piątek, 30 czerwca 2017

Błogość

Gdy nadchodzi koniec czerwca, próbuję przywoływać w sobie uczucie, które towarzyszyło mi zawsze w momencie odbierania szkolnego świadectwa. Taka radość i lekkość głowy czującej niczym nieskrępowane dwumiesięczne wakacje. Tyle dni, takich świeżych, nowych, gotowych do zagospodarowania, pachnących latem, danych w prezencie za tyle miesięcy nauki. Ta wolność ich używania i kształtowania. Przestrzeń, wydawałoby się, że bezkresna, w której przyjemnie będzie się trwało i trwało, i trwało.

Od momentu, gdy zaczęłam pracować wiem jedno - tego dziecięcego, wakacyjnego uczucia nie da się powtórzyć czy podrobić. Przepadło. Żaden już zaczynający się urlop nie wywołał we mnie takiej konstelacji odczuć.

Widzę jednak, że im jestem starsza, tym więcej we mnie jakiejś uważności na chwilę. Bo celebrować można każdy moment. Szukać w nim piękna, a w sobie pokładów radości.

Lubię budzić się rano i wypatrywać przez uchylone drzwi wpadającego do półmroku sypialni światła. I stąpać boso po podłodze do pokoju, by przekonać się, że jest on cały skąpany w słonecznym świetle. Wrócić do sypialni z pachnącą kawą, którą postawię na nocnym stoliku Ukochanemu K. To, że mogę się przytulić do niego i pocałować go w zaspane oczy. A potem odsłonić zieloną okienną zasłonę. I mogę zachwycić się kwitnącymi na parapecie fiołkami, które tak lubiła moja Mama.

Są soboty i niedziele, w które wszystko mogę, a niczego nie muszę. Plany rozwijają się same w niespieszności. Ewoluują leniwie.

Jest więc doglądanie balkonowego ogródka, zapach mięty, bazylii i pomidorowych liści, małe czerwone poziomki w doniczce i coraz gęstsze kwiaty pelargonii. Udział w cudzie roślinnego rośnięcia i dojrzewania.  


Jest stół w ogródku z bawełnianym obrusem w czerwono-białą kratkę. Tabun różnorakich lektur, którymi można się nacieszyć, bo trudno wybrać tylko jedną. I w upalny dzień - dzbanek wody z cytryną i miętą z wyhodowaną w balkonowej skrzynce.

Radość zieleni i jasnych promieni słońca. Kłująca świeżo skoszona trawa pod stopami, które porzuciły klapki i przypominają sobie dotyk natury. Zapach wilgotnej ziemi z podlewanej przed chwilą rabatki.

Jest zatrzymanie się na chwilę w tej całej weekendowej powolności i zadarcie głowy do góry, patrzenie w niebo, w zieleń dębowej korony, chłonięcie błękitu i śledzenie goniących się białych, delikatnych obłoków.



I szybkie gotowanie sprawiające mi tyle radości. A potem obiad w ogródku. Choćby białe szparagi kojarzące się tak bardzo mocno z osobą, której już nie ma, do tego zielona sałata i kawałek dobrego chleba. Prostota.



Jest On. Ukochany K., z którym mogę dzielić to wszystko i zerkając na niego siedzącego po drugiej stronie stołu, wzdychać po prostu: Ale nam jest dobrze!  i patrzeć mu prosto w błękitne oczy. Albo musnąć go delikatnie po głowie, gdy siedzi tuż obok.

Ogarnia mnie w takich chwilach taka ogromna wdzięczność za życie, zdrowie, za całe bogactwo, którego doświadczam (chwil pięknych, ale i tych trudnych, jak choroba i odchodzenie bliskich mi osób), za to wszystko, czym jestem obdarzona, za talenty za to, że niczego mi nie brakuje, że jestem kochana, akceptowana, że mam swoje miejsce tu i teraz, że w takich chwilach czuję obecność Najwyższego. Wzruszenie, gorące łzy pod powiekami. Szczęśliwość i błogość. Świadoma. Piękna.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz