środa, 1 czerwca 2011

Kraków i polski kłopot z grobami


Spacerując po Krakowie w słoneczny majowy dzień, rozmyślałem o nas, Polakach i o tym, z jak wielką łatwością potrafimy niszczyć to, co potencjalnie mogłoby być dobre, piękne i pożyteczne. Myślałem o tym pielgrzymując pomiędzy Wawelem a Skałką, a dokładnie pomiędzy grobami Lecha i Marii Kaczyńskich oraz Czesława Miłosza.

Obydwa pochówki odbywały się w atmosferze kontrowersji i pytań o to, czy miejsce spoczynku jest odpowiednie, czy zmarli są tych miejsc godni. Miłosza oskarżano o antypolskość, choć całe długie 93-letnie życie poświęcił polskiej kulturze i polskiemu językowi. Kilka wypowiedzi i wierszy z mrocznego okresu lat 50-tych wystarczały oskarżycielom, by przekreślić dzieło noblisty. Miłosz na Skałce w końcu spoczął, ale dobrze pamiętam, że podniosły nastrój pożegnania wielkiego poety został zniszczony.

Pamiętam też dobrze, że decyzja o pochowaniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego z małżonką na Wawelu definitywnie zakończyła czas pokojowej i ogólnonarodowej żałoby po katastrofie smoleńskiej. Od tego czasu aż po dzień dzisiejszy mamy w Polsce nieprzezwyciężalny spór. Odwiedzając kilka dni temu Kryptę pod Wierzą Srebrnych Dzwonów uświadomiłem sobie, że pochówek Kaczyńskich w tym miejscu i w ten sposób nie zadowala w pełni chyba nikogo, kto tu przychodzi. Przeciwnicy takiego rozwiązania z oczywistych przyczyn kręcą z niezadowoleniem nosem. A zwolennicy? Zwolennicy niestety muszą być mocno rozczarowani widząc polskiego prezydenta pochowanego dosłownie w korytarzu czy przedsionku właściwej krypty, gdzie znajduje się grobowiec Józefa Piłsudskiego. Widok jest przykry.

Choć sam nie byłem entuzjastą pochówku na Wawelu, widząc bardziej odpowiednie ku temu miejsce w krypcie warszawskiej Archikatedry św. Jana u boku polskich prezydentów okresu międzywojennego, odczuwam zwykły ludzki żal. Wierzę, że inicjatorzy tego rozwiązania chcieli dobrze i po prostu pragnęli jak najbardziej godnie pochować tragicznie zmarłego prezydenta. Rozumiem to i mimo odmiennego zdania w czasie żałoby nie wypowiadałem go publicznie, by nie potęgować waśni. Jednak finał tej inicjatywy jest w moim przekonaniu poniżający. Z wiele mówiącego "pochowania prezydenta na Wawelu" zostało ustawienie sarkofagu w przejściu do krypty z Piłsudskim. Jeżeli już zapadła decyzja o grobowcu na Wawelu, czy naprawdę nie można było tu znaleźć miejsca godnego polskiego prezydenta? Z tym pytaniem na ustach wyszedłem z krypty.

Cóż takiego jest w nas, Polakach, że tak łatwo niszczymy wartości, które dla nas lub dla dużej części społeczeństwa są ważne? Co takiego popycha nas ku nieprzemyślanym czynom, w efekcie których zamiast chwały wychodzi upokorzenie? A człowiek chciałby tak po prostu pojechać do Krakowa, odwiedzić grób ulubionego poety i myśleć wyłącznie o jego pięknych tekstach. I chciałby wstąpić na Wawel, oddać hołd polskiemu prezydentowi i myśleć wyłącznie o dobrych sprawach, które rozpoczął i tych, których już nie zdążył. Może uda mi się ta sztuka przy kolejnej okazji. Oby!

sobota, 23 kwietnia 2011

Wielkanoc 2011

Drodzy,
Przyjmijcie od nas najlepsze życzenia wielkanocne. Wielce pocieszająca jest myśl, że Bóg, którego zmartwychwstanie świętujemy, sam przeszedł ścieżkę ludzkiego życia, doświadczając wszystkiego, co ludzkie, z kruchością ziemskiego istnienia włącznie. Oznacza to bowiem, że we wszystkich, nawet najtrudniejszych momentach naszego życia, mamy w Nim brata dobrze rozumiejącego, co czujemy. Oby ta prawda nas nie opuszczała i dawała nam siłę!

piątek, 15 kwietnia 2011

Smutna rocznica katastrofy

Smutna to była rocznica. Długi 3-godzinny spacer, głównie w milczeniu. Niby w słońcu, ale chłodno. Cel - Powązki Wojskowe. A wcześniej też Krakowskie Przedmieście, Pałac Prezydencki. Dużo nerwowych i gniewnych ludzi, bardzo dużo służb mundurowych... Smutna nie tylko dlatego, że wspominaliśmy tych 96 osób, które tragicznie zginęły w katastrofie pod Smoleńskiem w drodze do Katynia. Ten smutek już został trochę przykryty roczną żałobą. Ale nie to mam na myśli.

Patrząc na pomnik upamiętniający katastrofę na Wojskowych Powązkach, patrząc na jego przełamaną formułę, myślałem o ironii losu oraz naszych polskich nieuleczalnych chorobach. W zamyśle autora, projektanta pomnika zapewne było symboliczne ukazanie przełamania samolotu, może skrzydła. W każdym razie chodziło o jakieś pęknięcie - może nie tylko fizyczne (samolot, życie), ale i duchowe (ból, dramat). Rok później niespodziewanie okazuje się, że symbolika tego pomnika ma drugie, jakże smutne dno.

Zapalając lampkę u stóp pomnika, myślałem o tym, że jest to niestety złowrogi symbol podzielonej, pękniętej Polski. Co zrobiliśmy z tragedią 96 osób i ich rodzin? Co zrobiliśmy z tym początkowym zjednoczeniem? Wszystko zmarnowaliśmy, brnąc w niezwykle silne podziały i budując bardzo wysokie mury, dziś wydaje się - nie do przeskoczenia. Rozmieniliśmy tę tragedię na drobne, sprzedaliśmy w imię własnych partykularnych racji lub za kilka punktów procentowych w sondażach opinii. Wygląda na to, że w naszym kraju wszystko jest na sprzedaż.

czwartek, 14 kwietnia 2011

Wędrująca rzeka

Wybraliśmy się niedawno na wczesnowiosenny długi spacer. Obraliśmy kierunek południowo wschodni, idąc wzdłuż prawego brzegu Wisły. Znamy tę trasę dobrze, w ubiegłych latach chodziliśmy tędy pieszo i jeździliśmy rowerami wielokrotnie. Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu krajobraz tych terenów uległ sporym zmianom. Po ubiegłorocznych kilku falach powodziowych oraz po długiej i śnieżnej zimie okazało się, że Wisła przesunęła swój nurt na zachód, pozostawiając po sobie ogromne łachy rzecznego piasku. Dzięki temu powstały tu nowe, wielkie plaże... Zupełnie jak nad morzem, tylko piasek rzeczny jest nieco ciemniejszy od bałtyckiego.

Ciekawie jest myśleć o rzece jako o żywym, samoistnym organizmie, który nieustannie płynie i zmienia się. Gdy mieliśmy powodzie, woda wystąpiła na prawy brzeg, zalewając szerokie tereny łęgowe i podchodząc dość blisko naszej ulicy. Teraz zaś, jakby dla przeciwwagi, odsunęła się ku lewemu brzegowi, na prawym pozostawiając kilkusetmetrowe wolne przestrzenie. Tak jakby chciała przeprosić za raptowne i niebezpieczne najście, w nagrodę ofiarowując przyjemne plaże...

"A pęd wasz nieustający zabiera dalej i dalej.
I ani jest, ani było. Tylko trwa wieczna chwila".
/Czesław Miłosz, Rzeki/

Więcej zdjęć z tego spaceru: TUTAJ

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Zamość - między Północą a Południem

"Miasta Południa budzą się późno, ale do nocnych godzin żyją intensywnie, w nieustannym podnieceniu, w wiecznej gorączce. Prawdziwe życie toczy się na ulicy. Dom jest miejscem, gdzie ludzie rodzą się i umierają, gdzie płodzą dzieci, odprawiają sjesty, dzielą posiłki, chronią się przed deszczem i chłodem. Ale cała aktywność, od świtu do zachodu słońca, skierowana jest na zewnątrz; wszystko to, co naprawdę ważne, dzieje się w pełnym słońcu, na ulicy, wśród ludzi" /Adam Wodnicki, Spotkanie, "Zeszyty Literackie" 2011-1/.

Pomyślałem o opisanej w tym cytacie prawidłowości, gdy w połowie marca tego roku zawitałem do pięknego Zamościa i około dziesiątej wieczorem wraz ze znajomym włoskim dziennikarzem zapragnęliśmy porozmawiać przy szklaneczce czy kieliszku jakiegoś polskiego trunku. Arnaldo wyjeżdżał następnego ranka do Warszawy, a potem do Włoch, był to więc ostatni moment na pogaduchy. Wyszliśmy zatem na cudownie odrestaurowany zamojski rynek, było dość ciepło jak na polski marzec i poczuliśmy się przez chwilę, jak w Padwie - bowiem na tym właśnie włoskim mieście wzorowali się podobno XVI-wieczni architekci Jana Zamoyskiego. Była to jednak tylko krótka chwila. Gdy rozejrzeliśmy się dokoła, ze zdziwieniem zauważyliśmy, że po pierwsze zamojska Starówka o tej porze jest prawie kompletnie wymarła, a po drugie, że pobliskie lokale są już nieczynne... Jakiż nieprzyjemny to musiał być zawód dla młodego południowca - Arnaldo.

Miasta Północy - a takim jest Zamość, pomimo swojej południowej architektury - budzą się wcześnie i wcześnie zasypiają. Mieszkańcy Południa kierują swoją aktywność na zewnątrz, poza domy i taki też mają temperament: wychodzą z domów, na ulicach i miejskich placach czują się jak u siebie, więc rozmawiają tam o wszystkim podniesionym głosem, gestykulują, pokrzykują, wszystko to, co mają w sobie, co im w duszy gra, z łatwością wyrzucają z siebie na zewnątrz. My, mieszkańcy chłodnej Północy, więcej przesiadujemy w domach, chronimy się w cieple domowego ogniska, ciesząc się bezpiecznym towarzystwem rodziny i przyjaciół. Tylko w takich okolicznościach i w takim towarzystwie zdobywamy się na poważniejsze rozmowy.

Rozmawialiśmy o tym wszystkim z Arnaldo w zaciszu zamojskiego hotelu, popijając delikatnie polskie trunki i zwyczajem włoskim kończąc dyskusje grubo po północy...

poniedziałek, 28 marca 2011

Krokusowe życie

Ze wszystkich sił przebijają się do słońca, pokonują mozolnie warstwę mokrej trawy i zgniłych liści. Są radosnym znakiem życia i budzącej się przyrody. Te na zdjęciu powyżej rosły sobie u podnóża Babiej Góry, poznawały świat w pierwszych dniach maja 2006 roku. Ciekawe czy w tym roku swoją wędrówkę do słońca rozpoczyna ich kolejne pokolenie?

piątek, 25 marca 2011

O wychodzeniu z ról

"Trzeba się nauczyć wychodzić z ról. Nie utożsamiać do końca z funkcją, którą się wykonuje. Jak człowiek nie wie do końca, kim jest, to wzrasta szansa, że w przepływach między rolami i funkcjami, zajęciami, terminami mogą mu się zdarzyć ciekawe rzeczy. Gdy traktujemy siebie zbyt poważnie, łatwo znaleźć się pod ścianą, bez żadnego pola manewru. To śmiertelne niebezpieczeństwo utraty dystansu do siebie" /prof. Tadeusz Sławek/

Kiedy przeczytałam to zdanie uśmiechnęłam się do siebie - czy to znaczy, że moje odwieczne życiowe niezdecydowanie nie jest wcale aż takie złe?

niedziela, 20 marca 2011

Wierzby pełne Chopina

Sochaczewskie wierzby - najpiękniejsze towarzyszki wędrówki. Zawsze gdy je mijam, słyszę muzykę Chopina. Muzykę delikatną, pełną wiatru, szelestu wiotkich, wierzbowych gałązek, przepełniającą poczuciem wolności, dającą radość życia. Chcę iść dalej...

czwartek, 10 marca 2011

Nowosielski na Wielki Post

Wczoraj rozpoczął się Wielki Post. Liturgia Środy Popielcowej u dominikanów na Służewie jak zawsze spokojna i piękna, zachęcająca do modlitwy i przemyśleń. To w tej świątyni znajduje się prawdopodobnie ostatnia sakralna praca niedawno zmarłego Jerzego Nowosielskiego (1923-2011). Wielki krzyż namalowany / napisany jak ikona góruje nad surową przestrzenią prezbiterium. Odkąd pamiętam krzyż ten zawsze przyciągał mój wzrok. Inny niż tradycyjne katolickie krzyże w katolickich kościołach, tajemniczy, symboliczny - i właśnie taki zabiera modlącego się przed nim człowieka w jakieś odległe, tajemnicze inne światy.

Ale świat ikony nie był jedynym, jak zgłębiał Nowosielski w swojej bogatej twórczości malarskiej. Co interesujące, równie często malował kobiety. Dlaczego? Prawosławny malarz sam to tak tłumaczy: "Kobieta jest symbolem Kościoła. A cerkiew i akt są do siebie podobne. Kształty barokowych kopuł przypominają kształt kobiecego ciała. Cerkiew i kobieta to królestwo boże na ziemi". Bardzo interesujące porównanie... Kobiety Nowosielskiego, jak i jego ikony, są specyficzne, nierealne. Od razu widać, że takich na naszym świecie nie ma. Stąd myśl, że te kobiety też są ikonami - one również, tak jak ten krzyż u dominikanów, przenoszą widza / modlącego się w inne światy i zachęcają do kontemplacji piękna.

Taki zatem niech będzie ten Wielki Post Anno Domini 2011: z krzyżem Jezusa w perspektywie, ale i z tym charakterystycznym rysem piękna, które odsyła do domu Ojca, w którym "jest mieszkań wiele" (J 14,2).

sobota, 15 stycznia 2011

Naoczny cud

Sobotnie, spokojne leniwe poranki. Niezastąpiona szansa na wyciszenie i lekturę przy porannej kawie - podanej przez męża do łóżka. Dzisiaj za oknem było szaro i mokro więc z ogromną przyjemnością zakopałam się pod kołdrę, gdzie nie czuć silnego wiatru i wilgoci. Gałązki modrzewia stukały w okno sypialni, taktując przewracanie kolejnych stron - pachnącej starym papierem "Siekierezady" Edwarda Stachury. Natknęłam się w niej na taki fragment:

"Jest dzień, nie da się ukryć. Nowy dzień. (...) cieszyłem się nowym dniem, którego czułem namacalnie na oczach, na powiekach, na rękach, na całej skórze, na piersiach i z tyłu na plecach pod koszulą (...) którego czułem spontanicznie i namacalnie na całej skórze (...) A ilu znam i nie znam, w życiu których już od wielu dni i tygodni, od wielu tygodni i miesięcy, od wielu miesięcy i długich lat - nie było nowego dnia. Wstają rano i nie bije im mocniej serce, nie rośnie im dusza, nie śpiewa krew, nie swędzą stopy, a nogi ich nie grzebią ziemi niecierpliwie jak konie przed galopem, nie trzepocą im na plecach niewidzialne z przezroczystych piór skrzydła (...) nie błyszczą im oczy, nie biją powieki, nie widzą albo nie chcą widzieć naocznego dziejącego się cudu, nie wyciągają przed siebie ręki, nie poruszają palcami i nie ogarnia ich na ten widok, na widok poruszających się u rąk palców, niewymowne wstrząsające wzruszenie. Wstają rano i dzień, który z nimi wstał, to nie jest dla nich nowy dzień, ale ciągle ten sam dzień wczorajszy i przedwczorajszy, i zaprzedwczorajszy, zaprzeszły dzień ciągnący się, wlokący się już od wielu tygodni, miesięcy i długich lat, ginący w przeszłej minionej oddali czasu. Nie było dla nich nowego dnia już długo-długo, dawno-dawno, i to jest straszliwie niebezpieczne, bo do tego można się przyzwyczaić i oni mogą już wcale nie pragnąć, wcale nie tęsknić za nowym dniem, a bez tego, bez tęsknoty, może już do nich nigdy nie przyjść nowy dzień. Nigdy. Jeden jedyny może ostatni dzień, dzień śmierci ich, może być dla nich nowym dniem, ale muszą o tym wcześniej wiedzieć, przeczuć muszą swoją śmierć na jeden przynajmniej dzień, "czuję, że jutro umrę" i wtedy to, wtedy to obudzą się następnego dnia rano z przedostatniego snu i poczują wreszcie, że to jest nowy dzień, ale to już będzie niestety ostatni raz, że spotka ich to szczęście, ten cud, o którym zapomnieli, że istnieje, że jest coś takiego, takie codzienne fenomenalne zjawisko jak nowy dzień, teraz dopiero sobie o nim przypomnieli, szkoda, że tak późno..." /Edward Stachura/.

Naoczny cud, codzienne fenomenalne zjawisko - nowy dzień. Przed oczami od razu stanął mi widok z naszego dawnego okna, z dziupli na dziesiątej gałęzi. Wróciły mi uczucia, które miałam gdy patrzyłam na ten piękny wschód słońca, gdy wyciągałam aparat by zrobić powyższe zdjęcie i choć na moment zatrzymać tamtą chwilę. Tyle barw, magia słonecznego światła, cisza i chłodny, rześki powiew zza balkonowego okna. Szeptałam wtedy początek porannej modlitwy: "Panie, w ciszy rozpoczynającego się dnia przychodzę błagać Cię o pokój, mądrość i siłę. Pragnę spoglądać na świat oczami przepełnionymi miłością...". Rozpierała mnie ogromna radość życia i szczęście z uczestniczenia w cudzie nowego dnia. Z radą Stachury - chcę za tym tęsknić!

piątek, 24 grudnia 2010

Życzenia na Święta i Nowy Rok

Na te Święta Bożego Narodzenia oraz na Nowy Rok 2011 składamy wszystkim najlepsze życzenia.

Mędrcy nie znaleźliby betlejemskiej stajenki, gdyby nie światło gwiazdy na niebie, która wskazała im drogę. Życzymy Wam jak najwięcej takich świateł - ludzkich, ziemskich i spoza nas -
które wskażą dobry kierunek, rozjaśnią szarą codzienność i rozpromienią Was dobrem i pięknem.

Hania i Konrad

czwartek, 23 grudnia 2010

Wigilia na Syberii

Jacek Kaczmarski w 1980 roku napisał piosenkę na motywach obrazu Jacka Malczewskiego "Wigilia na Syberii". Muzykę dopisał Zbigniew Łapiński. Każdy, kto choć raz przeżył wigilię poza domem zrozumie siłę tego tekstu.

Zasyczał w zimnej ciszy samowar
Ukrop nalewam w szklanki
Przy wigilijnym stole bez słowa
Świętują polscy zesłańcy
Na ścianach mroźny osad wilgoci
Obrus podszyty słomą
Płomieniem ciemnym świeca się kopci
Słowem - wszystko jak w domu

"Słyszę z nieba muzykę i anielskie pieśni
Sławią Boga że nam się do stajenki mieści
Nie chce rozum pojąć tego chyba okiem dojrzy czego
Czy się mu to nie śni"...

Nie będzie tylko gwiazdy na niebie
Grzybów w świątecznym barszczu
Jest nóż z żelaza przy czarnym chlebie
Cukier dzielony na kartce
Talerz podstawiam by nie uronić
Tego czym życie się słodzi
Inny w talerzu pustym twarz schronił
Bóg się nam jutro urodzi.

"Król wiecznej chwały już się nam narodził
Z kajdan niewoli lud swój wyswobodził
Brzmij wesoło świecie cały oddaj ukłon Panu chwały
Bo to się spełniło co nas nabawiło serca radością"...

Nie, nie jesteśmy biedni i smutni
Chustka przy twarzy to katar
Nie będzie klusek z makiem i kutii
Będzie chleb i herbata
Siedzę i sam się w sobie nie mieszczę
Patrząc na swoje życie
Jesteśmy razem - czegóż chcieć jeszcze
Jutro przyjdzie Zbawiciel

"Lulajże Jezuniu moja perełko
Lulaj ulubione me pieścidełko
Lulajże Jezuniu lulajże lulaj
A ty go Matulu w płaczu utulaj"...

Byleby świecy starczyło na noc
Długo się czeka na niego
By jak co roku sobie nad ranem
Życzyć tego samego
Znów się urodzi, umrze w cierpieniu
Znowu dopali się świeca
Po ciemku wolność w Jego imieniu
Jeden drugiemu obieca...

A tu można posłuchać piosenki w wykonaniu Jacka Kaczmarskiego, Przemysława Gintrowskiego i Zbigniewa Łapińskiego: http://www.youtube.com/watch?v=uVIPp6LJ7MU

sobota, 11 grudnia 2010

Llosa: Dlatego musimy dalej śnić, czytać i pisać

Bylibyśmy gorsi, niż jesteśmy, bez dobrych książek, które czytamy - powiedział Mario Vargas Llosa w mowie noblowskiej kilka dni temu w Sztokholmie. Bardzo ciekawe zdanie. Odwróćmy je zatem i zapytajmy retorycznie: A co jeśli dobrych książek w ogóle nie przeczytaliśmy?

Peruwiański laureat literackiego nobla wygłosił nietuzinkowe przemówienie. Mądre, poruszające, przekonujące i piękne. 74-letni pisarz dał popis mistrzostwa słowa. Od razu chce się zajrzeć do jego książek.

Inny cytat: Literatura opacznie przedstawia życie, a jednak pozwala lepiej je zrozumieć, połapać się w labiryncie, w którym się rodzimy, błąkamy i umieramy. Daje nam zadośćuczynienie po niepowodzeniach, jakich nam przysparza prawdziwe życie.

Jeszcze inny: Bo świat bez literatury byłby światem bez pragnień, ideałów i nieposłuszeństwa, światem automatów pozbawionych zdolności do wyjścia poza siebie, przemiany w drugiego, w innych, lepionych z glin naszych marzeń.

I jeszcze jeden cytat, mój ulubiony: Literatura, jak czary, które każą nam śnić, że mamy to, czego nie mamy, być tym, kim nie jesteśmy, sięgać niemożliwej egzystencji, w której niczym pogańscy bogowie czujemy się zarazem przyziemni i wieczni, wpaja nam ducha niezgody i buntu kryjącego się za wszelkimi dokonaniami, które pozwoliły ograniczyć przemoc w stosunkach między ludźmi. Ograniczyć zaledwie, nie położyć jej kres. Bo nasze dzieje będą zawsze niedokończone. Dlatego musimy dalej śnić, czytać i pisać, bo to jest najskuteczniejszy znany nam sposób ulżenia naszej przemijającej kondycji, pokonania robaka czasu i czynienia możliwym tego, co niemożliwe (Gazeta Wyborcza, 11-12 grudnia 2010).

To jest mowa o wielkich mocach literatury, a także o pięknie człowieka, jakie literatura z niego potrafi wydobyć. Warto przeczytać, a zaraz potem sięgnąć po dobrą książkę!

niedziela, 28 listopada 2010

Pierwszy śnieg



Jesienne trawy z zaskoczenia okryte puchową pierzynką śniegu i suche, kolczaste kwiaty w lekkich białych czapeczkach.
Tak - wczoraj w nocy spadł pierwszy śnieg!

sobota, 27 listopada 2010

O Konradzie, który zjadł pająka

Konrad urodził się ok. 900 roku jako syn hrabiego Henryka, pana na Altdorf, położonego w południowych terenach obecnych Niemiec. Uczył się w szkole katedralnej, a w 934 r. został powołany na biskupa pobliskiej Konstancji. Konstancja - która leży nad jeziorem Bodeńskim w miejscu, gdzie wpływa do niego rzeka Ren i jednocześnie na granicy ze Szwajcarią - była w tym czasie stolicą największej diecezji katolickiej na północ od Alp.

Biskup Konrad za pieniądze z majątku rodzinnego ufundował wiele kościołów, klasztorów oraz szpital. Odbył trzy pielgrzymki do Jerozolimy, a także kilkakrotnie pielgrzymował do Rzymu. Pomimo burzliwych wydarzeń politycznych w tym czasie (pomiędzy cesarzem Ottonem I, Rzymem i Bizancjum) udało mu się od nich zdynstansować, nie angażując się po żadnej ze stron, a skupiając na swojej pracy. Dzięki temu został zapamiętany jako dobry biskup swojej diecezji. Zmarł w roku 976, a kanonizowany został podczas Soboru Laterańskiego I w 1123.

Jedno ze średniowiecznych podań opowiada historię o tym, jak bp Konrad odprawiał mszę i nagle wpadł mu do kielicha z konsekrowanym winem pająk. A trzeba wiedzieć, że w tamtych czasach pająki uważane były za trujące. Mimo to, okazując szacunek dla eucharystii, Konrad nie przestraszył się i wypił zawartość kielicha wraz z pająkiem, dając tym samym świadectwo odwagi oraz mocy wiary. Dlatego w chrześcijańskiej ikonografii przedstawiany jest najczęściej w stroju biskupim i z kielichem lub kubkiem w ręku. A motywem często pojawiającym się w jego towarzystwie jest pająk.

Wspomnienie św. Konrada obchodzimy w Kościele 26 listopada.

sobota, 13 listopada 2010

Ostatnie zdanie Herlinga-Grudzińskiego

Gdy Gustaw Herling-Grudziński zmarł w lipcu 2000 roku, pozostawił po sobie między innymi dwa niepublikowane opowiadania: Wędrowiec cmentarny oraz Wiek biblijny i śmierć. Tego drugiego nie zdążył ukończyć.

W tym niedokończonym opowiadaniu pisarz stosuje często przez siebie wykorzystywaną metodę łączenia elementów prawdy, historii z wydarzeniami i postaciami fikcyjnymi. Opowiada tu o długowiecznym starcu, pełnym życia nawet po setce, o jego zaplątaniu we włoski faszyzm oraz zmaganiu ze śmiercią. Niestety historia kończy się w momencie, gdy mają nastąpić jakieś ważne wydarzenia. Herling-Grudziński zapewne miał na nie jakiś pomysł, ale już ich nie spisał.

Czyta się to z dużym zainteresowaniem, ale największe wrażenie zrobiło na mnie ostatnie zdanie rozdziału, które - jak się potem okazało - stało się ostatnim zdaniem pozostawionej historii i najprawdopodobniej ostatnim zdaniem w ogóle w życiu pisarza zapisanym. A brzmi ono tak:

"Nie mogliśmy podejrzewać, że to zamknięcie nie było wcale definitywne".

Nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jakaś siła wyższa zadecydowała o takim, a nie innym zakończeniu pisarskiego życia pisarza. On przecież nie wiedział, że pisze ostatnie słowa, planował dokończyć opowiadanie. Działo się to w czasie, gdy po odpoczynku na włoskiej wyspie Ischia czuł się dobrze i był pełen energii oraz planów literackich. Zmarł niespodziewanie kilka dni później w neapolitańskim szpitalu.

Patrząc z tej perspektywy opowiadanie pisane przez Herlinga-Grudzińskiego w tajemniczy sposób splata się z życiem i śmiercią pisarza. Bo dochodząc do końca tego rozdziału w opowiadaniu, czytelnikowi wydaje się, że to już koniec, że fabuła wyczerpała się. Dopiero to ostatnie - przed chwilą zacytowane zdanie - nasuwa myśl, że jednak coś jeszcze będzie dalej. Tak jakby Ten, który na tym zdaniu autorowi zamknął oczy chciał tymże zdaniem przemówić do czytelnika. Albo tak, jakby sam Herling-Grudziński w zamyśle Stwórcy miał przemówić do nas z innego świata: nie podejrzewałem, że zamknięcie mojego życia wcale nie jest definitywne, ostateczne...

Jasności promieniste


Listopadowy, piątkowy spacer nad Wisłą w naszych okolicach. Jak to dobrze wyjść z domu i na wyciągnięcie ręki, tuż za zakrętem mieć łąki, las i rzekę. Pięknie było!

sobota, 6 listopada 2010

A za oknem jesień


"Jesień zbiera wszystkie swoje narzędzia i zabawki, strzepuje liście - nie będą już potrzebne, zamiata je pod miedze, ściąga kolory z trawy, aż staje się szarawa i nijaka. Potem wszystko wychodzi czarno na białym: na zaorane pola spada śnieg" /Olga Tokarczuk/

Dzisiaj było mokro, szaro, ponuro. Zupełnie już nagie konary naszego dębu Emka wydawały się całkiem zaskoczone swoją nową aparycją. W okno spinalni smutno, delikatnie i nieśmiało pukały trącane wiatrem, ogołocone gałązki modrzewia. Coraz szybciej zapadał mrok. Ciepłe światła sączące się w ciemność z okien domów dają mi pewność spokoju, bezpieczeństwa i schronienia. Nasz suchy azyl, radość siedzenia na kanapie, pod kocem z dobrą książką i poruszająca duszą muzyka koncertów Fryderyka. Teraz czekam już tylko na śnieg...

Nieprzypadkowe istnienia

Piękna, słoneczna pogoda oraz wolne dni na przełomie października i listopada skłaniały do długich spacerów po warszawskich cmentarzach. I tak było: Wólka Węglowa, Wola, Stare Powązki, Wojskowe Powązki, Bródno. Poza nawiedzeniem grobów bliskich można było napatrzeć się na tysiące nagrobków. Niektóre piękne, jak dzieła sztuki, inne zwykłe, proste, a jeszcze inne kiczowate.

Jednak myślałem o tym, że wszystkie one wskazują na bardzo konkretnych ludzi, w każdym z nich pochowano osoby z krwi i kości, które kiedyś mieszkały w tych samych co my miastach, chodziły po tych samych ulicach, modliły się w tych samych świątyniach. I myślałem też z pewną radością o tym , że każde osobne ludzkie istnienie nie jest przypadkowe, jest jednakowo unikalne, niepowtarzalne, jest sensowne w tym znaczeniu, że ma bardzo określony sens.

Może właśnie dlatego wielu z nas tak bardzo lubi te coroczne listopadowe pielgrzymki po grobach i cmentarzach. Bo są to pielgrzymki, które utwierdzają nas w wierze, że i nasze własne zwykłe, szare życia mają jakiś sens, czemuś służą i ku czemuś zmierzają. W ten sposób nie zgadzamy się "na świat przypadkowy, wyczerpujący się każdorazowo w swej nietrwałej sytuacji, która jest tym, czym jest teraz, i do niczego nie odsyła" (Leszek Kołakowski "Obecność mitu").

No właśnie. Chodząc po cmentarzach utwierdzałem się w niezgodzie na świat przypadkowy, bezsensowny. Mówiłem sobie: ci wszyscy zmarli żyli, kochali, cierpieli dla jakiejś ich własnej sprawy, dla nich ważnej, sensownej. A ich nagrobki odsyłają ku Temu, który był dawcą ich życia i który teraz to życie nadal pielęgnuje.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Spokój odchodzenia

"Życie można zrozumieć, patrząc nań tylko wstecz. Żyć jednak trzeba naprzód" /Soren Kirkegaad/

To zdanie, które przeczytam dzisiaj rano zapadło we mnie głęboko. W tym roku wędrówki cmentarne zaczęliśmy już w sobotę i przez kolejne dni spokojnie odwiedzaliśmy naszych nieobecnych. Nie dałam się zwariować szalonym tłumom przelewającym się przez cmentarne bramy i depczącym sobie po piętach w wąskich cmentarnych alejach. Oswajanie śmierci nie jest proste, jednak mogę śmiało powiedzieć, że w tym roku był to dla mnie czas na swój sposób niezwykły. Przedzierałam się przez mgłę zasnuwającą wspomnienia. Uświadomiłam sobie jak szybko zapominam usłyszane rodzinne historie. Rzadko, sprawnie i bez pomyłek, potrafię odtworzyć skomplikowane koligacje... Dlaczego jestem taka nieuważna? Kim byłabym teraz, gdyby nie takie albo inne wybory życiowe moich pradziadków? Czyż pamięć o nich i jej przekazywanie dalej nie jest formą wdzięczności wobec nich? Dlaczego nie umiem pytać tych, którzy jeszcze żyją o rzeczy podstawowe, by móc lepiej zapamiętać ich życie? Mogę zacząć od nowa, od teraz. Już zbieram pytania.
Wędrując i myśląc o przemijaniu, doznałam pewnego olśnienia. Może to banalne co napiszę, ale poczułam, z zupełnym spokojem, że tu na ziemi jestem tylko na chwilę, że dostałam szansę przeżycia niezwykłej przygody, jedynej i niepowtarzalnej. Muszę się nią cieszyć tu i teraz, radować się codziennością i potrafić się nią nieustannie zachwycać, gdyż czas tej ziemskiej misji może się skończyć w każdej chwili. Wtedy będę musiała wszystko tu zostawić i wrócić, bez żalu do prawdziwego domu... Poczułam cudowną, wewnętrzną ulgę.