie mieli pojęcia, że spędzą ze sobą tylko 14 lat i rozłączy ich śmierć. Babcia została sama i nigdy się z nikim nie związała ponownie. Do końca życia nosiła na palcu ślubną obrączkę, której nie zdejmowała. Obrączkę założoną przez ukochanego 6 stycznia 1947 roku.


czwartek, 25 grudnia 2014

Obrus

Prasuję biały obrus. Pasuje w sam raz na długi, rozłożony stół - taki przy którym będziemy zasiadali wspólnie do wigilijnej wieczerzy. Ilekroć pochylam się nad tym grubym materiałem i czuję jego chłodną śliskość, tyle razy zamyślam się nad historią przedmiotów, które towarzyszą nam, ludziom w tej naszej ziemskiej przygodzie.

Obrus ten istnieje odkąd sięgam pamięcią. Pamiętam, że Mama mówiła mi, iż używany był odkąd i ona pamięta, więc chyba jeszcze przez prababcię. Wyjmowany był na specjalne rodzinne, świąteczne okazje. Zawsze był pieczołowicie przechowywany w szafie. Przez jakiś czas został nieco zapomniany i porzucony, bo zamieszkał w otoczeniu bardziej atrakcyjnych, nowoczesnych, bezplamowych i łatwych w prasowaniu obrusowych nowych pokoleń. Gdy stałam się gospodynią posiadającą własny duży stół, Mama oddała mi go z uśmiechem. 

Zawsze gdy go wyjmuję i zamierzam użyć, czeka mnie długie, mozolne prasowanie. Ale jest ono dla mnie taką przygodą, bo w czasie tej czynności dotykam przeszłości. Wodzę palcami po delikatnych śladach i konturach plam, których nie dało się wywabić.  I myślę wtedy, że może to był olej z wigiljnego śledzia, który skapnął z talerza mojego Dziadka? A te ledwo widoczne kropki to barszcz, który prysnął Cioci Basi, gdy z ręki wytrąciła jej łyżkę moja mała Mama? A te nieforemne kreseczki to znaki kapusty z grzybami, która spadła z widelca - trzymanego może jeszcze niewprawnie w mojej małej dłoni - kiedyś, podczas jednej z Wigilii mojego dzieciństwa?

Ileż ten obrus ugościł na swojej powierzchni półmisków, talerzy, sztućców, szklanek, kieliszków, czy serwetek. Ile dotykało go dłoni, ile usłyszał rozmów, które przelewały się nad jego białą powierzchnią. Nasłuchał się wielu ludzkich historii opowiadanych nad jego „głową”. Zmieniali się goście zasiadający przy otulonym nim stole, jedni odchodzili na zawsze, pojawiali się za to nowi. A on jeden trwał prawie niezmienny. Prawie, bo wchłaniał przecież kolejne porcje rozlanych zup, napojów czy sosów, naznaczony został kleksami spadających na jakiego powierzchnię potraw no i tracił nieco swoją śnieżną biel w kolejnych praniach.

Nie wstyd mi, że ten mój obrus jest taki już niedoskonały. To dla mnie takie znaki i pamiątki po rodzinnych spotkaniach, po bliskich mi osobach, które zasiadały przez lata razem w jego towarzystwie. W tym roku na Wigilii u nas spotkał dziesięć dorosłych osób, trzy małe dziewczynki i jednego malutkiego chłopczyka. Otrzymał nowe bojowe rany. Dopisały się do już istniejących na nim historii. A ja jestem pewna, że gdy po raz kolejny będę go prasować przy następnej okazji, to znowu się nad nim z uśmiechem wzruszenia zamyślę.

środa, 24 grudnia 2014

Boże Narodzenie 2014

Ujrzeć i dotknąć Boga - to odwieczne pragnienie ludzkości. Mniej więcej dwa tysiące lat temu w Betlejemskiej stajence zostało ono spełnione.

Choć dziś tamto wyjątkowe doświadczenie dla nas jest niedostępne, w te Święta Bożego Narodzenia życzymy Wam (i sobie również) byśmy starali się mimo wszystko dostrzegać cichą Bożą obecność w życiu, w ludziach i wydarzeniach.

A w Nowym Roku 2015 byśmy mieli odwagę sięgać po to, co naznaczone Jego dotykiem dobra, piękna i miłości.
Hania i Konrad

sobota, 6 grudnia 2014

Odchodzenie

Gdy wchodziło się do sali chorych na czwartym piętrze hospicjum przy Krakowskim Przedmieściu, lekko skrzypiała drewniana podłoga. Zielone ściany, ciepły kolor żółtych zasłon oddzielających delikatnie trzy łóżka i leżące na nich osoby. Tak mało, a tak dużo. Wyspy intymności. 

Jak dobrze, że tu trafiła prosto ze szpitala, że tak szybko znalazło się miejsce, gdy już wiadomo było, że na dalsze leczenie nie ma szans. Że dostała tu wygodniejsze łóżko z miękkim materacem, przyjemną kolorową pościel, że znalazła się tu otoczona ciszą, ewentualnie cichą muzyką, ze spokojnymi, delikatnymi rękami pielęgniarek i pielęgniarzy przekręcającymi ją na boki i wykonującymi niezbędną toaletę. Ciche, ciepłe głosy, czułość w gestach. 

Najważniejsze jednak, że miała tuż przy sobie najbliższe osoby Syna i Córkę. Przyjechali do niej kolejno, choć na co dzień  przez wiele lat dzieliły ich tysiące kilometrów. Teraz był czas na czułość, fizyczną bliskość, ważne słowa i po prostu trwanie przy niej, gdy było już bardzo źle. Trzymanie za rękę. To było dla Niej równo 40 trudnych dni, które zmieniły wszystko. Dzisiaj popołudniu odeszła. Już jej z nami nie ma.

Widziałam ją ostatni raz w czwartek wieczorem. Taka wydawała się malutka, gdy leżała w tym łóżku, nieprzytomna, ciężko oddychająca, co jakiś czas otwierająca oczy. Był to już jednak wzrok zamglony, patrzący gdzieś w dal, przed siebie, niewidzący. Przestała jeść i pić. Jej prawie 84-letni organizm przestawał żyć. Ciągle biło serce, choć coraz ciszej i wolniej. Jeszcze w szpitalu śmiała się, że całe życie leczyła się na serce, które podobno było chore, a teraz umrze na coś innego.

Siedziałam tu w hospicjum przy jej łóżku i gładziłam ją po spuchniętej dłoni i po wychudzonej twarzy. Patrzyłam na jej zamknięte, głęboko osadzone oczy i po raz kolejny widziałam moją Mamę. Dopiero choroba Cioci sprawiła, że dostrzegłam, iż miały takie same oczy – taki przejaw rodzinnego genu, na który nigdy wcześniej nie zwróciłam uwagi, a przecież znałam Ciocię przez całe moje życie.

Lubiłam do Cioci wpadać. Zawsze mnie ugościła i długo siedziałyśmy przy herbacie. Była dla mnie bardzo cennym rodzinnym ogniwem łączącym nieznaną mi przeszłość z teraźniejszością. Pamiętała mojego Dziadka Henryka, którego ja nigdy nie poznałam, a który dla niej był wujkiem. Wspominała z uśmiechem dzieciństwo i to jak z moją prababcią Marianną chodziła na spacer do Parku Ujazdowskiego i to, że babcia tak mocno ją trzymała za małą rączkę. Potrafiła mówić o trudnych czasach wojny w Warszawie, o straconym mieszkaniu przy Koszykowej, o zasypanych pod gruzami rodzinnych zdjęciach, o zaczynaniu wszystkiego od nowa. Wyciągałam z niej skrawki rodzinnych opowieści i wspomnień.

Zawsze była świetnie zorientowana w bieżących sprawach politycznych i społecznych, dyskutowała chętnie na wszystkie możliwe tematy. Jakiś czas temu otrzymała w prezencie od Syna tablet i nauczyła się korzystania z internetu i Facebooka. Z radością podglądała „sieciowe” życie swoich wnuczek i nas z K. i często klikała „lubię to”.  Zawsze czytała nowe publikacje K. i prosiła by jej dawać znać, to kupi gazetę. Zaglądała i tu, na Zarysownik i wiele razy dziękowała mi za wpisy i je potem przywoływała w rozmowach.

Wtedy w czwartek siedziałam przy niej i patrzyłam jak coraz bardziej przekracza tajemną granicę życia i śmierci. Jakie to dziwne uczucie być w miejscu, w którym czas odmierzany jest tak wyraźnie czekaniem na śmierć... Dzisiaj nadeszła.

Nuciłam jej pieśń – modlitwę. Dzisiaj ją śpiewam - dla Niej.

Przybądźcie z nieba na głos naszych modlitw
Mieszkańcy chwały, wszyscy Święci Boży,
Z obłoków jasnych zejdźcie Aniołowie,
Z rzeszą zbawionych spieszcie na spotkanie.

Anielski orszak niech twą duszę przyjmie,
Uniesie z ziemi ku wyżynom nieba,
A pieśń zbawionych niech ją zaprowadzi,
Aż przed oblicze Boga Najwyższego.

Niech cię przygarnie Chrystus uwielbiony,
On wezwał ciebie do królestwa światła.
Niech na spotkanie w progach Ojca domu
Po ciebie wyjdzie litościwa Matka. Anielski...

Promienny Chryste, Boski Zbawicielu,
Jedyne światło, które nie zna zmierzchu,
Bądź dla tej duszy wiecznym odpocznieniem,
Pozwól oglądać chwały Twej majestat.

wtorek, 11 listopada 2014

Szpital

Pojawia się na drodze mojego życia co jakiś czas, nie daje zapomnieć o sobie i swojej charakterystycznej rzeczywistości. Wchodzi się w nią, przekraczając próg, zamykając za sobą wejściowe drzwi, przez które przeciska się ożywczy wiatr, zostawiając w szatni wierzchnie okrycie.

Szare, ciapkowane schody prowadzące na piętro. Wchodząc na wąski korytarz oddziału, jest się pochłanianym, otulanymi tylko tu możliwymi zapachami. To słodko-mdła mieszanina, w której jest chyba wszystko: środki odkażające, uryna, pozostałości jedzenia z obiadu, wilgoć szarego papieru toaletowego. Jest to też zapach samotności, starości, cierpienia, ale i nadziei... Wszystko w jednym, zawsze obecne w przestrzeni szpitalnej. Ale można poczuć ten zapach tylko w momencie przekraczania progu, gdy jeszcze za nami ciągnie się powiew wiatru wiejącego z naszej zdrowej rzeczywistości. Potem jesteśmy wciągani w tutejszość.

Tu na oddziale inaczej płynie czas. Odmierzany kroplówkami, bezsmakowymi posiłkami, zmianą prześcieradeł, czy kolejnymi porcjami leków. Kolorowe koszule i piżamy, różnorodny wiek pacjentów, spacery po korytarzu najczęściej z ogromnym wysiłkiem, z chodzikami, lub pod rękę, plączące się rurki cewników, dyndające worki z cieczą mniej lub bardziej słomkową – przedłużenia pęcherza, istne balasty. Ciche rozmowy, poprawianie poduszek, odgłosy oklepywania pleców, kaszel, rzężenie, świsty i chrapanie. Bezradność i niesprawność osób starszych, zagubienie. Niektórzy nieprzytomni, z otwartymi ustami oddychają z trudem, kroplówki. Łzy w oczach. Łzy bezradności, samotności, strachu lub wdzięczności. Cała gama ludzkich uczuć, które tu jakby z większą mocą są widoczne. 

Jak szczęśliwi Ci, którzy nie dostali łóżka na korytarzu. Dlaczego odziera się człowieka z godności? Starszy pacjent leżący na łóżku z rozchełstaną koszulą, nieprzytomnie patrzący w sufit, otwarte usta, zero parawanu, który dawałby mu nawet w takim stanie choć odrobinę intymności. A tak, tuż obok niego, na wyciągnięcie ręki przesuwa się całe oddziałowe życie – kroki pielęgniarek, stukot butów odwiedzających, przelotne spojrzenia lekarzy, przetaczają się bemary obiadowe i szczękają wydawane talerze, wynoszone są z pokojów zapełnione kaczki. A on sam jest jak jeszcze jeden martwy element szpitalnego krajobrazu, leży w łóżku zaraz obok wyjścia na klatkę schodową

Jak trudno jest akceptować swoje odmawiające posłuszeństwa ciało? Ile pokory trzeba wykrzesać w sobie, by przyjmować pomoc w sprawach tak intymnych jak zmiana ubrudzonych pieluchomajtek i bycie mytym przez salową. Bezradność i wewnętrzne łzy rozpaczy. W oczach można wypatrzeć bezgłośne wycie. Chory w pewnym momencie przekracza kruchą granicę. Daje opiekującemu się nim dostęp do swojego niesprawnego ciała, zaciska zęby bez słowa i daje sobie zdjąć buty, przetrzeć stopy, posmarować odleżynę na pośladku, rozsmarować krem na twarzy. Dzieje się to naturalnie, bez słów, jest jakby oczywiste. Wystarczy potem jedno spojrzenie, bo nie potrzeba więcej żadnych słów. Wystarczy dotyk chłodnej dłoni, która mocno zaciska się na mojej. Wystarczy. 

piątek, 7 listopada 2014

Wdzięczność, czyli patrzę na siebie - czterdziestoletniego

Żeby tak jednym słowem ogarnąć te czterdzieści lat, które za mną. Bogate we wszystko, co z jasnej i ciemnej strony życia. Że problemy, smutki, troski i niepokoje – to jasne. Mimo to, gdy dziś ponad to wszystko wzlatuję, patrzę wstecz, patrzę na teraz i przede wszystkim czuję wdzięczność.

Wobec Boga, rodziców, rodziny, mojej Miłej, przyjaciół, znajomych, świata czy tak zwanego losu. Za to gdzie jestem, jaki jestem, z kim i dla kogo. Za dary najprostsze: czytania, pisania, rozmawiania,  modlitwy, pytania, dostrzegania, zachwytu i zadziwienia. Wdzięczność.

I jeszcze Miłosz urodzinowy: „Jakież życie, jakiż los! Absolutnie niemożliwy do logicznego ułożenia w przyczyny i skutki, z lukami, które mogły wypełnić jedynie cudowne przypadki boskiej interwencji” (z tomu „Piesek przydrożny”).

O tak, wdzięczność.

sobota, 27 września 2014

Braciszek

Najpierw było oczekiwanie. Maluteńki P. był ze swoją mamą, a moją siostrą O. kilka dni dłużej w szpitalu. W domu czekały na niego coraz bardziej niecierpliwie dwie istotki, dla których na razie mgliste hasło „braciszek” coraz bardziej fizycznie się przybliżało.

Mała B. z charakterystycznym dla siebie lekkim dystansem podchodziła do tego tematu, tylko patrząc jej głęboko w oczy widać było w nich radość i ciekawość z nadchodzącej nowej sytuacji, ale nie traciła energii na zbędnie okazywane w tej kwestii emocje i nadmiar ekspresji.

Co innego Mniejsza T. Ona zawsze wszystko przeżywa całą sobą. Zachwycam się patrząc na nie obydwie – tak różne od siebie i tak w tym piękne. T. patrzy na świat ze swojej niewielkiej jeszcze wysokości oczami pełnymi radości, w których są takie piękne, cenne iskierki. Mam ochotę je zbierać i kolekcjonować, by nie utracić ani jednej. Te iskierki mają w sobie bowiem moc. A w tych, którzy je uchwycą, zakiełkuje dziecięca, czysta radość i wewnętrzne ciepło, dzięki któremu łatwiej potem patrzeć na świat. Dlatego uwielbiam śledzić Malutką T.

Gdy O. była jeszcze w szpitalu, któreś przedpołudnia ja spędzałam z Dziewczynkami i w ramach dodatkowej pomocy zaczęłam wieszać pranie. Składało się ono w większości z maleńkich śpioszków dla nowego domownika. Gdy strzepywałam lekko jedno z ubranek nagle przy suszarce do bielizny zmaterializowała się T. Uważnie patrzyła na to, co robię, śledziła każdy mój ruch. Gdy wzięłam do ręki kolejny, błękitny śpioszek w jego stronę wyciągnął się mały palec wskazujący, przybliżał się nieco i oddalał, a jego właścicielka delikatnie uginała kolana, przebierała paluszkami u stóp, zaciskała piąstkę w drugiej rączce i robiła całym ciałem delikatne przykucnięcie. Było pełne emocji, kurczyła się w sobie i całą sobą przeżywała tu i teraz, a w jej oczach zaczynały pojawiać się znane mi iskierki. Pełna przejęcia, z radością mówiła: Ciooo-ciu! Ciociuu! Patrz! Jakie malu-tttkie! Ubranko malu-tttkie! Dla braciszka! Patrz! Cały czas pokazywała palcem na mały śpioszek i powtarzała jeszcze raz to samo patrząc mi prosto w oczy z takim przejęciem, jakby zdradzała mi ogromne odkrycie i wielką tajemnicę. Braciszek jest malu- ttki! – tu wyciągnęła do przodu dwie rączki i przybliżyła jedną do drugiej wnętrzem dłoni na jakieś dziesięć centymetrów, jakby coś uważnie mierzyła, zerkała ma mnie radośnie i kiwała głową:  Ciooo-ciu! Patrz! O taki!

Teraz najmniejszy P. jest już w domu, a kilka dni temu skończył miesiąc. Jak pięknie jest patrzeć na okazywane mu siostrzane uczucia. Mała B. przytula go i całuje delikatnie w główkę, głaszcze, z ogromną czułością całuje rączkę. Robi to z takim skupieniem i namaszczeniem, zamyka oczy. Może okazać uczucia komuś całkiem malutkiemu, za kogo też będzie odpowiedzialna. Ona – najstarsza siostra. Wiem, że ona to już rozumie.

Malutka T. za to dalej przeżywa i eksploduje czułością: Ciooo-ciuu! Choć! Patrz! Maluszek!  Łapie mnie swoją ciepłą dłonią za palce i ciągnie z całych sił w stronę sypialni i łóżka, na którym leży najmniejszy P. Znowu ma w oczach iskierki. Gramoli się na łóżko, klęka i łapie go za małą piąstkę. Zaczyna mozolnie prostować paluszki P.  Ciooo- Ciuu! Patrz! Paluszki malutkie u Maluszka! Tyle zachwytu. Mała rączka wędruje zaraz potem na jego głowę i mocno, dużo za mocno głaszcze. Z taką ogromną pasją. Jeszcze musi się nauczyć delikatności. Moja siostra ciepłym głosem tłumaczy:  T. delikatniej, delikatniej to nie jest zabawka, to żywy człowiek, boli go jak tak mocno głaszczesz, delikatniej. Spod długich rzęs zerkają na nią uważnie niebieskie oczy z tymi pięknymi ognikami, szepcze cichutko: Tak, dobrze. Maluszek!

Wyspy szczęśliwe

Wyjdzie człowiek z domu na dwie godziny – w słońce, na pobliskie łąki, lasy, łęgi, nad rzekę – i od razu jakiś inny, lżejszy. Jest w pięknie natury pierwiastek oczyszczenia. Niby nic się nie dzieje – bo przecież tylko idziesz, patrzysz, słuchasz, myślisz, trochę rozmawiasz, jeśli masz z kim – a jednak przeszywa cię to wszystko, przewiewa, prześwietla i przewietrza.

Wracasz więc odmieniony i dziwisz się, że wszak chwilę cię nie było, a jakbyś z kościoła wrócił, z dobrej modlitwy albo z dalekiej podróży. Pochwalone bądźcie, wy, spacery dobre, które na wyspy szczęśliwe mnie (i żonę miłą) wyprowadzacie. 

niedziela, 24 sierpnia 2014

Małe życie

Dzisiaj po raz pierwszy widziałam na własne oczy osóbkę nie mającą jeszcze za sobą nawet doby ziemskiego życia. Odważny Maluch, o którym pisałam wczoraj jest już bowiem na świecie. Zawitał do nas dzisiaj rano o godzinie 4.40. (53 cm, 3 775 g). Po raz trzeci jestem więc ciocią! 


Patrzyłam na to śpiące w ramionach mojej siostry O. maleństwo i jego obecność wśród nas tym bardziej wydała mi się cudem, czymś czego nie da się opisać słowami. Przecież jeszcze przed chwilą był w brzuchu, teraz zaczyna samodzielne życie bez tego bezpiecznego schronienia. 

Ile kilometrów wędrówki życia przed nim. Małe stópki będą rosły i niosły go przez ten świat. Natrafi na miękki piasek, zieloną łaskoczącą trawę, przyjemny chłód morskiej wody oblewającej stopy, nabawi się kiedyś bąbli i obtarć... Tyle do poznania, tyle do wymaszerowania w towarzystwie troskliwych rodziców i dwóch starszych sióstr Małej B. i Malutkiej T.. My też będziemy Ci towarzyszyć z radością w tłumaczeniu i odkrywaniu świata.

Chłopaku! Życzę Ci odwagi do życia, swoją budzącą się dziecięcą radością zarażaj wszystkich na około, tak by w zabawach z Tobą zapominali o tym, że są poważnymi dorosłymi, a odkrywali, że mają jeszcze w sobie coś z takiego malucha jakim jesteś Ty. Zaczynasz przygodę – niech będzie pełna dobra i piękna! Całuję Cię w małą stópkę.
Ciocia H.

sobota, 23 sierpnia 2014

Trzy lata

Patrzyłam dzisiaj na daty widoczne na grobowej tablicy i aż nie mogłam w głowie pomieścić, że upływają właśnie dzisiaj już trzy lata od naszego ostatniego spojrzenia, dotyku i bliskości. 

Z Twoim odejściem zrobiła się taka dziura, luka w kole naszego toczącego się dalej życia. Nie da się jej zakleić, zasypać, naprawić. Jest i powoduje u mnie ciągle kłujący ból przy kolejnych obrotach dni, miesięcy. Zapamiętałam Cię cierpiącą i mówiącą przez łzy odchodzenia, że będziesz zawsze nas kochać. Pomimo wszystko. Tego się trzymam. 

Trzy lata. To wiele naszych rodzinnych spotkań, w czasie których łapałam się na tym, że zrobiłabym Ci herbatę czy nałożyła ciasta. Tyle prób kontynuacji rodzinnych, genealogicznych opowieści i tyle moich wątpliwości, pytań. I  momentów, że już prawie słyszałam Twój głos dający na nie gotową, pewną odpowiedź. Tak dużo przedmiotów wokół, które przypominają o tym, że gdyby nie Ty, nigdy nie pojawiłyby się w naszym domu, bo sprezentowanie ich nam było powiązane z Twoją myślą i troską. Ogrom codziennych, domowych czynności, które wykonuję właśnie tak, jak mnie nauczyłaś, a patrząc na swoje dłonie widzę często Twoje...

Odwiedziliśmy Cię dzisiaj razem, w komplecie Ci najbliższych. Mała B. postanowiła między zniczami ułożyć specjalnie dla Ciebie kilka zielonych jeszcze żołędzi, które skrupulatnie wybrała spośród Tych spadających z drzew.

Zamknęłam oczy i przypomniało mi się to: zawsze na pożegnanie mnie przytulałaś, choć raczej wyglądało to jakbym ja bardziej przytulała Ciebie jako wyższa o ponad dwadzieścia centymetrów. Obejmowałaś mnie w pasie, a ja Ciebie w ramionach, Twoją głowę miałam pod szyją, a Twoje włosy łaskotały mnie w brodę. Odchylałaś głowę do tyłu i tak śmiesznie przewracałaś oczami przesyłając mi jednocześnie buziaki ustami złożonymi w dzióbek. Zawsze mnie to rozczulało i  bawiło. Taki rytuał bliskości.

Już trzy lata. Jest jeszcze coś. Ten trzeci rok przynosi cudownie trzecie, małe życie. Teraz kiedy piszę te zdania na świat coraz bardziej energicznie wybiera się z bezpiecznego brzucha mojej siostry O. pewien odważny Maluch. Chwilę temu miała jechać do szpitala jak to powiedziała O. „bo przygodę czas zacząć”. Koniec, początek, życie, koło... Mamo, lada moment zostaniesz kolejny raz Babcią!

piątek, 1 sierpnia 2014

Jedna sierpniowa minuta

Dzisiejszą minutę ciszy w godzinie „W” spędziliśmy stojąc na pomoście i wpatrując się w spokojną toń jeziora Ryńskiego. Czekaliśmy na 17.00 zerkając na zegarek, by się nie spóźnić, by jak co roku zatrzymać się i przenieść w czasie, ogarnąć pamięcią ludzi, miasto i czas sprzed 70 już lat. Nagle tu w mazurskim Rynie dźwięk kościelnych dzwonów i wyjąca syrena alarmowa połączyły nas z zatrzymanym życiem Warszawy.
Jezioro Ryńskie 

Patrzyłam na jezioro, w którym odbijało się szare, pochmurne niebo, potem zamknęłam  oczy by w sobie czuć rozpacz, strach i ból Powstania. W mojej głowie goniły się obrazy z dokumentalnego filmu o Powstaniu, który obejrzeliśmy przedwczoraj.

Patrzyłam na te filmowe dramatyczne sceny walczącej Warszawy, uciekających ludzi niosących na plecach to co, na szybko mogli zapakować w tobołek – całe swoje życie, na rannych, sanitariuszki, na zabitych, na usypane na podwórkach kamienic groby, na lasy drewnianych prostych krzyży, na zawalone kamienice, zniszczone ulice, na barykady, codzienne życie powstańcze, które jak w najgorszym koszmarze wydłużyło się do 63 dni....

I całe moje ja nie chciało wierzyć, że to co stawało przed moimi oczami, było prawdą, ale rozum sprowadzał na ziemię przypominając,  że właśnie tam, w tym mieście sprzed 70 lat były także dwie siostry: 23-letnia wówczas Marysia (która stała się moją Babcią) i 21-letnia Basia oraz ich bliższa i dalsza rodzina. Była także rodzina mojego dziadka Henryka (późniejszego męża Marysi). Działo się to naprawdę. 

Tyle ludzkich losów, tyle myśli, tyle strachu, dramatów, bólu i uczyć, których nie da się opowiedzieć. Jak oni potrafili po tym wszystkim żyć? Po tym koszmarze, który zapewne powracał u nich do końca życia,  uczucia nie do wyrażenia, nie do ujęcia w słowa i nie do przekazania w opowieściach. 

Kiedyś wspólnie z K., gdy siedzieliśmy u Babci Marysi w zacisznym pokoju popijając herbatę, sprowadziliśmy ją na chwilę na wojenne, powstańcze ścieżki. Zaczęła opowiadać.

I oto jeden z dwóch dramatów, okruchów, które potrafiła ubrać w słowa. W czasie powstania przebywała na Grochowie, pomagała nieco jako łącznika, jednym z jej zadań miało być przeniesienie w torebce pistoletu. Miała go przenieść gdzieś z okolicy Dworca Wileńskiego w stronę Wisły. Szła dzielnie omijając gruzy, ale gdy potknęła się prawie o martwe ciało jakiegoś przechodnia, leżącego przy okrągłym ogłoszeniowym słupie, a potem zobaczyła idący z daleka niemiecki patrol zdecydowała, że torebka jej za bardzo ciąży. Szczerze przyznała, że bała się tak bardzo, że ją dyskretnie wyrzuciła. Nie mówiła jak skończyła się dalej ta konspiracyjna historia, ale czy to ważne? Próbowałam sobie wyobrazić jej strach, jej panikę. 

A to drugi przekazany dalej wojenny, powstańczy okruch.  Rodzina z Grochowa została przez Powstanie rozdzielona z rodziną mieszkającą na drugim brzegu Wisły – na Żoliborzu. Babcia opowiadała, że razem ze swoją siostrą Basią, zdecydowały się iść, już w styczniu 1945 roku po wyzwoleniu Warszawy odszukać po drugiej stronie rzeki swoją Babcię Klementynę, a w zasadzie jej grób. Teraz nie mogę o to już zapytać, ale podejrzewam, że chciały się z nią w ten sposób pożegnać i wiedzieć gdzie jest jej ciało. Czy znalazło wieczny odpoczynek w jednej z podwórkowych, ziemnych mogił, z krzyżem z patyków?

Najpewniej wiedziały już, że ich Babcia zwana czule „Klimcią” została zastrzelona  przez Niemców w bramie domu, w którym mieszkała, w momencie ewakuacji jego mieszkańców po upadku Powstania. Jej córki, z którymi była, nie mogły jej pomóc iść szybciej, a Ona sama miała jakieś problemy z chodzeniem, czy też chore biodro. Wszyscy byli wyganiani, popędzani, przestraszeni, a ona 80-letnia kobieta w długiej ciemnej sukni (bo w taką ponoć zawsze się ubierała) nie dawała rady, nie mogła iść tak szybko, nie była w stanie wykonać rzuconego po niemiecku rozkazu „Schnell”... Zrobiło się zapewne zamieszanie i padł jeden strzał, a może strzały. Domyślam się, że upadła na oczach swoich bliskich którzy nie mogli się zatrzymać jeżeli sami chcieli żyć, została sama umierając, w bramie... może słyszała jeszcze kroki biegnących dalej współlokatorów i pokrzykiwania żołnierzy, szloch córek. Potem cisza.

Cztery miesiące później jej dwie wnuczki zdecydowały się iść przez zamarzniętą mocno w styczniu Wisłę z Grochowa, aż na Żoliborz. Babcia opowiadała, że najgorsze było podejście pod górę od rzeki po stromym nadwiślańskim nabrzeżu w stronę Starego Miasta, czy tego co po nim zostało. Zziajane, spocone gramoliły się w górę brnąć w głębokim białym puchu. W pewnym momencie Babcia złapała się dla zachowania równowagi jakieś wystającej górki śniegu, chciała się podeprzeć.... spod białego śniegu wyłoniła się skostniała, lodowata ręka w mundurze... Pod śniegiem leżały ciała żołnierzy.... Odskoczyły i otrząsając się z dreszczy przyspieszyły kroku. 

Gdy udało im się dotrzeć na Żoliborz pod znany adres, gdy skręciły w bramę prowadzącą do wejścia i na podwórko natknęły się na leżące zamarznięte ciało w oszronionej długiej sukni...  Jak można opisać i przekazać taką rozpacz, kłujący ból, gorące łzy płynące po zmarzniętych młodych policzkach dwóch wnuczek, które w tym ciele odnajdują swoją ukochaną babcię Klimcię? Babcia Marysia powiedziała nam tylko tyle, że zdecydowały się ją pochować, nie pamiętała skąd i jak, ale wyciągnęły skądś stary, przypalony dywan, rozłożyły go na śniegu i wspólnymi siłami przeniosły na niego zamarznięte ciało. W pamięci wnuczki został za to dotyk włosów Klementyny opadających z jej martwej już od kilku miesięcy głowy... Zawinęły jej ciało w ten dywan i w jakiś sposób zasypały go tyle ile się dało nie zamarzniętą ziemią, może cegłami, by zostawić ją godniej pochowaną. 

Moja praprababcia Klementyna znalazła ostatecznie po jakimiś czasie swoje miejsce wiecznego spoczynku w jednej z kwater wolskiego cmentarza Powstańców Warszawy.

To właśnie dla niej, dla wszystkich moich bliskich oraz nieznanych mieszkańców Warszawy, którzy zginęli; dla tych wszystkich którzy przeżyli, ale tak jak niektórzy z mojej rodziny stracili swoje domy i nie mieli do czego wracać,  dla wszystkich którzy zaczynali po wojnie swoje życie od nowa, dla wszystkich zachowanych choć w okruchach wojennych i powstańczych opowieści, dla przeżyć i bólu których nie da się opowiedzieć i przekazać kolejnym pokoleniom. Właśnie dla nich zatrzymuję się na tę krótką chwilę, gdziekolwiek jestem 1 sierpnia.

czwartek, 31 lipca 2014

Rowerowa wolność

Po raz kolejny możemy mknąć rowerami po warmińskich drogach. Gdy myślałam w tym roku o urlopie, widziałam nas właśnie takich – pedałujących, zmęczonych, ale szczęśliwych. 

Wystarczy tylko wyjechać z Olszyna, znaleźć się na jego obrzeżach, a trafia się do krainy, w której czas płynie inaczej – przesącza się leniwie przez drogi, pola, wisi nad jeziorami, szumi w trawach. Ile taka jazda daje wolności i dziecięcej wprost radości. Przy pięknej, słonecznej pogodzie wszystko jest jeszcze spotęgowane. 
Zachwycam się więc nieustannie i jadę przed siebie, a przede mną lub obok mnie ukochany towarzysz tej rowerowej przygody. Różne drogi: asfaltowe, żwirowe, ubite, piaszczyste, leśne i polne jak w kalejdoskopie. Różne odgłosy tych powierzchni pod kołami rowerów - zgrzytające, szurające, szumiące czy głucho dudniące. 

Bogactwo dźwięków płynące z każdej strony. Trudne podjazdy pod wzniesienia i ogromna radość zjeżdżania w dół, pęd, wolność, chłód wiatru owiewającego całą mnie. Fale gorącego rozgrzanego powietrza i nagłe niespodziewane chłodne powiewy muskające skórę. Cudowne cieniste drogi wysadzane z dwóch stron starymi już drzewami, takie aleje prowadzące nas dalej i dalej, szpalery strażników pamiętających dawne czasy. Tyle zapachów: skoszonej trawy, wiejskich zagród, leśnych malin, wilgoci mchów, suchych leśnych igieł, stęchlizny zagrzanych przydrożnych rowów, żywicy sączącej się ze ściętego drzewa, wody jeziora, rozgrzanych łanów dojrzałych zbóż, kropli deszczu... 

Gdy tak mkniemy zmienność krajobrazów wydaje się wręcz niemożliwa. W jaki cudowny sposób mieści się to wszystko w tym warmińskim rejonie? Tyle uroczych, cichych i sennych wsi, przeżuwających powolnie trawę krów, drzew owocowych i spadających na drogę zielonych jabłek, Tyle miasteczek z ceglanymi kościołami, których wież można wypatrywać  już z daleka. Tyle pięknych, kolorowych kwiatów zerkających na nas zza sztachet płotów, tyle starych zabytkowych, drewnianych domów pamiętających wiele ludzkich historii. Jak nie zachwycać się tym bogactwem świata? A do tego jeszcze, gdy tylko jedziemy przez leśne dukty, migoczące na ziemi światło, jak przebłyski niezwykłych witraży tworzonych pod niebem przez gałęzie drzew.

I w tej naszej całodziennej wycieczce zawsze mamy boskich towarzyszy: przydrożne krzyże ozdobione lub zapomniane, Chrystusów z ułamanymi nogami lub zwisających jak ekwilibryści na jednej ręce, są i Maryje oplecione różańcem lub koralami, czasami tak zniszczone i pokiereszowane – jak  takie kapliczkowe męczennice, są i kapliczki z podwójnymi krzyżami, i poczwórnymi figurami Matki Boskiej – po jednej na każdą ze stron świata.

Zawsze mnie to porusza, zawsze się zatrzymam by zrobić zdjęcie i z ogromną radością podziękować Bogu za to wszystko, na co mogę patrzeć, za to poczucie wakacyjnego szczęścia, wyzwalającego we mnie miłość i czułość, którą zawiozę rowerem dalej. 


Piosenka o Powstaniu

Powstanie chłopców pełne, 
powstanie pełne snów. 
I tamte pieśni rzewne, 
i tamten pożar głów,
I ta naiwność wszędzie,
taka głupota w krąg.
I Polska, która wzejdzie
z serc tamtych, z tamtych rąk...

Wiersz ten (tu podaję tylko fragment) w wojennym czasie napisał Jan Twardowski, uczestnik Powstania Warszawskiego, który po wojnie został księdzem. "Piosenkę o Powstaniu" przepięknie zaśpiewała Aga Zaryan na płycie "Umiera piękno" (2007). Aby posłuchać - kliknij TUTAJ.

niedziela, 13 lipca 2014

Niedzielne poranki


Jak ja uwielbiam spokojne, niespieszne niedziele! Wyspanie się i radość słonecznego poranka – gdy otwiera się oczy, a tu jego blask przebijający się przez cienkie szpary w zasłonach oraz promienie wędrujące przez uchylone drzwi prosto z zalanego słońcem salonu. Jakby chciało się zakraść do sypialni i nas zalać, otulić, zerwać do życia. Jak to cudownie się budzić tuż obok Niego.

Spod przymkniętych jeszcze leniwie powiek podglądać ukochaną twarz. Dotykać spojrzeniem czoło, nos, policzki, usta, wsłuchiwać się w Jego spokojny oddech. Mogę się delikatnie przytulić do tego najbliższego, ciepłego ciała, dopasować się do jego kształtu i wiem, że K. odruchowo obróci się nawet przez sen czy półsen i mnie mocno przytuli i pocałuje w czoło. Wspólna drzemka, pełen spokój i błogość. Pełnia.

A potem przebudzenie. W niedzielę pierwszy wstaje K., który drepcze do salonu, włącza muzykę, która sączy się później delikatnie przez przedpokój prosto do naszej sypialni, robi nam kawę. Przynosi ją stawiając na nocnych szafeczkach, odsłania zasłony i do naszego azylu wpuszcza dzień.

Tak zaczynam drugą cześć poranka, czy raczej przedpołudnia. Gramolimy się w łóżku, by wygodnie usiąść, zasypujemy się porannymi wiadomościami, lekturami, opowieściami, planami i popijamy gorącą kawę. Niespieszność, radość, nasza bliskość. Jak cenne są takie wspólne poranki, tak inne od tych w tygodniu pracy. Ile dają nam siły do dalszego, wspólnego życia – są takim naszym pięknym rytuałem. Czułość i miłość. Dziękuję K.

piątek, 11 lipca 2014

Uchwycona

Nie znam jej i nie poznam, widziałam ją wczoraj rano i tylko przez chwilę. Ale zapadła mi w pamięć, mam ją przed oczami. Spojrzałam na nią przez szybę samochodu, tylko przez kilkanaście sekund miałam ją w zasięgu wzroku. Została mimo to w mojej głowie, która ujęła ją w piękny kadr, który mną poruszył. A było tak. 

Zadaszony przystanek autobusowy starej daty, otoczony  soczystą zielenią liści. Wilgotna świeżość poranka, szare chmury przeganianie po niebie chłodnym wiatrem. Taka szara, nadmorska, wietrzna pogoda w środku Warszawy. W głębi przystanku na drewnianej, wyszczerbionej ławce siedzi Ona. Taka przycupnięta nieśmiało, krucha. Na stopach ma staromodne półbuty, smukłe, wiotkie łydki otulone podciągniętymi wysoko skarpetkami. Nad nimi powiewa delikatnie dotykana wiatrem granatowa, lekko plisowana spódnica. Na górze ubrana w jakąś jasną koszulę z mankietami, na którą zarzuconą ma granatową ciepłą kamizelkę. Dłonie zaciśnięte w pięściach położone na kolanach, jak małe odważniki na falującej od powiewów wiatru spódnicy. 

Tuż obok Niej, zaraz obok przystankowej ławki, tuż na wyciągnięcie ręki stoi niewielki zakupowy wózeczek na kółkach. Z kratkowanego wnętrza wydostają się na świat liczne główki kolorowych żółtych, białych i różowych kwiatów. Tak mocno rzucają się w oczy w tej szarości lipcowego poranka. Przyciągają mój wzrok jakby chciały zaczepnie zwrócić moją uwagę na ich towarzyszkę podróży. Wracam w ułamku sekundy do Niej. 

Na głowie ma ciemną chustkę, zawiązaną pod brodą. Ma pewnie ponad osiemdziesiąt lat, siedzi cichutko na przystanku, czeka pokornie na autobus, dotyka ją wiatr, który bawi się wymykającymi spod chustki kosmykami białych cienkich włosów. 

To co mnie w niej tak uderzyło, to niewytłumaczalna wręcz świetlistość i spokój malujące się na jej twarzy. Tak jakby patrzyła na wszystko dookoła z taką promieniejącą, wewnętrzną radością. Jakby kochała i ten szary poranek i swoje poranne wstawanie, ścinanie kwiatów i pakowanie ich do torby, oczekiwanie na tym przystanku, podróż,  jakby kochała siebie i swoją starość i siwe włosy i wiatr, i całe swoje już przeżyte życie. Bez cienia żalu, z pełnym spokojem.

Gdy odjechałam dalej i jej postać zniknęła z mojego pola widzenia poczułam, że ten uchwycony kadr to był właśnie jeden z dostrzeżonych cudów codzienności.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Tatusiowie

Dzisiaj Dzień Taty. Postanowiłam wydobyć dwa zdjęcia, które znalazły się w pięknym albumie jaki dostaliśmy w niezwykłym prezencie ślubnym od mojej siostry O. Oglądanie go w czasie naszego ślubnego przyjecia nie było dobrym pomysłem, bo chlipałam ze wzruszenia i przez jakiś czas wygladałam jak czerwonooka żona pana królika. Album ten zaczynał się narodzinami K., potem moimi i pokazywał nasze osobne życia, które w cudowny sposób dążyły do momentu, gdy splotły się w jedno- wszystko ilustrowane zdjęciami z dzieciństwa, fragmentami wierszy, cytatami z Pisma Świętego czy tekstów ulubionych piosenek. Bystre oko mojej Siostry wytropiło w rodzinnych albumach, w całkowitej tajemnicy przed nami, różne podobne elementy, które zestawione obok siebie wybrzmiewaja jeszcze mocniej. Na jednej ze stron albumu znajdują się takie dwa zdjęcia. 




Właśnie one przyszły mi do głowy dzisiaj rano. Ileż jest w nich piękna! Tatusiowie nasi jesteście najlepsi! Widzicie to co uchwycone zostało na tych zdjęciach? Chmura uczuć. Duma, czułość, zamyślenie, troska, delikatność, siła i poczucie bezpieczeństwa. Mieszanina ucząca życia, którą nas obdarowaliście. Dzisiaj ktoś powiedział, że ojcostwo na zawsze w nas, dzieciach pozostaje i jest dla nas szkołą tego jak prawdziwie kochać. Za to Wam dzisiaj dziękujemy! Wasze Dzieciaki :) 

sobota, 7 czerwca 2014

Klasztorny ogród


Spotkanie dużego grona ludzi w klasztornym ogrodzie, ukrytym przed wzrokiem przechodniów za wysokim murem oplecionym dzikim winem. Duży teren, jak skarb ukryty w mieście, niewidoczny dla tych, którzy go nie szukają.  Ja wraz z innymi byłam zaproszona, by przekroczyć jego bramę. Zadbane rabatki, kilka zagonów winorośli pnących się w górę, miękkie, trawiaste ścieżki prowadzące do zielonej i nieco dzikiej części będącej sadem. Piękne słoneczne światło przesączało się przez liście drzew czereśni, na gałęziach jeszcze niedojrzałe owoce. Są i śliwy, i jabłonie, i grusze. Jest atmosfera zupełnie oderwana od miejskiej rzeczywistości, którą zostawiliśmy za murem otoczonym dębami, porzuciliśmy ją przekraczając furtkę.  

Powód spotkania – wspólny, przedwakacyjny grill. Pogoda piękna – ciepło, sielsko, cudownie. Na początku było dużo ludzkiej krzątaniny przy szykowaniu wspólnego poczęstunku,  rozstawianiu ogrodowych krzeseł, rozpalanie paleniska i ogniska. Radość wspólnego biesiadowania. Gwar głosów rozpływał się coraz bardziej po ogrodzie. Ludzie zaczynali się gromadzić w mniejszych i większych grupkach.  Szelest liści rozgrzanych słońcem, powiew wiatru, rozmowy zlewające się w jeden niezwykły, dźwiękowy utwór. 

I naraz słyszymy krzyk: „Mamoo! Maaamooo!”  Od strony głównej ścieżki biegnie chłopak na oko szesnastoletni.  Widać było z daleka, że pomimo swojego całego rozpędzenia  biegnie nieporadnie. Kołysze się raz na jedną, raz na drugą stronę, ma niesprawne nogi, skrzywione do środa na kształt iksa, równowagę łapie rękami.  Ale biegnie, rozgląda się gorączkowo, pochyla delikatnie głowę. Wiatr rozwiewa mu ciemne włosy, patrzy na świat ładnie osadzonymi ciemnymi oczami.  Woła znowu „Maaamooo!!”.  Koślawo przebiega między ogrodowymi krzesłami, potrąca niektóre, nie poddaje się i biegnie dalej jak posłaniec z jakąś bardzo ważną wiadomością. 

Na to jego wołanie rozmowy jakby cichną, zebrani obserwują tego niepełnosprawnego chłopaka, który ma na twarzy troskę i tak strasznie się spieszy biegnąc przez ogród. Widzę, że coś zaciska kurczowo w dłoni. I nagle zza drzewa wychodzi ładna, młoda kobieta, która widząc chłopaka czule się uśmiecha i odkrzykuje „ No jestem, tu jestem, co się stało?!”.  Dobiega do niej, stoją akurat w miejscu pięknie oświetlonym słońcem. Są jak na scenie, bo zgromadzeni w ogrodzie patrzą z wyczekiwaniem  na to, co się stanie dalej.  Syn staje przed swoją Mamą, jest już prawie jej wzrostu. Na jego twarzy pojawia się tak piękna, świetlista radość, zaczyna z tej radości piszczeć i takim trudnym do opisania głosem krzyczy jej prosto w twarz: „Mamo, mamo, ja jadłem jabłka!!!”. Wysuwa do przodu rękę, otwiera zaciśniętą dłoń, a w niej małe, zielone niedojrzałe jabłuszko z klasztornego sadu.