środa, 23 sierpnia 2017

Sześć lat

Sześć lat, odliczonych skrupulatnie przez miesiące, dni, godziny. Za kilka chwil na zegarze zobaczę 23.23 - godzinę, w której na chwilę zatrzymał się nasz rodzinny świat. Pamiętam elektroniczne, czerwone cyfry zegarka stojącego na komodzie na wprost łóżka w sypialni rodziców. Półmrok w pokoju. Na łóżku leżąca Ona - Mama, a obok niej, z dwóch stron na kolanach Tata i ja.

Próbowaliśmy zobaczyć jakiś Jej ruch, jakiś cień oddechu. Wpatrywaliśmy się w jej coraz bardziej spokojną, świetlistą i piękną twarz i wiedzieliśmy, że odeszła, wyślizgnęła się przez uchyloną przez Boga na chwilę tylko dla niej furtkę z tego świata. Jest gdzieś indziej. Nie pamiętam, które z nas powiedziało głośno godzinę. Ale w głowie kołatają mi się wypowiedziane wyraźnie słowa: Odeszła o dwudziestej trzeciej dwadzieścia trzy. 

Mamo, zamknęłaś tym samym swój życiowy rozdział. My piszemy nasze dalej, tylko od 23 sierpnia 2011 roku mamy w nich lukę, której nie da się niczym wypełnić. Przeplatasz się z nami niewidzialnie, podtykasz pod nos wspomnienia, gesty, sytuacje i przedmioty. Jesteś - tylko inaczej. Przez 6 lat wcale się to nie zmieniło.

Ostatnio moja siostra pokazała mi nagrany przez nią filmik. Ty z jej malutką jeszcze wtedy B. - Twoją pierwszą, osobistą wnuczką. Jesteście na kocu, na działce. Ona jeszcze nie chodzi, tylko tak sobie leżycie na kocu. Dziecko patrzące Ci prosto w oczy i dotykające malutkimi paluszkami Twojego piegowatego nosa, ust, kosmyków kręconych, przetykanych siwymi niteczkami włosów. Zobaczyłam Cię taką oświetloną ciepłym letnim słońcem, tak szczęśliwą w tej uchwyconej na filmie chwili - pomimo choroby, która przecież już cały czas była i żyła w Tobie. Usłyszałam Twój głos i śmiech utrwalone w tej filmowej migawce. 

Patrzyłam na ekran i gorące, słone łzy ściekały mi po policzkach. Taka olbrzymia radość przemieszana z jakiś bólem, na który składała się skomplikowana mieszanina uczuć. Radość, że Cię widzę - pierwszy raz od Twojego odejścia inaczej niż tylko na zdjęciach czy zachowanych w głowie obrazach. Ból, że tak szybko gaśnie w mojej głowie barwa Twojego głosu, odgłos śmiechu. Zapominanie? Że nie ma Cię z nami takiej właśnie. Że nie pamiętam tego, jak ja byłam takim maluchem, bo jestem pewna, że nasze zabawy na kocu wyglądały tak samo. Taką samą ogromną porcję miłości i czułości zdeponowałaś we mnie i czerpię z nich przez całe moje życie. Okrutny smutek, że nie mogę Cię już przytulić...

Pamiętam też moment, gdy kilka dni po Twojej śmierci, gdy rodzinnie uporaliśmy się już z niezbędnymi pogrzebowymi formalnościami. Pierwsza sobota bez Ciebie. Miałam w sobie taką ogromną pustkę - jak przepaść. Było gorące, sobotnie przedpołudnie, siedzieliśmy z K. w ogródku jakiejś kawiarni w centrum Warszawy. Dużo milczeliśmy. Patrzyłam gdzieś przed siebie, co chwilę oczy wypełniały się łzami, które toczyły się po policzkach, łaskotały w brodę i osuszały się od ciepłego wiatru. Nie umiałam sobie znaleźć miejsca. Myślałam o ogromie życia przed nami, którym nie będę się mogła z Tobą podzielić w rozmowie….

Mija właśnie 6 lat bez Ciebie. Nie wiadomo kiedy. Spotykam Cię często. Wystarczy, że spojrzę sobie w oczy w lustrze, albo wykonam gest, który wiem, że był Twoim gestem. Jesteś we mnie. Czuwasz. Dziękuję.



poniedziałek, 31 lipca 2017

Można


Wymarzyliśmy sobie siebie nad morzem. Takie wakacje bałtyckie. Wiemy już, że rzuceni w tłok i gwar nadmorskiej miejscowości w pełni sezonu potrafimy odnaleźć sobie w nim swoje ścieżki prowadzące nas do wyciszenia i spokoju. Warunek jest jeden - zaakceptowanie każdego dnia z bogactwem aury, który on ze sobą niesie, a co za tym idzie zapomnienie o nadmorskim ideale wakacji pełnych błękitnego nieba, ciepła i słońca każdego dnia. Bez tego można się zasmucić, zapłakać i z jednym wielkim rozczarowaniem dotrwać do końca cennego urlopu.

Można iść nad morze w całkiem szary dzień, w którym niebo od samego rana jest zasnute po horyzont grubym kocem utkanym z chmur, schować do plecaka buty, podwinąć nogawki spodni i maszerować boso wzdłuż brzegu, pod stopami czuć różne faktury piasku, chłód morskich fal. Wiatr targający włosy, uspokajający szum. A potem śledzić pojawiające się gdzieniegdzie nagle na niebie niebieskie łatki jak okienka do ponadchmurnego świata, w którym mieszka słońce.


Można w piękne, słoneczne przedpołudnie przedrzeć się przez natłok i ścisk ludzkich ciał i kolorowych parawanów okupujących główne wejścia nad plażę; uciec dalej w pustkę plaży, rozłożyć się wygodnie, zadomowić, leżeć na plecach i patrzeć co jakiś czas na ten błękit nad głową, na białe chmurki pojawiające się to tu to tam, wyciszać chaos myśli. Popadać w stan błogi, z którego nagle wytrącają zimne pojedyncze krople dotykające wystawionej zza daszek półnamiotu nogi, padające coraz intensywniej, żłobiące w piasku miliony wgłębień. I można się zadziwić widząc nad głową niknące słońce zasłaniane jak jakaś kotarą warstwą ciemnoszarych chmur, które pojawiły się nie wiadomo skąd. Wdychać zapach letniego deszczu. Można skulić się pod daszkiem, czy w namiocie czekając, aż deszcz przejdzie, zatopić się w dobrej książce i co jakiś czas zerkać z ciekawością nie tracąc nadziei na to co będzie się działo na niebie. Na walkę wiatru i chmur. Przepychanki. I tak bardzo ucieszyć się, gdy wygra wiatr i przegna wał deszczowych chmur i w prezencie podaruje wszystkim znowu błękit i promienie słońca. Wszystko jest możliwe. A wtedy jeden dzień jakby się cudownie rozmnażał i zyskiwał drugi wschód słońca.

Może też okazać się, że mimo szarości i deszczu na koniec dnia będzie nad linią horyzontu czerwono-różowy zachód słońca.



Można zachwycać się oglądając kształty chmur. Mnie rozczulają zawsze pierzaste obłoczki, jak wata cukrowa, czy bita śmietana - takie na wyciągnięcie ręki. Można się z nimi ścigać biegnąc brzegiem morza. Bose stopy rozbryzgujące wodę, tyle faktur piasku, obłe kamyki, różne temperatury powietrza dotykającego spoconą skórę, wyrównywanie oddechu i taka czysta, niczym nieskrępowana radość i wdzięczność, że mogę tu być.





piątek, 30 czerwca 2017

Błogość

Gdy nadchodzi koniec czerwca, próbuję przywoływać w sobie uczucie, które towarzyszyło mi zawsze w momencie odbierania szkolnego świadectwa. Taka radość i lekkość głowy czującej niczym nieskrępowane dwumiesięczne wakacje. Tyle dni, takich świeżych, nowych, gotowych do zagospodarowania, pachnących latem, danych w prezencie za tyle miesięcy nauki. Ta wolność ich używania i kształtowania. Przestrzeń, wydawałoby się, że bezkresna, w której przyjemnie będzie się trwało i trwało, i trwało.

Od momentu, gdy zaczęłam pracować wiem jedno - tego dziecięcego, wakacyjnego uczucia nie da się powtórzyć czy podrobić. Przepadło. Żaden już zaczynający się urlop nie wywołał we mnie takiej konstelacji odczuć.

Widzę jednak, że im jestem starsza, tym więcej we mnie jakiejś uważności na chwilę. Bo celebrować można każdy moment. Szukać w nim piękna, a w sobie pokładów radości.

Lubię budzić się rano i wypatrywać przez uchylone drzwi wpadającego do półmroku sypialni światła. I stąpać boso po podłodze do pokoju, by przekonać się, że jest on cały skąpany w słonecznym świetle. Wrócić do sypialni z pachnącą kawą, którą postawię na nocnym stoliku Ukochanemu K. To, że mogę się przytulić do niego i pocałować go w zaspane oczy. A potem odsłonić zieloną okienną zasłonę. I mogę zachwycić się kwitnącymi na parapecie fiołkami, które tak lubiła moja Mama.

Są soboty i niedziele, w które wszystko mogę, a niczego nie muszę. Plany rozwijają się same w niespieszności. Ewoluują leniwie.

Jest więc doglądanie balkonowego ogródka, zapach mięty, bazylii i pomidorowych liści, małe czerwone poziomki w doniczce i coraz gęstsze kwiaty pelargonii. Udział w cudzie roślinnego rośnięcia i dojrzewania.  


Jest stół w ogródku z bawełnianym obrusem w czerwono-białą kratkę. Tabun różnorakich lektur, którymi można się nacieszyć, bo trudno wybrać tylko jedną. I w upalny dzień - dzbanek wody z cytryną i miętą z wyhodowaną w balkonowej skrzynce.

Radość zieleni i jasnych promieni słońca. Kłująca świeżo skoszona trawa pod stopami, które porzuciły klapki i przypominają sobie dotyk natury. Zapach wilgotnej ziemi z podlewanej przed chwilą rabatki.

Jest zatrzymanie się na chwilę w tej całej weekendowej powolności i zadarcie głowy do góry, patrzenie w niebo, w zieleń dębowej korony, chłonięcie błękitu i śledzenie goniących się białych, delikatnych obłoków.



I szybkie gotowanie sprawiające mi tyle radości. A potem obiad w ogródku. Choćby białe szparagi kojarzące się tak bardzo mocno z osobą, której już nie ma, do tego zielona sałata i kawałek dobrego chleba. Prostota.



Jest On. Ukochany K., z którym mogę dzielić to wszystko i zerkając na niego siedzącego po drugiej stronie stołu, wzdychać po prostu: Ale nam jest dobrze!  i patrzeć mu prosto w błękitne oczy. Albo musnąć go delikatnie po głowie, gdy siedzi tuż obok.

Ogarnia mnie w takich chwilach taka ogromna wdzięczność za życie, zdrowie, za całe bogactwo, którego doświadczam (chwil pięknych, ale i tych trudnych, jak choroba i odchodzenie bliskich mi osób), za to wszystko, czym jestem obdarzona, za talenty za to, że niczego mi nie brakuje, że jestem kochana, akceptowana, że mam swoje miejsce tu i teraz, że w takich chwilach czuję obecność Najwyższego. Wzruszenie, gorące łzy pod powiekami. Szczęśliwość i błogość. Świadoma. Piękna.


wtorek, 20 czerwca 2017

5 krótkich westchnień do Matki Boskiej

Gdy zamknę oczy, widzę ją siedzącą wygodnie w fotelu, ze śnieżnobiałą głową opartą na małym zagłówku. Ma przymknięte oczy, dłonie oparte na podołku, w palcach trzyma różaniec. Mieniące się odblaskami przezroczyste kryształki. Przesuwa je miarowo w takt szeptu modlitwy.

Odkąd pamiętam, była codziennie na porannej mszy świętej, w ciągu dnia znajdowała czas na odmawianie kolejnych tajemnic różańca, codziennie o 15.00 zawsze modliła się koronką do Miłosierdzia Bożego. Mówiła, że zawsze ma tak wiele intencji, tyle do zawierzenia. W określonych momentach dnia po prostu siadała cichutko, z grzechoczącym delikatnie różańcem w dłoni, wycofywała się i tak trwała. Moja Babcia... więcej na Aleteia.pl

niedziela, 7 maja 2017

Lwowskie migawki

Lwów. Znaleźliśmy się w nim przez opatrznościowe zbiegi okoliczności. Dane nam było w nim świętować 11 rocznicę naszej małżeńskiej podróży przez życie. Przez pięć dni wędrowaliśmy wzdłuż i wszerz lwowskimi ulicami i uliczkami, wydreptaliśmy tymi spacerami prawie 73 kilometry.

Rozglądaliśmy się z zachwytem wokoło. Tyle pięknych kamienic, tyle uroczych architektonicznych szczegółów, drobiazgów przyciągających wzrok. Tyle części miasta odnowionych i jeszcze więcej czekających z nadzieją na troskliwy remont. Płaczące odpadającą farbą sztukaterie czy zaniedbane podwórka chwytające za serce. Nad ulicami plątanina drutów i zawieszone na nich na środku ulicy proste lampy i tramwaje jeżdżące przez środek rynku.

Zapuszczaliśmy spojrzenia w otwarte bramy, w miejskie zakamarki, nogi wiodły nas szlakami nie zawsze turystycznymi. I to jest cenne, bo widzieliśmy miasto od kuchni. Chodziliśmy pod prąd mijając tłoczne promenady. Patrzyliśmy w oczy pięknych ikon, modliliśmy się w ciszy ormiańskiej katedry, która stała się nam chyba najbardziej bliska.

Milczeliśmy w przestrzeni pamięci po żydowskiej dzielnicy Lwowa oraz w ciszy przemierzając Cmentarz Łyczakowski. Korzystając z krótkiego słonecznego przebłysku wdrapaliśmy się na punkt widokowy ratuszowej wieży, by zachwycić się widokami miasta jeszcze bardziej.

Czuć, że Lwów tętni historią. Tropiliśmy dawne ślady polskości, jednocześnie z pełną świadomością kibicując odradzaniu się ukraińskiej tożsamości. Było nam swojsko, było nam dobrze. Na swojej drodze spotkaliśmy przemiłych ludzi. Znaleźliśmy nasze ulubione miejsce kawiarniane na lwowskim rynku, do którego chciało się wracać i wracać. Czujemy, że jeszcze kiedyś ze Lwowem się spotkamy :)


Kamienice na lwowskim rynku.

Lwów.

Kamienica Czarna przy lwowskim rynku.

Cmentarz Łyczakowski.

Lwowskie zakamarki.


Lwowska ulica.

29 kwietnia 2017 - nasza 11 rocznica ślubu.

Panorama Lwowa z ratuszowej wieży.

Lwów i my :) na ratuszowej wieży.

Lwów z ratuszowej wieży.

Drabina do nieba.

Lwowska ulica.

Lwowska starówka z ratuszowej wieży.

Cmentarz Łyczakowski.

Lwowska ulica.

Lwów.

Pomnik ku czci ofiar represji politycznych 1941 r.

Katedra Ormiańska. Lwów.

Poruszająca polichromia "Pogrzeb św. Odilona" autorstwa Jana Henryka Rosena, Katedra Ormiańska, Lwów.

Katerda Ormiańska. Lwów.

Bojkowski krzyż przydrożny. Skansen we Lwowie.

Skansen we Lwowie. Cerkiew łemkowska.

Przed byłym kościołem sióstr Benedyktynek.

Tyle detali. Lwów.

Lwów.

Lwowskie zakamarki.

Sielsko. Skansen we Lwowie.

Kaplica Boimów. Lwów.

Lwów.

Lwowskie widoki.

Teatr Wielki i Opera. Lwów.

Uliczki Lwowa.

Dawny kościoł dominikański. Lwów.

Łzy w sałatce



Siedzieliśmy przy kawiarnianym stoliku, pod parasolem dającym trochę cienia. Lwowski rynek tętniący gwarem. Cieszyliśmy się ostatnimi chwilami naszej lwowskiej majówki, błękitnym niebem i tym pięknym słońcem, które zaszczyciło nas swoją obecnością dodając wszystkiemu wokół tyle kolorów.

Brama wejściowa do kamienicy widoczna tuż obok była zdecydowanie bardziej niebieska niż kiedy mijaliśmy ją wcześniej. Drewniane okrągłe stoliczki miały blaty wypolerowane do żywego ze starych warstw lakieru, o lekko chropowatej powierzchni, którą czuć było gdy musnęło się stolik opuszkami palców. Delektowaliśmy się chwilą, tym czasem i szczęściem nam danym tu i teraz. Wertowaliśmy przewodniki, przeglądałam zrobione już zdjęcia, obserwowaliśmy z uśmiechami lwowski świat popijając dobrą kawę i planując ostatni przed wyjazdem spacer.

W tym przelewającym się wokół nas szmerze rozmów, gwarze rynku, ulic, różnych języków uchwyciłam coś, co mnie poruszyło, wytrąciło z wartko płynącego nurtu. To były szybko wypowiadane słowa przetykane łzami. Łamiący się szept. Jego źródło było tuż obok mnie, przy sąsiednim stoliku, nieco za moimi plecami. Odwróciłam się dyskretnie, bo odkąd wyłapałam te emocje wiszące tuż obok w moich uszach odgłos płaczu prowadził moje myśli. Spojrzałam tylko raz, przez krótką, kilkusekundową chwilę, by nie zakłócać cudzej intymności. Utrwaliłam w sobie tę scenę, scenę której byłam nieoczekiwanym świadkiem na zalanym słońcem lwowskim rynku.

Spotkanie dwóch młodych dziewczyn. Na ich stoliku nie tknięty głęboki talerz z zieloną sałatką, filiżanka z nie wypitą jeszcze kawą, dwie szklanki wody z wkrojonymi plasterkami cytryny. Jedna z kobiet siedzi podparta łokciami o drewniany blat stolika i uważnie słucha przechylając głowę i patrząc z troską. Druga przysiadła na krześle tuż obok. Zrobiła to w jakimś gnającym ją wewnętrznym pośpiechu, bo nawet nie zdjęła szarego płaszcza zbyt ciepłego jak na dzisiejszy słoneczny dzień, na kolanach trzymała dużą, czarną torebkę. W palcach kurczowo ściskała mokrą coraz bardziej od łez chusteczkę. Zapłakaną twarz przesłaniały delikatnie uciekające zza ucha niesforne kosmyki lekko kręconych, sięgających do ramion, rozpuszczonych, ciemnych włosów. Padały z jej ust niezrozumiałe dla mnie słowa, ale to nie ma znaczenia - nie chciałam i nie potrzebowałam ich rozumieć.

Urwana, szeptana opowieść o czymś trudnym, bolesnym, czymś co wyciska z oczu łzy rozpaczy i bezradności. Ten moment, gdy chce się to wszystko opowiedzieć komuś bliskiemu jak się da najszybciej, chce się być wysłuchanym tu i teraz, dlatego przysiada się na skraju kawiarnianego, drewnianego krzesła i wyrzuca z siebie kolejne słowa zmoczone słonymi, gorącymi łzami; gdy coraz trudniej się oddycha przez zapchany nos i usilnie, podświadomie walczy się by przez to płakanie nie rozmazał się makijaż. Ten czas, gdy nic wokoło nie ma znaczenia, ani ludzkie ukradkowe spojrzenia, ani ruchliwe miejsce, ani to, że łzy kapią do nietkniętej sałatki. Czas jakby przez chwilę zatrzymał się na rynku we Lwowie, w którym przy kawiarnianych stolikach sąsiadowały ze sobą jej łzy i tajemnicza opowieść oraz nasze małżeńskie szczęście. Mikstura życia.

niedziela, 16 kwietnia 2017

Wielkanoc 2017



Alleluja! Grób Pański już pusty.

Życzymy Wam by Ten, który Zmartwychwstał dawał nam wszystkim nowe spojrzenie na życie, by ożywiał w nas miłość, dobro i nadzieję. Pięknego czasu!  
Hania i Konrad

sobota, 4 marca 2017

Przeprowadzki

Wreszcie było - wyczekane, wypracowane z trudem początku lat osiemdziesiątych, mieszkanie czteropokojowe na nowo budowanym osiedlu. Małżeństwo z dwójką małych dzieci mieszkające do tej pory z Babcią szykuje się na zmiany. On lat 35, Ona lat 33 przed nimi coś, co zowie się świetlaną przyszłością.

Będą wreszcie na swoim, po swojemu, u siebie całkiem. Ogromna radość. Może jakieś ziarnko niepewności, jak sobie poradzą. Pakowanie starego życia z grochowskiej kamienicy, dziesiątki pięknie zapakowanych kartonowych pudeł, oznaczonych flamastrami. Wyciekały ze starego mieszkania jak strumień, przechodziły z rąk do rąk bliskich przyjaciół pomagających z całych sił w przeprowadzce. Przenosili, przewozili, wspierali, cieszyli się ich radością.

Nowe mieszkanie pachnące farbą, z niebieskimi kwadratami płytek PCV i kafelkami w łazience, na które nie można było wybrzydzać. Biała pustka pokoi oswajana. Zasiedlana stopniowo w miarę możliwości i sił. Na początek starzy towarzysze pamiętający dawne czasy: narożnik w salonie, regały meblościanki, szafki w kuchni, stół, krzesła, zielone szafeczki z szufladami. Jeden pokój dla małych dziewczynek, salon będący tymczasowo jednocześnie małżeńska sypialnią, w dwóch kolejnych składowisko rzeczy różnych.

Znikały kartony, których zawartość rozpływała i ukrywała się gdzieś tajemniczo w przestrzeni. Potem On rysował autorskie projekty zabudowy wnętrza, optymalne wykorzystanie przestrzeni - szafy w przedpokoju, pawlacze, półki na książki po bokach okien. Złota rączka, najlepszy na świecie “Zoś samoś”. Było więc mierzenie, kupowanie, wożenie autobusem, bo samochodu brak - wielu metrów sześciennych boazeri. A potem piłowanie, szlifowanie, wiercenie, chłodzenie rozgrzanych wierteł i masa złamanych w twardym jak skała betonie. Było pożyczanie błogosławionych wiertarek z udarem, wbijanie setek kołków.

Było i towarzystwo małych Córek-pomocników, które nie bały się papieru ściernego i dzielnie wygładzały wręczone im deseczki, nauczyły się posługiwać młotkiem, były też cennymi “odważnikami” i “trzymaczami”. Ściany za budowanymi szafami, zanim stawały się na wiele lat zakryte, utrwalały chwilę - datę bieżącą, jakieś hasło, wzrost dziewczynek. Takie skarby na przyszłość - jak zakopane skrzynki z przekazem dla przyszłych pokoleń. Mieszkanie ożywało, wypełniane rodzinnym życiem, miłością w codzienności, gotowaniem, kolejnymi świętami, szczerym śmiechem, złościami, przyjaciółmi, łzami czy sprzeczkami.

Przez kolejne dwadzieścia lat zmieniało ono swoje oblicze: drewniana mozaika na podłodze zamiast płytek pcv, salon stał się salonem, On i Ona mieli już swoją sypialnię z prawdziwego zdarzenia, a narożnik zniknął z ich życia, dziewczynki miały osobne pokoje. Było wspólne malowanie, w którym dali się ponieść porzuceniu białych ścian na rzecz delikatnych pasteli. Kuchnia dostała w prezencie nowe szafki. Przestrzeń mieszkania, wszystkie jego ściany chłonęły toczące się w nim życie. Patrzyły milcząco na upływ czasu, towarzyszyły: dzieciom - w dojrzewaniu i nauce od podstawówki przez licea po studia, Jemu w zmianach pracy, Jej w problemach ze zdrowiem. Było ich przestrzenią, budowaną z mozołem, cenną i bliską.

Gdy On miał 57, a Ona 55 lat, zaczęli swoje życie w tym mieszkaniu od nowa. Obie córki wyszły za mąż. Mieli dom dla siebie, czas dla siebie, który wykorzystywali coraz bardziej na codzienną, mozolną walkę z Jej chorobą - a ta nie dawała o sobie zapomnieć i panoszyła się coraz bardziej. W Jej cierpieniu był błysk radości - pierwsza wnuczka, wspólne rodzinne święta, w coraz większym, pączkującym gronie. Mieszkanie wypełniało się gwarem rozmów, serdecznością i śmiechem.

Przyszła sierpniowa noc, gdy On, niespełna 60 letni, został sam w mieszkaniu, w sypialni, w której odeszła Ona. Był przy niej do końca. Cisza. Ciemność. Moment, który zmienił wszystko. Od tamtej pory nic nie było już takie samo. Nie ma pełni, nie ma bliskości, nie ma rozmowy, nie ma małżeńskiej wspólnoty. Ból. Tęsknota. Oswajanie słowa nie chcącego przejść przez gardło - wdowiec.

Zaproponował, by dzieliła z nim mieszkanie córka z powiększającą się rodziną. Tak było rozsądniej, najlepiej. Czekał w tym czasie na budujące się jeszcze nowe miejsce dla siebie - jak kiedyś, dawno temu. Pomagał z trójką wnucząt, które zawsze o każdej porze mogły zapukać do jego pokoju.

Teraz Oni - młodzi, chcieli się zadomowić, oswoić, poczuć jak u siebie w tych czterech kątach. Za Jego zgodą odnawiali to dwudziestopięcioletnie mieszkanie. Zdejmowali boazerię, kładzioną wcześniej Jego rękami, malowali ściany. Oddawali niepotrzebne przedmioty, robili porządki wprowadzając do tego starego wnętrza swoje życie i dziecięcy rozgardiasz. On zbierał to, co chce zatrzymać i przenieść dalej, w nowe miejsce ze sobą za trochę. Towarzysze z przeszłości, pamiątki.  Proces oddawania przestrzeni,  topnienia elementów starego, nieistniejącego już życia - tego sprzed Jej odejścia. Wewnętrznie bolało. Podświadomie kuło. Wpisywało się w przeżywanie żałoby i szukanie nowego początku. Przysparzało milczenia.

Wycofywał się powoli i pomału do swojego nowego, mniejszego mieszkania. Oni nie naciskali wiedząc, że przeprowadzka jest dla Niego trudna, opuszcza swoje kąty, swój dotychczasowy świat, wspomnienia. Przenosił się po cichu, po trochu, bez łańcucha przyjaciół, którzy ponosiliby mu kolejne kartony z zapakowanym życiem. Dużo się zmieniło. On się zmienił. Przeżywał po swojemu - milczał.

Jego nowe mieszkanie uświęcone zostało w grudniu pierwszymi, rodzinnymi świętami. To była Jego piękna propozycja. Gwarno, swojsko, dobrze. Czy teraz już może się czuć tu jak u siebie? Jeszcze testował, przymierzał się powoli, dowoził brakujące rzeczy.

Ostatnio nieśmiało oznajmił: To już czas - jadę tam nocować i zostaję.

Dzwoniłam do niego wieczorem,  gdy właśnie w nowej kuchni szykował sobie kanapki do pracy na kolejny dzień.  Jak się czujesz w Twoim nowym miejscu, Tato? - zapytałam. Dobrze… choć jest jakoś inaczej - odpowiedział.

Mając 65 lat, zaczął nowe życie, w nowej przestrzeni, całej jego, urządzonej tak, jak chciał, wypełnionej skrawkami przeszłości.

Z całego serca życzę ci, Tato, byś potrafił zapełniać ją szczęściem. Zasługujesz na to.

sobota, 25 lutego 2017

Aerozol morski


Uciekliśmy na chwilę od codziennego pędu, światowego zwariowania i rutyny. Wybraliśmy morze. Pojechaliśmy odkrywać inne, drugie życie nadbałtyckich nadmorskich miejscowości - inne niż to, tak nam dobrze znane w sezonie letnim (Ucieczki).

Ten nadmorski, upalny zgiełk, gwar, tłok i natłok, od którego zawsze i tak staraliśmy się uciekać jak najdalej - teraz w lutym nie istnieje. Zatem miejsce dla nas idealne. Trafliśmy w sam środek spokoju. Plaża momentami pusta po horyzont albo z pojedynczymi ludzkimi postaciami dzielnie maszerującymi w ciszy wzdłuż brzegu. Jest niespieszność, jest spokój.

Oddech pełną piersią, bałtycki aerozol wypełniający głowy, owiewający twarze, szum fal, szmer wiatru, twardy, ubity zimny piasek pod butami zapisujący na chwilę historię życia morza. Zamiast zamków z piasku - naturalne kształty zbudowane przez wiatr. Taka wiatru zabawa z tym, co pod ręką: miliardami miliardów ziarenek piasku, muszelek i obłych, wypieszczonych przez morską wodę kamyków, które najpierw utuliła, a potem porzuciła jakby nigdy nic na brzegu…



Nie przeszkadza kilkudniowa szarość, mgła czy mżawka. Radość tym większą sprawia wtedy choć chwila słońca i skrawek błękitnego nieba. Wędrujemy dzielnie przez kolejne kilometry plaży, idziemy przed siebie trzymając się za ręce. Chłoniemy to, co nas otacza, dźwięki natury. Porozumiewamy się tylko spojrzeniami, by nie burzyć tego, w czym uczestniczymy. A można zobaczyć wiele - choćby “kształt” wiatru zaklętego w wijące się tajemniczo wokół nas smugi pędzącego w nieznane piasku.



Z każdym kolejnym krokiem wlewa się w nas szumiący spokój, wypycha z głowy kłębiące się chaosy myśli. Czujemy, że nasze istnienie w obliczu całej tej potęgi żywiołów i czasu, to nic - takie małe ziarnko piasku. Dajemy się więc porwać Duchowi.