sobota, 26 maja 2012

Dzień Mamy

Jak trudny jest Dzień Matki bez fizycznej obecności Ciebie, Mamo? Pierwsze takie święto, w którym zamiast dotknięcia Ciebie, pocałowania Twojego gładkiego policzka, uściskania Twojego drobnego, ciepłego ciała, popatrzenia Ci w patrzące na mnie czule oczy mogę pogłaskać dłonią i poczuć pod palcami chropowate litery na nagrobnej, chłodnej tablicy układające się w Twoje imię.

Jeszcze rok temu przytulając Cię mocno, życzyłam Ci z całego serca tylko jednego - zdrowia. Kiwałaś głową i mówiłaś: Tak, niczego więcej mi nie trzeba, to najważniesze. Miałam wtedy jakaś niewytłumaczalną wiarę, że się uda, że w jakiś cudowny, nieziemski sposób zostaniesz uzdrowiona, że obudzisz się Ty i my wszyscy razem z Tobą z tego coraz bardziej rozpędzającego się koszmaru. Uwolniłaś się za niespełna trzy miesiące - odeszłaś w niebiańskie przestworza. 

Jesteś obecna wszędzie, tyle pamiątek, wspomnień, wszystko tak wyraźne. Dziękuję Ci Mamo, że byłaś, że jesteś. Dziękuję Ci za pozostawione w książce kucharskiej kartki z kalendarza, na które ostatnio się natknęłam szukając przepisu na barszcz ukraiński. Kartka z 6 października 1979 roku. To urodziny Taty, ale i ja już rosnąca w Tobie. Może szykowałaś jakieś danie imieninowe dla Taty, głaszcząc się czule po brzuchu, w którego otchłaniach ja fikałam koziołki?

Dziękuję Ci za czułość, ciepło i troskę wychowania. Za bezpieczeństwo. Za uśmiech. Za to, że tyle mnie nauczyłaś. Za siłę, za dowód na to, że nie można się poddawać i da się znieść z pokorą nawet najgorsze fizyczne cierpienie. Ucz mnie dalej, proszę. Chcę czuć Twoją obecność w kroplach łez, które spływają mi teraz po policzkach. Niech to będą Twoje matczyne, najlepsze na świecie pocałunki.

niedziela, 13 maja 2012

Małżeństwo to przekraczanie granic

Decyzja o ślubie przyszła całkowicie naturalnie. Była po prostu kolejnym etapem rozwoju znajomości i naszego zakochania. Podszyta ekscytacją i czystą radością, taką, jaką odczuwa się przed czymś niezwykle ważnym - mrowiące ściskanie w środku i niecierpliwość ogarniająca całe ciało od stóp do głów...

Na zaproszenie portalu DEON.pl zgodziliśmy się wspólnie napisać tekst o małżeństwie. Można go przeczytać TUTAJ

środa, 9 maja 2012

Książki patrzą w morze

W Gdyni u szczytu Skweru Kościuszki tuż nad morzem postawiono pomnik. Żołnierzom? Wyzwolicielom? Rybakom? Coś religijnego? Nie. Stoi tu wykuty w kamieniu Joseph Conrad (Józef Teodor Konrad Korzeniowski) - pisarz, który pokochał morze, a także marynarz i człowiek morza.

Co można piewcy morza na pomniku napisać? Pewnie jakiś cytat pasujący do tematu. Zgadza się, jest cytat - z przodu. A co z tyłu - od morza? A tak - tytuły jego doskonałych książek! "Tajfun", "Lord Jim", "Zwycięstwo", "Smuga cienia", "Jądro ciemności". Takie proste, a przecież tak bardzo na miejscu.

poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Sześć lat

Jak to możliwe, że wczoraj mineło już sześć lat od momentu, kiedy o godzinie 15.00, z uśmiechami od ucha do ucha, przy dźwiękach pieśni "Oto są Baranki młode", w kościele świętego Marcina na Piwnej wędrowaliśmy do ołtarza? Ja w długiej sukni, Ty K. w brązowym garniturze. Pamiętam ten wewnętrzny spokój i radość, że to już, że zaczynamy kolejny etap naszej wspólnej, życiowej przygody.

Nawet już nie pamiętam zimna i deszczu towarzyszącego nam przez cały tamten dzień. Takie mamy ładne zdjecia z kraciastym parasolem. Ekspresowa sesja ślubna: dżdżysto-staromiejska. Ile od tamtego czasu się wydarzyło? Takie bogactwo przeżyć, miejsc, wydarzeń, spotkań. Tyle wspólnych rozmów tych zabawnych i tych trudnych. Tyle dni nieustannego uświadamiania sobie, że bycie razem, to nieustanna praca, której nie można zaniedbać.

Dziękuję Ci Meżu Kochany, za to, że ciągle masz siłę do tej naszej wspólnej pracy, do pielęgnowania naszej bliskości. Za to, że udało nam się stworzyć wspólny świat, w którym możemy wędrować i włóczyć się razem kilometrami, wierząc, że tylko ta wspólna, czasem wertepiasta i błotnista droga ma sens. Za to, że mamy świadomość, że gdy tylko się przez chwilę zaniedbamy, zagubimy naszą cichą rozmowę i bliskość w bezsensownym pędzie codzienności, to MY zaczynamy się kruszyć i psuć, a wtedy wszystko traci sens. Że wiemy, iż  w  takich beznadziejnych chwilach niekochania nie potrafimy się prawdziwie cieszyć niczym, bo to radość tylko połowiczna. Dziękuję Ci za to, że możemy się upominać i sprowadzać na ziemię, gdy któreś z nas się zagalopuje w jakieś odrealnione przestworza. Proszę, wędrujmy dalej. Trzymajmy się za ręce. Wiem, że oglądanie świata z czułością wspólnymi oczami jest największą i najlepszą przygodą :)

niedziela, 22 kwietnia 2012

Zielone odrodzenie


Codziennie śmielej szukają słońca i ciepła. Budzą się w cudowny sposób z zimowego uśpienia. Jaka siła każe im ponownie wracać do życia? Czy to ich kolejne wcielenie? Poprzednie pokolenia pąków dojrzały, zmieniając się u kresu swego życia w kolorowe, spadające liście. Ich zastępy zginęły przysypane śniegiem. Dlaczego mieszkańcy cebulek szafirków znowu próbują i z niezwykłą siłą przebijają ziemię by wydostać się bliżej nieba? Patrzę na nie z zachwytem. W myślach modlę się o siłę by teraz i tu czuć wiosnę, by czuć radość życia, by mieć w sobie spokój i pewność, że zima będąca śmiercią nie jest wcale końcem.

poniedziałek, 16 kwietnia 2012

Bankiet wieków


Wczoraj wieczorem w sposób nieco przypadkowy znalazłem się w Galerii Sztuki Polskiej XIX wieku, która mieści się w krakowskich Sukiennicach. Była to pierwsza moja wizyta w tym miejscu. I przyznaję – zostałem mile zaskoczony. 

Piękne przestronne sale, a w nich dziesiątki arcydzieł. Tu „Czwórka” Chełmońskiego, tam „Szał” Podkowińskiego, a jeszcze dalej monumentalny „Hołd pruski” Matejki. Mnie chyba najbardziej zainteresowała „Bitwa pod Samosierrą” Piotra Michałowskiego. Wspaniałe dynamiczne płótno, które Jacek Kaczmarski „wyśpiewał” w jednej ze swoich piosenek.

Jak się tam znalazłem? Ktoś wpadł na genialny pomysł, by bankiet po premierze zrekonstruowanej cyfrowo „Ziemi obiecanej” Wajdy zorganizować w tejże galerii. Nagle więc w towarzystwie mistrzów polskiego malarstwa XIX wieku znaleźli się mistrzowie polskiego kina wieku XX: Andrzej Wajda, Witold Sobociński, Daniel Olbrychski, Andrzej Seweryn, Wojciech Pszoniak i wielu innych. Do tego pretekstem do tej uroczystości była przecież premiera filmu w wersji cyfrowej i pięknie przez The Chimney Pot odnowionej, co niewątpliwie jest pozytywnym wkładem wieku XXI z jego najnowszymi technologiami na czele. 

Wyszło więc tak, że te trzy światy, reprezentujące trzy wieki, spotkały się przy sushi i lampce białego wina w krakowskich Sukiennicach. Rozmowy toczyły się właśnie w tych trzech wymiarach. XIX-wieczne malarstwo i rzeźba z ich historycyzmem i realizmem świetnie pasowały do niektórych wątków powieści Reymonta  i dzieła Wajdy (zabory, schyłek polski szlacheckiej, polska religijność). Aktorzy i twórcy filmu przywoływali lata 70. XX wieku, kiedy „Ziemia obiecana” powstawała i kiedy wszyscy oni byli młodzi i zdolni – jak zaznaczył sam reżyser. Wielu obecnych na premierze i bankiecie zachwycało się technologicznymi możliwościami XXI wieku oraz podziwiali kunszt młodych specjalistów, którzy doprowadzili do tego, że jeden z najciekawszych polskich filmów, kręcony prawie 40 lat temu, wygląda teraz tak, jakby zrobiony został wczoraj (opinia Wojciecha Pszoniaka).

Teraz, gdy o tym piszę, myślę o nas, Polakach, o współczesności, cywilizacyjnych zmianach i zadaję sobie pytanie: czy wiek XXI z całą jego doskonałością technologiczną stać na coś więcej niż tylko piękne wspominanie dzieł wieków minionych? Czy jedynym lub głównym wkładem obecnego stulecia w dzieje kultury będzie utrwalenie w dobrej jakości tego, co stworzyły minione pokolenia? A w naszej polskiej perspektywie jaki wpływ na to wszystko ma fakt, że Matejko i Reymont tworzyli pod zaborami, Wajda w czasach komunizmu, a teraz żyjemy w zupełnej wolności?

*Reprodukcja - Piotr Michałowski "Bitwa pod Samosierrą" Muzeum Narodowe w Krakowie

sobota, 7 kwietnia 2012

Wielkanoc 2012

Niech dobre przeżywanie Triduum Paschalnego i Świąt Wielkanocnych umacnia w nas wiarę, że to, co po ludzku wydaje się niemożliwe, jednak możliwe bywa. Oby te Święta Zmartwychwstania oswajały nas też z myślą o śmierci i łagodziły ból utraty tych, którzy od nas niedawno odeszli.

Fragment Drogi krzyżowej w Czerwińsku nad Wisłą.
Autor: ks. Tadeusz Furdyna

niedziela, 1 kwietnia 2012

Spotkanie

"Czyli jutro o 12.30 spotykamy się przy grobie Mamy. Do zobaczenia, pa". Tym zdaniem skończyłam dzisiejszą rozmowę z moją siostrą. Odłożyłam telefon i spojrzałam na Konrada siedzącego po przeciwnej stronie stołu. Patrzył na mnie dziwnie. "Ależ to zabrzmiało....." - powiedział patrząc na mnie smutno. Dopiero w tym momencie popłynęły mi dwie gorące, wielkie jak szkliste grochy łzy i przeturlały się szybko po policzkach, załaskotały przy spadaniu z brody. Dwa, ciemne, mokre ślady na jasnej bluzce.

Właśnie, jak to brzmi... Spotkamy się u Mamy przy grobie... Jak to bardzo boli. Dlaczego to musi być Twój nowy dom? To jest ciągle takie nierzeczywiste. Dopiero wypowiedziane głośno słowo "grób" zawisa w powietrzu tuż nad głową, staje się coraz bardziej namacalne, kłuje, uwiera i powoduje wewnętrzne cierpienie.  Dlaczego nie mogę do Ciebie, Mamo, wpaść na herbatę? O ile bardziej wolałabym spotykać się z Tobą gdzie indziej. Tak bardzo mi Ciebie brakuje. 

Dzisiaj miałam dziwny sen. Pochylałam się nad umywalką w łazience by obmyć twarz chłodną wodą. Gdy podniosłam się i spojrzałam w lustro, zobaczyłam Twoje oczy, a potem cała moja twarz stała się bardzo, ale to bardzo podobna do Twojej. Patrzyłam na siebie - Ciebie, dotykałam swojej - Twojej twarzy i czułam ogromne zadziwienie. Jak to możliwe, przecież nigdy nie byłam do Ciebie tak podobna?!

Obudziłam się, ale zapamiętałam ciepłe, kochające spojrzenie Twoich, a przecież moich oczu. Jutro staniemy nad Twoim grobem, zapalimy znicze, przyniesiemy Ci kwiaty i ciągle będziemy niedowierzać, że nie będziesz z nami w te kolejne już zbliżające się wielkimi krokami Święta. Przecież jeszcze przed chwilą planowałyśmy co jest do przygotowania na Wielkanoc. Miałaś coraz mniej siły, ale dużą ilość mazurków piekłaś sama, stosując do tego jakąś cudowną siłę. Mówiłaś: "To chyba moje ostatnie Święta, chcę byśmy byli wszyscy razem, by było pięknie". Słyszę to jeszcze wyraźnie i przypominam sobie Twój uśmiech przez łzy, gdy siedziałaś za wielkanocnym, zatłoczonym stołem zerkają na wszystkich i wszystko. Chłonąc to spełnione świąteczne marzenie pomimo fizycznego bólu, który był Twoim drugim ja... Jutro porozmawiamy o przygotowaniach do Wielkanocy, jesteśmy umówione. Jutro. U Ciebie na grobie.

piątek, 30 marca 2012

Siostra Rafaela

Najpierw za pośrednictwem poczty elektronicznej, a potem osobiście poznałem siostrę Rafaelę Urszulę Nałęcz. Wszystko to przy okazji organizacji IX Zjazdu Gnieźnieńskiego. Niepozorna, niemłoda już kobieta z radosnymi oczami i pięknym szczerym uśmiechem na twarzy. Jedliśmy razem obiad w zjazdowej stołówce, rozmawialiśmy, a ja myślałem o tym jak wiele jest w stanie zdziałać energia jednej osoby. Taki oto skrócony biogram przygotowaliśmy o niej do materiałów przeznaczonych dla uczestników Zjazdu. 

S. Rafaela Nałęcz FSK – ur. 1934. Misjonarka ze Zgromadzenia Franciszkanek Służebnic Krzyża. Pracowała w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym w Laskach. Po wprowadzeniu stanu wojennego zaangażowana w prace Prymasowskiego Komitetu Pomocy Osobom Pozbawionym Wolności i ich Rodzinom. W 1989 r. utworzyła w Indiach pierwszą placówkę misyjną swojego zgromadzenia. Od 2002 r. pracuje w Afryce, najpierw w RPA. W roku 2006 założyła w Kibeho w Rwandzie placówkę misyjną z ośrodkiem szkolno-wychowawczym dla niewidomych. W roku 2011 została laureatką nagrody „Pontifici – Budowniczemu Mostów” przyznawanej przez warszawski Klub Inteligencji Katolickiej.

Przypomniałem sobie o niej dziś wieczorem u św. Marcina, w kościele, który sąsiaduje z klasztorem, gdzie żyją i pracują siostry z tego samego zgromadzenia. Patrzyłem na młode zakonnice krzątające się po świątyni, usługujące ludziom i pomagające w liturgii. To spośród nich z czasem wyłoni się kolejna s. Rafaela, która wyjedzie gdzieś daleko, by zajmować się niewidomymi dziećmi zgodnie ze swoim powołaniem i w zgodzie z charyzmatem swego zgromadzenia. Ale większość z nich zostanie tu w Polsce, w podwarszawskich Laskach, by prowadzić to niezwykłe dzieło, które od 90 lat kwitnie na skraju Puszczy Kampinowskiej. 

Ojciec Tomasz Dostatni mówił dziś bardzo ciekawie, ale czasem jest tak, że o wiele bardziej niż słowa przemawia do nas postawa, przykład drugiego człowieka. I tak s. Rafaela, która już zapewne wróciła do swojej afrykańskiej misji, stała się dla mnie zdalną rekolekcjonistką. 

W tym samym też kontekście przypomniałem sobie dewizę bp. Jana Chrapka: "Idź przez życie tak, aby ślady twoich stóp przetrwały Cię!" Ślady stóp s. Rafaeli z pewnością ją przetrwają. 

czwartek, 29 marca 2012

Boskie szachy

Był luty roku 1982, gdy do czeskiego więzienia trafił Dominik Duka, dominikanin, który dziś jest praskim metropolitą, prymasem Czech i od niedawna kardynałem Kościoła katolickiego. W tym samym więzieniu spotkał Vaclava Havla, dramaturga i politycznego skazańca, który kilka lat później został prezydentem Czechosłowacji. Wiele ze sobą rozmawiali i szybko zaprzyjaźnili się. O dziwo to Havel był tym, który zainicjował wspólne odmawianie różańca na obowiązkowym spacerniaku. 

W więziennej rzeczywistości odprawianie mszy było niezwykle trudne. Zbliżały się Święta Wielkanocne i szukano sposobu jak tu w sposób religijny i liturgiczny przeżyć ten wyjątkowy czas. Wtedy Havel wpadł na genialny pomysł, by liturgię eucharystyczną odprawić w ramach kółka szachowego, do którego razem z ojcem Duką należeli. A była właśnie Wielka Sobota.

Szczęśliwie się złożyło, że w szachy grał z nimi Josef Vlcek, stary więzień okresu stalinowskiego, który miał już doświadczenie w tajnych celebracjach i który ponadto obdarzony był genialną pamięcią. Dzięki jego pomocy szachownica stała się sekretnym ołtarzem. Niby grali w szachy, a faktycznie odprawiane było misterium Paschy. Vlcek wyrecytował z pamięci prawie bezbłędnie biblijne teksty mszalne i odśpiewał exsultet, a o. Duka recytował z pamięci teksty liturgiczne. I tak oto w mrocznym komunistycznym więzieniu, nad szachownicą wydarzyło się boskie misterium męki, śmierci i zmartwychwstania. 

Historię tą przypomniał kardynał Duka w grudniu ubiegłego roku podczas pogrzebu Havla, a dziś w warszawskim kościele św. Marcina przywołał o. Tomasz Dostatni OP, który głosi tu rekolekcje. Podaję ją tu dalej, bo warta uwagi. A ciąg dalszy refleksji wyniesionych ze wspomnianych rekolekcji nastąpi zapewne jutro. Zatem do jutra!

środa, 21 marca 2012

Maleństwo

Już z nami jest całą sobą. Trafiła na ten świat 14 marca o godzinie 5.10. Ważące 3440 g i długie na 54 centymetry życie jest już tu z nami. Nowe, cudowne istnienie.Witamy Cię na świecie Maleńka A.! Opatulona kocykiem, drzemiesz słodko w ramionach Mamy O. Nieświadoma  jesteś jeszcze zupełnie ogromu świata, który jest na około. Teraz tylko bliskość, ciepło, bezpieczeństwo matczynych ramion, czułość w głosie, słodki sen, zapach i smak mleka - tylko to się liczy. Nic więcej nie jest Ci potrzebne. 

Tyle jeszcze będziesz musiała się nauczyć. Jesteś na początku drogi, po której będą Cię powoli wiodły Twoje stópki, i mała dloń wtulona w dłoń Rodziców. Piękno świata, radość życia, małe cuda codzienności, ale i prawdziwy smutek i ból istnienia to wszystko jeszcze przed Tobą. Dopiero zaczynasz swoją  ziemską przygodę, która jest jedyna i  niepowtarzalna, wiesz? Witamy Cię w naszym niezwykłym świecie. 

Nie mogę się na Ciebie napatrzeć i czuję się obezwładniona kosmosem tego, co jeszcze jest przed Tobą. Ale będziesz miała opiekę i pomoc. Malutka B., która siedziała na moich kolanach z zapałem układając kolejne domki z klocków lego, nagle spojrzała uważnie na swoją mającą zaledwie kilka dni siostrę. Niewiele się zastanawiając porzuciła zabawę, porzuciła moje kolana. Podeszła cichutko do Mamy O. trzymajacej Maleńką A., po krótkim wahaniu wyciągnęła swoją malutką rączkę i delikatnie, leciutko pogłaskala  kilka razy czarne, miękkie włoski na główce śpiacej, młodszej siostry i wyszeptała Tosia o-bu-dź się, o-bu-dź się.  Tak, masz racje B.- obudź się Maleństwo - przecież czas zacząć żyć!

środa, 7 marca 2012

Gdy ciało uwiera

Bliski kontakt z osobą chorą i cierpiącą stał się najważniejszym czasem w moim życiu. Najtrudniejszą i zarazem najpiękniejszą lekcją życia, którą mogłam otrzymać od Mamy....
Od wielu lat odwiedzam raz w tygodniu pewną dziewczynę (...) Nigdy sama nie zje, nigdy sama nie wstanie, nie umyje się, nie skorzysta z toalety, nie wykona żadnych zwykłych, codziennych czynności...
Moja Babcia starzała się pięknie. Do ostatnich swoich dni pozostawała elegancką, dbającą o siebie straszą panią, która nie pokaże się ludziom z niezakręconymi wcześniej siwymi włosami...

Zapraszam do lektury tekstu, który powstał na potrzeby internetowych rekolekcji wielkopostnych Laboratorium WIĘZI i portalu DEON.pl: czytaj tutaj

wtorek, 28 lutego 2012

Pocztówka z Zamościa

Zamojski Ratusz z końca XVI wieku. Zbudowany został według projektu Bernardo Morando, włoskiego architekta, który nadał Zamościowi wizerunek "Padwy Północy". Dziś urzęduje tu między innymi Marcin Zamoyski, prezydent miasta od trzech kadencji. To w prostej linii potomek założyciela Zamościa - hetmana wielkiego i kanclerza koronnego Jana Zamoyskiego (1542-1605) i syn innego Jana Zamoyskiego (1912-2002), ostatniego ordynata Ordynacji Zamojskiej. Tak oto trwa tu tradycja służby Ojczyźnie - od ponad 400 lat.

wtorek, 14 lutego 2012

W powodzi przedmiotów

Dzwonię domofonem. Drzwi otwierają się z bzyczeniem, nie słychać głosu. Jak zawsze, od lat wbiegam na trzecie piętro, dając susy co dwa stopnie. Jestem. Drzwi otwiera mi Tata. Ubrany w nieco rozciągnięte, szare, robocze spodnie od dresu z wypchanymi kolanami, flanelową koszulę w kratę, pokropioną farbą oraz ranną w rękaw w jakieś remontowej bitwie. Poczochrany artystycznie, ze smutnymi brązowymi oczami, drapie się w siwiejącą brodę. Patrzę na niego przenikliwie: Tatusiu wszystko w porządku? Masz taką minę, jakby coś złego się stało... Wiem, że nie ma Mamy.... ale.... Patrzy mi w oczy, bezradny, najukochańszy na świecie i cicho mówi: Córeczko, czy my.... Czy kiedyś się z tego wygrzebiemy? Zatacza ręką znak mający obrazować nieskończoność i  chaos.

Tak, ten remont długo trwa, od końca listopada, ale najgorsze już przeszło, wokół zaczyna się przejaśniać. Okna wymienione, ściany pomalowane, łazienka w całkiem nowej odsłonie, pozostało jedno.... obezwładniające, zwalające z nóg porządkowanie. Mama przed śmiercią mówiła, że będziemy się śmiały z jej zgromadzonych skarbów, ukrytych w licznych szafach przestronnego mieszkania. Miała rację, muszę jej to przyznać smutno kiwając głową. Tyle razy przepraszała nas, że sama nie da rady tego posprzątać, posegregować, powyrzucać...Teraz wiemy co miała na myśli. 

W czasie remontu chcąc nie chcąc ze wszystkich szaf, schowków, pawlaczy, szuflad wywędrowały gromadnie, zostały wręcz wypędzone na przymusową tułaczkę wszelkie skarby. Jak lawa wylewająca się na środek pokoi, otwierająca drzwiczki, uchylająca szuflady – rzeka przedmiotów. Czy możliwe jest posiadanie tego wszystkiego? Jak to możliwe, że wszystkie te rzeczy miały swoje schronienie tutaj, że tak skrzętnie chowały się przed naszym wzrokiem? 

Tata stojący na środku swojego nowo urządzanego pokoju, który pokoju jeszcze za bardzo nie przypomina, otoczony dziesiątkami pudeł, pudełek i pudełeczek, leżących wszędzie na łóżku, na podłodze, piętrzących się na biurku. Tatuś próbujący bezradnie uładzić to morze, które chlusta na niego kolejnymi falami wspomnień... Został napadnięty przez wszystko to, co było kiedyś jego rzeczywistością, przez przedmioty, których nie miał w ręku przez kilka czy kilkanaście lat i które ponownie się pojawiły w polu widzenia. Wypłynęły na powierzchnię, bolą, uwierają, tyle przywołują dawnych chwil, tak trudno się z nimi rozstać... 

Przysiadł na brzegu łóżka, wciskając się choć na chwilę w jakąś bezpudełkową szczelinę. Istna beznadzieja. Marzenie ucieczki. Patrzy w drewnianą podłogę lekko kręcąc głową. Nagle cichy szelest. To malutka B. zakradła się do królestwa Dziadka. Cichutko, na palcach odzianych w bawełniane rajstopy, bada kolejne centymetry podłogi, ostrożnie stawiając małe stopy pomiędzy kartonowymi pudełkami pełnymi różnych skarbów. Kroczy delikatnie, wysoko podnosząc swoje małe nóżki - jakby chodziła pośród wysokich traw. Przystaje tuż obok niego. Uważnie patrzy swoimi pięknymi, pełnymi dziecięcej radości życia oczami na zmęczoną twarz Dziadka. Jestem pewna, że odczuwa jego zagubienie. Po prostu rozumie. Lekko przechyla głowę, wyciąga małą dłoń i mówi, to co od jakiegoś czasu wychodzi jej najlepiej i bezbłędnie: Dzia-dziu-ś  choć....Dzi-a-dz-i-uś choć! Tylko z nią może uciec. Małej B. nie sposób odmówić. Tato - jesteś uratowany!

niedziela, 5 lutego 2012

Rzeka życia

Pomimo mrozu (-14 stopni) wybraliśmy się dziś na godzinny spacer nad Wisłę. Ach, jak to wspaniale mieć pola, łąki, łęgi, las i rzekę na wyciągnięcie ręki, tuż obok naszego osiedla. Zaprawdę Nadwiśle to kapitalne miejsce do życia!

Każda pora roku, nawet każdy miesiąc wyglądają tu inaczej. Inny kolor liści, inny odcień traw, inne ptaki zamieszkują pobliski rezerwat przyrody Wyspy Zawadowskie. No i rzeka, która żyje swoim nieodgadnionym życiem.

Dziś znowu zaobserwowaliśmy, że kolejne kawałki skarpy prawego brzegu obsunęły się do wody, oddając Wiśle następne cenne centymetry. W innych miejscach - tam, gdzie jeszcze rok czy dwa lata temu biegł nurt rzeki - dziś zalegają połacie zmarzniętego piasku. Wszystko się tu dynamiczne zmienia, a żaden spacer nie jest tu taki sam.

Panta rhei, wszystko płynie, wszystko się zmienia. Nie tylko przyroda, nie tylko Wisła, ale i my z naszym najbliższym otoczeniem. Przypomnieliśmy sobie, że przecież dokładnie rok temu, dokładnie w tym samym miejscu i przy bardzo podobnej pogodzie spacerowaliśmy tu z Mamą, już bardzo cierpiącą, ale niezwykle dzielnie walczącą z chorobą. 

Wierzymy, że odpłynęła do lepszego świata. Do świata, w którym już nic się nie zmienia na gorsze. Gdyby nie ta wiara - ach, jakże wtedy byłoby smutno!

czwartek, 2 lutego 2012

Wszyscy dziś jesteśmy poetami


O Wisławie Szymborskiej – nazajutrz po jej śmierci – nie sposób pisać inaczej, jak odwołując się do jej poezji. Otworzyłem dziś rano tomik „Dwukropek” i od razu wpadłem na ten wiersz:

Nazajutrz - bez nas

Poranek spodziewany jest chłodny i mglisty.
Od zachodu
zaczną przemieszczać się deszczowe chmury.
Widoczność będzie słaba.
Szosy śliskie.

Stopniowo, w ciągu dnia,
pod wpływem klina wyżowego od północy
możliwe już lokalne przejaśnienia.
Jednak przy wietrze silnym i zmiennym w porywach
mogą wystąpić burze.

W nocy
rozpogodzenie prawie w całym kraju,
tylko na południowym wschodzie
niewykluczone opady.
Temperatura znacznie się obniży,
za to ciśnienie wzrośnie.

Kolejny dzień
zapowiada się słonecznie,
chociaż tym, co ciągle żyją
przyda się jeszcze parasol.

Nawet nieźle pasuje do dzisiejszego dnia, prawda? Chłodny poranek, śliskie szosy, temperatura znacznie się obniży… Mamy kolejny mroźny dzień zimy (w Warszawie rano było ponad minus dwadzieścia), bardzo słoneczny, aktualne ciśnienie to 1119 hektopaskali. Jak w tytule wiersza – to jest właśnie to „nazajutrz bez nas”, czyli nazajutrz bez Wisławy Szymborskiej. Nieźle to sobie wymyśliła…

Zastanawiam się nad tym parasolem z ostatniego wersu. Po co nam – czytelnikom jej poezji – w taki dzień parasol? Przecież sama poetka pisze, że dzień zapowiada się słonecznie. Mam tu niestety smutne skojarzenia. „Dwukropek” został wydany w 2005 roku, czyli niedługo po śmierci Czesława Miłosza. Łączy ich sporo – poezja, Kraków, Nobel – ale również romans z komunizmem za młodu. Czy Szymborska pisząc ten wiersz i stawiając na końcu ten złowieszczy parasol nie miała świeżo w głowie owej smutnej dyskusji o pochówku Poety tuż po jego śmierci? Czy przypadkiem nie przewiduje tu, że na nią również posypią się pośmiertne gromy ze strony „wybitnych patriotów”, przeciwko którym trzeba będzie wyciągnąć parasol, by się ich jadem nie ubrudzić?

Niemniej dziś, nazajutrz po jej śmierci, wszyscy jesteśmy poetami. Wszyscy jakoś czujemy wspólnotę z tą piękną, mądrą i dowcipną kobietą, która rozsławiła nasz kraj po wszystkich kontynentach. Wszyscy przypominamy sobie jej wiersze, uszczypliwe limeryki, lepieje i jakoś dobrze się z tym dziedzictwem czujemy. A jednocześnie gdzieś głęboko opłakujemy jej odejście. Ale czy tylko to?

„Ci, którzy mają się za żywych, sądzę, że opłakują swoich zmarłych, a tymczasem opłakują własną śmierć, własną rzeczywistość, która przestała istnieć w świadomości tych, co odeszli” – napisał Luigi Pirandello. Czyż tak właśnie nie jest dzisiaj? Wisława Szymborska swoim boskim talentem wypowiadała to, czego my – nie poeci – nie potrafimy i robiła to w taki sposób, że pod większością jej wierszy chcielibyśmy się podpisać. Była w ten sposób „nasza” – „nasza Noblistka” mówiło się często z dumą. A dziś rano okazało się, że ta „naszość” skończyła się. Owszem jej wiersze zostaną, będzie zapewne tomik pośmiertnie wydany, ale jednak to nie to samo, co żywa i niezmordowanie pisząca w swoim krakowskim mieszkaniu Poetka.

Płaczmy zatem po jej odejściu, płaczmy nad sobą – uboższymi, czytajmy wiernie jej wiersze, chwalmy się nimi po całym świecie, a w naszej i Jej ojczyźnie, na wszelki wypadek otwórzmy parasol.

Wiersz Nazajutrz – bez nas, z tomu „Dwukropek”, Wydawnictwo a5, Kraków 2005.
Cytat Luigiego Pirandello  - „Zeszyty Literackie” 113/2011.

poniedziałek, 30 stycznia 2012

Przed oczami Dziadka

Odwiedziliśmy Dziadka. Uściskał nas mocno podając dużą, szorstką dłoń i z radością, energicznie przytulając do siebie. Tak dawno się nie widzieliśmy. Zaprosił nas do zajmowanego przez lata pokoju, w domu, który sam budował. Ta sama trzeszcząca drewniana podłoga, po której stąpało tyle par nóg zmęczonych codzienną gospodarską pracą, skrzypiące łóżko, narzuta z frędzlami, w rogu piec. Półmrok. 

Wygląda na to, że przeszkodziliśmy nieco Dziadkowi w drzemce. Na rozłożonym łóżku odciskał się jeszcze wyraźnie kształt jego ciała, odłożone duże słuchawki, których zawsze używa leżały na poduszce. 

Usiadł na drewnianym krześle, wskazał nam dwa inne. Usiedliśmy na nich naprzeciwko niego. Patrzymy na siebie. Potężny Dziadek w swetrze opinającym się na wydatnym brzuchu, lekko przekrzywiona głowa, nieco świszczący oddech i te niepowtarzalne, jasno błękitne oczy patrzące nieprzerwanie od osiemdziesięciu sześciu lat na świat. Chwila ciszy. Będę umierał. Zmęczony już jestem, źle się czuję. Nie mam siły więcej - odezwał się z całkowitym spokojem. 

Co odpowiedzieć na takie słowa? Tak czujesz Dziadku, a to można czuć? Może jeszcze nie czas? Cisza. Dziadek uważnie nam się przygląda swoimi szklistymi oczami, błyszczą się w półmroku. Nikt nie zapala światła. Tak chyba jest lepiej, przytulniej, kameralniej. Pokój tonie w gęstniejącej szarości, tylko z korytarza przez uchylone lekko drzwi wpada ciepłe, żółte światło. W takiej atmosferze łatwiej słuchać. 

Dziadek nagle stał się zamyślony, schowany jakby wgłąb siebie. Odzywa się do nas znowu. Wiecie, jak tak sobie siedzę lub leżę, przebiegają mi przed oczami ruchome obrazy. Oglądam całe swoje życie - wszystko po kolei, od dzieciństwa, wszystkie wydarzenia - jak film. To tak jakby się to naprawdę jeszcze raz działo. Takie jest rzeczywiste. I nie mogę się od tego opędzić. Siedzę i widzę. Na przykład to jak o piątej rano mnie budzą rodzice, dają pajdę chleba i ja z krowami idę na cały dzień. A to było jak miałem sześć lat. Codziennie taki film w odcinkach oglądam. 

Jak to jest widzieć taki film? Jak to jest przeżywać wszystko na nowo? Widzieć jak żywych tych, których już nie ma? Czy obejrzenie najbardziej intymnego, osobistego i niepowtarzalnego filmu z dedykacją dla nas samych może szykować do umierania?

* Dziękujemy Piotrkowi za niezwykłe zdjęcie Dziadka, którego fragment tu wykorzystuję.

niedziela, 22 stycznia 2012

sobota, 21 stycznia 2012

Pochwała fragmentu


Fragment. Zawsze fragment, wycinek całości. Ogarnąć całości się nie da, ale fragment? Całość lepiej pozostawić w rękach sił bardziej kompetentnych, ale fragment? Całość przytłacza lub przynajmniej onieśmiela, ale fragment? Tak, fragmentem warto się dobrze zaopiekować!

Nie, nie parafrazuję tu Różewicza, nawet nie znam tego popularnego tomu (mea culpa...), po prostu patrzę na to zdjęcie rozglądam się po moim najbliższym "dookoła" i tak jakoś spod palców mi wychodzi. W końcu z tych fragmentów cała całość się składa. 

Podoba mi się wyrażenie "opis fragmentaryczny". Czy tak naprawdę istnieje jakikolwiek inny? Opisywać fragmenty, opowiadać o nich, troszczyć się o ich dobrą pamięć - tak, to jest dobra sprawa, której również tym blogiem służę. I za to chętnie wypiję ;-)


Radosne, białe wyciszenie

Postanowiliśmy na chwilę uciec. Razem - trzymając się za ręce. Wymaszerować to, co trudne, po polach zasypanych śniegiem. 

Czuć na policzkach, zaczerwienionych od lekkiego mrozu, wiatr dający nową siłę do życia.  Zachwycić się białym i bajkowym mazurskim światem. 

Dziękować nieustannie za wspólne życie. Pomilczeć, patrząc na zimowe, puste jeziora. 

A wieczorem po prostu się przytulić w ciepłym, wypełnionym blaskiem ognia z kominka pokoju.