poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Tajemnica mazurka


Tegoroczne przygotowanie do Wielkanocy uświadomiło mi, jak blisko są Ci, których nie ma już z nami na tym świecie. Przecinamy codziennie zostawione przez nich ślady, powtarzamy gesty, które robią razem z nami oni – już niewidzialni, robią je z nami równocześnie ich delikatne, niewidzialne ręce wtórują temu co wykonują nasze dłonie.  To niezwykłe doświadczenie, które dało mi odczuć, że nie jestem sama w tej kulinarnej, przedświątecznej krzątaninie. Jesteśmy tu wielopokoleniowo, tworzymy historię, rodzinną opowieść, dajemy życie przedmiotom i przedłużamy piękne tradycje.

Pieczenie mazurków, od zawsze jest elementem wielkanocnej tradycji w moim domu. Odkąd pamiętam pomagałam Mamie w ich przygotowywaniu, uczyłam się od niej krok po kroku tego co tworzy mazurek. Jako mała dziewczynka z zapałem obierałam z mokrych skórek migdały, odcedzałam rodzynki. Byłam specem w dosypywaniu kolejnych śnieżnobiałych łyżek cukru pudru do ukręcanej przez Mamę lukrowej polewy czy też w robieniu małych wałeczków z miękkiego, kruchego ciasta, które Ona układała starannie tak by stały się brzegami mazurka rozpychającego się w metalowej blaszce. Wspólne, świąteczne dzieło, rytuał dwóch Hań.

Gruby, granatowy brulion formatu A4 - który był dla Mamy skarbnicą  przepisów sprawdzonych i tych, poleconych, czekających na osobiste przetestowanie - mieszka teraz ze mną i stoi na kuchennej półce.  A w zeszycie przepis  pod literą „K” – kruche ciasto babci Emilii.  Równe, okrągłe, staranne literki pisane przez Mamę po raz kolejny układają się w rodzinną recepturę. Ile razy był czytany ten przepis? Ile razy ręce należące do mojej prababci Emilii, mojej babci Marysi, mojej Mamy odmierzały 600 g mąki, 400 g margaryny lub masła, 200 g cukru pudru? W jaki sposób oddzielały białka od żółtek w  jajkach – tak by mieć cztery żółciutkie skarby, które doda się do ciasta? Czy stukały w skorupki nożem, a potem delikatnie wyłuskiwały ze śliskiej, przezroczystej białkowej toni kulkę żółtka? A może stukały jajkiem o brzeg miski? Jakie miały stolnice na których siekały mąkę z tłuszczem i potem cukrem pudrem? Ile poruszeń noża góra- dół, przód- tył po stolnicy, szybko, szybciej, by kawałki margaryny coraz bardziej zanurzały się w miękkiej, chłodnej mące, by stawały się coraz mniejsze i mniejsze? Czy tak jak ja czuły przyjemne ciepło płynące z dłoni, które zagniatają powoli ciasto po dodaniu  żółtek i czują, że mają w sobie moc, by ta bezładna masa stała się gładką, sprężystą kulą? 

Jestem pewna,  że powtarzam ich gesty, że dotykamy swoich dłoni zanurzonych w mąkę, że śledzimy swoje dotyki palców nadających ciastu kształt.  Razem wyklejamy ciasto w prostokątnych foremkach – jest plastyczne i słucha się nacisku opuszków palców.  - Ma być cienko, jak najcieniej – w głowie słyszę głos Mamy – a moje dłonie automatycznie powtarzają jej gesty. Tak dobrze pamiętam jej dłonie i palce wykonujące czynność wyklejania formy. Śledzę je w pamięci.  Zostawiamy na cieście swoje linie papilarne jak obrazy i dokument mówiący, że tym razem, w tym konkretnym czasie to dzieło jest jednak dziełem tylko jednej z nas.

Nasz rodzinny mazurek to: cienka warstwa upieczonego kruchego ciasta, na nią cienka warstwa kwaśnej konfitury (najlepsze są z czarnych porzeczek lub mirabelek), na to rozsypana porządna porcja pomieszanych bakalii (posiekane migdały, orzechy, rodzynki), a na koniec  wszystko polane kakaowym lukrem – gładką materią okrywającą szczelnie bakaliowe wnętrze.

W tym roku Mama ma swój wkład w moje mazurki. Przede mną stoi słoiczek konfitur z naklejką „Mirabelki 2004” wyszperany w piwnicznych zapasach. To konfitury robione przez Nią osobiście z myślą, że będą mogły przytulić się do kruchego, mazurkowego ciasta w któreś kolejne święta Wielkanocne.

I jest jeszcze makutra. Migała od zawsze gdzieś w przestrzeniach szafek, uczestniczyła w przeprowadzkach. Dostałam ją od Mamy, gdy urządzałam swoją pierwszą samodzielną kuchnię. Od tamtej pory jest ze mną i uczestniczy  w powoływaniu do życia kolejnych pokoleń mazurkowych polew kakaowych.  Cukier puder połączony z kakao, odrobina wrzątku i kręcimy drewnianą pałką. Delikatny proszek zamienia się w gęstą, ciemnobrązową masę, pochłania zawartość makutry – lukrowa otchłań.

Wszystko gotowe. Udało się po raz kolejny. W łączności pokoleń. Dziękuję Wam.  Niech to trwa.

sobota, 30 marca 2013

Wielkanoc 2013


W tegoroczne Święta Wielkanocne nie da się uciec od porównań do... Bożego Narodzenia. To trochę tak jakby Ktoś chciał nam przez to zwrócić uwagę na głęboką więź łączącą te dwa najważniejsze momenty roku. Wtedy rodzi się dzieciątko, Syn Boży. Teraz to dziecię jest już dojrzałym mężczyzną, który dobrowolnie przyjmuję mękę i śmierć. A zaraz potem zmartwychwstaje, czyli rodzi się na nowo w przemienionym ciele i w innym wymiarze.

Życzymy Wam w tym szczególnym czasie wiary w to, że narodziliśmy się do wielkich rzeczy; nadziei, która mówi, że za zasłoną widzialnego czeka na nas inne niewidzialne; i miłości, która nas bezpiecznie przeprowadzi przez ten świat. 

Konrad i Hania

sobota, 9 marca 2013

Broad Peak i druga strona lustra


Zimowa wyprawa na Broad Peak zakończona dramatem. Alpinizm, Himalaje, silny, lodowaty wiatr, temperatura -30 stopni, wysokość 8047 m. n.p.m, brak tlenu, ekstremalne warunki, skalne szczeliny, zlodowaciałe ściany. I czterech mężczyzn, którzy pomimo to postanowili być zdobywcami góry. Szaleństwo? 

Maciej Berbeka - 58-letni TOPR-owiec, przewodnik górski, ratownik, należący w latach 80-tych do czołówki światowego himalaizmu.  Nie wrócił ze swojego trzeciego spotkania z Broad Peak. Przeczytałam dzisiaj jego piękne słowa o pasji gór, o innym sposobie myślenia, o pragnieniu bycia tam, wysoko. Tak mówił w jednym z wywiadów o obcowaniu ze śmiercią: 

Ocieramy się o tę granicę. W naszych rozmowach w górach było takie określenie: czy dotknąłeś już drugiej strony lustra, czy tam już  zaglądnąłeś. I ktoś, kto tego uczucia doświadczył, w podświadomości chce do tego wracać, potrzebuje być w tej sytuacji, gdy poziom adrenaliny będzie tak duży, a stawka będzie tak wielka, że znowu mu się za tę drugą stronę lustra uda spojrzeć. W innej  przypominanej rozmowie pięknie mówił o życiu górami: Góry to moja miłość. Wypełniają moje życie i stały się też moim zawodem. A po co tam idziemy? Mnie odpowiada najbardziej trywialne: »bo góry są «. Bywa tak, że nie potrafię wysiedzieć w domu, nosi mnie. Jest jakiś głód, chęć sprawdzenia, przeżycia. Na wysokości człowiek czuje się jakoś inaczej, nawet fizycznie. To dziwny stan. Wracając z Himalajów, czuję się odmieniony. Mam znów siłę, by coś robić. Życie składa się ze zbyt wielu szczegółów, kłopotów, zmagań z banałem. Trzeba odetchnąć, żeby te przeszkody wydały się nieistotne, choć na chwilę. Trzeba czasem spojrzenia z góry na to, co zdarza się w dolinach naszej codzienności. Człowiek traci do tego dystans. Góry go przywracają.

/cytaty za: Wojciech Fusek, Tajemnica Broad Peak, GW 09-10.03.2013/

czwartek, 28 lutego 2013

Milana - miła światu

Milana (w wersji rosyjskiej Miłana) - to słowiańskie imię, którego źródłosłów (mil-) oznacza: miła, uprzejma. A imię w całości można tłumaczyć na: ulubiona, ukochana. A zatem doskonałe imię dla dziewczynki!

Przyszła na świat w Sochaczewie dziś, w czwartek 28 lutego 2013 roku, o godzinie 18.30. Waga: 4160 gram. Wzrost: 58 cm. Kawał słowiańskiej kobietki :)

Z ojca Polaka i matki Rosjanki, już od poczęcia nosi w sobie pierwiastek różnorodności, wielokulturowości i otwartości na świat. Oby ten świat, kochana Milanko, był dla Ciebie przyjazny i stał się miejscem dobrego, szczęśliwego życia pod czujnym i miłującym okiem Boga wszystkich narodów, wyznań i religii. Witaj!
HaiKo 

środa, 27 lutego 2013

Nie zwlekaj

Kochaj innych, tych, którzy Ci zostali i mów im to. Nie zwlekaj. To jedyna rzecz, której śmierć może nas nauczyć, że nie ma nic pilniejszego niż miłość.

/Eric Emmanuel Schmitt, "Ewangelia według Piłata", s.27/

czwartek, 21 lutego 2013

90 lat później

Dzisiaj kończyłaby równo 90 lat. Gdyby jeszcze była z nami, gdyby żyła dalej, patrząc na świat swoimi błękitnymi oczami... Wydobyłam dzisiaj, pamiętając o jej urodzinach, stary album ukrywany kiedyś w skrzypiącej szufladzie jej komody. Teraz stoi na mojej półce i przyciąga tajemnicą ludzkich historii zaklętych na zdjęciach, zatrzymaniem chwil, uśmiechów, spojrzeń. Inne życie ludzi najbliższych, ale i tych którzy już nigdy nie będą rozpoznani. Nie ma śladu ich imienia i nazwiska, wiadomo tylko, że w tamtym miejscu i czasie ktoś trzymający aparat uchwycił ich spojrzenie, zatrzymał uśmiech, czy gest - nieodwracalnie. 

Przewracałam kartki, szukając jej wzroku. Jest. Ma 12 lat dwa warkocze, ze skupieniem i zmarszczeniem brwi patrzy prosto i śmiało prosto w obiektyw. Potem jest nieśmiałą ale jednocześnie intrygującą 20-letnią kobietą, skrywającą swoją  delikatnie uśmiechniętą twarz w cieniu kapelusza. Na odwrocie zdjęcia granatowym tuszem podpisano: rok 1943. Wojna. Kolejne zdjęcie także z tego samego roku. Uśmiechnięta dziewczyna z zamkniętymi oczami - pewnie to zdjęcie było jednym z całej serii. Jednak można było chwytać promyki radości pomimo wojny.

A ja pamiętam Cię, Ciociu, już zupełnie inną. Wtedy gdy mogłam, niestety nie potrafiłam rozmawiać z Tobą o Tobie z tych zdjęć. O pierwszej miłości, o pracy w niemieckiej fabryce graniczącej z murem warszawskiego getta, o podróży statkiem Batory i wyprawie do Rzymu... Mam teraz w głowie strzępki Twoich słów. Czy jest szansa by poskładać je w jakąś całość? Pamiętam, że miałaś świetne poczucie humoru i lubiłaś się śmiać. Porozmawiajmy o "rozwoju dorożkarstwa w Południowej Afryce" - tak mówiłaś by nas rozbawić. 

Pamiętam jak jako 4 czy 5-letnia dziewczynka nocowałam u Ciebie, na skrzypiącym polowym łóżku, w pachnącej, wykrochmalonej pościeli, z Tobą cicho chrapiącą na dużym łóżku tuż obok mnie. Wieczór u Ciebie to był istny raj: buty na obcasach, Twoje halki jako wieczorowe, powłóczyste suknie, masa korali i klipsów - najcenniejsze skarby, zapach naftaliny unoszący się z najgłębszych czeluści Twojej tajemniczej szafy. Zawsze miałaś w kieszeni płaszcza i w torebce jakieś cukierki - kolorowe landrynki czy miętusy, którymi obdarowywałaś wszystkich napotkanych ludzi. Gdy złościłaś się na Babcię, czyli Twoją półtora roku starszą siostrę, mówiłaś o niej "ach ta Mańka" i kręciłaś głową! Potrafiłaś wdrapać się na górę piachu i gruzu by zerwać kolejne maki na delikatny, piękny choć nietrwały bukiet. I raz przypłaciłaś taką wspinaczkę startymi nosem i czołem. 

Przyjeżdżałaś by się nami zająć, przez pół Warszawy o jakiejś kosmicznej porannej porze, by rodzice mogli iść spokojnie do pracy. W siatce wiozłaś świeżą, pachnącą chałkę. Przywoziłaś w termosie w czerwono-granatową kratkę kulki lodów prosto z Zielonej Budki. Próbowałam się od Ciebie nauczyć szydełkowania lecz nie starczyło mi cierpliwości. Ale gwiazdki z pasków papieru na choinkę pamiętam do dzisiaj. 

Tyle wspomnień można wyczarować gdy się zatrzymam i zagłębię w siebie. Dziękuję Ci, Ciociu, za wspólny czas - ten zapamiętany dokładnie i ten jeszcze nieodkryty.  Urodzinowo życzę Ci, piękna kobieto w kapeluszu, bezgranicznego szczęścia w niebie! Na wieki wieków. Amen.

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Zerwane korale


Uczestnicząc w śmierci innych ludzi, w śmierci bliskich, sami trochę umieramy, sami stajemy się trochę bardziej śmiertelni
/Andrzej Stasiuk, „Grochów”, s. 37/

Mróz szczypiący w nos i policzki, skrzypiący pod nogami śnieg, obłoczki pary wydychane z naszych ciepłych ust w zimową przestrzeń. Ledwo odczuwalny dotyk zimowego słonecznego światła przedzierającego się przez nagie gałęzie drzew. Dreptaliśmy noga za nogą, przecieraliśmy wąski szlak w zasypanej śniegiem do połowy łydek alejce. Pustka. Cisza. Tylko nasza żywa obecność zakłócająca spokój. Odrealnienie. 

My stąpający środkiem alei, jak korytarzem, po obu naszych stronach niekończące się rzędy niby-łóżek. Każde z nich przykryte grubą, puchatą ciepłą kołdrą. Pierzyną utkaną ze śniegu, opatulającą dokładnie to, co pod nimi. Spokojny, cichy sen zmarłych. Zimowe, śniegowe okrycia grobów. Nawet krzyże ubrane zostały w białe czapy. Setki, tysiące niezwykłych kołder bielejących po horyzont.


Przyszliśmy Cię odwiedzić, Babciu. Dokładnie wczoraj minęły 4 lata od Twojego odejścia. Kolejna rocznica, w którą nie chce się wierzyć. Odnaleźliśmy Cię pod puchatą warstwą śniegu. Ogrzaliśmy płomieniem kilku zniczy. Rozmawialiśmy o tym, że pamiętamy tamten dzień jak dzisiaj. Jakby to, co się stało i co już nie może się odstać, było przed chwilą. Wczoraj. Zadumani nad grobem, wpatrujący się w mroźną przestrzeń, przypominaliśmy sobie Ciebie w tych ostatnich wspólnych godzinach na tym świecie. 

A ja pod powiekami miałam jeszcze poranny, świeży sen, w którym Cię spotkałam. Pojawiłaś się w nim zupełnie nieoczekiwanie, zaświadczając - z uśmiechem patrząc mi w oczy i kiwając siwą głową - że owszem, było źle, był szpital, ale przecież wszystko jest już dobrze. I teraz, w tym śnie, jesteś tu ze mną i możesz mi odpowiedzieć na pytania, na które nie znam odpowiedzi, a które mi chodzą ostatnio po głowie. Poszukuję przecież rodzinnych opowieści, które się gdzieś pogubiły, które się rozsypały jak zerwane korale. Zniknęły, zatarły się przez nieuważność słuchania i przez pośpiech życia. Czas je pozbierać i ocalić. Dziękuje Ci Babciu, że mogę na Ciebie liczyć. Musimy tylko częściej ze sobą rozmawiać... pomimo wszystko.
 

wtorek, 25 grudnia 2012

Pomaluśku Józefie


To było chyba w zeszłym roku, w czasie takim jak teraz - świątecznym. Na jednej z bożonarodzeniowych płyt braci Dominikanów usłyszałam wpadającą w ucho melodię. Nieznana mi kolęda wracała do mnie ilekroć włączyliśmy tę płytę. Odruchowo zaczynałam ją nucić, ale dopiero przy okazji kolejnego słuchania postanowiłam zatopić się w nieznany (jak się okazało przynajmniej XVIII w.) tekst, by zapamiętać z niego więcej niż powtarzające się słowa "Pomaluśku Józefie". I tu doznałam istnego odkrycia i objawienia. Jest piękny, jest cudny, jest czuły - zmienił się przez niego obraz Świętej Rodziny jaki miałam w głowie. Teraz gdy w wigilijny wieczór słucham słów Ewangelii od razu w uszach mam tę melodię i słyszę rytm kroków Józefa i Maryi idących do Nazaretu. Ona idąca wolno, z ciążącym coraz bardziej brzuchem, może ze spuchniętymi nogami, z plączącą się pod nogami długą suknią, może z włosami spadającymi spod chusty prosto w oczy, strasznie zmęczona.  Maryja tak błagalnie patrząca na plecy maszerującego coraz szybciej kilka kroków przed nią Józefa. A może to On trzymał ją czule za rękę i ciągnał z całych sił za sobą licząc, że z taką pomocą będzie szła szybciej i dzięki temu znajdą bezpieczny nocleg przed zmrokiem? 
I w tym wszystkim, w tym marszu był czas na błagalne, piękne słowa Maryi skierowane do Józefa, które są właśnie treścią kolędy:

Pomaluśku Józefie, pomaluśku, proszę:
Widzisz, że ja nie mogę, idąc tak prędko w drogę.

Wyrozumiej, proszę, wszak widzisz, co noszę,
W mym żywocie mam Boga, przeto mi przykra droga.

Bo już czas nadchodzi, że się już narodzi,
Którego mi zwiastował Anioł, gdy mię pozdrawiał.

A tak myślę sobie i chcę mówić tobie,
O gospodę spokojną, mnie w taki czas przystojną.

Bo teraz w miasteczku i w lada domeczku
Trudno o kącik będzie, gdy gości pełno wszędzie.

Wolą pijanice, szynkarskie szklenice,
Niżeli mnie ubogą, strudzoną wielką drogą.

Wnijdźmy, rada moja, do tego pokoja,
Do tej szopy na pokój, Józefie opiekunie mój.

A tak my oboje, i to bydląt dwoje,
Będziemy mieli pokój, Józefie opiekunie mój.

Już nam czas godzina, wielka to nowina,
Stwórcę świata porodzić, ten nas ma z Bogiem zgodzić.

Choć pałac ubogi, ale klejnot drogi,
Niebo, ziemia i morze, ogarnąć go nie może.

A Józef mąż zacny, służy jako baczny,
Najświętszą Pannę cieszył, bo to jego klejnot był.

Mój Józefie drogi, toć to ten mróz srogi,
Uziębnie nam dzieciątko, niebieskie pacholątko.

Przynieś proszę siana, w główkę, pod kolana,
Maleńkiemu dzieciątku, Boskiemu pacholątku.

A Józef mąż zacny, na dzieciątko baczny,
Wziąwszy sianka niewiele, w żłobeczku mu pościele

A zaś bydląteczko, wół i ośląteczko,
Parą swą nań puchali, dzieciątko zagrzewali.

Witaj, Królewiczu! niebieski Dziedzicu!
Bądź pochwalon bez miary za twe niezmierne dary.


Kolędę w wykonaniu scholi Braci Dominikanów można posłuchać TUTAJ.

piątek, 21 grudnia 2012

Recepta starszej pani

Z czarno-białego zdjęcia spogląda na mnie uważnie starsza pani. Biały kosmyk włosów spada delikatną falą na jej czoło, duże i małe zmarszczki dodają jej twarzy wiekowego uroku. W spojrzeniu ma coś niezwykłego - blask, figlarne iskierki i tajemniczą radość. To Danuta Szaflarska, która skończyła w tym roku 97 lat. 

Był taki czas, gdy ciągle się spieszyłam. Na przykład jechałam tramwajem i chciałam, żeby on jechał jeszcze szybciej. Miałam ten pośpiech w sobie. I nagle pomyślałam: "Zaraz, dokąd ja się tak spieszę? Przecież na końcu czeka mnie trumna" (śmiech). Pozbądź się tego wewnętrznego biegu. Oglądaj świat, obserwuj, co się dookoła ciebie dzieje, bo życie mamy jedno, a przecież we wszystkim można znaleźć tyle piękna. Właściwie samo to, że się żyje, jest już czymś cudownym.
/Danuta Szaflarska wywiad dla "W drodze" 12/2012 s. 65 / 

Widziałam ją kilka razy na żywo. Malutka, drobniutka, szczupła kobieta, lekko przygarbiona, ale poruszająca się z niezwykłą dla swojego wieku energią. Patrząc na nią po prostu chce się pięknie żyć.

sobota, 15 grudnia 2012

Piernik Mamy

Do Wigilii trochę więcej niż tydzień. Myślę z zapałem o wszystkich przygotowaniach. Zbliża się czas, w którym jeszcze bardziej brakuje żywej obecności tych, których już nie ma. Pomyślałam sobie dzisiaj jednak, że oni przecież są, ciągle obecni pomagają naszymi rękami stwarzać świąteczne menu. Czy zachowanie rodzinnych świątecznych tradycji kulinarnych, odtwarzanie zapachów i smaków nie jest pielęgnowaniem pamięci? Ja dzisiaj to odkryłam. 

Z cichego podszeptu Mamy postanowiłam upiec po raz pierwszy sama piernik, który zawsze robiła na Wigilię ona albo potem przez długi czas robiłyśmy go razem. To będą już drugie Święta bez Mamy…  Rok temu dzień przed Wigilią olśniła mnie pytaniem, kto zrobi tradycyjne w naszym domu makiełki. Zdążyłam w ostatniej chwili na czas. Teraz też będą – nie zapomnę. Dzisiaj przyszła do mnie za to z piernikową myślą i wspomnieniami. 

Po jej odejściu to ja przejęłam zeszyt pełen cennych skarbów przepisowych. Piernik Mamy - jak to było? Wzięłam więc z kuchennej półki brulion, którego granatową okładkę mocno nadszarpnął czas. Widać na niej coraz głębsze zmarszczki kolejnych lat. Kartkowałam powoli kolejne, lekko pożółkłe strony, niektóre noszące tłuste ślady – jawne dowody kuchennych batalii. Dotarłam do litery P. Piernik na pierwszym miejscu – to ten przepis. Równe, okrągłe literki pisane ręką Mamy. To ona jeszcze tak niedawno przewracała te strony. Zerkała uważnie na przepis i marszcząc lekko piegowaty nos, zerkała do zeszytu by szykować w miseczkach i kubkach, ustawianych na blacie kuchennego stołu kolejne  potrzebne składniki. Widziałam teraz dokładnie jak to nie jej, a mój palec wskazujący wodzi po kratkowanej kartce, linijka po linijce sprawdzając w skupieniu czy o niczym nie zapomniałam. 

Pierwszy etap to robienie karmelu z dwóch łyżek cukru i połowy szklanki gorącej wody, potem dodawanie miodu, reszty cukru, margaryny i przypraw. Zapachniało korzennie, zapachniało wspomnieniami ciepłej, domowej kuchni i nas w niej cieszących się wspólnym pieczeniem, wspólnym czasem… To było jeszcze tak niedawno. Patrzyłam dzisiaj na ciemną masę piernikową, którą mieszałam w rondlu na kuchence, a w środku siebie słyszałam głos Mamy: Tylko nie może się zagotować, pamiętaj. Potem trzeba wystudzić i pododawać do tej chłodnej masy resztę składników. Mamo, dziękuję Ci bardzo za te podpowiedzi. W końcu tak jak kiedyś, tak i dzisiaj robimy to ciasto razem.

środa, 12 grudnia 2012

Mała B.

Trzeba ukucnąć by spojrzeć w jej oczy chłonące z zapałem cały świat.  Oczy bystro obserwujące wszystko co się dzieje wokoło. Czasami gdy lekko i zabawnie je zmruży i gdy popatrzy na rozmówcę lekko przekrzywiając małą głowę to patrzącemu na nią może się wydawać, że pod jasnymi rzęsami  mieszkają całe stada znaków zapytania. Dlaczego? To teraz jedno z najważniejszych pytań. Powtarza je często by poznać odpowiedzi na wszelkie życiowe zagadki. Chłonie wszystko całą swoją małą osobą.  Gdy popatrzę jej prosto w oczy, potrafi nimi  w niezwykły sposób spojrzeć w moje wnętrze, przelewa we mnie swoją ufność i dziecięcą radość.

Mała B. na w swoich małych trzyletnich już nóżkach odzianych w szare, bawełniane rajstopki skrada się do mnie  na palcach. Na głowie ma swoją  zimową czapkę - uszatkę. Będę lewem - oświadcza bardzo poważnie kiwając głową - A ty ciociu Haniu się schowaj. Zamyka oczy i czeka. Ciociu Haniu już?? Ukryłam się za drzwiami. Mała B. jest całkiem profesjonalnym ryczącym lwem, macha rękami i groźnie warczy. Gdy po kilku rundach po korytarzy znajduje mnie wciśniętą w kąt pokoju podskakuje z radości i przebiera śmiesznie nogami. Teraz Ty!  Dostaję czapkę, która ma być piękną lwią grzywą mieszczącą się tylko na czubek mojej głowy, ale czym jest potęga wyobraźni. Zaczynam się skradać z pełnym zaangażowaniem, gdy słyszę dziecięcy głos: Lewu gdzie jesteś?? Szukaj Lewu!  Za wolny jestem lew nie ma co.

Koniec zabawy. Po kąpieli i kilku bajkach czytanych wspólnie na głosy, czas spać, już późno. Siedzę w półmroku dziecięcego pokoju przy małej postaci ukrytej pod kołdrą, jej włosy rozrzucone na poduszce, piąstkami trze oczy, omotywana coraz mocniej snem. Ciociu Haniu gdy Ty będziesz mała to pójdziemy razem do przedszkola, dobrze?  Pobawimy się razem, dobrze? Pewnie, że dobrze. Pytanie tylko, czy dam radę się tak zmniejszyć. Mała B., pytam, myślisz, że już nie będę taka duża? Mogę być taka jak Ty?  Odpowiada mi tylko jej równy oddech. Weszła w świat spokojnego snu. Siedzę przy niej dalej i głaszczę delikatnie ją po głowie. Coś ściska mnie w środku, a do oczu płyną gorące łzy. Co za kosmosy masz w głowie Mała B. Ile jeszcze przed Tobą? Ile musisz się nauczyć, ile zobaczyć, ile odczuć? To jest po ludzku nieogarniane. Czy możesz podarować mi w prezencie szczyptę Twojej dziecięcej radości?

poniedziałek, 19 listopada 2012

Przy Roosevelta 5

Po raz dziewiętnasty zagłębiłam się w rodzinne historie rodziny Borejków. Pochłonęłam najnowszą cześć Jeżycjady niemal jednym tchem. Tak wspaniale pojawić się znowu w ciepłych progach poznańskiego mieszkania na Roosevelta 5. Ilekroć tam wracam czuję wewnętrzną radość z tych spotkań w borejkowej kuchni przy drewnianym stole. Przysłuchuję się z uśmiechem rozmowom domowników, czekam na kolejnych niespodziewanych gości, którzy po trzeszczącej podłodze, przemieszczą się korytarzem pełnym książek, by pojawić się w oświetlonej ciepłym światłem lampy kuchni.  Wspaniale uczyć się z tych spotkań czułości w postrzeganiu codzienności, zerkać w roześmiane oczy bohaterów i uczestniczyć razem z nimi w ich i moim przemijaniu. Starzejemy się razem - znamy się przecież od przynajmniej 18 lat, w których wydarzyło się tyle równoległych historii.

- Wiem, co chcesz mi powiedzieć Milu - uśmiechnął się wzruszony Ignacy Borejko. - Żebym się nie bał śmierci.
- Ja się nie boję, więc i ty się nie bój. Co się stało to się nie odstanie - jak mądrze zauważył lud.
- To nie jest bardzo krzepiące powiedzenie.
- Ależ przeciwnie. 
- Stało się -  i przepadło.
- Nie! - stało się, więc nie może przepaść. Coś co istniało - znika, ale to nie znaczy, że tego czegoś już nie ma. Jest! - tylko inaczej usytuowane. Już się nie odstanie, jest na zawsze.
- Jak twój złoty warkocz.
- Jak rudy Ignaś Borejko. Będzie trwał, nawet gdyby już o nim nikt nie pamiętał. Będzie wbudowany w czas.
- W którąś z warstw czasu (...) Bo jest ich nieskończenie wiele, a wszystkie razem tworzą wieczność

/M. Musierowicz, "McDusia", s.274/



niedziela, 18 listopada 2012

Złote myśli kaznodziejów XVII wieku


„Prowincjałki” Pascala ukazały się drukiem w 1657 roku i szybko stały się ówczesnym bestsellerem. Autor szydzi w swej książce ze zdegenerowanej kazuistyki jezuitów tamtych czasów. I przytacza miedzy innymi takie maksymy duszpasterskie:

- Każdy mężczyzna może iść do burdelu by nawracać tamtejsze upadłe kobiety. Nawet jeśli jest wielce prawdopodobne, że przy okazji zgrzeszy.
- Jest obowiązkiem dawanie jałmużny. Owszem ale tylko z nadmiaru, a na nadmiar nawet król przecież nie narzeka.
- Człowiek staje się mordercą tylko wówczas, gdy podstępnie zabija za pieniądze.
- Mnich pod karą ekskomuniki nie może zrzucać habitu. Z jednym wyjątkiem – do burdelu w habicie wchodzić mu nie wolno.
- Nie grzeszy człowiek, gdy zabija złodzieja próbującego ukraść mu jednego dukata lub więcej.
- Kobieta z dobrego towarzystwa słuszniej niż nierządnica może domagać się pieniędzy za kryjome cudzołóstwo. Gdyż jej ciało jest cenniejsze.
- Jeśli człowiek zawsze przy sobie nosi różaniec, bramy raju zawsze stoją dla niego otworem, niezależnie od tego, co czyni.
- Nie ma obowiązku dotrzymywania przyrzeczeń, których nie zamierzaliśmy dotrzymać od samego początku.
- Jeśli zgrzeszyłeś, twój spowiednik ma obowiązek dać ci rozgrzeszenie, gdy mu powiesz, że swoją pokutę wolisz odbyć dopiero w czyśćcu.

Ach, to były czasy! Takie lektury się pożerało na salonach. Ironia historii sprawiła, że dzieło, które miało walczyć o prawdziwą religię i dobrych księży, stało się obowiązkową lekturą libertynów i niewyczerpanym źródłem do wyśmiewania Kościoła… 

poniedziałek, 29 października 2012

Linia cienia


W ramach wakacyjnych lektur przeczytałem tego lata po raz wtóry „Smugę cienia” Josepha Conrada. Miejsce czytania było wręcz idealne – na plaży, w turystycznym fotelu zwróconym w stronę morza. Wystarczyło podnieść wzrok, by trafić na bałtycki horyzont. No i szum fal jako akompaniament. Nic, tylko czytać Conrada. 

Jak to zwykle bywa przy kolejnej lekturze, natrafiłem na sprawy, o których wcześniej nie myślałem. Konkretnie na dwie sprawy, obydwie związane z tytułem książki. 

Pierwsza. Dlaczego współcześnie coraz częściej spotyka się wykorzystanie frazy „smuga cienia” na określenie wchodzenia w starość? Przecież jest to całkowicie niezgodne z zamysłem jej konstruktora. Już na początku tej krótkiej powieści czytamy: „Postępujesz naprzód, a twoim śladem nieodstępnie i niepostrzeżenie posuwa się czas. Aż przychodzi chwila, w której spostrzegasz przed sobą smugę cienia ostrzegającą cię, że dzień pierwszej młodości dobiegł już końca”. Tę samą myśl potwierdza autor w swoim słowie wstępnym: „Pierwotnie celem tego utworu było przedstawienie pewnych faktów, które z pewnością były związane ze zmianami zachodzącymi w człowieku, kiedy młodość, beztroska i żarliwa, przekształca się w bardziej świadomą i dojmującą fazę dojrzalszego życia”. 

Wniosek jest oczywisty: smuga cienia z całą pewnością nie ma nic wspólnego ze starością. Jest procesem wychodzenia z beztroskiej młodości i dojrzewania do życia odpowiedzialnego. W powieści bohater, młody oficer, po raz pierwszy otrzymuje pod swoje dowództwo statek i jego załogę. To, co będzie mu dane przejść, przeprowadzi go też przez tytułową smugę cienia. 

I tu dochodzimy do sprawy drugiej. Zwróciłem na nią uwagę dopiero wtedy, gdy zauważyłem, że oryginalny angielski tytuł książki brzmi The Shadow Line. Słowo line – linia ma tu kolosalne znaczenie, bo czytelnik od razu skojarzy je z linią równoleżnika 8° 20′ N, której statek z niejasnych przyczyn nie może przekroczyć (więcej nie zdradzę, żeby nie psuć frajdy tym, którzy sięgną po powieść po raz pierwszy). A więc tytuł oryginalny jest wieloznaczny i głębszy. Polskie tłumaczenie Anieli Zagórskiej (autoryzowane przez pisarza) tego już nie ma. 

Przeczytałem „Smugę cienia” z wielką przyjemnością. Jednym tchem, jak to się mówi. Ileż przestrzeni jest w tym Conradowskim pisaniu, ileż tajemnicy, ileż człowieka! Zakończyłem lekturę, patrząc w odległy morski widnokrąg i konstatując, że swoją smugę cienia już chyba raczej mam za sobą… 

czwartek, 11 października 2012

Oddech wszechbytu


"Tatry, co na tygodnie całe otulają się w zasłony z mgieł, każąc czekać bez końca na uśmiech (...) Gdy jednak zasłony spadną i błysną modre oczy stawów, gdy rozrumienią się śniegi, a turnie odetchną świeżym wiatrem wschodnim, wtedy jakaś tajemnicza dłoń wyciąga się do mnie z wyżyn górskich, chwyta i porywa ze sobą. I gdy znajdę się na stromym wierzchołku sam, mając jedynie lazurową kopułę nieba nad sobą, a naokoło zatopione w morzu równin zakrzepłe bałwany szczytów - wówczas zaczynam rozpływać się w otaczającym przestworzu, przestaję się czuć wyodrębnioną jednostką, owiewa mnie potężny, wiekuisty oddech wszechbytu. Tchnienie to przebiega przez wszystkie fibry mej duszy, napełnia ją łagodnym światłem i sięgając do głębin, gdzie leżą wspomnienia trosk i bólów przeżytych, goi, prostuje i wyrównywa".
/Mieczysław Karłowicz, lwowski "Taternik"  z 1907 r./

Taktyczny odwrót spod Kościelca

Kościelec w Tatrach. Dziś okazał się dla nas niedostępny. Zbytnio oblodzone ścieżki nie wpuściły nas na szczyt, którego jeszcze nigdy nie zdobyliśmy. Pragnienie było wielkie, pogoda dobra a siły wystarczające. Zabrakło 15 może 20 minut wspinaczki. Mimo wszystko wycofaliśmy się. Taktyczny odwrót zamiast brawurowej szarży. Nic to. Wrócimy tu, gdy lód i śnieg stopnieją by ponownie zaatakować. 

Gdy schodziliśmy do Czarnego Stawu w Dolinie Gąsienicowej, myślałem o tym odwrocie. I przypomniały mi się słowa, jakie Witek - bohater "Przypadku" Krzysztofa Kieślowskiego - usłyszał od ojca w testamencie: "Nic nie musisz! Słyszysz? Nic nie musisz!" 

Jaka to ulga wyzbyć się tej nadętej pychy, tak częstej w polskiej tradycji, która wyraża się w głupkowatym zawołaniu: "Co, ja nie dam rady?!" Pewnie dalibyśmy radę wejść dziś na ten szczyt. Ale po co ryzykować, skoro tyle piękna jest w wolności "nic nie muszenia"? 


piątek, 28 września 2012

Notatka z przeszłości


Zwykłe porządki, w szafie ukrywającej skarby układane tu delikatnie w szufladach dłońmi których już nie ma. Ostatnie skarby Babci, która przez kilka tygodni była gościem w tym pokoju. Papiery, dokumenty, stare gazety, notes. Wszystko zapakowane do szafy, do przejrzenia kiedyś… gdy będzie na to czas. I właśnie wczoraj, w czasie przekładania tych drobiazgów i cierpliwego szukania im nowego miejsca, w którym mogłyby przeczekać  spokojnie kolejne miesiące - odnaleziony został  przez O. fragment przeszłości. Notatka uczyniona ręką Babci, na małej karteczce. Pismo jak zawsze staranne, wykaligrafowane, równe, zgrabne literki pisane przez 86 letnią lekko już drżącą dłonią trzymającą długopis. Czarny tusz wlewający w te kilka zdań skrawek przeszłości, zatrzymane wspomnienie:

Niedziela 28.09.2008
27 września 2008 r. ostatni raz byliśmy na działce w 2008 r.
Hania,  Jurek, Anulka i Konrad (na rowerach z Ogórkowej) i ja Babcia Marysia Zembrzuska.
Urosła kania, zebrali ją Jurkowie.
Babciu! Czyż to nie jest niezwykłe? Przesłałaś nam kartkę w idealnym terminie.  Trzymamy w dłoni papier z Twoim pismem, które pojawiło się  na nim dokładnie 4 lata temu. Wtedy byliśmy jeszcze wszyscy, w komplecie.  Po co pisałaś to wszystko na tym małym karteluszku? Czy tak sobie siedząc samotnie w niedzielny wieczór, przy herbacie wspominałaś i utrwalałaś czarnymi literami to co było dla Ciebie ważne?  Rodzinny pobyt na działce. Radość chwili w postaci rosnącego grzyba z wielkim kapeluszem! Czy pisząc te słowa zamykałaś w przerwach oczy schowane za okularami lekko spadającymi z nosa? Czy czułaś wtedy zapach lasu i słyszałaś jego szum? Czy przypominałaś sobie słodkie chwile w słońcu, gdy usadowiona na swoim wygodnym  rozkładanym krześle w ciepłych promieniach zatapiałaś się w swoich lekturach? Byliśmy tam razem.  Na tę działkę już więcej nie wróciłaś, nie zobaczyłaś kolejnych pokoleń kaniowej rodziny. To było dla Ciebie prawdziwe i wieczne zamknięcie sezonu – przecież dokładnie 4 miesiące później 27 stycznia 2009 r.  już Cię z nami nie było…

środa, 12 września 2012

Domy przedmieścia

W jesienne bezsłoneczne popołudnie Pan Cogito
Lubi odwiedzać brudne przedmieścia. Nie ma –
mówi – czystszego źródła melancholii.


Domy przedmieścia o podkrążonych oknach
domy kaszlące cicho
dreszcze tynku
domy o rzadkich włosach
chorej cerze

tylko kominy marzą
chuda skarga
dochodzi do brzegu lasu
na brzeg wielkiej wody

        chciałbym wam wymyślać imiona
        napełniać zapachem Indii
        ogniem Bosforu
        gwarem wodospadów

domy przedmieścia o zapadniętych skroniach
domy żujące skórkę chleba
zimne jak sen paralityka
których schody są palmą kurzu
domy stale na sprzedaż
zajazdy nieszczęścia
domy które nigdy nie były w teatrze

        szczury domów przedmieścia
        zaprowadźcie je na brzeg oceanu
        niech usiądą w gorącym piasku
        niech oglądają noc podzwrotnikowa
        niech fala ich nagrodzi burzliwą owacją
        jak przystoi tylko zmarnowanym żywotom

Zbigniew Herbert, z tomu Pan Cogito

Oto wiersz piękny, wiersz prawdziwy, zrodzony z doświadczenia i pragnienia. Porównanie człowieka do domu niewątpliwie daje do myślenia. Wychodzę na jesienny, popołudniowy spacer w brudne przedmieścia i bez dwóch zdań - jest melancholia. Domy stają się ludźmi, przechodnie starymi kamienicami o „podkrążonych oknach”. Człowiek jest stworzeniem o nieciekawej kondycji. Często nieszczęśliwy, codziennie się starzejący, nieustannie ciążący ku śmierci. Tylko kominy, co ku niebu wystrzelają, potrafią marzyć. Ale to marzenie zamienia się w skargę, w wyrzut skierowany do nieba.

Chciałbym wam wszystkim pokazać sens życia! – wołała poeta – uszczęśliwić każdego z was pięknem, jakie w tym świecie, choć ukryte, mieszka. Ale przeciętny człowiek jest sterany i zagubiony, gotów czasem oddać bardzo wiele za odrobinę szczęścia. Nie każdy przecież doświadcza pocieszeń typu duchowego, kulturalnego, nie każdy odkrył inny świat wewnątrz samego siebie.

A wy, ukryte namiętności, pragnienia utajone, wyprowadźcie człowieka ku odrobinie radości! Bo przystoi człowiekowi nieszczęśliwemu i cierpiącemu codzienność, by „szczury” jego duszy powiodły go ku śladom choćby szczęśliwości. Res sacra miser. Wtedy może się okaże, iż to marne życie nie jest tak do końca zmarnowane.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Rok innego życia

To już dzisiaj, Mamusiu. Nierzeczywista i nieprawdopodobna rocznica – Twojego przejścia do innego życia. Minął cały rok, jakieś 8 784 godzin, jakieś 527 040 minut bez Ciebie. Mogę Cię dzisiaj obdarować tylko wiązanką gałązek jodły przetykanych żółtymi, radosnymi słonecznikami i szeptem modlitwy. Nie przytulę Cię jak zawsze, nie usłyszę Twojego ciepłego głosu.  Jak to możliwe, że to już rok?

Czas mi się jakoś dziwnie skurczył. Wszystko co dotyczy Ciebie traktuję tylko i wyłącznie w kategoriach „przed chwilą” i „wczoraj”. Nie czuję zupełnie tej czasowej przepaści całego roku – jest nierealna. To musi być dowód na to, że jesteś cały czas ze mną, tuż obok, towarzysz mi nieustannie. Ile razy łapię się na myśli by do Ciebie zadzwonić?  Twój numer przecież ciągle mieszka w moim telefonie. Byłaś i jesteś ciągle - tylko inaczej.

Obdarowujesz mnie okruchami swojej obecności. Twój uśmiech wypatrzony niespodziewanie na jakimiś starym zdjęciu w jednym z komputerowych katalogów, znaleziona w kurtce karteczka z listą zakupów pisanych Twoją ręką, stary zeszyt z przepisami, którego strony wertowałaś nieraz w poszukiwaniu kulinarnych inspiracji; odnalezione nagle całusy od Ciebie przesłane mi w wydrukowanym liściku, który podpisałaś „Cmok Mamki”, liściku, który kiedyś schowałam wśród dokumentów, a przy ostatnich porządkach się tak po prostu odnalazł. Bransoletka, którą zakładam, a była przecież prezentem od Ciebie. Twój szal, który zabrałam po cichu z Twojej szafy, gdy już Cię nie było. Niezwykłe życie wspomnień, osobisty, wewnętrzny film pełen strzępek rozmów, codziennych sytuacji, miejsc, zapis wymienianych spojrzeń, przywołanie Twojego dotyku i przytulenia.

Tylko że to, co pamiętam najbardziej namacalnie, to Ty w czasie Twoich ostatnich dni, godzin i minut. Momentami, gdy zamknę oczy – jestem z Tobą tam, wtedy – czuję, słyszę, przenoszę się w czasie. Twoje cierpienie, Twoje odchodzenie i Twoja twarz z anielskim spokojem, chwilę po tym jak zaczęłaś inne życie. I wtedy, niezmiennie do oczu napływają mi wielkie, słone łzy, które turlają się szybko po policzkach. Cały czas mam ochotę krzyczeć – dlaczego miało być właśnie tak?  Twoja śmierć jest od roku częścią mojego życia, jest we mnie, boli i zmienia patrzenie na świat. Mamo, proszę – przyśnij mi się zdrowa i uśmiechnięta – takiej tak bardzo Cię codziennie potrzebuję.

niedziela, 19 sierpnia 2012

Spacer po nieistniejącym świecie


W te letnie, wakacyjne dni nic nie powinno zakłócać naszego spokoju i wypoczynku. Morza, góry, jeziora, plaże, lasy, europejskie stolice, średniowieczne miasteczka – rzucamy się zachłannie w ciszę natury lub gwar pięknych miast by przez chwilę pooddychać innym niż szaro-codziennym powietrzem. Nasze polskie miasta i miasteczka porzucamy z radością, zapominając o nich na kilka tygodni.

A one – te polskie miasta i miasteczka – w te letnie, wakacyjne dni żyją wspomnieniem czasu sprzed 70 lat. Próbują sobie przypomnieć stary, nieistniejący już układ ulic, odtworzyć w pamięci budynki, których nie ma i przede wszystkim przywołać ludzi, którzy tak nagle zniknęli z list meldunkowych i książek telefonicznych.

Łódź – 23 czerwca, Warszawa – 22 lipca, Lwów – 10 sierpnia, Otwock – 19 sierpnia, Siedlce – 22 sierpnia, Nowy Sącz – 23 sierpnia… i tak dalej, i tak dalej. Te sucho dziś brzmiące daty wyznaczają początek końca wielu światów – to dni rozpoczęcia akcji likwidacyjnych gett żydowskich w 1942 roku. Niemiecka nazistowska machina śmierci niekiedy potrzebowała długich tygodni, by dokonać spustoszenia. A czasem było tak – jak w Otwocku – że wystarczył jeden dzień. Jeden długi, upalny sierpniowy dzień, by 50 bydlęcych wagonów wypchać szczelnie ludzkimi ciałami w liczbie około 8 tysięcy i skierować na tor do Treblinki.

Ten akt bestialskiego mordu na ludziach był jednocześnie zaplanowanym aktem zniszczenia całego świata, jaki od wieków istniał na terenie Rzeczypospolitej. Wraz z żydowskimi mieszkańcami polskich miast i miasteczek ginęły na zawsze całe dzielnice. Ich świat – tych, który odeszli – zginął bezpowrotnie. Nasz świat – tych, którzy zostali – zmienił się nieodwracalnie.

Czy miasta tęsknią? Czy warszawski Muranów tęskni za gęstą siecią ulic, za setkami kamienic i oficyn? Czy otwocki bruk z nostalgią wspomina stukot kół dorożek, którymi kuracjusze z kolejowej stacji spieszyli do pensjonatów? Czy miejsca, w których stały sochaczewska synagoga i cheder nadal słyszą hebrajskie modlitwy?

Gdy już wrócimy z wakacji, wypoczęci i pełni wrażeń, warto wybrać się na spacer po tym nieistniejącym świecie. By poszukać jego nielicznych śladów, by westchnąć na miejscach, w których dokonywała się zagłada, by pomodlić się przy torach kolejowych, po których odjechały wagony pełne płaczu. To nie do końca prawda, że ten świat odszedł bezpowrotnie. Jeśli powróci w naszej pamięci i modlitwie, to już będzie coś. A coś to znacznie więcej niż nicość, pustka i zapomnienie.