niedziela, 15 lipca 2018

Zachwyty

Codziennie tyle zachwytów. Kolory, dźwięki, zapachy. Dotyk: wiatru, wody, piasku, ukochanej dłoni. I białe obłoki goniące się jak szalone po niebie, gwar plaży, topiące się w morzu zachodzące słońce. Rozglądamy się. Chłoniemy piękno.









piątek, 13 lipca 2018

Małe szczęścia

Nie daliśmy się przelotnym deszczom i mżawkom. Zachwycaliśmy się odcieniami szarości nieba i goniącymi się chmurami. Plaża, wydmy, ścieżka zieloną groblą. Zapach wilgoci. A na koniec dnia garść pastelowych kolorów nad morskim horyzontem. Małe szczęścia.







czwartek, 12 lipca 2018

Ostatni plażowicze

Chwytamy garściami kolejne urlopowe nadmorskie dni. Z całym pogodowym bogactwem, które ze sobą niosą. Bo nad polskim morzem nie należy nastawiać się na pogodę jak drut, gdyż zawód może być zbyt bolesny. Zatem każdy dzień u nas toczy się, rozpędza i rozkwita sam.

Cieszymy się sobą, chwilą, tym co nas otacza. Oderwani od warszawskiej, domowo-pracowej codzienności naznaczonej dziesiątkami spraw do załatwienia i zrobienia, wyhamowujemy, próbujemy, na ile to możliwe, złapać dystans do siebie, do świata, odciąć plątaniny myśli kłębiące się w głowach i sięgające swoimi nitkami Warszawy, albo przynajmniej je nieco rozplątać, uładzić oraz nawinąć w głowie na nowe, bardziej ułożone szpulki. Zatrzymać się. Rozejrzeć jeszcze bardziej i mocniej. 

Wakacje nad morzem dają nam właśnie taki oddech. 

Dzisiaj wyspani wywędrowaliśmy na plażę. Zawsze idziemy dalej, na ubocze, by chłonąć wszechobecny szum. By zostawić gdzieś w tyle tłok i gwar. Szliśmy brzegiem morza ciesząc się chłodnymi falami oblewającymi nam nagie stopy i tysiącami, dziesiątkami tysięcy małych i większych kamyków, które w tym roku ze zdwojoną siłą wykwitły na całej długiej połaci wybrzeża.

Jak często chodzimy boso? Tak by poczuć chłód zimnego, mokrego piasku, jego zmieniające się faktury, syknąć cicho stąpając po mokrych, czasami kłujących niespodziewanie wyplutych przez morze otoczakach? A potem czuć gorący, suchy piasek przyklejający się do mokrych stóp, gdy przemieszczamy się pod wydmy by tam się rozłożyć na nadchodzące godziny plażowania. Wiatr i szum zagłusza nasze głosy.

A ja idąc zastanawiam się czy Mała Istota, która rośnie we mnie i po raz pierwszy spędza z nami wakacje jest w stanie także usłyszeć ten szum i czy może go już teraz polubić tak jak ja? Może odgłos ten wlewa się we mnie i przesącza się kojąco przez całe ciało?

Rok temu zaopatrzyliśmy się w rozkładający się w kilka sekund lekki namiocik, który stał się od razu idealnym elementem naszego plażowo-parawanowego królestwa. Mamy nasz nadmorski biwak, miejsce nasłonecznione, osłonięte od wiatru parawanem albo kryjówkę namiotową przed słońcem, wiatrem czy przelotnym deszczem. Kryjówkę z widokiem na morze. Małe, tymczasowe mieszkanie. 

Dzisiejsza pogoda najpierw wietrzna i słoneczna. Błękit nad nami, usiany białymi obłoczkami.



    

Szumiący czas patrzenia w niebo na pogoń chmurek. Bezczas. A potem coraz wyraźniejsze szare chmury, cały skotłowany chmurzasty front sunący powoli w naszą stronę. Obserwowaliśmy kolejno znikające wokół nas parawany, plaża z minuty na minutę pustoszała coraz bardziej. Szarość przysuwała się z oddali, stopniowo, krok po kroku nad nasze głowy, unieruchomiła słońce, oplotła je całkiem. Ucichł wiejący do tej pory wiatr. Czas przed deszczem.

Zapakowaliśmy się ze wszystkimi rzeczami do namiotu i wystawiliśmy z niego głowy. Gonitwa chmur, blisko nad wodą. Spadły na świat pierwsze krople deszczu. Coraz silniej i silniej. A my zamknięci w naszym suchym królestwie - namiocie, przytuleni słuchaliśmy z przyjemnością tego kroplowego łomotania. Nie mamy dokąd się spieszyć. Po co składać w deszczu namiot. Poczekamy, może przejdzie. Co jakiś czas odsuwaliśmy suwak dzielący nas od zapadanej, pustej plaży. Szare chmury z naszej lewej strony wędrowały powoli, jakby łagodniały, rozmywały się nieco w mżawkową mgiełkę, z prawej za to pojawiał się delikatnie na horyzoncie rozświetlony paseczek jasnobłękitnego nieba. 


Czekaliśmy. A czekając czytaliśmy. Popadliśmy w bezczas i wchłonęły nas inne światy. Szelest przewracanych książkowych stron i stukot deszczowych kropli łomoczących z różnym natężeniem i otaczających nas ze wszystkich stron. Trochę głodu. Wyciąganie zapasów z plecaków. Krojenie scyzorykiem drożdżowej bułki z żurawiną na serwetce w kolorową kratkę, popijanie jej gorącą herbatą z termosu. Czy czegoś nam brakuje? Można spojrzeć sobie w kochane oczy, dotknąć czule. Świat jest tu gdzie my. Teraz. 

Po kilku godzinach namiotowego trwania przestaliśmy słyszeć krople deszczu. Otworzyliśmy namiot. Wystawiliśmy głowy. Mokry piasek usiany dołkami od kropel. Zimny. Wystarczył krok by zburzyć jego podeszczową strukturę, spod mokrej, ciemniejszej skorupki wysypywał się suchy jasny piasek. Zza chmur nieoczekiwane przebłyski słońca wdzierające się w dalej trwającą na świecie podeszczową szarość. Migotanie wody. Blask. Otrzepaliśmy namiot z małych kropelek, wysychał szybko owiewany wiatrem.

Na plaży byliśmy jedyni. My i nasz namiot, oraz suszący się parawan w biało-granatowe pasy. Wyglądające zapewne z daleka jak baza plażowych szaleńców. Wszędzie wilgoć, zapach deszczu i taka świeżość wszechogarniająca. 



Wracaliśmy plażą w promieniach późnopopołudniowego słońca, które odprowadzało nas przebijając się przez ciągle szare chmury wiszące nad wodą. Blask i migotanie. Towarzyszyły nam dwa małe ptaszki z cienkimi, długimi czarnymi nóżkami i długimi dziobami, wyglądające jak takie kulki na patyczkach. Biegły tuż obok nas na skraju wylewających się na brzeg fal, jeden za drugim i robiły to tak zabawnie, że co chwilę wybuchaliśmy niepohamowanym śmiechem. Jak kreskówkowe postacie, których sztywne nóżki wydawały się, że są w tym biegu dużo szybsze od zawieszonych na nich pierzastych, nakrapianych kulkowych ciałek.

Tyle piękna dookoła. Wewnętrzna radość. Głęboki oddech. Wdzięczność.

niedziela, 8 lipca 2018

sobota, 30 czerwca 2018

Oczekiwanie


Przenikasz i znasz mnie, Panie, (...)
Ty bowiem stworzyłeś moje wnętrze 
i utkałeś mnie w łonie mej matki.
Sławię Cię, żeś mnie tak cudownie stworzył; 
godne podziwu są Twoje dzieła 
i duszę moją znasz do głębi.
Nie byłem dla Ciebie tajemnicą, 
kiedy w ukryciu nabierałem kształtów

/Psalm 139/

Doświadczam tajemnicy, którą tak trudno ująć w słowa. W moim wnętrzu dzieje się cud.

Bóg utkał nowe życie, które rośnie we mnie. Zostaliśmy zaproszeni przez niego do przygody życia. Budzę się codziennie już od ponad 160 dni z myślą, że siedzi we mnie jak w skarbcu mały człowiek. Początkowo niewidoczny, schowany, cichy i tajemniczy. Pierwsze marcowe usg: na ekranie zobaczyłam mające niecały centymetr maleństwo, któremu jak szalona migotała kropeczka - serce. 

Wychodziłam z przychodni na szarą, marcową ulicę z łomotem serca, ściskającym mnie w środku wzruszeniem i jakimś takim niedowierzaniem, że to się wszystko dzieje i nie jest snem. Wracałam do codziennego życia, do pracy i różnych obowiązków, które przerywały w ciągu dnia co jakiś czas momenty nagłego olśnienia - przecież zostanę mamą, rośnie w mnie Maluch. Aaaaaa!!!!

Nic nie widać, nic nie czuć. Dzieje się tajemnica. Bardzo skomplikowana tajemnica. Twórcze, Boskie misterium. Ależ to wymyślił wszystko cudownie. A jeszcze bardziej się zachwycam na samą myśl, że przecież to samo działo się ze mną, z nami. Byliśmy schowani przed światem w naszych Mamach i powstawaliśmy, rośliśmy w bezpieczeństwie i nieodgadnionej jakiejś błogości.

Zdecydowaliśmy się mówić o tym naszym małym Bąbelku od razu. Nie czekać, nie ukrywać. Cieszyć się niezależnie od tego co by się miało dziać. Tyle dobrych słów na nas spłynęło zewsząd, serdeczności i wzruszeń.

Kolejne usg w połowie kwietnia. Czekanie na wizytę. Na spotkanie, w którym jakby nie patrzeć będziemy podglądaczami. Zobaczyliśmy na ekranie małą istotę zwiniętą w kulkę, zupełnie jak jeż, która dopiero po kilku mocniejszych dotknięciach mojego brzucha nagle rozkwitła, rozwinęła się, wybuchła, rozprostowała skrywane rączki i nóżki i jak ryba w wodzie zaczęła się wyginać na wszystkie strony. Wiercipięta w kształcie człowieka. Z łomoczącym sercem, które mogliśmy usłyszeć. Pomachała nam.

Z ciągłym niedowierzaniem dotykam swojego brzucha, który jak mała, nadmuchana piłeczka przyczepiona pod piersiami w ciągu ostatniego miesiąca pokazał się pięknie światu. Gdy wpadłam na chwilę do mojej siostry, mały P. przywitał mnie radośnie słowami: Ciocia, ale masz brzuch! A większa T. przybiegła do mnie i zaczęła mnie po nim głaskać i całować z niepohamowanym zachwytem wykrzykując: Ale Dzidzia urosła! I do tego wszystkiego moja siostra O. - mama czwórki dzieci - która patrzy na mnie za każdym razem, gdy się widzimy z taką ogromną czułością pomieszaną z jakimś rodzajem wzruszenia i niedowierzania. Uśmiecha się i mówi: Ojej... moja siostra jest w ciąży!

Leżąc wieczorem w łóżku, wsłuchiwałam się w siebie, w moje zmieniające się ciało. Jak to będzie coś poczuć? Jakiś ruch? Dowód obecności inny niż zdjęcie uchwycone na usg zupełnie jakbyśmy byli jakimiś paparazzi. I jest. Czuję. Dostałam taki prezent pod koniec maja. Jakby zamknięte we mnie wodne bąbelki, wypuszczane w wodzie bańki powietrza rozbijające się o wnętrze mojego brzucha, muśnięcia, nieco łaskoczące, przyjemne puknięcia odczuwane w różnych miejscach, takie pukanie ze środka. Wyobrażam sobie tego Malucha zapamiętanego z ostatniego usg. Tę kulkę przemieniającą się w mikro-człowieka machającego rękami i nogami. Ciekawe co on tam porabia.

Nie zajmujemy się szykowaniem pokoju dla dziecka czy szukaniem ubranek i wózka. Obdarowani zostaliśmy rosnącym w brzuchu Maluchem i ogromną dawką spokoju. Nie wybiegamy w przyszłość. Żyjemy razem, we trójkę, tu i teraz. Cieszymy się każdym dniem. Każdą zmianą we mnie. Na całą resztę przyjdzie czas. Po co się spieszyć.

Ostatnie usg - w połowie czerwca. Kolejne, wyczekane podglądanie. Z tyłu głowy, mimo naszego spokoju, zawsze jakaś obawa, czy Maluch zdrowo się rozwija. Ale jest dobrze. Po raz drugi już słyszymy od lekarki, że jest małą, ruchliwą Dziewczyneczką. A na ekranie widzimy jej zabłąkany uśmiech.


sobota, 26 maja 2018

Na Dzień Mamy

Byłam Jej drugim dzieckiem. Pierwsze - moja najstarsza siostra Ania umarła tydzień po urodzeniu. Urodziła się ciężko chora, nie dawano jej szans. Był kwiecień 1978 roku. Mama, która miała cesarskie cięcie, nawet jej nie zobaczyła, nie była na pogrzebie, nie widziała małej trumny grzebanej na cmentarzu i przysypywanej kopczykiem ziemi, nie odchodziła w kwietniowy, wiosenny dzień od grobu dziecka otoczonego ze wszystkich stron innymi małymi grobami. Grobu, po którym potem piął się we wszystkie strony wszędobylski rozchodnik. 

Nigdy nie opowiadała mi o swoich uczuciach z czasu tej straty. O bólu, łzach, pustce. Żałobie po dziewięciu miesiącach z Małym życiem w sobie. Mówiła, że pod koniec ciąży czuła, iż coś jest nie tak, swędziało ją okrutnie całe ciało. Szukała pomocy, ale czuła się ignorowana przez lekarzy, którzy nieustannie zwlekali. Młoda matka i jej pierwsze dziecko - mówili, że przesadza. Nie było rodzinnych porodów, nie było usg i dobrej diagnostyki. Była szpitalna samotność i pobyt w sali poporodowej wśród innych matek, które karmiły swoje nowonarodzone dzieci. Słuchała ich płaczu coraz bardziej będąc świadomą, że ona płaczu swojego wyczekanego Malucha nigdy nie usłyszy…

A potem czekała na mnie. Mówiła mi, że ten czas to radość przeplatana z ogromnym strachem, by nie powtórzyło się to co już przeszła. Bym była zdrowa, by wszystko było w porządku. To, że w dzieciństwie bywałam nieraz okropnym, małym nerwusem, czy nieśmiałym, niepewnym siebie strachliwcem zwalała na karb tych dziewięciu miesięcy czekania na moje urodzenie - we krwi krążył lęk, którego nijak nie mogła z siebie wypędzić. Ale jestem. Urodzona przez cesarskie cięcie. Zdrowa. Wyczekana. Ukochana. Obdarowana ogromną czułością i troską. Chroniona.

Trzymała mnie za rękę maleńką i nieco większą, prowadziła, uczyła świata. 

Były w niej lęk i nieśmiałość przeplecione z siłą i odwagą. Stawiała dzielnie czoło chorobie, cierpieniu, świadomości swojego nieuchronnego odchodzenia i pogarszającego się stanu zdrowia. Walczyła. 

Wiem, że tak bardzo czekała na to, bym powiedziała jej, że zostanie Babcią. Mówiła mi nie raz wzdychając cicho: Tak chciałabym dożyć tego byś była Mamą. A ja odpowiadałam jej patrząc w oczy z przekornym śmiechem, że muszę Ją przecież jeszcze trochę przy życiu potrzymać. Ten ludzki plan się jednak nie udał…. 

W mojej dłoni dotykającej rosnącego brzucha, w którym skrywa się Małe Życie - jest Jej czuły dotyk, którego mnie nauczyła. W moim spojrzeniu - miłość, którą mnie obdarzyła. 

Mamo, wiesz? Będę Mamą. Wspieraj mnie, proszę. 


niedziela, 29 kwietnia 2018

12 lat



Świętujemy dzisiaj z K. 12 wspólnych, małżeńskich lat. Spędzamy ten dzień razem na górskim szlaku. Tak nam się wymarzyło. Bo wędrówka jest wpisana w nasze bycie razem.

Pierwszy raz szliśmy razem na wędrówkę w góry w majówkę 2002 roku. Ja w jedynych skórzanych butach za kostkę, jakie miałam, w starej koszuli w kratkę mojego Taty i z pożyczonym porządnym plecakiem. On zaprawiony już w górskich włóczęgach, spec od planowania i czytania map. A ja po raz pierwszy spełniająca marzenie o takim marszu, zakochana i szczęśliwa.

Jechaliśmy nocnym pociągiem z Warszawy do Suchej Beskidzkiej. Pociągiem męczącym okrutnie, zwanym “rzeźnią”, który przed 6 rano docierał na miejsce. Wysiadaliśmy na pustym, dworcowym peronie i potem od razu marsz na szlak. K. chciał pokazać mi miejsca, którymi się zachwycał, do których wracał, gdyż były odskocznią od codzienności.

Kilkudniowa wędrówka z plecakami, z kolejnymi przystankami na noclegi w schroniskach. Śpiwory i wałówka w plecakach, uzupełniana w miarę możliwości po drodze - pasztet w puszce, żółty topiony ser w plasterkach i chleb. Była też najlepiej na świecie smakująca woda gasząca pragnienie, ogromne bąble na piętach i palcach, syczane cicho “ała” przeplatane zachwytami nad tym co nas zewsząd otacza, radość dotarcia do schroniska wypierająca zupełnie to, że była w nim tylko zimna woda, która przy zmęczeniu wydawać się zaczynała wcale nie taka lodowata.

Smak schroniskowej pomidorowej i długie, wieczorne gadanie przy kruchych herbatnikach i piwie, zanim całkiem padliśmy po całodziennym, intensywnym marszu. Góry otwierały nam dusze i wiązały je ze sobą coraz mocniej. K. śmieje się do dzisiaj, że to był taki test na żonę. Wędrowaliśmy dalej w prawie wszystkie kolejne majówki. 

Dzisiaj myślimy sobie, że zupełnie naturalna decyzja o ślubie 29 kwietnia, który dał nam możliwość wyruszenia w podróż poślubną (jakże by inaczej) na górską wędrówkę właśnie w czasie wiosennym i majówkowym to Boże błogosławieństwo. 

Dlatego dzisiaj znowu maszerujemy małżeńsko tym razem na szlaku w Beskidzie Sądeckim. Kolejne metry i kilometry do naszej wspólnej kolekcji. Dotykamy malutkich dopiero co narodzonych, zieloniutkich liści buków, które niezmiennie wzruszają nas nas swoją nieporadną delikatnością, zachwycamy się modrzewiowymi kitkami, omijamy błotniste koleiny pomagając sobie wzajemnie przejść tak by się nie poślizgnąć, wąchamy zapach rozgrzanych sosen, szeleszczą nam pod nogami pokłady zeszłorocznych liści rozpadających się w pył, chłoniemy słońce rozświetlające szlak i czekamy na przyjemne dotyki wiatru na szczycie i na to uczucie gdy będąc już tam zapomina się całkowicie o zmęczeniu i trudnym podejściu. Jest za przepełniający całe ciało zachwyt, radość i niezwykły wręcz wewnętrzny spokój. 

Jest jak w piosence “Ballada z gór” Starego Dobrego Małżeństwa, której słuchaliśmy w drodze w Beskidy:

"rosną skrzydła u ramion 

czas się w wieczność przemienia 

obłocznieją wszystkie ziemskie sprawy 

gdy zbliżamy się do szczytu po kamieniach

(...)

Rosną skrzydła u ramion 

rosną przepastne błękity 

życie pełne olśnień i zachwytów 

tyś wędrówką najwytrwalszą ku szczytom”

(piosenka SDM "Ballada z gór", sł. J. Baran)


Maszerujemy przed siebie, zachwyceni życiem, wdzięczni miłość nam daną i doświadczną, nieustannie zakochani. Zatrzymani w czasie. Szczęśliwi.

Jednak w tym roku jest inaczej niż zwykle, gdyż wędrujemy we trójkę.

Jest z nami Nowe, Malutkie jeszcze Życie, którego bicie serca już słyszeliśmy. Chcemy mu pokazać to piękno. Myślę o Nim stawiając kolejne kroki na szlaku. Wierzę, że czuje mój wędrówkowy zachwyt. Niech się nim karmi. 



poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Wielkanocna podróż w czasie

Niedziela Wielkanocna w rodzinnym domu mojego Ukochanego K. płynęła nam wolno i leniwie. Myślę, że udało nam się skupić na tym, co najważniejsze - na byciu razem, na rozmowach, na niespieszności.

To, co tak lubię będąc w tym moim drugim domu, to rodzinne opowieści, historie prawdziwe, przywoływane tak łatwo dzięki Mamie J. , która tak naturalnie wydobywa je ze swojej pamięci. Tak pięknie uzupełniają jej genealogiczną pasję. Bo pamiętanie o przeszłości to nie tylko suche cyfry dat, ale właśnie to "coś” co te daty ożywi - przywołane wspomnienie jakieś sytuacji, kolory, zapachy, twarze i gesty.

Siedziałyśmy w jadalni, przy stole naprzeciwko siebie. Za oknami zrobiło się już ciemno. W pokoju obok przy zastawionym stole trwało jeszcze niespieszne świętowanie wielkanocnej niedzieli. Uciekłyśmy na chwilę, by zaszyć się z herbatą i kawałkiem ciasta tuż obok za ścianą. Pytanie przyszło do mnie nagle - jak wyglądały Wielkanoce w Trzcińcu pod Pułtuskiem - w rodzinnym domu Mamy J.? Co pamięta z czasu swojego dzieciństwa? 

Opowieść potoczyła się sama. Przeniosłyśmy się na chwilę w czasie - na sam początek lat 60 - by podejrzeć Wielkanoc w Trzcińcu. W historii opowiedzianej przez Mamę J. występują:
- Jej Tata Stanisław i Mama Kazimiera 
- Babcia Stasia - czyli matka Stanisława i teściowa Kazimiery, dużo później zwana Babcią Pra
- czwórka dzieci Stanisława i Kazimiery: 3 synów i jedna córka - Jadzia (czyli obecnie już dorosła Mama J.) - i to właśnie Ona zaprosiła mnie do świata wspomnień z czasu gdy miała 10-12 lat. 


***
Babcia Stasia, a potem Mama Kazia zawsze przed świętami sprzątały dom. Zasadą było to, że na Wielkanoc odmalowywana musi być obowiązkowo kuchnia, a także sień oraz przedpokój. Ta pierwsza szczególnie, gdyż z dnia na dzień jej ściany coraz bardziej szarzały od sadzy z kuchni węglowej. To było tak zwane “bielenie” ścian choć najczęściej było to dwukrotne ich malowanie na kolor błękitny, albo zielony. Dla ozdoby dodawany był biały szlaczek, który odbijało się na wałku. Oczywiście umyte musiały być wszystkie okna i poprane wszystkie firanki. W powietrzu unosił się zapach wilgotnej świeżości. Zadaniem wszystkich dzieci było sprzątanie niemal na błysk podwórza, zagrabienie błotnistych wertepów po kołach wozów i zwierzęcych kopytach i wysypanie terenu piaskiem. Miało być pięknie i odświętnie. Nadchodził specjalny czas.

***
Koszyczek wielkanocny mieścił w sobie na pewno jajka farbowane w łupinach cebuli, których skorupki przybierały barwy od pomarańczowych lub ciemnobrązowych oraz barwione jęczmieniem, które stawały się soczyście zielone. Najczęściej do kościoła w Wielką Sobotę jechał wozem Tata Stanisław i któreś z czwórki dzieci. Oboje rodzice uczestniczyli w liturgii Wielkiego Czwartku i Wielkiego Piątku. W Niedzielę Wielkanocą zawsze jeździło się na Rezurekcję. Tata miał ważną rolę - najpierw był jednym z czterech mężczyzn niosących w procesji drzewce baldachimu. Ale potem dostał zadanie ważniejsze, nobilitujące - wspomagał samego księdza - trzymając go w czasie procesji pod rękę, bo niesienie ciężkiej monstrancji z Najświętszym Sakramentem w czasie obowiązkowych trzech rund procesji rezurekcyjnej wokół kościoła w Przewodowie nie należało do łatwych. Świątecznie ubrany Stanisław, mąż i ojciec, szanowany trzciniecki gospodarz kroczył w takiej bliskości Świętości. Czuł się wyróżniony, a jego mała córka - dumna.

Wyjściowe ubrania nie przeszkadzały gospodarzom dopełnić tradycyjnego elementu świątecznego - rezurekcyjnego poranka, którym był wyścig wozów konnych spod kościoła do wsi. Do Trzcińca był to dystans 7 km. Który z gospodarzy dojedzie pierwszy, temu lepiej i szybciej obrodzi pszenica. Było się o co bić. 10 letnia Jadzia zapamiętała związane z tym emocje, obmyślanie gdzie lepiej stanąć pod kościołem, by mieć lepszy start w wyścigu. Miała przed oczami zaciętość woźniców stających na kozłach, zmagających konie batami, nawołujących się, te krzyki, piski i emocje. Szaleńczy pęd kończący się niekiedy wywrotkami i upadkami.

Tata Stanisław po tym, gdy wszyscy wrócili z rezurekcji odprowadzał konie do stajni, karmił je i poił, a one spocone i zmachane odpoczywały po tej gonitwie, w której chwilę wcześniej brały udział. On za to brał kropidło, do miseczki wlewał wodę święconą i ruszał przed siebie przemierzając całe obejście i święcąc wszystkie kąty. Stodoła otrzymywała święcone krople, by chroniły ją od piorunów, dom otrzymywał błogosławieństwo w postaci zrobionego kropidłem w powietrzu znaku krzyża. Zaglądał ze święconą wodą do obory, kurnika, stajni. Wszędzie tam gdzie toczyło się codzienne, pozaświąteczne życie - tymi prostymi gestami powierzał je Najwyższemu.


***
Mama Kazimiera i babcia Stanisława zajmowały się przygotowywaniem stołu. Zawsze przyobleczony był w biały, lniany, krochmalony obrus, który Mama Kazia własnoręcznie ozdabiała tzw. mereżką, czyli techniką haftu ażurowego, w którym rozdzielając nitki tkaniny tworzy się delikatne wzory. Stół zdobiły wierzbowe gałązki z baziami, bo tuż za płotem, nad małym stawem rosła duża wierzba - jej wiosenne bogactwo było pod ręką. Na tym pachnącym i sztywnym obrusie rozstawiano świąteczną zastawę. Talerze odświętne - choć może wcale nie takie eleganckie - nigdy nie używane na co dzień, wydobywane z kredensu tylko na specjalne okazje.

Wielkanocne śniadanie przechodzące w obiad to oczywiście jajka i duża ilość wędlin i mięs. Bo na święta zawsze zabijany był świniak. Tata Stanisław wędził szynki i boczki, mama Kazimiera - robiła swoją kiełbasę, kaszankę, pasztetową czy salceson. 

Był też prawdziwy, ostry chrzan (wykopany w ogródku), który z pełnym poświęceniem ścierała wcześniej Mama Kazia. Siadała sobie na stołeczku na podwórku, siadała z wiatrem, by ostry zapach kolejnych tartych korzeni chrzanu frunął w dal, na kolanach miała emaliowaną miskę, w ręku dzierżyła tarkę. Tarła w skupieniu.

Zawsze, tradycyjnie podawany był barszcz czerwony z zakiszonych buraków. Specjalność Mamy Kazimiery. Właśnie tak - nie biały żur, a czerwone buraki kopane chwilę wcześniej z kopca na polu. Buraczana mikstura stała sobie tydzień w cieple, umieszczona w kamiennym garnku, postawionym na blasze w rogu dużej cztero fajerkowej kuchni, bo właśnie tam było ciepło, a nie gorąco, czyli idealnie. Kisła się. Do barszczu wrzucało się wędzoną szynkę, skrawki boczku, kiełbasę, wiórki startego korzenia chrzan a całość podawało się z jajkami na twardo. Barszcz o winnym smaku, pachnący wędzonką. Dorosła już Jadzia niestety nie przejęła rodzinnego przepisu od swojej Mamy. Robi go nadal na Wielkanoc jej bratowa w Trzcińcu, którą jeśli to możliwe pięknie proszę o wzbogacenie tej opowieści:) 

Wielkanocnymi deserami były: sernik na kruchym cieście z charakterystyczną kratką z ciasta na wierzchu, babki drożdzowe oraz jabłecznik.

*** 
Do domu przychodziła rodzina i sąsiedzi, choć bardzo często sąsiedzi byli jednocześnie bliską lub nieco dalszą rodziną mieszkającą w tej samej wsi kilka domów dalej. Gwar, opowieści, śmiechy, dyskusje, wspólne wychodzenie na wiejską drogę bitą kamieniami, wzajemne odwiedzanie się, rozmowy, poczęstunki, wspólny czas, który często w drugi dzień świąt kończył się zabawą w remizie.


***
Z dużego pokoju dobiega gwar. Wróciłyśmy z podróży w czasie. Świętujemy dalej chwilę obecną, jednocześnie pielęgnując pamięć. To bogactwo. 

środa, 28 lutego 2018

Parysko

Wymknęliśmy się na tydzień z warszawskiej rzeczywistości. Ugoszczeni cudownie przez francuskich znajomych, zamieszkaliśmy z nimi w Paryżu na szóstym piętrze kamienicy. Z malutką windą, drewnianymi skrzypiącymi schodami pachnącymi pastą  i widokiem z okna sypiani na dachy domów,  zza których na horyzoncie wystaje czubek wieży Eiffla. Przemierzamy codziennie paryskie ulice. Nad nami błękit nieba, słońce, w twarz wieje lodowaty wiatr - rzadka, zimowa niespodzianka. To piękne uczucie wracać do miejsc już znanych, przypominać sobie budynki, skrzyżowania i place, przywoływać poprzednie pobyty i wspomnienia z nimi związane, mieć świadomość, że dziesiątki kilometrów spacerów po tym mieście, które mamy już w nogach nie poszły na marne. Czujemy się nieco oswojeni. Chłoniemy Paryż. Poznajemy także jego nowe oblicza. Spotykamy się z tutejszą codziennością, podglądamy francuskie życie od kuchni i uczestniczymy w jego rytuałach. Jesteśmy szczęściarzami.