niedziela, 8 lipca 2018

sobota, 30 czerwca 2018

Oczekiwanie


Przenikasz i znasz mnie, Panie, (...)
Ty bowiem stworzyłeś moje wnętrze 
i utkałeś mnie w łonie mej matki.
Sławię Cię, żeś mnie tak cudownie stworzył; 
godne podziwu są Twoje dzieła 
i duszę moją znasz do głębi.
Nie byłem dla Ciebie tajemnicą, 
kiedy w ukryciu nabierałem kształtów

/Psalm 139/

Doświadczam tajemnicy, którą tak trudno ująć w słowa. W moim wnętrzu dzieje się cud.

Bóg utkał nowe życie, które rośnie we mnie. Zostaliśmy zaproszeni przez niego do przygody życia. Budzę się codziennie już od ponad 160 dni z myślą, że siedzi we mnie jak w skarbcu mały człowiek. Początkowo niewidoczny, schowany, cichy i tajemniczy. Pierwsze marcowe usg: na ekranie zobaczyłam mające niecały centymetr maleństwo, któremu jak szalona migotała kropeczka - serce. 

Wychodziłam z przychodni na szarą, marcową ulicę z łomotem serca, ściskającym mnie w środku wzruszeniem i jakimś takim niedowierzaniem, że to się wszystko dzieje i nie jest snem. Wracałam do codziennego życia, do pracy i różnych obowiązków, które przerywały w ciągu dnia co jakiś czas momenty nagłego olśnienia - przecież zostanę mamą, rośnie w mnie Maluch. Aaaaaa!!!!

Nic nie widać, nic nie czuć. Dzieje się tajemnica. Bardzo skomplikowana tajemnica. Twórcze, Boskie misterium. Ależ to wymyślił wszystko cudownie. A jeszcze bardziej się zachwycam na samą myśl, że przecież to samo działo się ze mną, z nami. Byliśmy schowani przed światem w naszych Mamach i powstawaliśmy, rośliśmy w bezpieczeństwie i nieodgadnionej jakiejś błogości.

Zdecydowaliśmy się mówić o tym naszym małym Bąbelku od razu. Nie czekać, nie ukrywać. Cieszyć się niezależnie od tego co by się miało dziać. Tyle dobrych słów na nas spłynęło zewsząd, serdeczności i wzruszeń.

Kolejne usg w połowie kwietnia. Czekanie na wizytę. Na spotkanie, w którym jakby nie patrzeć będziemy podglądaczami. Zobaczyliśmy na ekranie małą istotę zwiniętą w kulkę, zupełnie jak jeż, która dopiero po kilku mocniejszych dotknięciach mojego brzucha nagle rozkwitła, rozwinęła się, wybuchła, rozprostowała skrywane rączki i nóżki i jak ryba w wodzie zaczęła się wyginać na wszystkie strony. Wiercipięta w kształcie człowieka. Z łomoczącym sercem, które mogliśmy usłyszeć. Pomachała nam.

Z ciągłym niedowierzaniem dotykam swojego brzucha, który jak mała, nadmuchana piłeczka przyczepiona pod piersiami w ciągu ostatniego miesiąca pokazał się pięknie światu. Gdy wpadłam na chwilę do mojej siostry, mały P. przywitał mnie radośnie słowami: Ciocia, ale masz brzuch! A większa T. przybiegła do mnie i zaczęła mnie po nim głaskać i całować z niepohamowanym zachwytem wykrzykując: Ale Dzidzia urosła! I do tego wszystkiego moja siostra O. - mama czwórki dzieci - która patrzy na mnie za każdym razem, gdy się widzimy z taką ogromną czułością pomieszaną z jakimś rodzajem wzruszenia i niedowierzania. Uśmiecha się i mówi: Ojej... moja siostra jest w ciąży!

Leżąc wieczorem w łóżku, wsłuchiwałam się w siebie, w moje zmieniające się ciało. Jak to będzie coś poczuć? Jakiś ruch? Dowód obecności inny niż zdjęcie uchwycone na usg zupełnie jakbyśmy byli jakimiś paparazzi. I jest. Czuję. Dostałam taki prezent pod koniec maja. Jakby zamknięte we mnie wodne bąbelki, wypuszczane w wodzie bańki powietrza rozbijające się o wnętrze mojego brzucha, muśnięcia, nieco łaskoczące, przyjemne puknięcia odczuwane w różnych miejscach, takie pukanie ze środka. Wyobrażam sobie tego Malucha zapamiętanego z ostatniego usg. Tę kulkę przemieniającą się w mikro-człowieka machającego rękami i nogami. Ciekawe co on tam porabia.

Nie zajmujemy się szykowaniem pokoju dla dziecka czy szukaniem ubranek i wózka. Obdarowani zostaliśmy rosnącym w brzuchu Maluchem i ogromną dawką spokoju. Nie wybiegamy w przyszłość. Żyjemy razem, we trójkę, tu i teraz. Cieszymy się każdym dniem. Każdą zmianą we mnie. Na całą resztę przyjdzie czas. Po co się spieszyć.

Ostatnie usg - w połowie czerwca. Kolejne, wyczekane podglądanie. Z tyłu głowy, mimo naszego spokoju, zawsze jakaś obawa, czy Maluch zdrowo się rozwija. Ale jest dobrze. Po raz drugi już słyszymy od lekarki, że jest małą, ruchliwą Dziewczyneczką. A na ekranie widzimy jej zabłąkany uśmiech.


sobota, 26 maja 2018

Na Dzień Mamy

Byłam Jej drugim dzieckiem. Pierwsze - moja najstarsza siostra Ania umarła tydzień po urodzeniu. Urodziła się ciężko chora, nie dawano jej szans. Był kwiecień 1978 roku. Mama, która miała cesarskie cięcie, nawet jej nie zobaczyła, nie była na pogrzebie, nie widziała małej trumny grzebanej na cmentarzu i przysypywanej kopczykiem ziemi, nie odchodziła w kwietniowy, wiosenny dzień od grobu dziecka otoczonego ze wszystkich stron innymi małymi grobami. Grobu, po którym potem piął się we wszystkie strony wszędobylski rozchodnik. 

Nigdy nie opowiadała mi o swoich uczuciach z czasu tej straty. O bólu, łzach, pustce. Żałobie po dziewięciu miesiącach z Małym życiem w sobie. Mówiła, że pod koniec ciąży czuła, iż coś jest nie tak, swędziało ją okrutnie całe ciało. Szukała pomocy, ale czuła się ignorowana przez lekarzy, którzy nieustannie zwlekali. Młoda matka i jej pierwsze dziecko - mówili, że przesadza. Nie było rodzinnych porodów, nie było usg i dobrej diagnostyki. Była szpitalna samotność i pobyt w sali poporodowej wśród innych matek, które karmiły swoje nowonarodzone dzieci. Słuchała ich płaczu coraz bardziej będąc świadomą, że ona płaczu swojego wyczekanego Malucha nigdy nie usłyszy…

A potem czekała na mnie. Mówiła mi, że ten czas to radość przeplatana z ogromnym strachem, by nie powtórzyło się to co już przeszła. Bym była zdrowa, by wszystko było w porządku. To, że w dzieciństwie bywałam nieraz okropnym, małym nerwusem, czy nieśmiałym, niepewnym siebie strachliwcem zwalała na karb tych dziewięciu miesięcy czekania na moje urodzenie - we krwi krążył lęk, którego nijak nie mogła z siebie wypędzić. Ale jestem. Urodzona przez cesarskie cięcie. Zdrowa. Wyczekana. Ukochana. Obdarowana ogromną czułością i troską. Chroniona.

Trzymała mnie za rękę maleńką i nieco większą, prowadziła, uczyła świata. 

Były w niej lęk i nieśmiałość przeplecione z siłą i odwagą. Stawiała dzielnie czoło chorobie, cierpieniu, świadomości swojego nieuchronnego odchodzenia i pogarszającego się stanu zdrowia. Walczyła. 

Wiem, że tak bardzo czekała na to, bym powiedziała jej, że zostanie Babcią. Mówiła mi nie raz wzdychając cicho: Tak chciałabym dożyć tego byś była Mamą. A ja odpowiadałam jej patrząc w oczy z przekornym śmiechem, że muszę Ją przecież jeszcze trochę przy życiu potrzymać. Ten ludzki plan się jednak nie udał…. 

W mojej dłoni dotykającej rosnącego brzucha, w którym skrywa się Małe Życie - jest Jej czuły dotyk, którego mnie nauczyła. W moim spojrzeniu - miłość, którą mnie obdarzyła. 

Mamo, wiesz? Będę Mamą. Wspieraj mnie, proszę. 


niedziela, 29 kwietnia 2018

12 lat



Świętujemy dzisiaj z K. 12 wspólnych, małżeńskich lat. Spędzamy ten dzień razem na górskim szlaku. Tak nam się wymarzyło. Bo wędrówka jest wpisana w nasze bycie razem.

Pierwszy raz szliśmy razem na wędrówkę w góry w majówkę 2002 roku. Ja w jedynych skórzanych butach za kostkę, jakie miałam, w starej koszuli w kratkę mojego Taty i z pożyczonym porządnym plecakiem. On zaprawiony już w górskich włóczęgach, spec od planowania i czytania map. A ja po raz pierwszy spełniająca marzenie o takim marszu, zakochana i szczęśliwa.

Jechaliśmy nocnym pociągiem z Warszawy do Suchej Beskidzkiej. Pociągiem męczącym okrutnie, zwanym “rzeźnią”, który przed 6 rano docierał na miejsce. Wysiadaliśmy na pustym, dworcowym peronie i potem od razu marsz na szlak. K. chciał pokazać mi miejsca, którymi się zachwycał, do których wracał, gdyż były odskocznią od codzienności.

Kilkudniowa wędrówka z plecakami, z kolejnymi przystankami na noclegi w schroniskach. Śpiwory i wałówka w plecakach, uzupełniana w miarę możliwości po drodze - pasztet w puszce, żółty topiony ser w plasterkach i chleb. Była też najlepiej na świecie smakująca woda gasząca pragnienie, ogromne bąble na piętach i palcach, syczane cicho “ała” przeplatane zachwytami nad tym co nas zewsząd otacza, radość dotarcia do schroniska wypierająca zupełnie to, że była w nim tylko zimna woda, która przy zmęczeniu wydawać się zaczynała wcale nie taka lodowata.

Smak schroniskowej pomidorowej i długie, wieczorne gadanie przy kruchych herbatnikach i piwie, zanim całkiem padliśmy po całodziennym, intensywnym marszu. Góry otwierały nam dusze i wiązały je ze sobą coraz mocniej. K. śmieje się do dzisiaj, że to był taki test na żonę. Wędrowaliśmy dalej w prawie wszystkie kolejne majówki. 

Dzisiaj myślimy sobie, że zupełnie naturalna decyzja o ślubie 29 kwietnia, który dał nam możliwość wyruszenia w podróż poślubną (jakże by inaczej) na górską wędrówkę właśnie w czasie wiosennym i majówkowym to Boże błogosławieństwo. 

Dlatego dzisiaj znowu maszerujemy małżeńsko tym razem na szlaku w Beskidzie Sądeckim. Kolejne metry i kilometry do naszej wspólnej kolekcji. Dotykamy malutkich dopiero co narodzonych, zieloniutkich liści buków, które niezmiennie wzruszają nas nas swoją nieporadną delikatnością, zachwycamy się modrzewiowymi kitkami, omijamy błotniste koleiny pomagając sobie wzajemnie przejść tak by się nie poślizgnąć, wąchamy zapach rozgrzanych sosen, szeleszczą nam pod nogami pokłady zeszłorocznych liści rozpadających się w pył, chłoniemy słońce rozświetlające szlak i czekamy na przyjemne dotyki wiatru na szczycie i na to uczucie gdy będąc już tam zapomina się całkowicie o zmęczeniu i trudnym podejściu. Jest za przepełniający całe ciało zachwyt, radość i niezwykły wręcz wewnętrzny spokój. 

Jest jak w piosence “Ballada z gór” Starego Dobrego Małżeństwa, której słuchaliśmy w drodze w Beskidy:

"rosną skrzydła u ramion 

czas się w wieczność przemienia 

obłocznieją wszystkie ziemskie sprawy 

gdy zbliżamy się do szczytu po kamieniach

(...)

Rosną skrzydła u ramion 

rosną przepastne błękity 

życie pełne olśnień i zachwytów 

tyś wędrówką najwytrwalszą ku szczytom”

(piosenka SDM "Ballada z gór", sł. J. Baran)


Maszerujemy przed siebie, zachwyceni życiem, wdzięczni miłość nam daną i doświadczną, nieustannie zakochani. Zatrzymani w czasie. Szczęśliwi.

Jednak w tym roku jest inaczej niż zwykle, gdyż wędrujemy we trójkę.

Jest z nami Nowe, Malutkie jeszcze Życie, którego bicie serca już słyszeliśmy. Chcemy mu pokazać to piękno. Myślę o Nim stawiając kolejne kroki na szlaku. Wierzę, że czuje mój wędrówkowy zachwyt. Niech się nim karmi. 



poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wielkanocna podróż w czasie

Niedziela Wielkanocna w rodzinnym domu mojego Ukochanego K. płynęła nam wolno i leniwie. Myślę, że udało nam się skupić na tym, co najważniejsze - na byciu razem, na rozmowach, na niespieszności.

To, co tak lubię będąc w tym moim drugim domu, to rodzinne opowieści, historie prawdziwe, przywoływane tak łatwo dzięki Mamie J. , która tak naturalnie wydobywa je ze swojej pamięci. Tak pięknie uzupełniają jej genealogiczną pasję. Bo pamiętanie o przeszłości to nie tylko suche cyfry dat, ale właśnie to "coś” co te daty ożywi - przywołane wspomnienie jakieś sytuacji, kolory, zapachy, twarze i gesty.

Siedziałyśmy w jadalni, przy stole naprzeciwko siebie. Za oknami zrobiło się już ciemno. W pokoju obok przy zastawionym stole trwało jeszcze niespieszne świętowanie wielkanocnej niedzieli. Uciekłyśmy na chwilę, by zaszyć się z herbatą i kawałkiem ciasta tuż obok za ścianą. Pytanie przyszło do mnie nagle - jak wyglądały Wielkanoce w Trzcińcu pod Pułtuskiem - w rodzinnym domu Mamy J.? Co pamięta z czasu swojego dzieciństwa? 

Opowieść potoczyła się sama. Przeniosłyśmy się na chwilę w czasie - na sam początek lat 60 - by podejrzeć Wielkanoc w Trzcińcu. W historii opowiedzianej przez Mamę J. występują:
- Jej Tata Stanisław i Mama Kazimiera 
- Babcia Stasia - czyli matka Stanisława i teściowa Kazimiery, dużo później zwana Babcią Pra
- czwórka dzieci Stanisława i Kazimiery: 3 synów i jedna córka - Jadzia (czyli obecnie już dorosła Mama J.) - i to właśnie Ona zaprosiła mnie do świata wspomnień z czasu gdy miała 10-12 lat. 


***
Babcia Stasia, a potem Mama Kazia zawsze przed świętami sprzątały dom. Zasadą było to, że na Wielkanoc odmalowywana musi być obowiązkowo kuchnia, a także sień oraz przedpokój. Ta pierwsza szczególnie, gdyż z dnia na dzień jej ściany coraz bardziej szarzały od sadzy z kuchni węglowej. To było tak zwane “bielenie” ścian choć najczęściej było to dwukrotne ich malowanie na kolor błękitny, albo zielony. Dla ozdoby dodawany był biały szlaczek, który odbijało się na wałku. Oczywiście umyte musiały być wszystkie okna i poprane wszystkie firanki. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej świeżości. Zadaniem wszystkich dzieci było sprzątanie niemal na błysk podwórza, zagrabienie błotnistych wertepów po kołach wozów i zwierzęcych kopytach i wysypanie terenu piaskiem. Miało być pięknie i odświętnie. Nadchodził specjalny czas.

***
Koszyczek wielkanocny mieścił w sobie na pewno jajka farbowane w łupinach cebuli, których skorupki przybierały barwy od pomarańczowych lub ciemnobrązowych oraz barwione jęczmieniem, które stawały się soczyście zielone. Najczęściej do kościoła w Wielką Sobotę jechał wozem Tata Stanisław i któreś z czwórki dzieci. Oboje rodzice uczestniczyli w liturgii Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku. W Niedzielę Wielkanocą zawsze jeździło się na Rezurekcję. Tata miał ważną rolę - najpierw był jednym z czterech mężczyzn niosących w procesji drzewce baldachimu. Ale potem dostał zadanie ważniejsze, nobilitujące - wspomagał samego księdza - trzymając go w czasie procesji pod rękę, bo niesienie ciężkiej monstrancji z Najświętszym Sakramentem w czasie obowiązkowych trzech rund procesji rezurekcyjnej wokół kościoła w Przewodowie nie należało do łatwych. Świątecznie ubrany Stanisław, mąż i ojciec, szanowany trzciniecki gospodarz kroczył w takiej bliskości Świętości. Czuł się wyróżniony, a jego mała córka - dumna.

Wyjściowe ubrania nie przeszkadzały gospodarzom dopełnić tradycyjnego elementu świątecznego - rezurekcyjnego poranka, którym był wyścig wozów konnych spod kościoła do wsi. Do Trzcińca był to dystans 7 km. Który z gospodarzy dojedzie pierwszy, temu lepiej i szybciej obrodzi pszenica. Było się o co bić. 10 letnia Jadzia zapamiętała związane z tym emocje, obmyślanie gdzie lepiej stanąć pod kościołem, by mieć lepszy start w wyścigu. Miała przed oczami zaciętość woźniców stających na kozłach, zmagających konie batami, nawołujących się, te krzyki, piski i emocje. Szaleńczy pęd kończący się niekiedy wywrotkami i upadkami.

Tata Stanisław po tym, gdy wszyscy wrócili z rezurekcji odprowadzał konie do stajni, karmił je i poił, a one spocone i zmachane odpoczywały po tej gonitwie, w której chwilę wcześniej brały udział. On za to brał kropidło, do miseczki wlewał wodę święconą i ruszał przed siebie przemierzając całe obejście i święcąc wszystkie kąty. Stodoła otrzymywała święcone krople, by chroniły ją od piorunów, dom otrzymywał błogosławieństwo w postaci zrobionego kropidłem w powietrzu znaku krzyża. Zaglądał ze święconą wodą do obory, kurnika, stajni. Wszędzie tam gdzie toczyło się codzienne, pozaświąteczne życie - tymi prostymi gestami powierzał je Najwyższemu.


***
Mama Kazimiera i babcia Stanisława zajmowały się przygotowywaniem stołu. Zawsze przyobleczony był w biały, lniany, krochmalony obrus, który Mama Kazia własnoręcznie ozdabiała tzw. mereżką, czyli techniką haftu ażurowego, w którym rozdzielając nitki tkaniny tworzy się delikatne wzory. Stół zdobiły wierzbowe gałązki z baziami, bo tuż za płotem, nad małym stawem rosła duża wierzba - jej wiosenne bogactwo było pod ręką. Na tym pachnącym i sztywnym obrusie rozstawiano świąteczną zastawę. Talerze odświętne - choć może wcale nie takie eleganckie - nigdy nie używane na co dzień, wydobywane z kredensu tylko na specjalne okazje.

Wielkanocne śniadanie przechodzące w obiad to oczywiście jajka i duża ilość wędlin i mięs. Bo na święta zawsze zabijany był świniak. Tata Stanisław wędził szynki i boczki, mama Kazimiera - robiła swoją kiełbasę, kaszankę, pasztetową czy salceson. 

Był też prawdziwy, ostry chrzan (wykopany w ogródku), który z pełnym poświęceniem ścierała wcześniej Mama Kazia. Siadała sobie na stołeczku na podwórku, siadała z wiatrem, by ostry zapach kolejnych tartych korzeni chrzanu frunął w dal, na kolanach miała emaliowaną miskę, w ręku dzierżyła tarkę. Tarła w skupieniu.

Zawsze, tradycyjnie podawany był barszcz czerwony z zakiszonych buraków. Specjalność Mamy Kazimiery. Właśnie tak - nie biały żur, a czerwone buraki kopane chwilę wcześniej z kopca na polu. Buraczana mikstura stała sobie tydzień w cieple, umieszczona w kamiennym garnku, postawionym na blasze w rogu dużej cztero fajerkowej kuchni, bo właśnie tam było ciepło, a nie gorąco, czyli idealnie. Kisła się. Do barszczu wrzucało się wędzoną szynkę, skrawki boczku, kiełbasę, wiórki startego korzenia chrzan a całość podawało się z jajkami na twardo. Barszcz o winnym smaku, pachnący wędzonką. Dorosła już Jadzia niestety nie przejęła rodzinnego przepisu od swojej Mamy. Robi go nadal na Wielkanoc jej bratowa w Trzcińcu, którą jeśli to możliwe pięknie proszę o wzbogacenie tej opowieści:) 

Wielkanocnymi deserami były: sernik na kruchym cieście z charakterystyczną kratką z ciasta na wierzchu, babki drożdzowe oraz jabłecznik.

*** 
Do domu przychodziła rodzina i sąsiedzi, choć bardzo często sąsiedzi byli jednocześnie bliską lub nieco dalszą rodziną mieszkającą w tej samej wsi kilka domów dalej. Gwar, opowieści, śmiechy, dyskusje, wspólne wychodzenie na wiejską drogę bitą kamieniami, wzajemne odwiedzanie się, rozmowy, poczęstunki, wspólny czas, który często w drugi dzień świąt kończył się zabawą w remizie.


***
Z dużego pokoju dobiega gwar. Wróciłyśmy z podróży w czasie. Świętujemy dalej chwilę obecną, jednocześnie pielęgnując pamięć. To bogactwo. 

środa, 28 lutego 2018

Parysko

Wymknęliśmy się na tydzień z warszawskiej rzeczywistości. Ugoszczeni cudownie przez francuskich znajomych, zamieszkaliśmy z nimi w Paryżu na szóstym piętrze kamienicy. Z malutką windą, drewnianymi skrzypiącymi schodami pachnącymi pastą  i widokiem z okna sypiani na dachy domów,  zza których na horyzoncie wystaje czubek wieży Eiffla. Przemierzamy codziennie paryskie ulice. Nad nami błękit nieba, słońce, w twarz wieje lodowaty wiatr - rzadka, zimowa niespodzianka. To piękne uczucie wracać do miejsc już znanych, przypominać sobie budynki, skrzyżowania i place, przywoływać poprzednie pobyty i wspomnienia z nimi związane, mieć świadomość, że dziesiątki kilometrów spacerów po tym mieście, które mamy już w nogach nie poszły na marne. Czujemy się nieco oswojeni. Chłoniemy Paryż. Poznajemy także jego nowe oblicza. Spotykamy się z tutejszą codziennością, podglądamy francuskie życie od kuchni i uczestniczymy w jego rytuałach. Jesteśmy szczęściarzami.






































niedziela, 28 stycznia 2018

9 lat


Już 9 lat, odkąd odeszła. Babcia Marysia, Mama mojej Mamy. 27 stycznia wieczorem wszyscy byliśmy przy niej, w milczeniu i ze łzami w oczach patrząc jak leży na podłodze w salonie w mieszkaniu rodziców i robią Jej masaż serca. Lekarz z karetki pytał nas - czy reanimować dalej, bo “przecież Państwo są świadomi, że to jest już agonia”.

Pamiętam to pytanie rzucone do nas, które zawisło w gęstym od emocji powietrzu. Moja mama powiedziała łamiącym się głosem “tak, ratujcie ją”. Jak zdecydować samodzielnie, że w tej chwili ma być orzeczony koniec życia? Ciężar. Zabrali nieprzytomną Babcię do szpitala na OIOM. Czekaliśmy pod drzwiami. Kazali nam wrócić do domu. A z samego rana - telefon: Maria Zembrzuska zmarła o 22.50. Niewydolność krążenia. 87 letnie ciało do zabrania przez zakład pogrzebowy, rodzina może zgłosić się po torebkę z jej rzeczami i akt zgonu…

Wczoraj myślałam o niej. Wspomnienia pchają mnie zawsze do wydobycia starych zdjęć, które różnymi rodzinnymi drogami do mnie trafiły i zamieszkały ze mną pod jednym dachem. Lubię je trzymać w dłoniach i mieć świadomość, że niektóre z nich mają 80, 90 czy nawet 100 lat. Oglądane przez te lata przez tyle par oczu znanych i nieznanych, włożone do różnych albumów, cudem uratowane z wojennych koszmarów. Teraz bezpieczne - zamrożone na papierze migawki minionego życia.

Wczoraj wypatrywałam wśród nich takich, na których jest Babcia. Najstarsze chyba z maja 1924 roku - ma na nim niecałe 3 lata. Stoi u fotografa ze swoim starszym przyrodnim bratem i młodszą siostrą. Dziewczynki - maluchy w szaro-burych fartuszkach przed którymi jest całe życie, trzymane za rączki przez chłopaczka, którego zawzięta, poważna mina zatrzymana została w kadrze. 



Ile emocji, różnych życiowych doświadczeń, dramatycznych zdarzeń, uchwyconego w oczach szczęścia, które później przerodziło się w rozpacz? Dzieciństwo, czas nastoletniego dojrzewania naznaczone wojną, radość małżeństwa, narodziny trójki dzieci, nagła, tragiczna śmierć męża. I ona niespełna czterdziestolenia wdowa, która osiwiała w ciągu kilku dni. Wsparcie młodszej siostry oraz Mamy. Wiara dająca jej siłę. Śluby kolejnych dzieci, pierwsze wnuki, międzykontynentalne podróże między Polską a Kanadą (do której emigrowała dwójka jej dzieci), setki wysłanych listów pisanych równym pismem.

Niektórzy kojarzą ją zawsze pięknym uśmiechem i elegancją. Dla innych wsparciem były rozmowy z nią i długie listy kojące ból po stracie bliskiej osoby. W kilku sercach został duży żal, że wiele lat temu nie przyszła na cywilny ślub, ostentacyjnie twierdząc, że taki nie ma znaczenia, bo liczy się tylko ten kościelny. Ale im była starsza, tym jej stanowczość i pewność co do szafowania opiniami malała. Robiła się bardziej otwarta. 

Nie zapomnę jak wiele lat temu pomagała mi przygotowywać strój na sambowy występ, który wieńczył kurs tańca. Przyszywałyśmy kolorowe cekiny na czarnym staniku od bikini, a czarne frędzle na krótkich spodenkach. I miałyśmy w tym obydwie masę radości i śmiechu. Siedziałyśmy głowa przy głowie: moja ciemna i jej biało-siwa. Na wątpliwość mojej młodszej siostry: że chyba taka półnaga nie wystąpię w czymś takim na scenie - odpowiedziała bez wahania:  to jest przecież na specjalny występ i strój musi być. 

Gdy zamykam oczy, widzę jej siwe włosy okalające twarz, zaróżowione policzki, błysk w oczach i filuterny uśmiech. I słyszę jak mówi: To co, herbatka i coś słodkiego? Na deser przecież jest osobna przegródka w brzuchu.

niedziela, 21 stycznia 2018

Babcia i ja


Sklep mięsny, wyłożony białymi, kwadratowymi kafelkami, metalowe haki na ścianie za ladą na których wiszą słonina i pęta kiełbasy, ekspedientki w białych fartuchach i siatkowych czepkach na głowach jak władczynie obsługują klientów chcących zrealizować swoje kartki. Rzucili towar.

Przepisowe 200g, 300 g, 400 g mięsa ważone na dużej, błękitne sklepowej wadze z odważnikami, ceny wybijane ze stukotem w klawisze zwalistej kasy, błysk nożyczek wycinających małe kwadraciki z podawanych przez kupujących obowiązkowych kartek. Tłok w środku, duszno, zapach zawilgoconych jesionek, pokasływania, kolejka wysypująca się przez pomalowane olejną farbą, oszklone, skrzypiące sklepowe drzwi na zewnątrz. Ludzki wąż wijący się ciasno po chodniku wzdłuż ściany budynku, przylepiony do szklanych witryn. Wytrwali, czekający, nie mający wyboru, niecierpliwie przestępujący z nogi na nogę, zatroskani tym, czy starczy i dla nich, zirytowani tym, że wszystko tyle trwa. Jest początek lat osiemdziesiątych już po stanie wojennym, wilgotna jesień z przebłyskami słońca.

W tej kolejce stoi też sześćdziesięciodwuletnia kobieta z małą trzy i pół letnią wnuczką. Opowiada jej świat, trzyma za ręką, albo pozwala bawić się patyczkiem, zerka na nią jak maluje nim w kałuży tuż obok drzewa, rosnącego przy ulicy, trzy metry od kolejki.

Pod sklepem jest też inna kobieta ze spacerówką i mniejszym, chodzącym dzieckiem. Dzieciaki nawiązują nić porozumienia i zaczynają bawić się razem. Zbierają listki, szukają kamyczków i wrzucają je do kałuży i chodzą wokół drzewa.

Ta starsza kobieta to moja Babcia, a ten 3,5 letni maluch to ja.

Kolejka powoli posuwała się do przodu. 

Najpewniej było tak, że Babcia w tłocznym zamieszaniu, gdy weszła już ze mną do wnętrza sklepu, nie zauważyła zupełnie zajęta przez kilka minut upragnionymi zakupami, że ja wymknęłam się na dwór, by dalej bawić się pod drzewem z drugim dzieckiem. Odwróciła się pakując zakupy i nagle zobaczyła, że mnie nie ma przy niej.

Czarno przed oczami. Babcia z łomoczącym sercem, pulsującą głową, oblewana przez zimno-gorące paniczne poty. Wybiega przed sklep przepychając się przez stojących w drzwiach ludzi. Nie ma jej. Pod drzewem pusto. Co robić? Jak szukać? ZGUBIŁA DZIECKO. Pytała roztrzęsiona kolejnych ludzi w sklepowej kolejce, czy nie widzieli małej dziewczynki w biało-niebieskiej włóczkowej czapce wiązanej pod szyją, która tu przed chwilą z nią była, a w cześniej bawiła się przed sklepem i zniknęła gdy ona na kilka chwil zajęła się zakupami.

Ktoś powiedział, że widział dwójkę małych dzieci odchodzącą razem z panią ze spacerówką. A ona była chyba wcześniej tylko z jednym drepczącym maluchem, więc tym drugim mogłam być ja. Wskazali stronę, w którą poszła. Babcia biegła więc we wskazanym kierunku, biegła w rozpaczy, z tabunem najgorszych myśli w głowie. Jakaś nitka nadziei, jakiś ślad. Za kilka chwil mnie znajdzie. No przecież ta kobieta z wózkiem musi zobaczyć, że idzie z nią jakieś obce dziecko. Babcia potykała się o wystające krzywe płyty chodnikowe, a gorące łzy ciekły jej po policzkach. Bezradność totalna. Ale gdzie szukać? Kobiety z wózkiem i dziećmi - nie widać. To były najdłużej płynące minuty odmierzane sercem, które słyszała w środku głowy. Żarliwa modlitwa.

***

Mam w gdzieś w głowie jakieś mgliste wspomnienie, że idę chodnikiem trzymając się rączki wózka. Skręcamy do jakiejś ciemnej klatki, a potem wchodzimy do mieszkania, w którym jest kojec, a wokoło dużo zabawek i rozrzucone na podłodze drewniane klocki. Bawię się nimi. Wszystko jest jak sen. Nie czuję strachu, że nie ma nigdzie Babci. Potem film wspomnień się urywa.

***

Po latach, gdy Babcia wspominała mi, już dorosłej, to wydarzenie opowiadała o nim mniej więcej tak:

Nie umiem tego wytłumaczyć, ale gdy tak podbiegałam ogarnięta coraz większą rozpaczą i paniką, zupełnie nagle pojawiła się tuż przede mną nieznana mi zupełnie kobieta. Jakby wyrosła spod ziemi, zmaterializowała się obok mnie. Nie zapamiętałam ani jej twarzy ani ubrania. Po prostu była i miała na rękach Ciebie całą i żywą, spokojną. I bez słowa mi Cię oddała w ramiona. Przytuliłam Cię mocno, z tak ogromnej radości i wdzięczności. Musiałam wtedy na kilka sekund zamknąć oczy. Czułam ulgę, bo byłaś cała, bo ten koszmar zagubienia się kończył. Gdy je otworzyłam, chciałam tej Pani podziękować, zapytać: jak? gdzie?. Ale jej już nigdzie nie było. Zniknęła. Stałam na chodniku z Tobą na rękach i wokoło nas po horyzont nie było nikogo. A ona nie mogła przecież tak szybko odejść przez ten moment, kiedy Cię ściskałam. Ona przepadła. Czułam się skołowana, oszołomiona. Doświadczyłam cudu. Jestem pewna, że to był mój Anioł Stróż. On mi Cię przyniósł i oddał. Dlatego jesteś.

***

Babcia przez całe życie, aż do samego końca modliła się do swojego Anioła Stróża i prosiła go o obecność przy niej w codzienności. Myślę, że mieli specjalną relację. Wzywała go na przykład, zanim rozpoczęła szycie czegoś na maszynie, albo wymierzanie i krojenie materiału, zawsze zwracała się do niego w chwilach w których nie umiała sobie z czymś poradzić i czuła się w jakiś sposób bezradna. Mówiła, że zawsze pomagał. Mówiła, by pamiętać o tym, że każdy z nas ma swojego własnego Pomocnika. A ja jestem szczęściarą dodatkowo, bo spotkałam Babcię i jej Anioła Stróża.

poniedziałek, 1 stycznia 2018

Noworoczna wdzięczność

Za oknem już ciemno, siedzimy w ciepłym, przytulnym pokoju naszego domowego azylu. Zajęłam ulubione miejsce na kanapie. Zerkam na rozświetloną małymi lampkami choinkę w doniczce, która stoi pod ścianą na podłodze. Spoglądam na zaczytanego ukochanego K. , który siedzi w fotelu naprzeciwko mnie.

Na stoliku między nami jest gorąca, pachnąca świąteczna herbata, jest światełko małej świeczki, są dobre czekoladki i drewniana miseczka z orzechami i daktylami. Otacza nas muzyka - jeszcze gra ostatnia dziesiątka trójkowego topu wszechczasów. Z głośników sączą się nuty piosenek, które towarzyszą nam już tyle lat. Starzy muzyczny znajomi. Spokój, niespieszność. Pierwszy dzień Nowego Roku.

Za nami sylwestrowe, kameralne spotkanie u przyjaciół, długie nocne rozmowy przy winie o uczuciach, życiu, marzeniach i planach, szczere i prawdziwe. Nikt nie udaje. Pozostajemy niedoskonali i śmiejący się z siebie. Spotkanie zakończone wspólnym bardzo późnym śniadaniem pachnącym nieoczekiwanie wbrew mokrej szarości za oknem - makaronem z truskawkami. Potem popołudniowy spacer na Starym Mieście uliczkami uciekającymi od tłumów oraz kawa i herbata w znajomej kawiarni. Dobra Eucharystia u Dominikanów na Freta. I powrót do naszego miejsca na ziemi.

Zapełniamy je naszą czułością, bliskością, słowami. Pielęgnujemy Miłość. Dzisiaj rozpiera mnie ogrom wdzięczności. Za wszystko, co nam zostało dane, czego doświadczamy, co wydarzyło się w zamkniętym już kilkanaście godzin temu roku 2017, o co jesteśmy mądrzejsi, za całe nasze życia, za rodziny, za przyjaciół, za pracę, za podróże, za spacery, za lektury, za spotkania, za zdolności, za nasze domowe miejsce na ziemi. Za błędy i beznadzieje też. Za to, że możemy je sobie wytykać i z codziennym trudem pracować nad sobą wzajemnie. 

Wchodzenie w Nowy Rok to dla mnie i K. także świętowanie naszego poznania. Spojrzeliśmy na siebie niespodziewanie w sylwestra przełomu wieków. A jutro - 2 stycznia minie 16 lat, odkąd jesteśmy razem. To już długa wspólna, piękna droga. Ogromna wdzięczność za bliskość i miłość, wspólne życie. Niczego nam nie brakuje. Jesteśmy przez Boga obdarowani szczęśliwością. Troszczymy się o nią z wdzięcznością. 

K. szeleści co kilka chwil przewracanymi kartkami książki. Czyta cudowne, czułe miłosne listy Wisławy Szymborskiej i Kornela Filipowicza, chichocze co i rusz. Skończyła się muzyka. Ja stukam na klawiaturze. Czy da się wystukać tak ogromną radość i szczęście? 

Zachwytów codziennością i wdzięczności - tego nam wszystkim życzę na Nowy Rok. Żyjmy bardziej.

***
Bóg codziennie i o każdej godzinie w rzeczywisty i duchowy sposób rodzi się przez łaskę i miłość w każdej duszy dobrej  /Jan Tauler OP (1300-1361 r.)

środa, 27 grudnia 2017

Świątecznie

Świąteczne rodzinne spotkania zawsze są dla mnie niezmiennie powiązane z miłym dla ucha gwarem. Rozmowy, płynące w tle kolędy, muzyczne nuty łączące się ze szczękaniem talerzy i sztućców. Jest krzątanina między kuchnią, a pokojem, w którym siedzimy przy stole. Zerkanie na rozświetloną choinkę, zapach ciepłego kompotu z suszu i podgrzewanej kapusty z grzybami, czy obieranych ze skórki mandarynek. Jesteśmy razem, ze sobą, jedni bardziej milczący inni rozgadani. Znajdujemy równowagę w tym trwaniu razem. Wspólnota stołu, wspólnota przestrzeni.

Ile mamy szczęścia, że możemy tak się spotykać. Że się kochamy, szanujemy, lubimy, potrafimy ze sobą otwarcie rozmawiać, że przed świętami nie mamy nerwowych czy przykrych rozmów o tym kto z kim, u kogo spędzać będzie święta. Wszystko da się podzielić, zaplanować i wspólnie zorganizować. Jesteśmy szczęściarzami. Bywały spotkania wielorodzinne. Na przykład wigilia, która okazała się ostatnią wigilią Mamy. Tak bardzo chciała mieć w tym dniu wszystkich razem. Konstelacje rodzinne córek, zięciów, ich rodzeństwa i rodziców oraz samotnych kuzynek. Było nas łącznie chyba 17 osób. Podzieliliśmy menu tak, by każdy mógł coś przygotować i przynieść, by każdy czuł się potrzebny. To był przecudny gwarny i piękny czas. Spełnione życzenie.

Ostatnie lata to wspólne święta bogatsze o gromadę maluchów naszego rodzeństwa. Trójka, a coraz bliżej już czwórka u mojej siostry O., dwójka u brata K. Ileż to piękna, radości i zamieszania wnoszą w nasze życie. Coraz liczniejszy tupot małych stóp, setki absorbujących pytań, małe i większe płacze i humory, a jednocześnie ogrom rozczulającego uśmiechu. 

***
W Wigilię przygotowuję karpia do smażenia. Z boku staje prawie pięcioletnia M., której głowa sięga już sporo ponad blat stołu. Spogląda uważnie na to, co robię, przekrzywia lekko głowę i mruży ciemne oczy. Patrząc cały czas na deskę na której leży tusza ryby bez głowy, ogona, czy płetw oraz na moją dłoń z nożem mówi: Jaka słodka, malutka rybka! Ciociu co ty robisz tej rybeczce? Rybeczko uciekaj. 

***
Największa już ośmioletnia B. ubrana w prostą, granatową sukienkę i biały sweterek - świątecznie elegancka. Przysuwa sobie drewniany okrągły taboret do regału, wchodzi na niego, otwiera szafkę i zaczyna odliczać deserowe talerzyki, które następnie sama ostrożnie zdejmuje, przynosi i z poważną miną rozkłada na stole.



***
Pięcioletnia T. w skupieniu pochyla się nad małym stoliczkiem, na którym coś pieczołowicie układa. Kosmyki włosów opadają jej na twarz i zarumienione policzki. Co jakiś czas poprawia się na siedzeniu, gdyż śliski, tiulowy materiał, z którego zrobiona jej jest błękitna sukienka sprawia iż ześlizguje się z kanapy, na której skrawku siedzi. Wyczuwa jakoś moje spojrzenie i w panice podnosi głowę, pochyla się całym ciałem nad stolikiem próbując rękami zasłonić to co robi i krzyczy: Ciocia, nie patrz! Ale nie patrz! Potem okazuje się, że szykowała ukradkiem, choć wśród coraz liczniejszego grona gromadzącego się wokoło, małe drobiazgi, które wykonywała sama według własnego pomysłu z kolorowych koralików. Robiła wszystko by zdążyć je zapakować i położyć pod choinką. Konspiracja świąteczna mamy i córki - prosto z serca.

***
Jest i ponad 3 letni P. siedzący na dywanie otoczony ze wszystkich stron prezentem od Mikołaja - wymarzoną kolejką. Jest i jakby go nie ma. Pełne skupienie. Pochłonięty innym, pociągowym światem. Kolorowe wagoniki, układanie kolejnych elementów torów, zakręty, zwrotnice i przejazdy. Mała głowa, małe palce, ogląda, dotyka, składa, kombinuje z zapałem, gada do siebie pod nosem i czasami podśpiewuje. Piękny, mały człowiek ogarnięty pasją.


***
Najmłodsza M. leży na kocu rozłożonym na kanapie. Rozgląda się wokoło i coraz sprawniej ćwiczy przewracanie się na brzuch i z powrotem na plecy. Pochylam się nad nią i patrzymy sobie w oczy. Widzę w nich pełne zaufanie. Swoimi małymi paluszkami ściska mi wskazujący palec. Dmucham na nią i mówię: Wiatrrrrr. Jej oczy robią się przez ułamek sekundy jeszcze bardziej okrągłe, maluje się w nich zadziwienie przemieszane z jakimś rodzajem strachu. Jeszcze raz. Wiattttrrrr. Uśmiecham się do niej. A ona nagle porzuca zdziwienie i zaczyna się tak pięknie uśmiechać, a następnie śmiać - takim dziecięcym, ledwie czteromiesięczym, prawdziwym, najczystszym na świecie śmiechem. Dmuchanie - śmiech. Bawimy się tak przez chwilę w te jej pierwsze na tej ziemi święta.


Patrzę na te tak bliskie mi dzieciaki i odnajduje w sobie takie dziecko. Wracają wspomnienia świąteczne, gdy to ja miałam 7 lat. Przywołuję to uczucie, które towarzyszyło mi wtedy po rodzinnej Wigilii, gdy obie z moją siostrą O. wykąpane i ubrane w polarowe piżamy-kombinezony układamy się do snu w naszym pokoju, ciesząc się blaskiem lampek z małej choinki stojącą na stoliku między naszymi łóżkami. Takiej sztucznej, którą wspólnie, pieczołowicie ubierałyśmy, dzieląc się ozdobami, by po każdej ze stron było po równo. No i oplatałyśmy ją oczywiście anielskim włosiem, bo taka była dla nas najpiękniejsza i najbardziej wytworna. My też tak samo przeżywaliśmy otrzymane tego wieczoru prezenty, rozmawiałyśmy o nich mimo zgaszonego światła, z wrażeń nie mogłyśmy zasnąć. Czułam jednak zawsze, że Święta Bożego Narodzenia to był piękny, specjalny, rodzinny, dobry czas. Trzydzieści lat później czuję tak samo. I to jest najpiękniejsze. 

Ja z siostrą. Wigilia 1987 r.

Klęczymy na podłodze. Trzy głowy pochylone nad wysypanymi, kolorowymi klockami lego. Układamy. Szukamy elementów, porównujemy z instrukcją układania kolejnych etapów skomplikowanej budowli. Zatopiłam się w to nasze wspólne dzieło porzucając świąteczny stół i poważne rozmowy. Dobrze mi tu z nimi. Wspólne emocje, śmiech, pomyłki, narady - dawka prostej radości. Do rzeczywistości przywołuje mnie K. Czas już jechać. Dwie małe dziewczynki, z którymi układałam klocki mówią: Ojej… już? Szkoda Ciocia, że musisz iść. Słowa bezcenne. Piękny prezent.

sobota, 23 grudnia 2017

Mocny uścisk prababci

Kamienica przy ulicy Koszykowej, w której mieszkali całą rodziną stała mniej więcej tam, gdzie obecnie znajduje się jeden z masywnych kandelabrów na Placu Konstytucji. Numeru nie znam. Przypuśćmy, że jest rok 1938 i piękny, ciepły, słoneczny, lipcowy dzień.

Z cienistej, chłodnej klatki schodowej wychodzi zgrabna, szczupła, mała, 7 letnia dziewczynka z jasnymi włosami przyciętymi na pazia sięgającego za ucho. Na wysokie czoło nie spadają żadne niesforne kosmyki, gdyż włosy na czubku głowy zebrane są razem, przypięte i przyozdobione dużą materiałową kokardą. Może jest ona w kolorze wiosennej trawy, a może w kolorze dojrzałych malin.

Dziewczynka ubrana jest w letnią, cienką, sukienkę sięgającą do połowy uda. Zwiewna, uszyta z materiału w drobne kolorowe kwiatki i mająca krótkie, lekko bufiaste rękawki. Gdyby się zakręcić w piruecie będzie wirowała jak smukła główka tulipana. Mama tej małej Krysi - Stanisława (starsza siostra mojego dziadka Henryka) ładnie szyła, pracowała od dobrych kilku lat w dobrej pracowni krawieckiej. Może to spod jej palców i maszyny wyszła ta sukienka dla ukochanej jedynaczki? 

Dziewczynka z kokardą - Krysia, obok mała Danusia i jej mama Tekla, ciocia Krysi.

Za dziewczynką wychodzi Babcia Marianna - drobna, bardzo szczupła kobieta, mająca lat 66. Wysokie czoło, głęboko osadzone oczy przenikliwie, ale czule patrzące na świat, siwiejące cienkie włosy zaczesane do tyłu i spięte w mały koczek na karku. Ubrana w długą, prostą, ciemną spódnicę i bluzkę z kołnierzykiem zapiętą pod szyję.

Wybierają się do Parku Ujazdowskiego, który jest tak blisko. Prosta droga: Koszykowa, Aleja Róż i już brama do parku. Od 1926 roku istniał tam pierwszy, stały plac zabaw dla dzieci. Miejsce idealne dla Babci opiekującej się wnuczką, w letnie południe w przedwojennej Warszawie. 

Zanim ruszą dalej przez miasto chodnikiem - dorosła kobieta wyciąga swoją rękę w stronę dziecka. Rytuał. Mała dziecięca, ciepła rączka schowana w większej dłoni dającej bezpieczeństwo. Bo po drodze przecież i samochody i konne zaprzęgi. Bardzo mocny to był uścisk. Tak mocny, że pozostał w tej małej Krysi na zawsze, do samego końca. Gdy pytałam ją - już ponad osiemdziesięcioletnią kobietę o jej babcię, a moją prababcię Mariannę, to pierwsze co mówiła, to, właśnie to: Babcia chodziła ze mną na spacery do Ogrodu Ujazdowskiego. I pamiętam, że tak mocno trzymała mnie za rękę.

Piękne. Pamięć dotyku, pamięć bezpieczeństwa. Do wojny jeszcze mała chwila, mieszkanie na Koszykowej jeszcze jest, nie jest jeszcze obrócone w gruzy, jeszcze jest radość dzieciństwa i słonecznego, letniego dnia i czasu spędzonego z babcią.

Marianna Zembrzuska - prababcia
Marianna urodziła się w 1872 r. Szperając w aktach dowiedziałam się, że w roku 1893 r. gdy miała 21 lat wyszła za mąż za niejakiego Franciszka Wyszyńskiego. Ale chwilę później znalazłam jego akt zgonu z 1894 r. Została młodą wdową, która w 1895 r. wzięła ślub z Julianem Zembrzuskim - moim pradziadkiem. Zamieszkali w Ciemniewku, gdzie mieli jakiś malutki kawałeczek ziemi. Urodziła i wychowała ośmioro dzieci. W rodzinnym domu musiało być bardzo ciężko. Córka Marianny - Stanisława wspominała ponoć, że wraz z siostrą bliźniaczką - Teklą jako najstarsze wychowywały swoje młodsze rodzeństwo, pomagając rodzicom. I jako 7 letnie dziewczynki uczyły się gotować dla wszystkich zupę.

Po śmierci męża, który zmarł w 1926 roku, Marianna przyjechała do Warszawy pomagać najstarszej córce - Stanisławie, która jako pierwsza pojawiła się w stolicy w poszukiwaniu lepszego życia i zaczęła ściągać do niej kolejno swoje młodsze rodzeństwo, które jeszcze przed wojną na dobre porzuciło rodzinny dom pod Ciechanowem. Pozostał tam tylko grób Juliana. Do wybuchu wojny mieszkała przy Koszykowej, a potem przeniosła się do Świdrów Wielkich, wówczas pod Otwockiem do drugiej córki z bliźniaczek - Tekli (która miała już męża i córkę - Danusię), tam mieszkała, aż do swojej śmierci w 1955 roku, miała wówczas 83 lata. Pod koniec życia podobno całą zimę leżała pod pierzyną, a gdy lepiej się czuła w lecie codziennie dreptała 3 km do kościoła. Obie wnuczki Krysia i Danusia - mówiły o niej: fajna babcia.

Trzy lata temu, 6 grudnia odeszła 83-letnia Krystyna, która opowiadała mi o swoich spacerach z babcią Marianną do Ujazdowskiego. Pozostawiła we mnie pamięć o tym mocnym uścisku. Pielęgnuję jej wspomnienie. Stało się moim. Wraca, gdy przeglądam stare, przedwojenne zdjęcia i widzę prababcię Mariannę, której nie miałam szansy poznać. Przez ten uścisk dłoni jest mi o wiele bliższa.